MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • poniedziałek, 19 października 2015
    • Sandor M.




      Do startego wiekiem Węgra,

      który źle  śpi,

      w Kalifornii bywa

      śmierć łasi się jak pies

      lub kot,

      bo niedowidzi poeta.



      Proza, proza – wzdycha i nie umiera.

      Wciąż żyje, ale na Węgrzech. -

      Całe  życie napisało mnie prozą!

      - narzeka.



      Na młodych chłopców patrzy

      przez sny:

      na tych od Beli Kuna,

      na paradnych admirałów floty bez mórz

      na bezmierną ohydę strzałokrzyżowców

      Na mord i śmierć

      na porzucony łup, but,

      kobietę, byt,

      Z wetkniętym w odbyt bagnetem



      I nie umiera.



      Nic nie może zrobić,

      nakarmi Żyda, ale o tym

      nie wspomni.

      Ważni są wszak potomni.



      I nie umiera.



      Żeby umrzeć, musi

      pożyczyć strzelbę

      Od Czechowa.



      Wisiała w kątku

      od początku,

      by się w niej starzec schował.

      To jest akt trzeci

      Ostatni?

      Nie, przed nami ciągle

      nasz trzeci akt.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (30) Pokaż komentarze do wpisu „Sandor M.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 października 2015 04:35
    • Pytam jak Lenin:)

       

      Co robić?

       

      Szanowni Państwo,

       

      mam dylemat.

      Z jednej strony moje „obywatelskie zacięcie”, wspomagane przez wrodzoną leniwą czupurność (leniwą, bo od końca PRL-u nie wyszedłem w proteście na ulicę, jedynie do sklepu czy roboty albo dla rozrywki), każe mi wdawać się w te „pojedynki” z hejterami, którzy na łamach „GW” (gazety, w której nauczyłem się zawodu) rządzą, wspomagani przez jakieś ciemne siły, które zalęgły się w niej, czyniąc z niej bardziej "Trybunę Hejterów", niż "Gazetę Wyborczą". 

      Z drugiej: to poniżej mojej godności.

      To użeranie się z jakimiś „gimnazjalistami” stawia mnie w pozycji tragiczno-komicznej. Mam dojmujące poczucie, że robię z siebie głupa. Owszem, wypełnię swoje zobowiązania, podam do sądu, dopilnuję finału, dla przykładu i nauki, dla jakości, jak komicznie by to nie brzmiało – naszego publicznego życia..,

      ...ale

       

      Przecież to jest jakaś żenada. Czuję się ubrudzony samą sytuacją, w którą sam brnę.

       

      Dlatego pytam Was, którzy jesteście na tym blogu od jakiegoś czasu, których poważam i cenię, których samą obecność tutaj mam za komplement: co robić?

      Zostawić to w cholerę? (po obowiązkach)

      Czy brnąć?

      Użerać się z tym dalej?

      Jest sens, skoro nawet moderacja na portalu „GW” wspomaga hejt?

      Skoro oni z tego konfliktu żyją, zapomniawszy zasad, zapomniawszy o dobru, o przyzwoitości?

      Skoro to tylko interes?

       

      Czy starać się nie tracić sił na poniżające „spory” ?

      Budować Sadową.

      Na ciężkie czasy.

      Niech to nie brzmi zbyt patetycznie, bez przesady, nie wyłysieję od tego, a Mickiewicz umarł na co innego. Nawet Wiśniewska, znana z ballady, też zeszła od czego innego.

      Ale pytanie jest serio.

      Będą wdzięczny za każdą radę

       

      Autor

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (80) Pokaż komentarze do wpisu „Pytam jak Lenin:)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 października 2015 00:08
  • sobota, 17 października 2015
    • Kuchnia polityczna

      Na Sadowej razem z goszczącym u mnie „uchodźcą” z Ukrainy postanowiliśmy zrobić barszcz, bo kapuśniaki jesienne, na kiszonej lub białej, wszystkim się przejadły, a grochówka odpadała z powodu protestów żeńskiej części populacji (zawsze przewidują najgorsze), Behemot zaś zastrzegł sobie jedynie prawo do części gotowanego mięska, jakie by ono nie było, w kwestii zaś zasadniczej umył łapy i oświadczył, że możemy sobie gotować co tam chcemy, bylebyśmy zachowywali się kulturalnie, czyli nie zawracali mu ogona.

       

      Zaczęliśmy od rzeczy najważniejszej, czyli od powołania komitetu do spraw barszczu, który przy okrągłym stole ustaliłby co i jak, kto za to zapłaci i ile, kto będzie zasuwał przy garach w jakim zakresie, kto wcześniej przytarga zakupy i takie tam inne. Do obrad przystąpiliśmy w atmosferze wzajemnego szacunku i zrozumienia, co jednak prysło już po sekundzie, kiedy pojawił się problem zasadniczy: jaki to ma być właściwie barszcz - ukraiński według rytu polskiego czy ukraiński według mniemania „banderowca”? Polskiego żeśmy nie brali w ogóle pod uwagę, bo to sama woda, do której szkoda wrzucać i jednego grzyba.

       

      Przecież ten wasz barszcz ukraiński to jest obraza boska! Raz znalazłem w tym czymś nawet – jak ta bla... się nazywa - brukselkę! To jakby do uchy wrzucić kurczaka! Za to kapusty ani grama. Wy tam pchacie diabli wiedzą co za śmieci, a nic nie podsmażone! - oburzał się „upowiec” jeden.

       

      Smażone zabija, nas i smak, witaminy morduje! Ten twój barszcz ukraiński to jest czysto ruska prowokacja, jedynie grzybów w niej nie ma! - ripostowałem. - Kapusta? Może jeszcze kiszona?

       

      Ty chyba nie jadłeś naszego barszczu, polski nacjonalisto! To jest potrawa staroukraińska, którą władcy Rusi Kijowskiej podejmowali kagana Chazarów i pierwszych Waregów! Dlatego nie ma w niej grzybów! Żeby wiedzieli, że nikt ich nie chce otruć! - pienił się banderownuk. - Dopiero kacapy zaczęli dorzucać grzybki, bo w ich lasach łatwiej było o nie niż o kartoszkę! Pojęcia o historii, nie masz, zero znajomości dialektyki dianetycznej. No, białopolaku, gdzieś ty jadł nasz prawdziwy barszcz ukraiński, taki maminy, co pachnie z domu, kiedy wracasz z pola?

       

      W Moskwie, ukryta opcja wołyńska! W restauracji „Taras Bulba” żarłem tę wodziankę w cenie złota. Kelnerka wyglądająca na sowiecką etażową podawała z miną: ja bym tego na twoim, gołubczik, miejscu nie jadła! - rzuciłem mściwie.

       

      Ja tam mam swój honor, bigosu w Moskwie nie zamawiam – przydusił mnie moralnie zgniłek z Prawego Sektora.

       

      A ja kawioru ruskiego nie żrę w proteście przeciwko agresji na Ukrainę! - broniłem się rozpaczliwie i kłamliwie, bo po prostu za drogi.

       

      Jedz ukraiński, z bakłażana – ironizował kozacki syn. - W mig staniemy dzięki temu na nogi i wjedziemy do UE.

       

      Kłóciliśmy się tak już jakiś czas, kiedy w końcu zauważyliśmy, że Behemot śpi z łebkiem pod poduszką, a baby sobie gdzieś poszły. Byliśmy nieco głodni, a w sprawie barszczu nie posunęliśmy się ani kroku do przodu.

       

      Na szczęście panie zaraz wróciły, bo okazało się, że poszły tylko kupić coś na obiad u Wietnamczyka.

       

      I to nas właśnie czeka – westchnął potem Ukrainiec, pałaszując kalmary z ryżem.

