MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • niedziela, 09 lutego 2014
    • Migawki ukraińskie (3): Korupcja jak chleb

       

      Wprawdzie obiecałem, że trzecia „Migawka” będzie o czym innym, ale muszę zmienić kolejność i zwiększyć tempo, bo bardzo mi zależy, żeby ten wpis pojawił się w czasie dobrej ekspozycji na portalu wyborcza.pl cholernie ważnej rozmowy z Wołodymyrem Bojko, dziennikarzem, który zdemaskował publicznie kryminalną przeszłość Janukowycza i doskonale orientuje się w poczynaniach mafii donieckiej, mieniącej się obecnie „demokratycznie wybranym rządem Ukrainy”. W dodatku świat z tym „rządem” cały czas rozmawia, legitymizując istnienie innych kryminalnych reżimów.

      http://wyborcza.pl/1,75477,15426228,Ukrainski_dziennikarz_sledczy___Szwadrony_smierci_.html

      To nie kryzys polityczny. To naród powstał przeciw zorganizowanej grupie przestępczej. "Szwadrony śmierci" mają nas zastraszyćmówi Bojko, a wie dobrze, co mówi. Prawie identycznych słów uparcie używam od początku Majdanu, tłumacząc charakter ukraińskiej rewolucji, która ogarnęła cały kraj.

       

      Korupcja jak chleb

       

      Dlaczego tytułuję tę „Migawkę” „Korupcja jak chleb”? Bo Ukraińcy jedzą chleb do wszystkiego, do zupy i do ziemniaków na drugie (ci, którzy jadają drugie, bo wielu musi starczyć zupa) -  bez chleba nie ma życia.

      Korupcja na Ukrainie to nie tylko bajeczne fortuny oligarchów, pałace Janukowycza i wiedeńskie włości Azarowa. To jedynie pyszne zwieńczenie piramidy, która ma mocne podstawy na samym dole, w codziennym życiu i obyczajach, towarzyszy prawie każdemu kontaktowi obywatela z władzą każdego, najlichszego nawet szczebla. Państwowe organy nie kiwną w najbłahszej sprawie palcem, jeśli nie dostaną łapówki.  Milicjant puści pijanego kierowcę za stawkę, którą znają nawet abstynenci, sądy wydadzą upragniony wyrok za tyle i tyle – powie ci to każdy prawnik, studenci publicznie przed sesją robią zrzutki do kapelusza, żeby egzaminy były załatwione. To właściwie nikogo nie dziwi – taki jest świat, idzie się przez lata przyzwyczaić, w końcu danie łapówki i pewność, że zostanie przyjęta (jej brak wywołałby złość), powodują, że z systemem można cokolwiek załatwić, w pewien sposób go nawet „uczłowiecza”, daje szansę na „normalność”. Oddychasz, więc musisz płacić.

      Czy Ukraińcy są zatem według jakichś wydumanych standardów mitycznie uczciwego Zachodu „zdemoralizowani”? Boże broń, oni tym powietrzem, którego immanentnym składnikiem jest korupcja, muszą na co dzień oddychać. Nie mają wyjścia. Poza tym bez łapówek wielu ludziom po prostu nie starczałoby na życie (życie, nie tylko na życie na jakimś poziomie) – tak to pseudopaństwo jest skonstruowane. Ale ich to wścieka, wiedzą, że to złe i niemoralne, czasem po prostu im wstyd, a opowiadają o dawaniu łapówek (biorący raczej nie opowiadają) z pewną brawurą, mającą maskować zażenowanie.

      Przeciwko temu złu ruszyli na Majdany już 10 lat temu, a teraz krzyczą o tym otwarcie. Chcą żyć w kraju, w którym korupcja nie będzie nieodłączną częścią bytu.

      Jak to jest na co dzień:

       

      I

      Dawno temu żona wyjeżdżała pierwszy raz na sesję do Łucka (studiowała tam, nie w Polsce):

      - Będę musiała zapłacić.

