MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • środa, 04 listopada 2015
    • Gros(s) z nas

       

      Nie zawsze milczenie jest złotem. Czasem wcale nie jest dowodem rozwagi, lecz wynika z konformizmu i strachu. Najczęściej jednak oznacza w praktyce przyzwolenie na zło, i to wcale chwilami nie mniejsze. Lepsza od niego wtedy wydaje mi się najgorsza mowa, nawet jeśli zgrzyta jak pordzewiały złom. Czy w tym pobrzmiewa nuta przygany dla milczących? Tylko dla niektórych. Dla tych, dla których głośna mowa jest obowiązkiem.



      Co się ktoś odezwie na temat nadciągającej pisowskiej „rewolucji kulturalnej”, natychmiast zostaje mianowany „histerykiem/histeryczką”, to jest język oficjalny nie tylko pisowskich hunwejbinów, ale i części „mainstreamu”, tej, która nie chce „panikować”, wzywającej do „rozsądku”, której wyższość rzekoma polega na tym, że zza zwartych legionów prezesa widzi w istocie brunatne koszule falangistów. U podstaw tego sposobu reagowania na rzeczywistość leży coś, co teraz możemy nazwać syndromem węgierskim, czyli traktowaniem Orbana jako zapory przed „prawdziwymi faszystami”. U nas tamą przed „prawdziwym” zagrożeniem ma być właśnie PiS.

      Pytam się wcale nie złośliwie: a ci „nieprawdziwi” są w czymś lepsi, mniej groźni, mniej zła czyniący? Czy ze strachu przed 9 posłami-narodowcami mamy nie dostrzegać, że właśnie w szeregach PiS jest takich o wiele więcej? Przez 25 lat istnienia wolnej Polski baliśmy się Tymińskiego, Leppera, a teraz Kukiza. Tymczasem „mniejsze zło” Kaczyńskiego rosło, traktowane ulgowo, traktowane jak równoprawny uczestnik życia publicznego. Aż urosło do rozmiarów pierwszego zwycięstwa, w którym jedna partia ma samodzielną większość w parlamencie. Coś mi się wydaje, że dotychczasowe priorytety „rozważnych mędrców” można teraz o kant potłuc, choć będą nas do swojej „realpolitycznej” racji przekonywać do samego końca, to znaczy – póki sami nie dostaną w skórę. Pewne znaki na niebie pokazują, że mogą na to liczyć niezawodnie. Osobiście wcale nie czuję żadnej satysfakcji z tego powodu, chciałoby się jednego z drugą za ramię potrząsnąć, ze snu wyrwać.

      19% procent tylko ogółu obywateli uprawnionych – powiadają - na PiS głosowało! Nie mają mandatu do przeprowadzania żadnej rewolucji! - niepomni, że w historii zdarzały się i takie przypadki, że i bez większości parlamentarnej tragedie zdarzały się straszne. Abstrahując już zupełnie od tego, że partia ta ma to w głębokim poważaniu, gdyż liczy się dla niej poparcie wyrażone w liczbie mandatów poselskich i senatorskich, dające realną władzę, a nie jakieś mrzonki o wartościach demokratycznych i szacunku dla przekonań innych.

      Starzy bojownicy są zmęczeni, tu i ówdzie tłuszczyk się odłożył, niektórzy walną od czasu do czasu kazanko niczego sobie, inni machną ręką lub stukną się w głowę. To nie możliwe! - powiedzą – Żyjemy wszak w Europie! Po czym wnikliwie przeczytają Snydera „Czarną ziemię. Holokaust jako ostrzeżenie”, by potem oburzyć się na Grossa za „mściwość pisemną” na łamach „Die Welt”*. I na tym się kończy.

      A rzeczywistość skrzeczy chórem miliongębnym: Wyrwać chwasty! Wyrzucić z pracy! Wyrzucić z Polski!

      Nie dociera to do uszu pochłoniętych rozważaniami, czy ministrem i wicepremierem zostanie człek o spojrzeniu szaleńca czy zakłamany kabotyn. Tymczasem to jest w gruncie rzeczy sprawa drugorzędna, co można stwierdzić przyglądając się losom von Papena. Czyż nasz współczesny od biedy odpowiednik G. zapobiegnie „stanowi wyjątkowo normalnemu”, który chce wprowadzić u nas PiS? Wolne żarty.

      Do czego zdolny jest PiS, pokazała kwestia mizernej liczby uchodźców, którzy mają do nas dotrzeć. Myślicie, że oni po dojściu do władzy odmówią ich przyjęcia? Byliby głupi – kilka tysięcy muzułmanów to potencjalnie lepszy materiał do pokonania „imposybilizmu” prawnego od jakiegoś polskiego Dymitrowa. Zresztą, im nie trzeba żadnych pretekstów, i tak zrobią swoje.


      W linkowanym przeze mnie poniżej tekście Aleksander Smolar polemizując z Janem Tomaszem Grossem w słynnej sprawie twierdzi, że nie ma partii, która jawnie odwoływałaby się do antysemityzmu (który jest w Europie miernikiem stopnia degeneracji społecznej, zastępowanym powoli przez islamofobię).

      Formalnie ma rację, ale w rzeczywistości nie ma racji za grosz. To, czego nie mówi się głośno, wcale nie ciszej rozbrzmiewa w pisowskim elektoracie i wśród członków partii, wcale nie szeregowych – popatrzcie na wpisy na ich kontach, na forach ich mediów, na murach, posłuchajcie ich codziennego języka. Mój znajomy wielbiciel PiS przez telefon od lat bredzi mi w natchnionym bełkocie, kto jest Żydem, a kto nie (tych mniej), póki nie pieprznę słuchawką. I wcale nie kryje się z tym, że wszyscy z jego kręgu, do którego zaliczają się aktywni członkowie partii (a krąg ten obejmuje ludzi z miasta, w którym ostatniego Żyda widziano przed wojną) nienawidzą równie gorąco jak on.

      Wokół od dawna rozbrzmiewa „marcowe gadanie”, język żywcem z '68. W sprawie pozbawienia Grossa orderu nadanego przez prezydenta RP petycję podpisało już prawie 35 tysięcy Polaków**, choć polemizować w sprawie meritum z nim dosyć trudno.

      Facet, który przez karygodne zaniechanie „mainstreamu”, a konkretnie PO, nie stanął przed Trybunałem Stanu za gwałt na konstytucji i innych ustawach, typowany znowu na ministra sprawiedliwości, dzień przed wyrokiem w sprawie ekstradycji Romana Polańskiego naciska na sąd, judząc opinię publiczną (chwała sądowi za uzasadnienie odmowy ekstradycji). Co będzie, gdy Amerykanom przyjdzie do łba złożyć wniosek raz jeszcze, gdy Zbigniew Z. albo równie przyzwoity Hun prawniczy obejmie stanowisko? Polańskiego nienawidzą ci ludzie nie za czyn, który popełnił, lecz za to, że jest członkiem „establishmentu”, wolnym artystą, a przede wszystkim Żydem.