       

      Też się tego boję – odparłem siorbiąc zupę Pho. - Załatwią nas jak nic, bo oni gotują, a my tylko gadamy.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (117) Pokaż komentarze do wpisu „Kuchnia polityczna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 17 października 2015 17:08
  • piątek, 16 października 2015
    • Za zakrętem

       

      W cyklu „Piszemy poezję na nowo” uwspółcześniamy dziś „Na zakręcie” wielkiej Agnieszki Osieckiej, której pieśni pod Stoczkiem słuchała wiara zdobywająca armaty, gdy krew naszą długo lali katy. Utwór ten, w wykonaniu wielkiej Krystyny Jandy, czyli takiej aktorki z marmuru, której już w sklepach nie rozpoznają (chwała Bogu, że ochrona ją do teatru wpuszcza), Wasi pradziadowie nucili pędząc bimber w podziemiach gospody "Pod Kotwicą Polski Walczącej o lepszą przyszłość". Pieśń ta powstała po "Pierwszej Brygadzie", ale przed "Ona tańczy dla mnie":

       

      Dobrze się pani czuje?
      To świetnie,
      właśnie widzę - jasny wzrok, równy krok
      jak z marszu.

      A ja jestem, proszę pani, na zakręcie.
      Moje lewo to jest pani prawo.
      Pani widzi: krzesło, ławkę, stół,
      a ja - rozdarte drzewo.
      Bo ja jestem, proszę pani, na zakręcie.
      Ode mnie widać niebo przekrzywione.
      Pani dzieli każdą zimę, każdy świt na pół.
      Pani kocha swego męża.

      Pora wracać, bo papieros zgaśnie.
      Niedługo, proszę pani, będzie rano.
      Mąż czeka, pewnie wcale dziś nie zaśnie.
      A maklerzy wstaną.

      A ja jestem, proszę pani, na zakręcie.
      Migają światła rozmaitych możliwości.
      Pani mówi: basta, pauza, pat.
      I pani mną pogardza.

      Lepiej chodźmy, bo papieros zgaśnie.
      Niedługo, pani to czuje, będzie rano.
      On czeka, wcale dziś nie zaśnie.
      A maklerzy wstaną.

      A ja jestem, proszę pani, na zakręcie.
      Choć gdybym chciał - bym się urządził.
      Już widzę: pieska, porcelanę, stół.
      Wystarczy, żebym był miły.

      Pani była także, proszę pani, na zakręcie.
      Dziś pani nie dostrzega, proszę pani, tych realiów.
      I pani haruje, proszę pani, jak ten wół.
      A moje życie tonie niczym balia.

       

      Pora wracać, już śpiewają zięby.
      Niedługo, proszę pani, będzie rano.
      Iść do domu, przetrzeć oczy, umyć zęby.
      Nim maklerzy wstaną.

       

      Oryginał:

      https://www.youtube.com/watch?v=ygaXxSOca48

      Nie chcę niczego sugerować, ale można sobie włączyć Jandę i słuchać czytając.

      Chociaż lepiej oglądać Jandę, ale niestety nie pod tym linkiem...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (58) Pokaż komentarze do wpisu „Za zakrętem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 16 października 2015 17:02
  • czwartek, 15 października 2015
    • Dziedzictwo pogardy

       

      Los celnych diagnoz, które przez nieustanne powtarzanie frazesieją, wesoły nie jest: wyświechtane lądują w zbiorach bezmyślnie przytaczanych złotych myśli, nad sensem których nikt się na co dzień nie zastanawia. Do tego rodzaju należą niewątpliwe słowa Norwida: Polacy są wspaniałym narodem i bezwartościowym społeczeństwem. Myśl mędrca i poety próbował odświeżyć już Piłsudski, nadając jej krótszą a dosadniejszą formę: Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.

      Wersja marszałka nie bardzo przyjęła się pewnie przez część drugą wypowiedzi, tymczasem ja powątpiewam w prawdziwość pierwszej - i u niego, i u Norwida. Pewnie dlatego, że sytuacja uległa zmianie.


      Przeciw Polakom” ("prawdziwym")

       

      Nim słowo „naród” zaczęło obejmować większość mieszkańców ziem nazywanych Polską, podstawową formą komunikacji 10% społeczeństwa z jego większością był bat, co nie wszystkim adresatom komunikatów mniejszości było w smak. O ile w polskich koloniach na wschodzie owa większość była mniej cierpliwa i dość prędko nauczyła się odpowiadać pięknym, a nawet jeszcze piękniejszym za nadobne, o tyle dalej na zachód trzeba było zaczekać na Jakuba Szelę, który skomunikował się ze szlachtą przy pomocy siekier, pił i kos. To był szok, tym większy, że przecież Kościuszko chadzał wcześniej w sukmanie, a kosynierzy rżnęli Ruskich, więc zdumienie i poczucie krzywdy zarżniętych było doskonale zrozumiałe. Strach był tym większy, że ciemny lud nie zamordował ani jednego Żyda, ani nawet Niemca, za to szlachtował polską szlachtę i polskich księży.

       

      Ci, którzy przeżyli lub mieli szczęście Rabację galicyjską oglądać z daleka, wyciągnęli z tego właściwe w ich mniemaniu wnioski i natychmiast ruszyli do zbożnego dzieła rozbudowy narodu poprzez włączenie doń potencjalnych kosynierów wraz z rodzinami, który to program doskonale ujmuje nasza narodowa pieśń „Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina” (a w rodzinie, jak to w rodzinie). Koncepcje były w uproszczeniu dwie: jedna zakładała budowanie społeczeństwa, druga wielkiego narodu, społeczeństwo zaś miało zbudować się samo przy okazji, najlepiej poprzez „prywatyzację” majątków i ekspulsję tych, którym do narodu wstępu odmówiono.

      Pierwsza była trudniejsza w użyciu, bardziej pracochłonna i mniej efektowna. Druga o wiele łatwiejsza w realizacji, przynosząca więc szybsze efekty, poza tym w okresie zaborów powszechnie zrozumiała i akceptowalna. Dlatego też powstały u nas rzesze patriotów, za to obywateli na lekarstwo. Wprawdzie konflikt między jedną a drugą trwał w najlepsze - jedną dla wygodnego skrótu mianujemy PPS-em, a drugą endecją (nie wymieniam partii chłopskich, ponieważ co do istoty również dzieliły się w tym ujęciu podobnie) - ale jak przychodziło co do czego, wszyscy godzili się, że najpierw radość z odzyskanego śmietnika, a dopiero potem posprzątamy, to jest – jak się okazało - policzymy się.

      Gdy już nadeszła niepodległość, okazało się, że naród jest, ale społeczeństwa nie ma nadal. To, które istniało, było podzielone nierównomiernie na „lewicę” (grube uproszczenie) i mających większość endeków. Wyznawca narodu zastrzelił pierwszego prezydenta, którego wybrali przedstawiciele obywateli. To symboliczny znak jakości Narodowej Demokracji.

       

      Z tego punktu widzenia Piłsudski nie zrezygnował z walki o dusze Polaków i kształt Polski, gdy załamał się po traktacie ryskim, ale już wtedy, gdy wysiadł z czerwonego tramwaju (dla młodych: tramwaj był PPS-u, a nie PZPR – aut.:) na przystanku niepodległość. Przyznać trzeba, że w danych okolicznościach wyjścia za bardzo nie miał z powodów obiektywnych, ale fakt pozostaje faktem. Zamach majowy był już raczej aktem rozpaczy, motywowanym nie chęcią dokonania wielkich zmian, lecz powstrzymania endecji poprzez wzięcie jej za mordę; było to przyznanie się marszałka do klęski.

       

      Sanacyjny patriotyzm, a raczej legionowy, czyli patriotyzm elit (inna sprawa to ich jakość i liczebność), nie miał szans w starciu z jego nacjonalistycznym odpowiednikiem, stąd potem proces endeokoizacji rządów sanacyjnych (w tym skrócie pomijam świadomie wybitnych członków obu formacji, którzy w międzyczasie zajmowali się serio robotą państwowotwórczą).