      - A co, nie umiesz?

      - Umiem, ale jak się nie dołożę do wszystkich, mogą być problemy – i dla mnie, i dla nich.

      II

      Szwagier, prawosławny ksiądz, kryształowo dobry i uczciwy człowiek, z pieniędzy, które otrzymuje od wiernych i od państwa za pracę na uczelni, ledwo wystarcza mu na utrzymanie żony i trojga dzieciaków. Inni księża stawiają dom w rok po objęciu „parafii”, on stawiał pięć lat przy pomocy rodziny. Nie strzyże owieczek jak inni, nie pije, walczy ze straszliwym alkoholizmem wśród parafian. W końcu odłożył na jakieś stare auto:

      - Będę musiał kupić prawo jazdy.

      - Ty?

      - Nie mam czasu, wiesz, że dobrze jeżdżę (prawda), a normalnie to by trwało strasznie długo, wiesz jak u nas jest… A jako ksiądz dostanę „zniżkę”.

      III

      Małżeństwo A. i G. – G. zaczyna rodzić. A. dostaje kociokwiku, bo nie ma auta, a wszyscy znajomi we wsi naprani – sobota wieczór, a tu zaraz upragniony syn ma pojawić się na świecie. Dzwoni po „skorą” (skoraja pomoszcz – pogotowie):

      - A benzynę masz? Bez tego nie przyjedziemy.

      - Mam! – łże bez zastanowienia i leci pożyczyć 10 litrów.

      Szczęśliwie dojeżdżają do powiatowego szpitala. Żona jęczy, a lekarz siedzi za biurkiem i nic. A. w amoku nie rozumie o co chodzi:

      - No, na co ty czekasz, zapierdalaj po wódkę. I winko dla siostry też przynieś – mówi wkurzony tępotą A. medyk. – Dla mnie sto baksów, dla siostry 50.

      IV

      D. to dynamiczny, zarobiony prawie na śmierć lokalny biznesmen, ma sklep i coś na kształt baru, wielka plazma w ogrzewanej zimą pałatce (namiocie) plus stół bilardowy. Centrum kulturalne miejscowości, ostatni nawaleni sprzątani są zza lub spod stołów rankiem. Haruje od rana do nocy – wozi codziennie świeży towar z Polski (mięso, wędliny, owoce), na granicy płaci w łapę ryczałtem. Przez 5 lat lokalne władze nie chciały mu wynająć niszczejącego budynku po państwowym sklepie. Któregoś razu przyjeżdżam, a D. z uśmiechem pokazuje na ten budynek:

      - Wreszcie moje.

      - Ile? – głupio pytam

      - I w rok byś nie zarobił – szczerzy zęby w uśmiechu.

      V

      Przyjaciel coś zmartwiony, syn kończy szkołę.

      - Z młodym coś? – zagaduję.

      - Ech…na mytnika (celnika) chce się dalej uczyć, ale nie mam dwóch tysięcy baksów…

      -  Czesne?

      - Jakie, kurwa, czesne…

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Migawki ukraińskie (3): Korupcja jak chleb”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lutego 2014 19:51
    • Gałczyński pisze do Kempy (Listy z fiołem)

       

      Ledwo autor zdiagnozował istnienie epistolofilii, a już chyba padł jej ofiarą. Wszystko przez Behemota, który z niewinną minką przyniósł w pyszczku list Gałczyńskiego do posłanki Kempy. Bestia przysięga, że to oryginał, ale ma przy tym taką kocią mordę, że mu autor nic a nic nie wierzy…

       

      Szanowna Pani Posłanko! 

      Zaraz Pani spadnie z krzesła, jak się Pani dowie, co się stało w Egipcie. Otóż: przez genderologię do egiptologii: ksiądz prof. Oko póty wykrywał, aż wykrył. Na podstawie antycznostaroźytnych papirusów wyrosło jak na dłoni, że uderzające podobieństwo tematyczne folklorów świata może po prostu oszołomić laika, a gender był 11. plagą egipską . Tak np. w piramidzie nr 98 wspomniany ks. prof. Oko znalazł hieroglificzną piosenkę, która brzmi:

      Siwa małpka siwa
      Górnym Nilem pływa.
      Gender widać jaki na dłoni.
      Płaczą faraoni.