      Tymczasem trwa festiwal radości z powodu wpędzenia do politycznego grobu Millera razem z SLD i Palikotem. No niby jest to jakiś powód, ale gros z nas nie powinno się chyba oddawać jakiejś przesadnej radości, bo zza tego podejścia wyziera zanany schemat, uwieczniony w wierszu pastora Martina Niemöllera:


      Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem.
      Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem przecież komunistą.
      Kiedy przyszli po socjaldemokratów, nie protestowałem.
      Nie byłem przecież socjaldemokratą.
      Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem przecież związkowcem.
      Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.

      Napisane w 1942 roku w Dachau.

      Czy ja przesadzam? Zapytajcie prof. Janusza Czapińskiego, z którym ostatni wywiad w „GW” kończy się słowami: Dzisiaj, przepraszam za wyrażenie, na szczęście Kuroń nie żyje, bo by go Macierewicz wsadził do Berezy.


      http://mediumpubliczne.pl/2015/09/smolar-do-grossa-ty-sie-mscisz-piorem/

      http://www.citizengo.org/pl/petycja-w-sprawie-odebrania-grossowi-orderu-zaslugi-rzeczypospolitej-polskiej



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (191) Pokaż komentarze do wpisu „Gros(s) z nas”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 04 listopada 2015 19:22
  • poniedziałek, 02 listopada 2015
    • Przeciw pornografii

      (Z grzędy zrzędy:)

       

      Goła dupa zawsze bywa bardziej apetyczna od gołego umysłu. Ludzkość pięknieje bowiem fizycznie, ale wydaje się więdnąć intelektualnie. To znaczy: mądrych też przybywa, ale ładniejszych prędzej. Jeszcze trudniej o piękno moralne, bo moralność obiegowa mieszka na stancji u pani Dulskiej, gdzie ogląda horrory w gronie rodzinnym, na przykład M jak nuda.



      Uciekamy więc w krainę gołych dup żeńskich i męskich, co dowodnie wykazują statystki najczęściej odwiedzanych stron w sieci, szukając ratunku przed ohydą umysłów, których nikt nie myje, nie depiluje i nie pryska perfumą, za to kopulujących grupowo bez wstydu i makijażu.

      Ta ucieczka w krainę rżnięcia się dosłownego jest wołaniem o pomoc, to objaw naturalnego pędu do zdrowia, każdy lekarz (z wyjątkiem Chazanów), szaman i znachor Wam powie: indywidualny seks grupowy w porównaniu ze zbiorowym aktem wyborczym jest jak kurs pierwszej pomocy dla kata – bardzo potrzebny, bo ułaskawienia nadchodzą czasem po fakcie. Mamy oczywiście w pamięci, że: żadnej łaski nie będzie. Mimo to trzeba ćwiczyć sztuczne oddychanie. Na wszelki wypadek. Najlepiej na sobie samym – technicznie trudne, ale nie ustawajmy w dążeniu do perfekcji.

      Póty wierzę w ludzkość, póki woli genitalia realne od wirtualnych. Więc moja wiara ma krótkie nogi.

      Otwieram komputer, a tam sztuczne członki, sztuczne waginy, sztuczne orgazmy i fetysze z pololateksu – starcze fantomy, krwawe ejakulacje nie płodnym nasieniem, lecz jadem. Tryska to wszystko z „portali opiniotwórczych”, przy których BDSM to jest grill z sąsiadami.

      Wielki Inseminator zastąpił czułego kochanka, nawet Don Juan jest zgorszony.

      Wzbiera tęsknota za niewinnym, ukradkowym pocałunkiem poezji, zwykły Asnyk jest jak aspiryna w czasach, gdy Dekalog znów staje się Kodeksem Karnym z komentarzem księdza Oko.


      Dlatego jestem śmiertelnym wrogiem pornografii. Umysłowej.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (149) Pokaż komentarze do wpisu „Przeciw pornografii ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 listopada 2015 16:10
  • sobota, 31 października 2015
    • Niewidzialni

      Wykluczeni - nawet ze statystyk

       

       Szanowni, postanowiłem zamieścić na blogu to, co z grubsza mówiłem wczoraj w Krakowie dzięki uprzejmości organizatorów i nieocenionej Jael podczas panelu w szacownych murach Uniwersytetu Jagiellońskiego. Oczywiście ani nie zdążyłem wszystkiego tego powiedzieć, bo to niemożliwe w warunkach panelowych, ani też nie wyczerpuje to zagadnienia nawet w 10%.

       

      Burza, jaka rozpętała się ostatnio po decyzji polskiego rządu w sprawie przyjęcia kilkunastu tysięcy uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, dowodzi między innymi tego, że ani jako państwo, ani jako społeczeństwo nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w Polsce od dawna już mamy kilkaset tysięcy uchodźców ekonomicznych, nazywanych nielegalnymi imigrantami.

       

       

      (Trzy fikcje, jedna rzeczywistość)

       

      Mówię: „kilkaset tysięcy”, gdyż nikt nie ma bladego pojęcia, ilu ich jest faktycznie. Nikt ich nie liczy, nie ma na to żadnej skutecznej metody. Jako państwo nie dysponujemy żadnym systemem, który by to umożliwiał. W mediach funkcjonują obiegowo trzy liczby:

       Urząd do sprawa Cudzoziemców szacuje, że przed ostatnią abolicją w 2012 roku było ich 80 tysięcy. Z czyjego kapelusza wyciągnął tę liczbę prezes urzędu – nie wiadomo.

       

       W tym samym czasie Straż Graniczna twierdziła, że może ich być 264 tysiące. Ta pozorna dokładność bierze się z tego, że funkcjonariusze policzyli po prostu różnicę między tymi, którzy do Polski wjechali i wyjechali. Ta metoda ma również swoje oczywiste wady, bo nie obejmuje na przykład tych, którzy z Polski przedostali się dalej na Zachód. Po dokładniejszej analizie danych na temat przekraczania granicy okazuje się jednak, że liczba podana przez SG dotyczyć może jedynie lat 2007-11, a więc nie obejmuje tych, którzy przebywają u nas czasami jeszcze od lat 90. Czyli znowu fikcja.

       

      Z kolei organizacje pozarządowe podawały często liczbę 0.5 mln. To też fikcja. Ustaliliśmy ją na spotkaniu ze znajomymi z kilku NGO-sów. Powstała w drodze... negocjacji, gdyż jedni twierdzili, że jest ich mniej, a drudzy, że znacznie więcej. Z tym że ci, którzy obstawiali więcej, po prostu liczyli tę samą metodą co SG, ale brali pod uwagę dłuższy niż ona okres.

      Te pół miliona nie było nawet średnią arytmetyczną, lecz zostało wybrane z tego powodu, że jest odpowiednio duże, żeby zaznaczyć wagę problemu, ale za małe, żeby przerazić. Przynajmniej tak myśleliśmy w tych czasach.

       

      Po upływie 5 lat z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że najbliższa rzeczywistości, w dodatku nieco już zaniżona wobec wzrostu liczby migrantów z Ukrainy, jest „fikcja” nr 3.

       

      (Niewidzialne miasto)

       

      Musimy liczyć się z tym, że mamy w Polsce całe niewidzialne miasto wielkości Poznania lub Gdańska, którego obywatele pozbawieni są jakichkolwiek praw. Wszyscy ci ludzie pracują, ponieważ inaczej by się tu nie utrzymali, ale nie mają prawa choćby do opieki zdrowotnej, bo nie tylko pracują na czarno, ale i przebywają nielegalnie, więc nawet prywatnie nie mogą wykupić ubezpieczenia.