       

      Ta dominacja światopoglądu endeckiego przed i po pierwszej wojnie światowej miała swoje bardzo negatywne skutki dla mentalności i losów Polaków. Ćma awansowana nagle do poziomu narodu, mogła poczuć się w nim pewnie jedynie w opozycji od „obcych”, a więc mniejszości narodowych i religijnych, czyli do 1/3 obywateli. Generalnie więc rewolucji „klasowej” dało się uniknąć kosztem przekierowania buntu i nienawiści w tę stronę, co nie tylko nie rozwiązało prawdziwych problemów, ale i zaowocowało potem – tak, tak – między innymi rzezią wołyńską i setkami mniejszych czy większych Jedwabnych. II RP była państwem dryfującym w kierunku zwycięstwa pałkarskiego nacjonalizmu i faszyzmu, jak wiele państw europejskich, które wolały wybrać emocjonalny fantazmat narodu zamiast znoju i nudy obywatelskiej. Degrengolada umysłowa i demoralizacja, które znajdą ujście w szmalcownictwie i mordach na Żydach, przygotowana została pieczołowicie przez endecję i większą część kościoła katolickiego na długo przed wojną. Prawdziwych wrzodów nikt nie ciął, spokojnie podchodziły ropą, co leczono przykładaniem biało-czerwonej flagi zatkniętej na ułańską lancę.

       

      A więc wojna...”

       

      Wojna przyniosła Polsce skutki tragiczne, okupacje niemiecka i rosyjska zrobiły z Polską także i to, co z w Rosji uczynił przewrót i rządy bolszewików: wymordowano elity. Rzecz jasna bezwzględna odpowiedzialność za to spada na okupantów. Natomiast pospierać się można o to, czy opieraliśmy się im najmądrzej, czy mogliśmy ograniczyć straty. Moim zdaniem na pewno tak.

      Gdyby nie rodzaj patriotyzmu wszczepianego Polakom przed i w trakcie. Patriotyzmu, który najpierw patrzył z karuzeli na płonące getto, a potem poszedł do Powstania Warszawskiego. To on doprowadził do tego, że zniknęli Żydzi (nie byli prawdziwymi Polakami, a potem stracili status ludzi), zniknęła polska inteligencja i zniknęła Warszawa. Oczywiście, że żaden „patriota” tego nie chciał. Tak po prostu wyszło – człowiek strzela, pan Bóg kule nosi, a reszta potem musi nosić gruz.

      Naród jednak przetrwał, ale społeczeństwo było jeszcze gorsze niż kiedykolwiek.

       

      Endekokomuna

       

      Stalinizm w Polsce, prócz zbrodni i odbudowy kraju, miał skutki dalekosiężne nie tylko tego typu, że dał poczucie wartości przedwojennej kuchcie, parobkowi i robotnikowi, podnosząc ich w sferze symbolicznej do rangi klasy rządzącej (a przy okazji wykorzystując bezlitośnie i demoralizując jeszcze bardziej) oraz stworzył podwaliny pod nową klasę, czyli półinteligencję z awansu, on również, co ułatwiły mu skutki wojny, paradoksalnie wprowadził pojęcie równości społecznej do świadomości mas, usankcjonował je jako wartość, ośmielił. Problem w tym, że masy te po staremu były w gruncie rzeczy endeckie i jak tylko opresja zelżała, wróciły w stare koleiny, a partia zaczęła się do nich zalecać, czyli endekoizować, konkurując, a potem dzieląc się wpływami z kościołem. W istocie ewolucja systemu komunistycznego zmierzała do „socjalizmu narodowego” na tyle, na ile geopolityka pozwalała. Odejmijcie frazesy o komunizmie, portrety Lenina i inne dekoracje, a otrzymacie patriotyzm w typie endeckim, utrzymywanym ulubionym przez tę formację zamordyzmem, wyposażonym we wszystkie obsesje i fobie endeków, od których roiło się w PZPR i którzy walczyli zażarcie z „liberałami”. „Naród z partią, partia z narodem” - to nie była jedynie parodia Kanta i 3 maja, to była propozycja układu ze społeczeństwem, które długo nań przystawało, odnajdując się w nim całkiem dobrze. Zważywszy te okoliczności, można uznać, że to upadek komunizmu był prawdziwym „cudem nad Wisłą", gdyby nie okoliczności zewnętrzne, mógłby sobie trwać dalej.

      Jak się jednak wkrótce okazało, z komunizmu naród wyszedł jeszcze bardziej endecki, niż do niego wchodził. Pytanie: czy on stał się taki sam z siebie, czy ktoś mu w tym pomógł?

       

      Dwie trumny

       

      Jarosław Kaczyński opowiada o tym, co mu na początku lat 90. powiedział Antoni Macierewicz po założeniu Porozumienia Centrum: Ty żeś wymyślił partię nowoczesną, w stylu zachodnioeuropejskim, odciętą od wszystkich bagaży polskich tradycji, z antysemityzmem i nacjonalizmem na czele, i ja się z tobą zgadzam, ale ty nie widzisz tego społeczeństwa. To społeczeństwo żyło 50 lat w stanie zamrożonym i jest jak gdyby z Sienkiewicza, a nie końca XX wieku, i jeżeli ono ma być w ogóle jakoś uporządkowane, zmobilizowane i ma się nie rozlecieć w tym kompletnym zamieszaniu ideowym, to jemu trzeba dać coś, co przystaje do jego świadomości.

      (Teresa Torańska, „My”, cytat za „GW”).

       

      Po 25 latach widzimy, że Antoni M. jest w swych poglądach konsekwentny, a i przekonał do nich Jarosława K. Obaj nie tylko ten opisany stan rzeczy zaakceptowali, ale go wzmacniają ze wszystkich sił, podtrzymując przy niby życiu endeckiego zombie, niepostrzeżenie też przejęli sposób myślenia tego trupa i mają go za słowo boże.

       

      Ale nie o nich chodzi. Pogląd, że lud jest ciemny i straszny, wyznawany był i jest przez elity tego kraju nie bez przyczyny od dawien dawna. Przecież właśnie ze strachu przed tym potworem zgodziły się na jego awans do elitarnego Narodu, co miało na celu uwiązanie go na smyczy patriotyzmu i ułatwienie szczucia na zwierzynę zastępczą. Potem zaś nigdy nie było czasu, okazji ani chęci do tego, aby z narodu uczynić równoprawnych obywateli, zadbać o ich rzeczywisty awans, nie tylko cywilizacyjny, ale i intelektualny, od moralności zaś zawsze był kościół. Resztę zaś miał zapewnić wolny rynek, na którym czekały podróbki wyższego wykształcenia, dobrego gustu i kultury.

       

      Działalność „oświeceniowa” przestała być praktycznie uprawiana, „Siłaczki” wylądowały na siłowniach, misję zastąpiło zarządzanie poprzez brak ingerencji, maskowany wielością nowo powstałych pseudo możliwości.

       

      I o ile można zrozumieć Piłsudskiego wysiadającego z „czerwonego tramwaju”, to ta abdykacja po roku 89 tłumaczona być może jedynie lenistwem i krótkowzrocznością, chęcią czerpania korzyści, które miały rodzić się same z siebie, jedynie pod dyskretnym nadzorem. Jest zawstydzającym faktem, że olbrzymia część polskich elit z prawdziwego zdarzenia zarabiała na programowym szerzeniu ciemnoty, a wszyscy na jej tolerowaniu.

      Polska nie jest w ruinie, ale spora część polskich umysłów jak najbardziej. 60% Polaków nie umie obliczyć zysku z lokat  w banku, 50% wierzy w to, że ludzie polowali na dinozaury, a 45% nie wierzy w ewolucję.