      Czyż to, powiedzcie, nie przypomina do złudzenia naszej "Siwej gąski"? Albo (znalezisko w pobliżu świątyni w Luxorze bezcenne, również piosenka, hieroglifami na glinianej tabliczce; Oko osobiście odkopywał, własną łopatką, na własny koszt, a Oko notabene pracuje bez subwencji, która cała poszła na współczesną świątynię Bożej Opatrzności) :

      W murowanym tabesie
      Tańcowali Ramzesi,
      Kazali se piknie grać
      na gendera spozirać.

      Ta-bes znaczy po egipsku piwnica, vide rękopiśmienne, dotychczas niestety nie wydane "Considerationes aegyptologicae" tegoż samego księdza profesora O., świadczące niezbicie o zbieżnościach i powinowactwach folklorów i zagrożeniu genderem już za pierwszych faraonów. Bo czyż wyż. cytowana starożytna pieśń nie przywołuje nam na pamięć naszej rodzimej pieśni góralskiej "W murowanej piwnicy Tańcowali zbójnicy"? I takich przykładów Oko mnoży tysiące. Bez nb. subwencji (no najwyżej 90 złotych za komplet wykładów)

       P. S. : W sprawie bożych krówek, zwanych biedrońkami. To nowy sposób na niewinne chłopięta:

      - Dobry wieczór przystojniaczku.

      - Witam ojca dyrektora!

      - Czy nie zechciałbyś obejrzeć kolekcji moich biedroniek? Mam w domu osiem żywych. W pudełeczku. W kropeczki. Z wąsikami i genderkami.

      - Ojciec taki miły, taki inny!

      Tu się dialog urywa, za to kontakt nawiązuje się. Potem jak we śnie idzie się. Potem wzdycha się. Potem przysięga się, że boże krówki były, ale zagubiły się.

       – Daj spokój, chłopaki nie płaczą. Biedroniek nie ma. Może być: księżyc, czeremcha...

      - Pan jest szarlatan!

      - Nie, jestem: Karakuliambro:-)))

       

      Całkowicie bez upoważnienia Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego uwspółcześnił: Moskwasadowa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Gałczyński pisze do Kempy (Listy z fiołem)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lutego 2014 11:29
    • Migawki ukraińskie (2): Dwie siostry

        

      „Migawki” w założeniu mają przybliżać Ukrainę, a właściwie pomóc ją odczuć. Zamiast sążnistych „geopolitycznych” analiz (choć wtrętów w tym guście uniknąć się pewnie z czasem nie da), absolutnie prawdziwe historyjki, które jednocześnie są alegoryjkami, a nawet alegoriami całą gębą:-)

      Autor ma dla Ukrainy i Ukraińców wiele sympatii, nieskromnie uważa, że dość dobrze czuje ich puls. Nie chce im przy tym w żaden sposób kadzić ani prawić morałów, bowiem cierpi na przewlekłą empatię, która jednak nie powoduje miłosnej ślepoty. Natomiast nic autora nie hamuje w ocenach Polaków, bo jest jednym z nich (z pewnością jednak nie jest Polakiem „prawdziwym”). Ponieważ zamieszczenie „Migawki” nr 1 spowodowało pojawienie się komentarzy „banderofobów” – osobników, którym się wydaje, że banderowcy czają się za każdym drzewem, a Majdan banderowcami stoi, specjalnie z myślą o nich niedługo zamieszczę trzecią „Migawkę” – o Stiopie „banderowcu”:-))). Ale po kolei.