       

      Oficjalnie w Polsce karty pobytu ma około 175 tysięcy osób, czyli liczba cudzoziemców nie przekracza u nas 0.5 % ludności kraju, co oznacza, że teoretycznie jesteśmy najbardziej jednorodnym społeczeństwem w UE, podobnie jest jedynie w Rumuni. Unijna średnia to nieco powyżej 4% populacji.

      Tyle że liczba kart pobytu nie odzwierciedla stanu faktycznego. Na jej podstawie można jedynie określić to, że imigracja wzrasta, gdyż jeszcze w 2010 roku cudzoziemcy stanowili 0.1% ludności. Oczywistym jest, że skoro rośnie imigracja oficjalna, rośnie i nielegalna. Z roku na rok polskie konsulaty wydają coraz więcej wiz, ich liczba dochodzi do 1.5 mln, z czego połowa przypada na Ukrainę.

       

      To właśnie Ukraińcy stanowią największą grupę imigrantów legalnych i nielegalnych. Wśród tych z kartami pobytu jest ich ponad 30%, wśród nielegalnych zapewne ok. 90%. Dlatego właśnie między innymi dosłownie nie widzimy skali problemu nielegalnej imigracji w Polsce. Po prostu Ukraińcy nie różnią się od nas wyglądem. W oczy rzuca się Wietnamczyk, Czeczen, Ormianin, Rom z Bałkanów czy osoba z Bliskiego Wschodu lub Afryki, ale nie obywatel Ukrainy.

      Nie zdajemy sobie na ogół sprawy z tego, że od 2006 roku faktyczna liczba cudzoziemców nie jest wykazywana przez liczbę kart pobytu czy zezwoleń na pracę wydanych cudzoziemcom przez wojewodów, których nie jest więcej niż czterdzieści parę tysięcy rocznie, lecz przez liczbę wiz uprawniających obywateli Rosji, Mołdawii, Gruzji, Białorusi i Ukrainy do półrocznej pracy bez zezwolenia na pracę. A 90% z tych wiz otrzymują obywatele Ukrainy. Procedura polega w tym wypadku na tym, że polski pracodawca wystawia oświadczenie o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca i poświadcza je w PUP-ie, cudzoziemiec zaś udaje się z tym dokumentem do konsulatu RP i tam na jego podstawie otrzymuje wizę ważną obecnie pół roku, uprawniającą do podjęcia w tym okresie pracy bez zezwolenia, ale jedynie u pracodawcy, który oświadczenie wystawił.

      W ubiegłym roku takich oświadczeń wystawiono 387 tysięcy, w tym dla Ukraińców 373 tysiące. W pierwszym półroczu br. liczba oświadczeń już wyniosła 411 tysięcy, w tym Ukraińcom wystawiono ich 403 tysiące. To pokazuje dynamikę wzrostu i skalę zjawiska.

       

       

      (Źródła nielegalnej imigracji)

       

      99% nielegalnych imigrantów wjeżdża do Polski legalnie, w nielegalność popada dopiero na miejscu. Właściwie jest do tego systemowo zachęcana.

       

      Powodem tego są między innymi wspomniane ułatwienia wizowe dla obywateli niektórych krajów byłego ZSRR, które w założeniu miały pomóc pracownikom i pracodawcom, a w praktyce stały się bramą do pracy na czarno i w konsekwencji nielegalnej imigracji.

      Po pierwsze: oświadczenie o zamiarze zatrudnienia w Polsce można nabywać hurtowo po 20 złotych za sztukę, cena pod konsulatem we Lwowie wzrasta do 50 dolarów. Nb. załatwienie minimum rocznego zezwolenia na pracę od wojewody kosztuje tysiąc – tysiąc dwieście złotych.

      Ma to ten skutek, że 9 na 10 osób nie pracuje u pracodawcy, który wystawił oświadczenie – często jest on zresztą fikcyjny – lecz zupełnie gdzie indziej, a więc na czarno. Dotyczy to też zezwoleń na pracę, jednak tu na ogół pracownik sam opłaca należne składki i podatki, ale w praktyce również pracuje u kogoś zupełnie innego. Z powodu samej ilości oświadczeń skuteczna weryfikacja nie jest praktycznie możliwa.

       

      Teoretycznie w trakcie półrocznego okresu pracy bez zezwolenia prawdziwy pracodawca może wystąpić do wojewody o zezwolenie na pracę dla zatrudnionego przez siebie cudzoziemca, ale w praktyce tego nie robi, na co często pracownik się zgadza, ale jeszcze częściej jest oszukiwany, że do tego dojdzie, gdy jednak kończy się okres ważności wizy, okazuje się, że pracodawca tego nie zrobił i pracownikowi pozostaje wybór: albo wracać do domu i czekać pół roku na możliwość kolejnego przyjazdu na podstawie kolejnego fikcyjnego oświadczenia, albo nie tracić pracy, ale zostać w Polsce nielegalnie. W bardzo wielu przypadkach Ukraińcy wybierają tę drugą możliwość, bo praca w Polsce jest jedynym źródłem utrzymania. Chcę przy tym zaznaczyć, że pracodawcy nie występują o legalizację zatrudnienia nie tylko z powodu tego, że chcą cudzoziemca od siebie uzależnić i na nim oszczędzić, składa się na to też długotrwałość i koszt procedury uzyskania zezwolenia na pracę i pobyt jednocześnie, czemu trzeba poświęcić praktycznie kilka dni i zapłacić ponad 500 złotych, gdy robi się to osobiście, przy czym czas traci i pracownik, i pracodawca, a gdy korzysta się z usług wyspecjalizowanego pełnomocnika, cena wzrasta o kolejny tysiąc złotych. To wyklucza wielu właścicieli małych firm i wręcz zachęca do zatrudniania na czarno, a tym samym przyczynia się do nielegalnej imigracji.

       

      Innym, nieporównywalnie mniejszym źródłem nielegalnych imigrantów jest handel ludźmi uprawiany przez wietnamskie służby specjalne w porozumieniu z grupami przestępczymi. Wietnamczyków jest u nas legalnie kilkanaście tysięcy, ale szacunki organizacji pozarządowych i naukowców mówią, że faktycznie jest ich od 30 do 60 tysięcy.

      Znakomita część z nich dociera do Polski przerzucana via Rosja przez zieloną granicę, przy czym przestępcy zabierają im po drodze paszporty i zmuszają potem do spłacenia długu, którego, jak to u mafii, nie da się spłacić nigdy. Imigranci zostają więc faktycznymi niewolnikami, którzy pracują u Wietnamczyków prowadzących legalne interesy za głodowe stawki lub zmuszani są na przykład do pracy na plantacjach marihuany. Nie mają żadnych szans na wyrwanie się z tego kręgu, ponieważ, jeśli wpadną w ręce polskich służb na gorącym uczynku, sami traktowani są jak przestępcy, a jeśli zgłoszą się z własnej woli lub zostaną zatrzymani podczas rutynowej kontroli, trafiają do zamkniętych ośrodków dla nielegalnych imigrantów, czyli więzień deportacyjnych, bo nie mają dokumentów. Zresztą ich jedyną szansą na uniknięcie deportacji jest ukrycie prawdziwej tożsamości. Tyle że to rzadko się udaje, bo SG systematycznie umożliwia wietnamskiej bezpiece weryfikację ich tożsamości, czyli oddaje ich w ręce tych, którzy ich do Polski nielegalnie wysłali i którym imigranci rzekomo winni są pieniądze.