      Teraz pora na plon tych zaniechań z pola, z którego sami ustąpiliśmy. Inni śmiało na nim uprawiali nienawiść, ignorancję i egoizm. Oni nie byli leniwi, pracowali w pocie czoła.

      My zaś jesteśmy takimi szczerymi demokratami, że z tej ideowej elegancji dajemy jej wrogom tę demokrację w sposób demokratyczny zniszczyć.

       

      Bon mot Giedroycia o tym, że Polską rządzą dwie trumny – Dmowskiego i Piłsudskiego, wkrótce może stać się nieaktualny o tyle, że trumnę Marszałka zastąpi inna, też spoczywająca na Wawelu, ale kryjąca Wielkiego Brata.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (84) Pokaż komentarze do wpisu „Dziedzictwo pogardy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2015 17:56
  • wtorek, 13 października 2015
    • O doborze naturalnym instrumentów



      Tylko Bóg wie, być może jeszcze diabeł, czy to teoforyczne imię spowodowało, że pan Teodor został jedynym w Cichej Wodzie (oprócz księdza proboszcza) teologiem, teozofem i teorbanistą*. Od małego omeny różne mówiły, że Teodorek może skończyć jako potworek: gdy normalne dzieci dostawały zwykłych egzem, jemu z buzi nie schodziły egzegezy, gdy potem młodzieńcy ściskali po krzakach Kaśki i Gośki, on romansował z Teogonią, doświadczając przy okazji Epifanii (cud, że dzieci z tego nie było, bo z antykoncepcją w tamtych czasach na prowincji było krucho).

      Rodzice i nauczyciele byli bezradni. Krnąbrny Teodor w wieku lat 15 oświadczył, że nie zostanie organistą, lecz teorbanistą, choć ojciec – zawodowy podoficer w garnizonowej orkiestrze – zaklinał go na wszystkie świętości: Baranie, naucz się choć grać na tarabanie! Przecież nikt nie słucha teorbanów! Szczeniaka nie przekonało ani bicie przez zdesperowanego ojca, którego swoim uporem wpędził w końcu do grobu, ani płacze struchlałej matki. Na pogrzebie, ku powszechnemu zgorszeniu, Teodor złośliwe zagrał debiutującemu w roli nieboszczyka denatowi „Marsz żałobny” na znienawidzonym przez niego teorbanie, pod nosem nucąc: Nie będę ci ja tarabuńczukiem i cóż/Mi teraz uczynisz, ojcze wystygły już? Czy trzeba tłumaczyć, że po czymś takim na stypie wszyscy byli przygnębieni i wódkę pili z wyraźnym niesmakiem? Wdowa zaś nie umoczyła nawet dzioba, gdyż mdlała co chwilę z obaw o losy jedynaka. Krótko mówiąc: stypa po sierżancie obyła się bez tańców, choćby wesołego Cyganera, jak cygańskie wesele bez marcepanu. Nawet zawodowi wojskowi wyszli z niej trzeźwi jak dzieci, przeklinając w duchu Teodora-teorbanistę.

      Toteż cała Cicha Woda odetchnęła, gdy Teodor udał się był na studia do stolicy, niektórzy na wieść o jego wyjeździe przynosili matce po kryjomu słoiki z peklowaną wieprzowinką i korniszonkami oraz koperty z niewielkimi sumami w nadziei, że w ten sposób zapobiegną weekendowym powrotom półsieroty – stuprocentowego enfant terrible'a do spokojnego miasteczka.

      Tymczasem hultaj odgrażał się, że w wielkim świecie zrobi karierę, bo tam cenią sztukę na wysokim poziomie oraz prawdziwe talenty. Krzyż na drogę, cudaku! - żegnano go ozięble.

      Zrobienie kariery zajęło Teodorowi nieco więcej czasu, niż przewidywał, gdyż studiował najpierw wspomniane kierunki: teologię i teozofię. W międzyczasie grywał na ulicach na teorbanie za co łaska, więc nie było mu lekko, tym bardziej, że po 10 latach studiów ustały z domu przesyłki z peklowaną wieprzowinką, ogóreczkami i niewielkimi sumami. Teodor przez to wszystko gorzkniał. Gorzkniał do tego stopnia, że zaczynał po nocach śnić o zwykłych Kaśkach i Gośkach, a odrazą napawać go zaczęła sama myśl o jakiejś Teogonii, gdy zaś widział z daleka samą możliwość Epifanii, przechodził na drugą stronę ulicy.

      Pewnego dnia załamał się zupełnie, poszedł do pracy w supermarkecie i zapisał się na wieczorowy kurs gry na tarabanie, który ukończył z wyróżnieniem. Wkrótce na Marszu Niepodległości, gdzie bębnił w taraban ochotniczo, dostrzegł go sam Pan Prezydent i się wzruszył, gdyż w sercu Pana Prezydenta słodko brzmiały słowa hymnu, które z tego wzruszenia wypowiedział na głos do swej córki:

      Już tam ojciec do swej Basi
      Mówi zapłakany –
      Słuchaj jeno, pono nasi
      Biją w tarabany.

      Córka też się wzruszyła, w dodatku przystojny tarabuńczuk przypadł jej do gustu. Kariera Teodora ruszyła z kopyta. Po tygodniu był już pułkownikiem i naczelnym tamburmajorem RP. Po trzech zaś miesiącach odbyło się huczne weselisko, a właściwie dwa, bo jedno w Warszawie, a drugie w Cichej Wodzie, gdzie tym razem goście bawili się upojnie.

      Młodzi żyli długo i szczęśliwe, matka Teodora była z niego dumna jak nie wiem co i hołubiła sześcioro wnucząt, a tata-sierżant przestał wreszcie przewracać się w grobie i mógł zasnąć snem wiecznym, uspokojony tym, że syn wreszcie wybrał właściwy instrument i grał na nim właściwym osobom.

      Morał z tego płynie taki: wszystko w życiu osiągnąć można ciężką pracą, trzeba tylko wiedzieć – jaką i dla kogo.

       

      *słowniczek

      http://literat.ug.edu.pl/glogers/0039.htm



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (149) Pokaż komentarze do wpisu „O doborze naturalnym instrumentów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 października 2015 14:31
  • niedziela, 11 października 2015
    • Podanie

       

      Uprzejmie proszę Szanowną Redakcję nomen omen PiSma „W Sieci” o zatrudnienie. Wiem, grzeszyłem lewactwem przez całe życie, aktywnie nie zwalczałem pedalstwa ani komoruskiego imperializmu, ani nawet gender unii jewrejsko-europejskiej, kościół zaś traktowałem jako magazyn niezłych dzieł sztuki, dlatego wolałem słuchać tam koncertów, a nie kazań. Alę rzałuję tego do bulu (taki żart z Komorowskiego, staram się).

      Moja wina jest wielka (maksimalna kulpa, już Redakcja wią sami w czym Do Rzeczy). Ale liczę na to, że mi dacie szansę. Jak Wolskiemu. Wprawdzie nie byłem w tej samej partii co on, ale jak Pan Prezydent w UD (UW, UD - jeden pies).

       

      Dla treningu już pluję na zdjęcie A. Szechtera, które wcześniej, przyznaję, trzymałem na bluźnierczej parodii ołtarza. Skoro może u Was pracować Jachowicz, któren chiba pracował dla Agory tak długo, że się nawet darmowych akcji mógł dosłużyć, to może i dla mnie jest jakaś szansa, ewangeliczny kodeks wykroczeń powiada wszak o wyższości jednej nawróconej czarnej owcy nad stadem baranów (przepraszam za wydźwięk, ale mam jeszcze średnio opanowany kanon lektur i słownik wyrazów kulturowo obcych).