      „Migawka” nr 2 dotyczy wydarzenia, na które nikt pewnie nie zwrócił uwagi przed jednym z oddziałów polskiego konsulatu we Lwowie w lipcu 2008 roku, a które zdaniem autora doskonale oddaje codzienną rzeczywistość stosunków polsko-ukraińskich. Konieczne tu jednak będzie opisanie kontekstu. Do chwili wstąpienia Polski do UE Ukraińcy wjeżdżali do nas bez wiz. Potem zaczęły się schody. Ponieważ cała zachodnia UA żyła z handlu z Polską lub z pracy u nas, pod położonym w centrum Lwowa konsulatem działy się dantejskie sceny – tłum chętnych po wizę przekraczał nieraz tysiąc osób. Wokół wyrosły budy, w których załatwiano wszystko – od lewych zaproszeń po nic nie warte ubezpieczenia, które jednak pozwalały przekroczyć granicę. Za sowitą opłatą w jednej budzie można było załatwić wszystko i nie koczować dniem i nocą, lecz po prostu postać sobie jedynie kilkanaście godzin  po odbiór w wyznaczonym dniu. Jednak tysięcy ludzi nie stać było na taki luksus. Ta sytuacja w centrum miasta raziła władze Lwowa i Polaków (w okolicy nie było ani jednej toalety publicznej). Żeby zmniejszyć skandaliczne kolejki, w 2008 roku otwarto drugi oddział konsulatu na zadupiu, dokąd skierowano wszystkich, którzy nie ubiegali się o wizy do pracy. Tam oczywiście natychmiast wyrosło drugie miasteczko z pełną ofertą usług (fajnie było oglądać „biura” w samochodach i dziewczyny trzymające drukarki na kolanach), a na wąskiej uliczce kłębiło się najwyżej 300 osób, doprowadzając do szału okolicznych mieszkańców. Za to pojawił się jeden „toi toi”. Wprowadzono też system rejestrowania się do kolejki w internecie, ale z różnych powodów nic to praktycznie nie dało – tłum nie chciał zniknąć.


                                                          Dwie siostry


      Upał jak diabli. Dzieci płaczą, nie ma gdzie usiąść, rodzice jednak boją się wyjść z kolejki i stanąć w cieniu pobliskiego lasku, żeby nikt nie wlazł na ich miejsce, a dzieciaków nie chcą puszczać, bo las zasrany po kostki – jedna toaleta na kilkaset osób to trochę za mało. Po wizę do polskiego raju trzeba stać czujnie i uważnie. Ja – „polski pan” – teoretycznie nie muszę  czekać, mnie kolejka nie obowiązuje, praktycznie stoję piątą godzinę. Kręgosłup boli jak cholera, stoperan niedługo przestanie działać – dzień wcześniej zeżarłem wędzonego ukraińskiego kurczaka, który teraz chce wykończyć „lacha”.

      Tak co godzinę mnie więcej opalony, postawny i wyprasowany borowiec wielkopańskim gestem pozwala wejść kolejnej dziesiątce szczęśliwców i furtka się otwiera. Kiedy podbiegam truchtem z pytaniem w oczach, znowu kręci głową. No to co najmniej jeszcze godzinka. Co to będzie z tym stoperanem? W kolejce pogawędki, popijanie wody (gazowanej, moda na niegazowaną jeszcze nie dotarła), ocieranie potu, zamożniejsi idą posiedzieć do aut, ale jedno z rodziny zawsze zostaje.

      Dostrzegam ją z daleka. Wyróżnia się z tłumu miastowych, typowa babuszka ze wsi zabitej dechami. Chustka na głowie, długa, ciężka spódnica, na nogach zimowe kozaki, zakurzone po podróży – pewnie włożyła najlepsze buty, bo jechała do Lwowa. Że jej nie gorąco? Prawda, starym ludziom często i w upały zimno. Widzę, że jest zmęczona i oszołomiona. Nie potrafi kompletnie odnaleźć się w tej ciżbie pod – jak tu wszyscy mówią – polską „ambasadą”.