      Wielu z tych imigrantów to nie tylko ofiary handlu ludźmi, ale też uchodźcy polityczni. Większość zaś do wyjazdu z kraju zmusza polityka władz komunistycznych, które wywłaszczają chłopów, żeby pozyskać tereny pod inwestycje w przeżywającym boom gospodarczy Wietnamie. Granica między imigrantem ekonomicznym a uchodźcą w ich przypadku zaciera się. Jednak polska polityka azylowa powoduje, że na kilka tysięcy wniosków o nadanie statusu uchodźcy złożonych przez Wietnamczyków w ostatnich latach, pozytywnie rozpatrzono dwa.

       

      (Polska polityka imigracyjna)

       

      Szanowni państwo, od początku wieku Rządowa Rada Ludnościowa i różne środowiska apelują do każdego polskiego rządu o to, by poluzować restrykcyjne wymogi prawa wobec imigrantów, którzy są Polsce po prostu niezbędni. Potrzebują ich pracodawcy, bo to właśnie imigranci zapełniają lukę po 2.3 mln naszych emigrantów zarobkowych, potrzebuje ich polskie polskie szkolnictwo wyższe, gdyż niż demograficzny powoduje spadek liczby studentów, potrzebni są też setkom tysięcy zwykłych Polaków do budowy domów, opieki nad dziećmi i osobami starszymi. Tymczasem od lat słychać o powstawaniu jakichś rządowych programów imigracyjnych, które nie tylko nie są spójne, ale w dodatku powstają bez rzetelnej analizy problemu, w oparciu o mylne założenia i fikcyjne dane. Państwo nie rozpoznaje właściwie ani własnych potrzeb, ani sytuacji. Nie mogę do tej pory zapomnieć, jak pod koniec ubiegłej dekady dyrektor departamentu imigracji ówczesnego MSWiA w rozmowie ze mną twierdził, że największą grupą cudzoziemców w Polsce są Wietnamczycy, powołując się na wyprodukowany przez ministerstwo raport. Był zdziwiony, kiedy zakomunikowałem mu, przytaczając opinię SG i dane na temat liczby Ukraińców przyjeżdżających do Polski na podstawie oświadczeń, że się z nim nie zgadzam. Gdy zaś zapytałem go, dlaczego jego komórka nie przygotowała raportu o Ukraińcach, odpowiedział, że pani Basia jest na urlopie macierzyńskim. Ten fakt powodował, że ministerstwo nie wiedziało nic o kilkuset tysiącach cudzoziemców.

       

      Owocem tego są jedynie chaos i niekonsekwencja, bo z jednej strony jednak ułatwia się wjazd do Polski, z drugiej praktycznie zniechęca do osiedlania się na dłuższy okres przez stawianie nierealnych wymogów, które między innymi, jak opisałem, powodują zwiększanie liczby imigrantów nielegalnych. Codzienna zaś praktyka to szukanie lub wręcz wymyślanie przez urzędników i funkcjonariuszy SG powodów do odmowy przyznania prawa czasowego pobytu i wystawienia nakazu opuszczenia kraju.

       

      W ostatnich latach, co widać na podstawie przytoczonych przeze mnie danych, wzrasta faktyczna imigracja do Polski, przede wszystkim imigracja Ukraińców, której powody są dla wszystkich oczywiste. Ten ogromny wzrost już ma takie skutki, że realne płace imigrantów spadają, a liczba zatrudnionych na czarno wzrasta. Pracodawcy zaczynają też, korzystając z sytuacji, zatrudniać imigrantów także w branżach, w których do tej pory tradycyjnie nie konkurowali z Polakami, dotyczy to na przykład sieci handlowych i produkcji przemysłowej w dużych zakładach pracy. To stwarza pole do potencjalnych konfliktów społecznych, tym razem realnych, a nie, jak to dzieje się do tej pory, wymyślanych przez populistów-ksenofobów.

       

       

      (Nawarstwianie się problemów)

       

      Pamiętajmy także, że to wszystko dzieje się w warunkach całkowitego braku rozwiązania kwestii obecnych już w Polsce imigrantów nielegalnych. Polskie prawo daje niewielkie szanse na legalizację pobytu, związane jest to poza tym ze sporymi wydatkami i w razie negatywnego rozpatrzenia wniosku skutkuje wieloletnim zakazem wjazdu na teren UE, co dla imigranta jest karą najsroższą, dlatego nawet jeśli teoretycznie ma szanse, woli nie ryzykować. Zresztą przeważnie nie ma w ogóle pojęcia, że istnieje taka możliwość.

       

      Wszystkie trzy dotychczas przeprowadzone w Polsce abolicje były nieskuteczne, gdyż słabo rozpropagowane i zbyt restrykcyjne. Ostatnia zaś, ta z 2012 roku, niby najskuteczniejsza, obarczona została gwarancją nieskuteczności już na samym początku, gdy posłowie zdecydowali, że obejmie tylko tych cudzoziemców, którzy przybyli do Polski przed naszym wejściem do strefy Schengen, choć największy napływ imigrantów nastąpił dopiero w latach następnych. Nie ma nawet co porównywać polskich abolicji z taką na przykład abolicją portugalską sprzed lat, w wyniku której zalegalizowało tam swój pobyt 100 tysięcy Ukraińców. Nie ma co udawać, że w Portugalii jest więcej Ukraińców niż w Polsce.

       

      Chciałem podkreślić, że organizacje pozarządowe systemowo pozbawione są pieniędzy na pomoc imigrantom nielegalnym, bo na to nie ma żadnych grantów, więc pomaga się im rzadko lub wcale, tym samym o problemie przestaje się mówić. Czyli jest, ale jakby go nie było.

       

       

      (Dlaczego pomagam)

       

      Na koniec pragnę państwu jedynie krótko wyjaśnić powody, dla których z dziennikarza przeistoczyłem się na kilka lat w działacza pomagającego nielegalnym imigrantom.

      Stało się to w 2007 roku, gdy poznałem Swietłanę Jakowlewą, nielegalną imigrantkę z Ukrainy, która po 10 latach życia w Wołominie i urodzeniu czworga dzieci dowiedziała się, że jest chora na raka szyjki macicy.

      Swietłana nie miała oczywiście ubezpieczenia ani też pieniędzy na leczenie, a jej dzieci, mimo że ich dwóch ojców było Polakami, nie miały polskiego obywatelstwa. Całej rodzinie groziła w każdej chwili deportacja.

       

      Pomagać zaczęli Swietłanie spontanicznie sami wołominianie, zbierając pieniądze do puszek. Niesamowita dr Beata Puchała postanowiła zaś poruszyć niebo i ziemię, żeby Swietłanę uratować. Dotarły do mnie przez Związek Ukraińców w Polsce, a ja zainteresowałem tą historią moich znajomych dziennikarzy. Społeczny odzew przerósł wszelkie nasze oczekiwania. Liczne artykuły i programy telewizyjne spowodowały, że zalegalizowaliśmy jej pobyt w tempie błyskawicznym, a w Caritasie trzeba było natychmiast otworzyć specjalne konto, na które wpłynęło ponad 360 tysięcy złotych. Lekarze z warszawskiego centrum onkologii podjęli się zresztą leczenia jeszcze zanim jej status prawny został uregulowany i w ogóle pojawiły się widoki na to, że będziemy mogli zapłacić za terapię.