       

      Nadmieniam, że kiedy szłem do pracy w Wyborczej (na krutko, co widać po ortografii), nie było specjalnego wyboru, bo bracia Karnowscy jeszcze obalali komunizm w przedszkolu, dokąd zapewne odprowadzała ich mama kanałami, zatem nie miałem wyjścia. Wiem, mogłem aplikować do tygodnika Solidarność, ale babcia (nie żyje, w razie czego podpiszę zgodę na ekshumację) komunistka (namawiała mnie do przyjmowania pierwszej komunii) prenumerowała Powszechny, więc miałem trudne dzieciństwo, gdyż w dodatku rodzice byli bezpartyjni, co tak mi namieszało w głowie, że duchowy brat sędziego Kryże skazał mnie w stanie wojennym na grzywnę (dziękuję, że nie trafiłem do więzienia, ludzki pan).

       

      Ale dość tego gadania, pora do ad remu, czyli do próbki moich możliwości (w szkole mówili, że jestem zdolny do wszystkiego, ale to było dawno).

       

      W związku radzieckim z tym, że polska reprezentacja gra dziś o awans do mistrzostw Europy (cholerna Europa, przecież ważna jest Euroazja – słusznie zauważył prezydent Putin, gdy mu prezydent Duda stukał stanowczo w kieliszek z szampanem w Homooenzecie) przyszło mi do głowy, że mógłbym pracować u Was w dziale sportowym. Wprawdzie pojęcia o tym nie mam żadnego, żaden ze mnie Babiarz, ale to gwarantuje to, że mam na tę dziedzinę świeże spojrzenie.

      Mogę się przydać i ostatnie lata spędzić pożytecznie, odkupując dotychczasowe błądzenie po manowcach.

      I tak na ten przykład proponuję się choćby na depeszowca:

       

      Polska wstaje z kolan

       

      Dzięki temu, że prezydent Duda jest prezydentem Polski, Polska zwyciężyła i wywalczyła awans do finałów ME.

      Bez rad prezydenta byśmy nie wygrali – zwierzył się trener Nawałka po meczu. Jego wykłady dla kadry w Nowym Tomyślu, na które reprezentacja latała na koszt sejmu, były bezcenne – dodał.

       

      Kiedy strzelałem, myślałem o panu prezydencie – wtóruje mu supersnajper Lewandowski.

       

      Tu jest Polska – pokazaliśmy Irlandczykom, którzy po klęsce przyznali, że gorszy wpierdol dostali jedynie podczas referendum w sprawie aborcji, kiedy to katolicy przegrali z ludźmi.

       

      W razie zaś przegranej:

       

      Nawałka pracuje dla PO

       

      Czy cała reprezentacja POlski gra pod histeryczną znachorkę Kopacz? Dlaczego przegraliśmy? Rozumiem, że Lewandowski to Niemiec, to wiemy od dawna, ale żeby Nawałka?

       

      To był czysty antypolonizm! – powiedziała po meczu zszokowana prof. Pawłowicz. - Grali jak unijne szmaty!

       

      Nieoficjalnie dowiadujemy się, że po wyborach PiS mianuje trenerem reprezentacji Antoniego Macierewicza.

       

      Nie potwierdzam, nie zaprzeczam – skomentował tę informację z enigmatycznym uśmiechem prezes-nadpremier Kaczyński.

       

       

      I co, Szanowna Redakcjo, nadaję się?

       

       

       

      P.S.

      Wygraliśmy.

      Niech duje Żyda, tfu: niech żyje Duda! 

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (137) Pokaż komentarze do wpisu „Podanie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 października 2015 22:47
  • sobota, 10 października 2015
    • Zeznanie

      W oczekiwaniu na piorun weny oraz kolejną błyskawicę jasnoczarnowidzenia, a raczej na jakieś wolne dwie godziny - "publikuję" wierszyk-poczekajkę pod tytułem wymienionym w tytule:-)

      Wychodzę bowiem z założenia, że sobota bez wiersza jest jak niedziela bez mszy, czyli jak plaster bez przeciętego palca - bez sensu kompletnie:)

       

      "Zeznanie"

       

      Nigdy, przenigdy jam jajek na miękko

      nie wyciągał gołą ręką z wrzątku.

      Za młodu, od wschodu słońca do

      Jego zachodu, od początku po

      Koniec dnia, unikałem dotyku dna.

       

      Gdy wiało, szalik zakładałem, gdy

      W mordę bili ci w mundurach,

      Nie oddawałem – pisałem na murach.

      Ot: zwykły człek z łbem w chmurach.

      Pewnie taki jak Wy.

       

      Na grzechach nie zbiłem majątku,

      choć regule przeczy masa wyjątków.

      Mam kota zupełnie jak prezes,

      Lecz nie wozi mnie mercedes

      I nie chcę robić porządków.

       

      Unikałem szaleństwa, choć zachęt w bród.

      Wariat, kochani, ma w życiu cud-miód.

      Chuchają nań całe konsylia w tej krainie,

      Co była, jest i na pewno nie zginie,

      Bo kiedy już śmierć jej, dzieje się "cud".

       

      Sursum więc corda, mimo że morda

      "Prawdziwego Polaka" wystaje zza krzaka

      Jak dupa.


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (97) Pokaż komentarze do wpisu „Zeznanie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 10 października 2015 17:44
  • czwartek, 08 października 2015
    • Rewolucja niekulturalna


      Sparaliżowany fatalistycznym strachem króliczek, wpatrujący się w oczy węża, który zaraz go połknie, w porównaniu z nami, oczekującymi nadejścia rządów PiS, jest przykładem aktywnego oporu, wręcz czynnego bohaterstwa. On bowiem przynajmniej nie zachęca gada do konsumpcji i nie życzy mu: „Smacznego”.



      Gdyby kto pisnął teraz: Ludziska, oni nie muszą wygrać!, świadkowie tego zgorszenia natychmiast zadzwoniliby po pogotowie, żeby gościa wsadzili w kaftan i dali mu zastrzyki realiny - wszak „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”. Natomiast na widok Macierewicza w Chicago lub gdzie bądź P.T. publiczność zadzwoni najwyżej do szwagra lub „Szkła kontaktowego”. I komu tu potrzebna jest terapia?

      Czy ja sugeruję właśnie, że PiS wcale nie musi zwyciężyć? Owszem, jak najbardziej. Od jakiegoś czasu miewam zwarcia w połączeniach między neuronami i mi takie herezje we łbie pustym błyskają, niczym „buzony Kaczyńskiego” w Wielkim Zderzaczu Farmazonów. Nadmieniam, że nie biorę żadnych prochów, z używkami nie przesadzam. Gdy wracam mniej więcej do normalności, staram się stonować ten z pozoru absolutnie nie na miejscu hurraoptymizm, zamieniając go na bezpieczniejsze: nie musi wygrać z przewagą dającą mu władzę absolutną. Dał NAM przykład Duda, którego wygrana była niewielka.

      Czy to z mojej strony jedynie niszowe swawolenie, że tak powiem, „Dyzia Sowizdrzała”, który dla rozrywki przekorne facecje opowiada? Czy ja dla efektu błaznuję? Nie, mili moi, ja tak ze strachu. Też jestem króliczkiem, zamarłem jak wielu, wpatrzony w hipnotyzujące oczka węża. Najwyższa jednak pora, do cholery ciężkiej, otrząsnąć się z tego paraliżu. Czy to coś da, czy nie jest za późno? Jest i nie jest, ale próbować trzeba. Bo zapowiada się, że inaczej nie „jakoś to będzie”, lecz będzie fatalnie.