      Dociera do czoła kolejki. Ludzie z pobłażaniem przepuszczają ją do furtki. Zaczyna coś mówić do ukraińskiego milicjanta, ten macha ręką, odpędza ją. Nie daje za wygraną. W końcu milicjant woła borowca. Podchodzę bliżej, żeby słyszeć.To chyba ukraińska Polka. Zaczyna tłumaczyć kresową, nieużywaną na co dzień polszczyzną patrzącemu na nią z uśmieszkiem Polakowi w mundurze:

      - Proszę pana, ja po wizę, dzwonili do sielrady (sielskoj rady) z Polski, ze szpitala w Rzeszowie, że moja siostra umiera. Muszę jechać, 50 lat jej nie widziałam.

      Borowiec pyta ją, czy ma faks ze szpitala (dostałaby wizę szybciej). Babina pojęcia nie ma, co to faks. Pyta więc, czy zarejestrowała się w internecie do kolejki. Babcia patrzy na niego jak na mało pojętnego ucznia (jakie znowu internety?) i powtarza, że musi jechać, bo siostra umiera. Borowiec jest zirytowany – wysyła ją do „biura pośrednictwa”. Kobieta zaczyna płakać. Ludzie zaczynają szemrać. Twarz mi płonie ze wstydu. Wstydzę się za borowca, za Polskę i za siebie, bo milczę i nic nie robię (ze strachu, że mnie ten cerber w ogóle już dziś nie  wpuści). Borowiec zmywa się do klimatyzowanego wnętrza. Ludzie zaczynają coś babci doradzać, tłumaczyć. Ktoś pyta w końcu profetycznie:

      - A macie paszport?

      - Mam! – mówi staruszka i wyciąga triumfalnie ukraiński dowód osobisty, który po ukraińsku nazywany jest paszportem.

      - Babciu, zagraniczny paszport! Zagraniczny, żeby do Polski pojechać. Musicie do rejonu (urząd powiatowy) pojechać paszport wyrobić, dacie sto baksów, to wam w tydzień zrobią.

      Starowinka nic nie rozumie, powtarza tylko „do rejonu, do rejonu…” i chwiejnym krokiem odchodzi. Milczymy.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Migawki ukraińskie (2): Dwie siostry”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 lutego 2014 03:12
  • sobota, 08 lutego 2014
    • Stop epistolofilii!!!

       

      Pustoszący krainę nad Wisłą gender i jego straszliwi jeźdźcy apokalipsy – gej, lesbijka i miś w sukience (Transmiś) – to jest pikuś maleńki w porównaniu z zagrożeniem epistolofilią, czyli maniacką skłonnością do pisania listów do kogo popadnie, ze szczególnym uwzględnieniem osób znanych. O ile przed genderem można się bronić nie chodząc do przedszkola, nosząc pas cnoty lub po prostu wkładając barchanowe gacie, to ofiarą epistolofila (epistolofilityka?;-) może paść każdy, kto nieostrożnie otwiera skrzynkę na listy.

      Źródło epidemii łatwo wskazać: jest nim parlamentarny zespół „Stop ideologii gender” posłanki Kempy. Zainfekowana zarazą posłanka zaczęła skromnie: napisała list w sprawie gendera do żony Tuska (lekarze mówią, że jej stan jest ciężki, ale stabilny – przeżyje). Chodzą słuchy, że premier dał potem na mszę za zdrowie żony i w podzięce za to, że list nie był do niego samego. Teraz Kempa się rozkręca: napisała do Meryl Streep (szczęściem dziewczyna chyba jeszcze nie odebrała korespondencji, jest czas na wezwanie służb sanitarnych).