       

      Niestety po roku okazało się, że choroba jest śmiertelna. Marzeniem Swietłany było to, żeby jej dzieci uzyskały polskie obywatelstwo i żeby znaleźć rodzinę, która po jej śmierci zajmie się całą czwórką, ponieważ na ojców liczyć nie mogła.

      Udało się i to. Pan prezydent Lech Kaczyński przyznał Swietłanie i jej dzieciom obywatelstwo w maju 2009 roku, co zapobiegło ich teoretycznej deportacji do ukraińskiego sierocińca w wypadku śmierci matki. Zresztą konsul ukraiński w Warszawie sam popierał nasze starania, bo doskonale rozumiał sytuację. Znalazło się też wspaniałe polsko-niemieckie małżeństwo, które zdecydowało się na adopcję całej czwórki. W nieco ponad miesiąc później Swietłana umarła spokojna o los swoich dzieci.

       

      Ludzie zaangażowani w pomoc Swietłanie, niesieni życzliwością z jaką się spotkała, zaczęli pomagać innym nielegalnym imigrantom w równie trudnych sytuacjach.

      Jednak już w dwa lata później klimat zaczął się zmieniać.

      Zrozumiałem to, gdy pewnego dnia zadzwonił do mnie ukraiński dyplomata, prosząc mnie o pomoc, ponieważ sam otrzymał telefon od ordynatora jednego z podwarszawskich szpitali grożącego mu, że jeśli natychmiast nie zapłaci za leczenie innej ukraińskie nielegalnej imigrantki, to – cytuję - „wyrzucimy ją z karetki pod ambasadą”. Jeszcze i ten problem udało się rozwiązać. Tyle że maleńka organizacja non-profit nie była w stanie rozwiązać wszystkich tego typu historii. Bo pamiętajmy, że co roku statystycznie w Polsce nadal umiera 50 Swietłan Jakowlewych, o których nikt ma nawet szansy się dowiedzieć.

      Dziękuję za uwagę.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (250) Pokaż komentarze do wpisu „Niewidzialni”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 31 października 2015 17:46
  • środa, 28 października 2015
    • Kitman

       

      Czyli: dlaczego nie mogę polemizować z Robertem Krasowskim*.

      Po wyborach (a i przed się zdarzało) obserwujemy masowy wylęg publicystów-usypiaczy, których tezą podstawową jest: nie taki straszny pisowski diabeł, jak go malują. Motywacje usypiaczy są różne, jedni serio mają takie nadzieje, drudzy w ten sposób dają wyraz własnym pobożnym życzeniom, inni z kolei myślą, że jak napiszą to wiele razy, to się spełni, jest i grupka, która sądzi, że jak się ludziskom nie powie, że Titanic tonie, to utonie bez zbędnej paniki i chaosu, czyli w najlepszym porządku.

      Z każdym z tych rodzajów, rozpoznawanych przeze mnie od rzutu kaprawego oka, można jakoś polemizować, spierać się na argumenty. Ale nie z R.K., żyjącym w rzeczywistości alternatywnej, jak ten ślepy koń z Wielkiej Pardubickiej, który mówił: nie widzę przeszkód.

       

       

      Nie boję się PiS-u – oświadcza na wstępie dzielny Robert K., a potem tłumaczy, skąd bierze się u niego ta odwaga (bo się nie ma czego bać), a u „wrogów Kaczyńskiego histeria na granicy amoku”. To stara metoda: Kasandrę nazywać histeryczką.

      Swawolny Dyzio jest przy tym na bakier z konsekwencją od początku do końca, gdyż raz ocenia postępowanie prezesa realistycznie, słusznie zauważając, że Kaczyński kłamie, jest brutalny i destrukcyjny, żeby najspokojniej przejść do oceny, że jest z niego tchórzliwy i nieudolny stary dziadek, który rządził nieumiejętnie i bez realnych konsekwencji, czego kuriozalną kulminacją jest zdanie: Państwo jest kompletnie obojętne na wynik wyborczy, idzie sobie spokojnie własnym kursem. Po wypowiedzeniu tego zdania porównanie Michnika do Rymkiewicza to już tylko wisienka na torcie. (Tu pojawia się pytanie: czy na kompleks Adama M. cierpią wszyscy publicyści w tym kraju do tego stopnia, że czują jakiś wewnętrzny przymus, żeby zawsze coś o nim chlapnąć, przeważeni zresztą coś potwornie głupiego? Czy nie należy wprowadzić jakiegoś ograniczenia, czyli na przykład dziennikarz ma prawo użyć słowa „Michnik” maksymalnie w jednym tekście na miesiąc? Że co? Ziemkiewicz umarłby z głodu? A co mnie to obchodzi ;)

       

      Krasowski tkwi od zawsze pod urokiem – jak sam mówi - toksycznej charyzmy Kaczyńskiego, a fascynacja toksynami prowadzi do tego, że w jego tekstach widać objawy ich przedawkowania. Osobiście wolę już Hannibala Lectera, bo ma nie tylko ma lepszy gust od prezesa, ale i do tego nie istnieje. Tymczasem Kaczyński istnieje tak dojmująco, że proszę siadać, i to czasami na długo.

       

      Krasowski natomiast z gracją przeskakuje nad trupem Barbary Blidy, jakby go nie było. To właśnie Wielka Pardubicka na ślepo: nie widać ofiar, nie widać demoralizacji prokuratury i sądownictwa, których architektem i kierownikiem ruiny (bo nie budowy) był osobiście Lech K., a co prezes-brat przekuł w PiS. Nie widać antypaństwowych szaleństw Antoniego M. i Zbigniewa Z., który dla jednej konferencji prasowej poświęcił polską transplantologię, nie widać połamanej konstytucji i praw niższego rzędu, Mariusz Kamiński i jego CBA w narracji Roberta K. nie występują. Nie płoną żadne kukły Wałęsy, nikt nie krzyczy: Tusk/Komoruski mordercy i zdrajcy. Nikt nie chce zmieniać konstytucji na węgierską i po prostu kato-totalitarną, nikt nie chce skazywać kobiet na przymusowe rodzenie dzieci poczętych w wyniku gwałtu, nikt też, a już szczególnie minister Szczerski, nie chce wprowadzać teokracji na wzór Iranu (Polak-Irańczyk dwa bratanki, i do czarczafu, i do na gejów łapanki).

       

      To wszystko zaraz nas czeka, łącznie z totalną czystką, która wymiecie dotychczasowe „elity”, przy czym chodzi także o elity powiatowe i gminne. Padają groźby pod adresem artystów, zapowiedzi końca wolności badań naukowych i zastąpienia nauki ideologią. To wszystko było słychać na konwencjach PiS, to wszystko mówił sam prezes, z tym wszystkim nie kryją pracownicy aparatu propagandy „niepokornej”, mianujący się dziennikarzami. Język, którym to wszystko opisują setki razy, jest kalką języka nazi-bolszewizmu, stalinizmu i kazań czarnosecinnych kapłanów kościoła powszechnego nienawiści. Tymczasem R.K. plecie, że prezes był kiedyś „nowoczesnym liberałem”, choć prezes ani przez minutę swojego życia nie był ani jednym, ani drugim.