       

      Medycyna ludowa i jej adherenci

       

      Niektórzy pewnie jeszcze ze szkół pamiętają, że Bolesław Prus w „Antku” (tym razem to nie ten Antek) opowiadał, jak to znachorka kazała małą Rozalkę na trzy zdrowaśki do pieca chlebowego włożyć, żeby jej choroba odeszła, która to kuracja skończyła się następująco: „W głębi pieca leżał trup ze skórą czerwoną, gdzieniegdzie oblazłą.” Nic innego nie doradzają nam ci, którzy współcześnie apelują, aby PiS sobie porządził, bo to nas z niego wyleczy, przy czym trzy zdrowaśki mogą trwać w tym wypadku i lat 20. Nie żebym pastwił się jedynie nad redaktorem Jarosławem Kurskim z „GW”, który tę receptę na włożenie Polski do pieca wczoraj na łamach był zaordynował, on jedynie artykułuje pogląd sporej grupy. Motywacje tych ludzi są przeróżne, od poczucia bezsilności i obrażenia się na głupi naród (niech ma za swoje!) do dreszczyku podniecenia, jaki wzbudza perspektywa życia w ciekawych czasach i czerpania z tegoż różnych profitów, w których poczucie przynależności do elitarnej, szlachetnej mniejszości nie jest bynajmniej korzyścią jedyną, szczególnie gdy po prawdzie żadnych specjalnych kosztów bycia „przeciw” nie ponosi się osobiście.

      Dominuje jednak chyba fatalizm nie mściwy, lecz bezradny, nawet wśród ludzi mądrych, prawych i widzących jasno (jak Andrzej Leder, z którym wywiad w ostatniej „Polityce” serdecznie polecam). Skoro nic się nie da zrobić, trzeba się dostosować, położyć uszka po sobie, do mysiej dziurki wleźć, emigrować wewnętrznie lub w ostateczności zewnętrznie, było nie było - „przeżyliśmy Berię drania, to i Kaczor jest do wytrzymania”. Można też łudzić się (a raczej innych) jak Sławomir Sierakowski, że zmiana będzie dotyczyć jedynie sfery symbolicznej, żyć zaś będziemy po staremu.

      Ja tylko wrednie przypomnę, że ostatnim razem trzeba było przeczekać nie trzy zdrowaśki, nie lat 20, o których mruczy prezes, ale 37, bo tyle formalnie trwał PRL (zatem należy dorzucić jeszcze lata 1944-52, kiedy trwał już praktycznie, a nie de iure). Przesadzam? Kto chce szczerze powiedzieć: „Sprawdzam!” i rzeczywiście sprawdzić na własnej (nie tylko) skórze, łapka w górę, czyli: do pieca.

       

      Rewolucja konserwatywna czy kulturalna

       

      Pierwszy termin jest już używany i stosunkowo popularny, ale moim zdaniem do luftu, gdyż: ani to za bardzo rewolucja, ani konserwatywna. W istocie to, co się w Polsce dzieje, zachowując wszelkie proporcje i ze wszystkimi oczywistymi zastrzeżeniami, bardziej przypomina rozłożony w czasie bolszewicki zamach stanu lub raczej sytuację Egiptu z lat ostatnich, gdzie większość miała wyżej uszu status quo, czyli Mubaraka, a że jedyną zorganizowaną serio siłą opozycyjną, mającą spójną i gotową wizję ideologiczną świata, było Bractwo Muzułmańskie, to i ono w demokratycznych wyborach wygrało, kanalizując niezadowolonych z różnych parafii (co nie jest w tym kontekście słowem akuratnym;). W każdym razie fanatyczna, antywolnościowa, radykalna i irracjonalna mniejszość zyskuje większość - najogólniej rzecz biorąc - z powodu braku realnej konkurencji.

      W naszym przypadku dochodzi jeszcze i to, że mniejszość ta staje się jeszcze atrakcyjniejsza, gdy przyjrzeć się jakości tej jej ewentualnej konkurencji, czyli Kukizowi-Szeli, na którego widok człowiek mimowolnie zaczyna tęsknić za Eduardem Limonowem (facet oczytany) czy choćby Lepperem (nie miał ambicji przerabiania wszystkich na swoją modłę) ;)

      Konserwatyzm zaś to nie jest na pewno, przynajmniej nie w europejskim tego słowa znaczeniu, bo konserwatystą w stylu CDU czy Conservative Party to był Bartoszewski, a u nas za konserwatystów przeważnie podają się ludzie w najlepszym razie w typie fanów amerykańskiej Tea Party, czyli nie konserwatyści a troglodyci.

      Właściwszym zatem terminem byłaby raczej „rewolucja kulturalna”, bo cele, metody i skutki obu tych procesów są podobne, między innymi zburzenie dotychczasowego porządku oraz wymiana aparatu, elit i autorytetów, a wszystko przy użyciu źle wykształconych, plastycznych mas, głodnych sensu, poczucia siły i godności, których im nikt wcześniej nie dał.

      Dlatego można uznać za pewnik, że rządy PiS z lat 2005-7 to była przedszkolna gimnastyka. Obecnie jesteśmy na etapie poligonu, po którym możemy zostać wysłani na prawdziwy front, niektórym potencjalni generałowie już wystawiają wezwania do karnych kompanii. W walce o lepsze wczoraj, które ma nadejść jutro, ofiary muszą paść już dzisiaj.

       

      Istota rewolucji

       

      Nadciągająca „zmiana” musi mieć – taka jest rewolucyjna logika, taka jest obecna temperatura hunwejbinów - znacznie szerszy zasięg od tej poprzedniej, nie ograniczy się do elit, poszczególnych grup zawodowych i administracji. Prezes opowiada wprawdzie o tym, że zacznie zmieniać państwo „od góry”, ale pomniejszych prezesów i prezesików przebierających nóżkami do „zmieniania” ci u nas dostatek, a nawet nadmiar, każdy z nich ma jakiś osobisty Smoleńsk do zrekompensowania, choćby taki, że jest brzydki/brzydka, niski/niska albo ma hemoroidy z winy masonów. „Rewolucja” więc tym razem będzie nie tylko odgórna, ale i oddolna, tym większa, im bardziej na dole i górze rozbudzone apetyty, a wodze popuszczone. Im większe wreszcie było poczucie krzywdy, że było się wcześniej "niedocenionym" (bo na przykład należało się do tych 55% nauczycieli matematyki, którzy według badań twierdzą, że dzieli się przez zero). Deklaracje, a właściwie ewidentne groźby, jakie płyną z ust polityków PiS, ich medialnych kamerdynerów oraz pisowskiego ludu, świadczą o tym, że tym razem hamulców nie ma żadnych. Celem jest totalne wypchnięcie wroga z życia publicznego i stworzenie systemu, który ten stan rzeczy ma utrzymywać na wieki wieków amen. Orbanowskie Węgry przy tym to sielanka, bo tam strzałokrzyżowców jednak do władzy nie dopuszczają. U nas ich ideowi krewni to jutrzejszy establishment.

      Powtarzam: nie dotyczy to jedynie kilkunastu-kilkuset tysięcy ludzi, których się pogoni, wykluczy lub wytresuje, lecz dotyczy każdego zwykłego Polaka.

      Na nasze dzieci już czekają całe tabuny „nauczycielek” w rodzaju osławionej Anny Kołakowskiej z Gdańska, wielbicielki ONR-u, która swoją córkę tak patriotycznie wychowała, że ta rozpyla gaz na spotkaniach „lewaków”, za co sąd ją skazuje, ale „Solidarności” nagradza dyplomem. Produkcja takich Maryś, bo córka gdańskiej radnej-nauczycielki ma na imię tak samo jak słynna Marysia z Gorzowa, ruszy pełną parą w szkołach, gdzie zamiast wiedzy będzie katopatriotyczna, endecka indoktrynacja, a „kontrowersyjną” teorię ewolucji uczniowie poznawać będą z omówień na lekcjach religii. Edukację młodzież będzie pogłębiać na uniwersytetach, gdzie kierunki studiów ograniczy się do prawomyślnych w rodzaju bioteologii i rekonstrukcji historycznej, po których przynajmniej państwowa robota będzie pewna. To my będziemy szukać pomocy w szpitalach, skąd spławią nas lekarze z czystym sumieniem. To my będziemy chadzać do teatrów, w których wzorzec smaku i repertuar wyznaczać będą Temidy Stankiewicz-Podhoreckie w różnym stadium zdziecinnienia (recenzentka teatralna „Naszego Dziennika”). To my wyłączymy w końcu telewizory, żeby nie zarzygać ekranów na widok kolejnego serialu „Rotmistrz Bęc-Walski w chuja robi bolszewików, czyli jak w Jedwabnym Żydzi zaprószyli ogień w stodole”.