      "Kieruje się wartościami równości, tolerancji i niedyskryminacji. Zwalcza natomiast ideologiczne szaleństwo ideologii gender, związane z seksualizacją dzieci i młodzieży w przedszkolach i szkołach. (...) Nie mamy wątpliwości, że ideologiczna manipulacja gender może przynieść przede wszystkim szkody. Dlatego nie godzimy się na eksperymentowanie z dziećmi w ramach edukacji publicznej wbrew woli ich rodziców. Wierzę, że dla Pani, matki czworga dzieci, tego rodzaju stanowisko jest naturalne i oczywiste".
      - czytamy w liście Kempy do Streep (bezpieczni, bo nie mieliśmy go w dłoniach).

      Zważywszy, że epistolofilia rozwija się w postępie geometrycznym, a sporo jeszcze znanych osób na świecie nie wie o istnieniu Kempy, można się spodziewać, że następne listy posłanka skieruje przynajmniej do Obamy, papieża Franciszka i zespołu Weekend, co może grozić jakimś światowym kryzysem władzy i kultury. No i ch…z nimi – można by powiedzieć trawestując znany bon mot szefowej teatru „Ósemek”. Niestety to nie takie proste. „Tolerancja a la Kempa” może dopaść każdego z nas. Prędzej czy później, kiedy już posłanka powysyła listy nawet do ekipy „Barw szczęścia” i zespołu „Dlaczego ja?” (no właśnie – dlaczego my???), przyjdzie pora na zwykłych, Bogu gendera winnych obywateli. Ani się obejrzymy, jak w naszych skrzynkach zalęgnie się kupa listów Kempy i zarazimy się epistolofilią.

      Chociaż jest i w tym pewna nadzieja. Może wtedy odpłacimy jej pięknym za nadobne i Kempa utonie w kupie listów od normalnych ludzi :-)))

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (59) Pokaż komentarze do wpisu „Stop epistolofilii!!!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lutego 2014 12:51
    • Migawki ukraińskie (1)

       

      W sobotnio-niedzielnym wydaniu wyborczej Paweł Smoleński napisał tekst o ostatnich wyczynach księdza Isakowicza-Zaleskiego, http://wyborcza.pl/magazyn/1,136528,15414669.html

      którego zresztą potraktował nazbyt moim zdaniem łagodnie (rozumiem, że dziennikarzowi nie wypada pewnych rzeczy pisać, co innego bloger;-). Autor pisze rzeczy potrzebne, a ja najpierw rzucę to na tło moich skromnych doświadczeń, a potem dołożę ZaleskiemuJ.

      I

      Tak się złożyło, że podczas pomarańczowej rewolucji nie mogłem być na Majdanie, bo wybrałem zamiast tego wyjazd do Sudanu (trudny to był wybór, ale okazja była zbyt nęcąca). Na Okęcie odprowadzała mnie grupka Ukraińców, w tym przyjaciele, którzy na chwilę wpadli do Warszawy z Majdanu, żeby zaraz tam zresztą wracać (było jeszcze przed III turą wyborów prezydenckich). Przyczepili mi oryginalną pomarańczową wstążeczkę i jakoś tak z nią doleciałem do Chartumu. Jadąc z lotniska do domu, w którym miałem zamieszkać, dowiedziałem się, że na tym samym piętrze mieszkają ukraińscy lotnicy (wozili zaopatrzenie dla chińskich nafciarzy), wszyscy ze wschodu, z Ługańska, bastionu „niebieskich”, czyli Janukowycza.

      Gdy człapałem po schodach z bagażami, zaczęły dobiegać mnie dźwięki piosenki Lube (zespołu strasznie popularnego w Rosji i rosyjskojęzycznych mieszkańców postsowietów, niezbyt popularnego na zachodzie UA). Kompletnie zapomniałem o wstążce, a ponieważ Lube lubię (tylko dyletanci widzą w nim jakiś ruski szowinizm, to zupełnie nie o to tak naprawdę chodzi), zacząłem sobie podśpiewywać. No i wlazłem do środka.