       

      Ale Krasowski podziwia skuteczność prezesa i się go nie boi.

      Patrzy na budowaną byle jak konstrukcję z drewna i nie wie, że to stos, na którym ma spłonąć liberalna demokracja. Czyli albo sam pali głupa, albo jest ślepy.

      Jest jeszcze trzecia możliwość: jest zwyczajnym kabotynem, który koniecznie chce się czymś wyróżnić, a że nie ma czym, stara się udawać, że idzie pod prąd.

      Problem w tym, że dziwnym trafem to „pod prąd” płynie z prądem PiS.

       

       

      *wywiad z Robertem Krasowskim:

      http://kulturaliberalna.pl/2015/10/27/nastal-czas-bezkrolewia/

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (219) Pokaż komentarze do wpisu „Kitman”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 28 października 2015 22:19
  • poniedziałek, 26 października 2015
    • Sierota polityczna


      Ostatni raz głosowałem zgodnie ze swoimi przekonaniami w 1995 roku w pierwszej turze wyborów prezydenckich na Jacka Kuronia. Potem byłem dzieckiem molestowanym przez okoliczności polityczne i musiałem wybierać mniejsze zło, czyli: kto mi zrobi mniejszą krzywdę.

       

      Nie, nie byłem już dziewicą – angażowałem się w luźne związki już za PRL-u, ale z Opozycją tylko chodziłem, przez co miałem nieprzyjemność poznać się z jednym takim osiedlowym brutalem, System mu było. Ale wiecie, jak to jest – dla Ukochanej w tym wieku człowiek gotowy jest na wiele, bo niewiele myśli o konsekwencjach. Potem trafiłem do politycznej rodziny zastępczej, czyli ROAD, gdzie mi się nawet podobało, dopóki mama z tatą nie weszli w związek z ciocią Unią Demokratyczną. Choć harowałem na zwycięstwo Mazowieckiego (którego wielbię rozsądnie i szanuję nieprzytomnie do dziś), to czułem, że moja praca jest marnowana. Te obiadki partyjne nie przypominały czwartkowych, o których marzyłem. Mówiłem – jak wielu – że to się źle skończy już przed Suchocką, wróżyliśmy, że po zejściu się z liberałami będzie jak z niemiecką FDP. To myśmy mieli rację, ciociu.

       

      Długo nie mogłem przemóc się, żeby w ogóle brać pod uwagę głosowanie na SLD, Andrzej Celiński, którego wielce poważam, na początku mnie zaszokował, gdy do nich przystał.

      Potem – paradoksalnie – on zobaczył, że nic się nie da z postkomuchami, a ja uznałem, że dobrze, że próbował, choć bez sensu. Nie zagłosowałem na nich nigdy, ale przemogłem w sobie „solidarucha” (którym zresztą nie byłem, bom za młody, podzielałem jedynie środowiskowe uprzedzenia). Za to nie miałem kłopotów z głosowaniem na Kwacha – mniejsze zło było o wiele mniejsze od konkurencji (Jezu, Krzaklewski).

       

      Wałęsa był dla mnie od 89 roku kłopotem, który najchętniej wstawiłbym do muzeum komunizmu, mimo – a właściwie z powodu – szacunku jakim darzyłem go za Sierpień i debatę z Miodowiczem. Po przełomie uradował mnie raz: gdy pozbył się Kaczyńskich. Ale co to za radocha, skoro wcześniej wyleźli po nim z niebytu.

       

      Unię Wolności popierałem z zaciśniętymi ustami i pięściami, bez krzty uczucia, chyba że mowa o wkurwie. Gdy padała, właściwie poczułem ulgę i paskudną Schadenfreude (ciociu kochana, taka prawda). Byłem głupi, bo zawsze może być gorzej.

      Oto powstało PiS i narodziła się PO. Spadkobiercy. Niegodni – w mojej opinii.

       

      No i ta para szantażystów na długie lata postawiła mnie przed wyborem: albo ja, albo ono.

      Klęska PO jest zła dla Polski, jest tragedią, której rozmiary możemy jedynie wróżyć. Ale dla mnie jest to też wyzwolenie z toksycznego związku.

      Związku, w którym musiałem popierać nową ciocię – Platformę, marzenie strasznych mieszczan – pseudo Młodziaków z Ferdydurke.

       

      Wreszcie stoję twarzą w twarz z seniorką rodu Adamsów – ciotką Endecją, czyli zdeprawowanym klanem wujów z PiS.

       

      Jestem wolny. Mogę się przeciwstawić bez ograniczeń i skrupułów.

       

      Aha, szukam krewnych i osób w podobnej sytuacji, może stworzymy grupę terapeutyczną. Albo co innego, co pozwoli nam nie tylko przetrwać, ale i wystawić Ciotkę-wariatkę wraz z wujami za drzwi. Jestem otwarty na wszelkie propozycje w tym względzie:)

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (251) Pokaż komentarze do wpisu „Sierota polityczna”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 października 2015 21:48
  • niedziela, 25 października 2015
    • A po nocy przychodzi dzień

      Tiomnaja nocz

       

      Ale każda noc ma kres. O tym pamiętajmy nawet na jej początku.

      Polacy, jak każdy naród, od czasu do czasu głupieją. Nie obrażajmy się więc na rodaków, którzy, czego o nich by nie mówić, szybko poznają się na podróbkach. Błyskawicznie rozpoznają kłamców – po czynach. A czyny na pewno nadejdą błyskawicznie. A więc i przytomność nadejdzie prędzej, niż się zwycięzcy spodziewają.

       

      Będzie trudno. Będzie wstyd. Będzie bałagan. Będzie niesprawiedliwość.

      Nie pierwszy to raz, moi kochani.

      I nie ostatni pewnie.

      Dlatego: uczmy się na błędach. Uczmy się wybaczać tym, którzy się mylili.

      Po 26 latach musimy znowu wrócić do roli, którą ukradli nam „niepokorni” -

      nasze rodowody to prawdziwe rodowody Niepokornych.

      Czeka nas druga młodość;)

      Walka z „systemem”.

      Nic nowego, ja tam od jutra biorę się do roboty.

      Z garbem lat, ale co tam garb, gdy jego skorupa:

       

      Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa;

      Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi,

      Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi.

       

      Że patetycznie? Czasem inaczej się o Polsce nie daje.

      Zadbajmy, żeby w Polsce, znowu nie oznaczało, „czyli nigdzie”.

      Ubu to nie król, to uzurpator.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (373) Pokaż komentarze do wpisu „A po nocy przychodzi dzień”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 października 2015 21:29
    • Wacuś

       

      Wacuś twierdził stanowczo, że cierpi na Weltschmerz, choć małżonka mówiła, że to najwyżej Weltszmelc i żeby naoliwił zawiasy w drzwiach do szafy, bo dźwięk się niesie, jakby bieda piszczała, a nie tylko grał na giełdzie 5 tysiącami złotych, bo to jeszcze nie nie uprawnia do pisania sobie na wizytówce „inwestor giełdowy”. Wacusia bolało, że żona go nie rozumie także w kwestii zawiasów, których pisk miał za memento mori, ale ponieważ dobrze wiedział, że życie to jedna wielka udręka, znosił jej wyrzuty z godnością.