      Byle łachudrę, chama i nieuka czeka awans, jeśli tylko dostanie kartkę od spowiedzi i będzie widziany przez „władzę” z biało-czerwoną szturmówką na pochodach pierwszomajowych, tfu, 11-listopadowych. Skasuje się „niebieską linię”, bo rodzina to świętość, w zamian powstanie „różowa” - zgłoś geja lub lesbę, dżender nie śpi. Obrazą polskości stanie się demonstracyjne czytanie Gombrowicza, a religii – prośba o przyciszenie Radia Maryja.

      Nastanie epoka miernot, rządy cyników i głupców, czas sromu i dulszczyzny kanonizowanej.

      Z tego zadupia Europy wywieją kolejne miliony ludzi, a ci, którzy zostaną, będą zdychać z nudów i obrzydzenia.

      PiS chce nam wszystkim odebrać wolność, prawo do bycia takimi, jakimi jesteśmy i stawania się takimi, jakimi chcielibyśmy być. Chce nam odebrać także osobistą godność, zmuszając nas co najmniej do tego, żebyśmy bali się okazywać, kim jesteśmy i co myślimy. To już działa.

      Myślicie, że UE nas obroni? Że standardy, trybunały i opinia publiczna cywilizowanej części świata uratują grajdół przed nadciągającą sromotą? Popatrzcie na Węgry, na razie „Madziary trzymają się mocno”, nikt Orbanowi nie podskoczył i nie podskoczy jeszcze długo.

      Chcecie żyć w takim kraju? Ja nie. Dlatego pomóc musimy sobie sami, najlepiej przed, a nie po fakcie.

       

      Kontrrewolucjoniści wszystkich krajów – łączcie się! :-)

       

      Rewolucje mają to do siebie, że bywają przeważnie bardzo niekulturalne. Ta, która nadciąga u nas, jest po prostu chamska (cytat z dziś, Feusette od Karnowskich o politykach i dziennikarzach: cwelebryci), kłamliwa i podła. Rozpędzała się latami, nie reagowaliśmy na to dostatecznie stanowczo. Ani my, ani wybierani przez nas przedstawiciele. Nie reagowało państwo. Dziś motłoch pod wodzą prawdziwych jak trzyzłotówka przyjaciół ludu chce nam urządzać nasz dom. Myśmy ten motłoch wychowali, myśmy go do władzy dopuścili i my musimy go teraz wystawić za drzwi, a przynajmniej głośno krzyknąć: Veto! Możemy mieć pretensje do siebie nawzajem, szukać bardziej i mniej winnych, ale przede wszystkim musimy ratować ten kraj przed oligarchiczną ochlokracją, przed moralną i intelektualną degrengoladą, międzynarodową izolacją i zapaścią cywilizacyjną. Rozliczenia zostawmy na bezpieczniejsze czasy. Na razie trzeba zapobiec katastrofie. Żarty się skończyły.

      Moralnym obowiązkiem każdego z nas, który w tym wypadku doskonale pokrywa się z interesem osobistym i rodzinnym, z instynktem samozachowawczym, jest głosowanie przeciw PiS i przekonywanie do tego dzieci, rodziców, szwagra i szwagierki, sąsiadów i znajomych z pracy, żula pod sklepem i kumpla z dzieciństwa.

      To nieprawda, że jesteśmy w Polsce mniejszością, więc nie ustawiajmy się sami w kącie z pupami wypiętymi do bicia. Może wcale nie przegramy, a jeśli już, to nieznacznie, wtedy zwycięzcy nie będą mieli mandatu do czynienia większych spustoszeń. W ostateczności zaś pamiętajmy o radzie, jakiej Polakom udzielił w epoce rozbiorów Jan Jakub Rousseau: Nie możecie przeszkodzić, by was połknęli – postarajcie się przynajmniej, by nie mogli was strawić.

       

       P.S.

      Zamiast morału: znalazłem właśnie informację, że sąd odstąpił od ukarania Marii Kołakowskiej za rozpylenie gazu w pomieszczeniu, gdzie trwało czytanie tekstu sztuki "Golgota Picnic".

      Kuriozalne uzasadnienie i reakcja obwinionej:

      http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/267838-rozpylila-smierdzaca-substancje-podczas-odczytu-bluznierczej-sztuki-golgota-picnic-sad-odstapil-od-kary

      Uważajmy, kto dzwoni do naszych drzwi. Może to być jakaś Marysia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (244) Pokaż komentarze do wpisu „Rewolucja niekulturalna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 października 2015 16:22
  • poniedziałek, 05 października 2015
    • Jakub Sobieski pod Wiedniem



      Historia sekretna

       

      Czasy teraz takie, że „niepokorni” przywołują Wiktorię Wiedeńską Jana III, żeby pokazać na tym przykładzie, jak współczesna Polska ma potraktować muzułmańskich uchodźców. Nie marnując czasu na ocenę tego kretyńskiego porównania, rzućmy okiem na tamte czasy i wydarzenia, w czym pomocne nam będą na pewno najnowsze ustalenia historyków.



      Gdy w 1673 roku umarł król Michał Korybut Wiśniowiecki, cała Rzplita wcale nie dyskretnie odetchnęła, bo odszedł nie tylko monarcha nieudolny, ale i „psujący chłopców” na potęgę, być może transwestyta, a na pewno crossdresser, w kontaktach z kobietami zaś – impotent. W sumie należało Bogu dziękować, że zmarł bezpotomnie, bo wygładziło to drogę do tronu hetmanowi Janowi Sobieskiemu. „Lew Lechistanu” miał o zmarłym opinię jak najgorszą, za jego życia nie krył abominacji i mówił, że „nie będzie całował w rękę tej małpy na tronie”.

      Syn Jana, królewicz Jakub Sobieski, bez obciachu nazywał Michała Korybuta „sodomitą”. W tym wypadku jednak trzeba uczciwie powiedzieć, że przyganiał kocioł garnkowi, bowiem słabość Jakuba do swej płci była znana powszechnie. W Polsce krążyły o tym pisma ulotne, gdzie wprost stało : „w mężczyznach się kocha, aż strach”. Gdybyż jeszcze tylko w Polsce o tym wiedziano, to pół biedy, niestety wiedziała o tym cała Europa. To właśnie upodobania Jakuba stały się przyczyną jednego z największych skandali dyplomatycznych XVII wieku.

      Oto trzy dni po zwycięstwie pod Wiedniem w Schwechat dochodzi do spotkania króla Jana z uratowanym cesarzem Leopoldem I, który nawet nie raczy skinąć głową, gdy przedstawiają mu Jakuba. Sobiescy są wściekli za ten jawny afront, spowodowany złą sławą królewicza.

      Tyle z grubsza wiedzieliśmy do tej pory, lecz teraz na jaw wyszły nowe fakty. Ale po kolei:

       

      Italski medyk i królewski lues

       

      Jan III był człowiekiem ciężko schorowanym, a to między innymi za przyczyną syfilisu, którą to chorobę dzielił z ukochaną królową Marysieńką (nie sposób dojść, kto kogo zaraził, najpewniej zarazili się osobno, Maria Kazimiera od pierwszego męża, Zamoyskiego, a Jan miał duże potrzeby i je zaspokajał jak się dało). Zwierzał się jej w liście: „osypały mię wszystkiego pryszcze jakieś niesłychanie gęste i po ręku, i po wszystkim ciele”. Nic dziwnego, że wokół królewskiej osoby pałętały się całe zastępy medyków, choćby we Lwowie, gdzie go dopadł złośliwy wrzód gardła, co tak opisuje: „nad wszystkie spodziewanie, w radę sześciu doktorów i cyrulików (...) rozpukł się i wyciekł”.