       

      Biedna kobieta, życie jej nie oszczędza, wystarczy popatrzeć jakiego ma męża. A jaki biedny ten mąż – rozczulał się z empatią nad nieszczęśliwym stadłem i szedł do biura, gdzie czekała go praca bez perspektyw (chyba że się kto chce nudów obwiesić) wśród stada podobnych mu Wacusiów i Wacusiowych żon.

       

      Wszystko mierziło go coraz bardziej. Gdy teść kupił mu książkę jakiejś Masłowskiej, mało pawia nie puścił z nerwów, kiedy syn zaprosił go do kina na polski film, dostał grypy z powikłaniami, a gdy ładna i równie jak on znudzona koleżanka z pracy puściła doń oko, postraszył, że złoży skargę w sprawie molestowania. Życie Wacusiowi brzydło w oczach, szczególnie przed telewizorem, kiedy oglądał wiadomości, choć widok ludzi na ulicy też nie działał na niego krzepiąco.

       

      Po co to tyle tego łazi? - filozofował w duchu – Komu to potrzebne? Bez sensu kompletnie...

       

       Czarę goryczy przepełniła któregoś dnia kropla wody z kranu, która oparzyła go boleśnie w palec.

       

       Uch, czemuż, do k... nędzy, ona taka gorąca? Miała być tylko ciepła! - Wacuś rozdarł się na cały dom i dostał ataku histerii. Zeżarł tubkę pasty do zębów, cisnął w nadbiegającą z przerażeniem w oczach żonę płynem do higieny intymnej, krzyczał coś o końcu świata i że wszystko już było, a następnie zaczął liczyć niebieskie kuleczki w rozsypanym na podłodze proszku do prania. W międzyczasie wszystkimi otworami poszła mu piana po tej zeżartej paście wybielającej, co potraktował z obojętnością.

       

       Z łazienki zabrało go pogotowie. Był już właściwie spokojny i zrezygnowany. Pan doktor przeprowadził z nim w szpitalu wywiad, podczas którego ustalił co i jak.

       

      Panie Wacusiu, niestety nie mogę zatrzymać pana na oddziale – westchnął lekarz i rozłożył ręce.

       

       Dlaczego? Przecież ja jestem wariat! - pacjent poczuł się skołowany i zagubiony, przerażała go bowiem perspektywa szybkiego powrotu do normalnego życia.

       

       Pan jesteś zupełnie normalny, tylko panu jest za dobrze – diagnoza psychiatry była bezlitosna. - Takich jak pan to teraz przywożą i 20 dziennie. NFZ za takich nam nie zwraca pieniędzy, muszę dbać o to, żeby placówka nie zbankrutowała i żebyśmy mogli leczyć prawdziwych chorych!

       

      Jak za dobrze, kiedy mnie jest fatalnie? Ja się prawie chciałem zabić! Panie doktorze, to może pomógłby mi pan prywatnie? Zapłacę – ofiarował się Wacuś.

       

      Prywatnie, mówisz pan? Prywatnie to inna sprawa – uśmiechnął się lekarz i wcisnął guzik na biurku.

       

      Do gabinetu wparowało dwóch rosłych pielęgniarzy, którzy w mig obezwładnili pacjenta, a pan doktor zaczął kopać go w tyłek. Już po drugim razie Wacuś poczuł się wyleczony, ale terapia trwała dalej, dopóki nie zaczął błagać o łaskę i przysięgać, że jest już zdrów jak rydz.

       

       Na pewno? - doktor kopnął jeszcze raz dla pewności.

       

       Jak mi Bóg miły! Przysięgam! - szlochał Wacuś.

       

      Lekarz przestał kopać i zajrzał pacjentowi głęboko w oczy, żeby sprawdzić, czy ten nie kłamie. Badanie wypadło pozytywnie.

       

      500 złotych się należy – poinformował.

       

      Jezu, Jezu, po co mi to było? - zasmarkany Wacuś kręcił głową i szukał karty w portfelu, żeby zapłacić.

       

      Nie wiem, proszę pana, ale niech pan na drugi raz pamięta: nawet jak w kranie woda jest za gorąca, nie trzeba histeryzować, bo wtedy mogą pana przywieźć tu na dłużej – ostrzegł go doktor na pożegnanie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (87) Pokaż komentarze do wpisu „Wacuś”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 października 2015 15:45
  • piątek, 23 października 2015
    • Przystanek

       

      Zamiast spędzać piątkowy wieczór po bożemu, czyli pić wódkę i śpiewać romanse Wertyńskiego, przykładając sobie leczniczo kota do skołatanego spotami Korwina łba, dałem się namówić goszczącemu u mnie „uchodźcy” z Ukrainy na rejzę po sklepach z ciuchami, bo chciał kupić kurtkę zimową dla swego banderosyna.

      Młody rezun ma wymiary nietypowe, bo ma dwa metry i łapy długie jak przemówienie pana prezydenta na Konkursie Chopinowskim, więc po dwóch godzinach w Arkadii ja miałem nowe spodnie i szaliczek, „uchodźca” buty i kapelusik, a kurtki dla dziecka nie było nadal.

      W akcie szaleńczego poświęcania pojechaliśmy więc do kolejnego centrum handlowego na Targówek, gdzie spędziliśmy kolejne dwie godziny mierząc długość rękawów miarką. Nim wreszcie trafiliśmy na kombinację satysfakcjonującą gust ukraiński, czyli: dobra firma, przecena i rękawy długości tych z kaftana bezpieczeństwa, byłem uboższy o jeszcze dwie stówy, które wydałem na koszulę i pasek, którym chciałem udusić „uchodźcę”, gdyby zaproponował wizytę w jeszcze jednym sklepie. Szczęśliwie do tego nie doszło i ruszyliśmy biegiem na przystanek, żeby zdążyć do domu przed ciszą nocną, a szczególnie wyborczą.

      Na miejscu zastaliśmy typowe przystankowe towarzystwo warszawskie: dwie gimnazjalistki, Murzyn, cichy student-słoik i nawalony menel z puszką piwa w łapie.

      Każdy robił swoje: dziewczęta śmiały się do smartfonów, student odwracał głowę, Murzyn stał spokojnie, a menel go zaczepiał:

      Murzyny mieszkają w Afryce – zachęcał do konwersacji – a nie w Polsce.

      Widać było, że należy do ludzi, którym między Sylwestrem a imieninami Józefa mogły umknąć na luzie dwie kadencje Obamy oraz wejście Polski do UE.

      Murzyn przeprosił i odsunął się od nachała po angielsku, ale menel nie znał murzyńskiego, więc rzucił tylko ugodowe: Już dobrze, czarny chuju, możesz tu stać, ja ci pozwalam.

      Za to przyczepił się do nas.

      Ale ma pan piękne siwe włosy – zachwycił się na widok banderowca, czym wzbudził w nim pewne obawy.

      Dziękuję – wycedził w odpowiedzi niewyraźnie, żeby nie było można dostrzec przypadkiem jego czarnego podniebienia.

      A na kogo panowie będziecie głosować? – kontynuował pogawędkę pijaczek – Bo ja na PiS, żeby zrobił wreszcie porządek.

      Ja na FC Barcelona – zwierzyłem się z życzliwym uśmiechem.

      Menel nic na to nie powiedział, tylko zaczął obsikiwać wiatę, popijając przy tym piwo.

      W tym momencie przyjechał autobus, do którego wszyscy wsiedliśmy z ulgą. On został na przystanku.

      P.S.

      Szanowni, pamiętajmy, że za chwilę zaczyna się cisza wyborcza:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (139) Pokaż komentarze do wpisu „Przystanek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 23 października 2015 23:28
  • środa, 21 października 2015
    • Fikcje

       

      Kiedy obliczyłem masę zalecanych mi ze szczerego serca, konieczności oraz przez reklamy leków i suplementów, dotarło do mnie, że gdybym z nich wszystkich skorzystał, mógłbym spokojnie przestać jeść, zdrowo czy nie - w ogóle.

       

      Miałbym zdrowe stawy, więc mógłbym zacząć biegać, co jeszcze bardziej poprawiłoby mój stan zdrowia, a lepiej działająca pamięć pozwoliłaby mi o tym bieganiu co rano nie zapominać. Z tą pamięcią jest naprawdę niezbyt dobrze, bo codziennie pamiętam, że mam rzucić palenie od jutra, żeby móc biegać. Nerwowo więc palę ostatniego papierosa każdego wieczora, rankiem zaś denerwuję się paląc, że wieczorem zapalę ostatniego w życiu. Trwa to już jakiś czas.

       

      W ogóle atakują mnie zewsząd życzliwe porady, że za mało nad sobą pracuję, żeby stać się lepszym i pożyteczniejszym człowiekiem. Z lektury niektórych tekstów poradnikowych wynika wręcz, że jestem egzemplarzem fatalnym. Ze zgrozą dowiaduję się, że nie umiem pracować ani odpoczywać – szczególnie odpoczywać aktywnie, cokolwiek autor porad ma na myśli: od seksu tantrycznego po uprawiania maratonu w czasie wolnym, które to rzeczy zajmują jednak sporo czasu, kiedy można wypocząć po mojemu, to jest na kanapie z kotem.

      Po zapoznaniu się z kilkoma światłymi wywodami na temat wychowywania dzieci zawsze popadałem w przygnębienie. Gdybym jednak serio je potraktował, powinienem skoczyć uczynnie z mostu, żeby te dzieci miały ze mnie w końcu jakiś realny zysk (pod warunkiem, że wcześniej pospłacam to i owo).

       

      Nim jednak skoczę do rzeki (Wszystko płynie – mawiał Heraklit, który na pewno nie widział Wisły ostatniego lata), powinienem też zająć się cerą i włosami, bo współczesny mężczyzna powinien jednak dbać o swój wygląd. Krem do rąk to nie wszystko – tłumaczy mi jakiś specjalista-żurnalista z wyrozumiałym (na razie) uśmiechem. No, tyle to wiem, myję też co nieco, tu i ówdzie się ogolę, ale to ciągle - okazuje się - nie wszystko...

       

      Co tu w ogóle w danych cyrkumstancjach wspominać o niezbędnych a pominiętych lekturach, przedstawieniach teatralnych, na których powinienem być koniecznie, rosnącej liście utworów muzycznych, których nie wysłucham, obrazów, których nie zobaczę? Daremne żale, trud jałowy.

       

      Żeby temu wszystkiemu sprostać, musiałbym na przykład biec w maratonie w towarzystwie swoich dzieci, wspierając je duchowo, z kotem i kobietą na rękach i ze słuchawkami na uszach, żeby słuchać jednocześnie czegoś mądrego i pięknego (bo przecież nie siebie), a bieg ten winien odbywać się na ruchomej bieżni ustawionej w teatrze. Tego chyba na razie jeszcze nie da się zrobić, choć widzę, że świat nie ustaje w wysiłkach, żeby mi to umożliwić.

       

      Póki co jednak zostaje użerać mi się (i innym) z takim, jakim jestem, czyli niedoskonałym. Ale za to niedoskonałym wyjątkowo, to jest – wyjątkowo niedoskonałym w swoim rodzaju. Nie oszukujmy się: zamiary trzeba mierzyć na siły, a nie odwrotnie. Chyba że człowiek poprawi kondycję, czyli... rzuci palenie, zacznie biegać...

      O czym to ja mówiłem? :)

       

       P.S.

      Pamiętacie o osłach, które zgorszyły poznańską radną PiS Lidię Dudziak? Antonina i Napoleon doczekali się potomka. Wyniknie z tego kolejna debata: jak dać mu na imię? Dla mnie to oczywiste: Dżender! (pasuje do każdej "opcji":)

      http://natemat.pl/158997,owoc-zakazanej-milosci-przyszedl-na-swiat-para-oslow-ktorych-kopulacja-obrazila-kilka-kobiet-doczekala-sie-potomstwa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (175) Pokaż komentarze do wpisu „Fikcje”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 21 października 2015 13:31
  • poniedziałek, 19 października 2015
    • Pro forma

       

      Znowu debata, tym razem włączyłem telewizor dopiero, kiedy @piesares11 z Francji mi powiedział (Piesie, dzięki), że w ogóle jest, bo chlipałem nad swym losem forumowym egoistycznie, odłączywszy media.

       

       

      Czegośmy się dowiedzieli, czego byśmy nie wiedzieli wcześniej? Niczego. Mamy rację od samego początku, od początku było wiadomo, że mamy rację, że nie chcemy PiS u władzy.

      Mamy panią premier, która nie jest gejzerem charyzmy, ale wie, o czym mówi.

      Ja jej osobiście zazdroszczę tego, że w danych okolicznościach jest taka, jaka jest: merytoryczna, konsekwentna, ale nie kryje – pozytywnych – emocji. Ja bym tak nie umiał, dostałbym wylewu.

      Podziwiam ją za postawę i formę, chapeau bas, pani premier.

       

      Jest coś niepokojąco uwłaczającego Polsce w tym, że Jarosław Kaczyński śmie wystawiać na premiera osobę o kompetencjach pani poseł Szydło. To wyraz jego stosunku do obywateli. Wyraz pogardy. Ma nas za głupców. Może jesteśmy głupi, ale tacy to już nie.

      Przeciwko tej jakości trzeba stanowczo protestować – przy urnach wyborczych, a nie na spędach na Krakowskim.

      Mam szczerą nadzieję, że stawimy temu opór. Po cichu, bez krzyków, w kabinach komisji wyborczych. Żeby uniknąć wstydu.

      Nie dajmy się więc zwieść krzykom tłumu. Gdy kamera nieco się odsunie, widać, że to nie jest żaden tłum, lecz tłumek.

       

      P.S. 

      Z Olimpu, czyli z gazeta.pl, przyszło podsumowanie debaty: merytorycznie słaba.

      Ja mam tylko taką uwagę: o czym merytorycznie można gadać z kandydatką PiS, która na pytanie o prawa kobiet odpowiada, że 3 mln Polaków wyjechało z kraju (nb. nieprawda, według najnowszych danych 2.3 mln, i to jest stan, który utrzymuje się od dawna, nie od rządów PO)?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (201) Pokaż komentarze do wpisu „Pro forma”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 października 2015 21:31