      Właśnie we Lwowie urodził się jeden z dwóch najsłynniejszych królewskich medyków – doktor Jona, pochodzący z szacownej żydowskiej rodziny, kształcony we Włoszech, czego zwieńczeniem był dyplom uzyskany w Padwie. Pewnie te italskie studia właśnie spowodowały, że drugi z najsłynniejszych lekarzy królewskich, Irlandczyk O'Connor, miał go za Żyda z Włoch, a może mu się coś kićkało, bo włoskich chirurgów na dworze było jeszcze ze trzech.

      Wszechstronnie wykształcony na francuskich uniwersytetach Bernard O'Connor nie poprzestawał na praktyce lekarskiej, był również autorem dwutomowej „The History of Poland in several letters to persons of quality”. W tym właśnie dziele pojawiła się wzmianka o jeszcze jednym Włochu, którego pamiętniki ostatnio odnaleziono w Pradze i wystawiono w Londynie na aukcji, gdzie anonimowy licytator kupił je za 80 tysięcy funtów, żeby potem udostępnić je wielkodusznie polskim historykom do badań (chwała mu za to).

      Dzięki temu możemy zapoznać się z niezwykłą postacią Gianbattisty Genderiego, lekarza z Bolonii, który przez szereg lat był medykiem i powiernikiem królewicza Jakuba Sobieskiego. Jego „Pamiętniki humanisty w królestwie Lodomerii”, gdzie opisuje swój pobyt w Polsce, to lektura pasjonująca, od której chwilami nie można się oderwać. A już to, co Genderi opowiada o kulisach bitwy pod Wiedniem, to po prostu gratka dla pasjonatów historii.

       

      Królewicz autorem Wiktorii

       

      Zbieg okoliczności sprawił, że Gianbattista Genderi okazał się jedynym lekarzem z prawdziwego zdarzenia, który z polskim wojskami wziął udział w odsieczy wiedeńskiej. Siłą rzeczy w tym czasie służył pomocą i radą nie tylko Jakubowi, ale i Janowi III. Podczas marszu na Wiedeń trudy podróży wzmogły objawy „francuskiej choroby” u króla, który mimo to „starał się kontentować dostępnemi dziewkami” (G. Genderi). Sprytny medyk doradził monarsze, aby „JKM miast dziewek Bóg wie na co cierpiących użyć raczył swego tatarskiego pacholika, bo owego zbadałem sam dokładnie i pewien jestem, że zdrów jest jako ryba”. Zdesperowany król, choć zdeklarowany heteryk, rad nierad za radą doktora poszedł i potem ochota na seks mu przeszła. Gdy zaś przestał swawolić, natychmiast poczuł się lepiej i zajął się już serio kampanią, co całej chrześcijańskiej Europie wyszło na dobre.

      Wprawdzie nie znajdziemy o tym słowa w słynnym dziele Wespazjana Kochowskiego „Dzieło Boskie albo Pieśni Wiednia wybawionego i inszych transakcyjej wojny tureckiej w roku 1683 szczęśliwie rozpoczętej”, ale nastroje w obozie sił chrześcijańskich przed samą bitwą były kiepskie. Niezmierzone morze wojsk sułtańskich mroziło najmężniejsze serca. Nawet w sercu Lwa lęgły się czarne myśli.

      Genderi opisuje, że na dzień przed decydującym bojem, rankiem 11 września 1683 roku, podczas spotkania z królem i legatem papieskim Markiem z Aviano królewicz Jakub zaproponował, aby ofensywę militarną na pogan wesprzeć zmasowaną ofensywą psychologiczną: „otrąbić trza przed pohańców szańcami, że nie tylko będziemy ich rąbać, ale ich wcześniej pohańbimy, co oni za najgorszy despekt ponoć mają”.

      Dowódcy sprzymierzonych chwycili się tego pomysłu, a część żołnierzy zaprzysięgła przed Bogiem, że nie uchyli się przed spełnieniem groźby, podobno przodowali w tym towarzysze husarscy z chorągwi Jakuba, a przykład poświęcenia dał sam jej dowódca, nieustraszony Mikołaj Złotnicki, cześnik koronny i chorąży poznański.

      Jak uradzono, tak i zrobiono: donośne głosy heroldów, dobranych z tych, którzy dobrze po turecku mówili, oznajmiały całą noc wojskom sułtana, co im Polacy i Litwini zrobią, w czym i ile razy. Nie ma siły, to musiało podkopać morale armii Kara Mustafy.

      Rozwój wydarzeń następnego dnia zdaje się potwierdzać tę tezę. Gdy po wielogodzinnym ostrzale artyleryjskim pozycji tureckich wyruszyła na rekonesans bojem pod tęczowym sztandarem chorągiew dowodzona przez porucznika Zygmunta Zbierzchowskiego, dały się zaobserwować pierwsze objawy paniki wśród szeregów wroga – spahisi, widząc złowieszczą tęczową flagę, poczęli rzucać się do ucieczki.

      Jan III tylko na to czekał. Wnet rzucił pozostałe 23 chorągwie husarii do decydującej szarży. W pół godziny potem było pozamiatane. Większość Turków uciekła, choć część janczarów szła do niewoli jakby z ochotą, znęcona obietnicami, jakie słyszeli w nocy. Sam wielki wezyr Kara Mustafa podobno uciekł nie tyle ze strachu przed śmiercią, ile przed tym, że wpadnie w ręce znanego z wielkiej potencji króla i jeszcze czymś się od niego zarazi. Jak wiadomo, nic mu to nie pomogło, bo sułtan Mehmed IV kazał go wkrótce udusić, co, jak legenda przekazuje, skazaniec przyjął mężnie i z godnością słowami: „Dzięki Bogu, przynajmniej umrę zdrowy i z całym tyłkiem”.

       

      Protest Wysokiej Porty

       

      Po jakimś czasie jednak do świadomości sułtana dotarło, co było prawdziwą przyczyną klęski jego armii pod Wiedniem i jął słać do Rzymu pisma z protestami, że cała sprawa to granda i żąda powtórki bitwy na uczciwych warunkach. Argumentował, że używanie na wojnie między cywilizowanymi państwami niedozwolonych prawem metod w rodzaju „homopropagandy” godzi w podstawowe wartości chrześcijańskie i muzułmańskie. Jednak jego listy kuria papieska pozostawiła bez odpowiedzi.

      Widać Innocenty XI nie był w ciemię bity i uznał, że skoro już ktoś stwierdził przed nim, iż Paryż wart jest mszy, to Wiedeń wart jest co najmniej homopropagandy. :-)




      Bawiąc się, stąd czerpałem:

      http://www.wilanow-palac.pl/dolegliwosci_zdrowotne_jana_iii_sobieskiego.html

      http://www.wilanow-palac.pl/lekarze_jana_iii_sobieskiego.html

      http://mobile.wilanow-palac.pl/article/doktor_jona_medyk_sobieskiego.html

      http://sobieski.edu.pl/web/jan-iii-sobieski/22-dzieci

      http://www.najigoche.kaszuby.pl/artykul/artykul=374,sobiescy-dynastia-ktorej-nie-bylo/

      http://poczciarz.home.pl/seks/Michal_Korybut_Wisniowiecki.php

      http://www.wilanow-palac.pl/sobiesciana/spotkanie_cesarza_leopolda_i_z_krolem_janem_iii_w_schwechat_sobiesciana.html



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (194) Pokaż komentarze do wpisu „Jakub Sobieski pod Wiedniem”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 października 2015 19:30