      Na wielkim ekranie telewizora leciał koncert Lube z Sewastopola, na Ukrainie rewolucja, przy stole twardzi goście pijący techniczny spirytus (szariat, prohibicja, ratowali się jak mogli) – „niebiescy” jak cholera. A ja z tą wstążką. Łagodnie mówiąc – konsternacja. Pierwsze wrażenie skończyłoby się fatalnie, gdyby nie to, ze ja jakoś tak z rozpędu na głos dalej podśpiewywałem „Tam za tumanami, wiecznymi pianymi…”. Dzięki temu miałem na wejściu przerąbane w stopniu umiarkowanym.

      Trochę trwało, zanim nasze stosunki przeszły na grunt bardziej serdeczny, oni byli długo poza krajem, rewolucję oglądali tylko w rosyjskich mediach, które jak dzisiaj pluły na Majdan, straszyły banderowcami, nie mieli pojęcia, co ludzie czują i o co chodzi. Starałem się im tłumaczyć, opowiadać o tym, że wreszcie w Ukraińcach zobaczyłem wolnych ludzi, odważnie stawiających czoła oszustom, którzy chcieli im wolność odebrać, zamiast potulny tłum, który po sowiecku cicho znosił każde kłamstwo władzy, w dodatku robią rewolucję piękną i bez przemocy, że powinni być dumni, a nie nastroszeni.

      Wśród ługańszczyków był jeden rodzynek z Łucka (stolica Wołynia), młody nawigator, też „niebieski”. Na dachu domu wiedliśmy nocami polsko-ukraińskie spory, wspomagając się aragą, czyli sudańskim bimbrem z daktyli. Wiem jedno: nie było w nim ani w jego kolegach żadnej nienawiści do pomarańczowych. Była niewiara, nieufność i był strach. Ale nie nienawiść. Dlatego od tamtej pory nie wierzę w żaden rozpad Ukrainy (o ile Rosja szaleńczo na to nie postawi). Potwierdza to teraz i to, że wschód również buntuje się przeciwko władzy bandytów ograbiających swój kraj i czyniących z jego obywateli niewolników.

      II

      Ksiądz Isakowicz-Zaleski należy do kapłanów okropnego typu - mogących ewoluować w nienawistników, którzy ostateczną i skończoną formę przyjęli choćby w czasach II wojny światowej w Chorwacji. Wprawdzie wyciera sobie usta apelami o pamięć ofiar i niby wzdraga się przed nienawiścią, ale wszystko co robi jedynie tę nienawiść podsyca.

      To jakaś skaza charakteru, jasno pokazuje to jego wcześniejszy „ortodoksyjny” stosunek do lustracji w kościele. Ponieważ to pole do popisu skutecznie zamknęli przed nim przełożeni, wyżywa się „w temacie” ukraińskim. Isakowicz obsesyjnie mówi jedynie o zbrodniach sprzed lat, pomija przy okazji zupełnie polskie grzechy wobec Ukraińców, za nic ma to, że teraz stosunki polsko-ukraińskie są zupełnie inne i krwawa przeszłość nie może determinować teraźniejszości. W swym szaleństwie powtarza kłamstwa propagandy kremlowskiej o tym, że obecna rewolucja to działania jakichś mitycznych „neobanderowców” (fałszuje skalę na skalę niewyobrażalną). Wspiera obrzydliwe „rekonstrukcje historyczne" rzezi wołyńskiej, które są potrzebne i stosowne jak rekonstrukcje gazowania w komorach gazowych albo palenia Żydów w Jedwabnym (nikomu takie rzeczy do głowy nie przychodzą na świecie, a Isakowiczowi jak najbardziej).

      Może, oprócz doświadczeń ukraińskich – zdaje się i jego rodzina ucierpiała od banderowców ­- tkwi w nim jakaś potworna rana spowodowana rzezią Ormian  (jest Polakiem-Ormianinem)? Może jego intencje kiedyś były szlachetne, ale stały się szkodliwą manią? Niech Bóg osądzi. Ja potępiam.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Migawki ukraińskie (1)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 08 lutego 2014 11:29
  • piątek, 07 lutego 2014
    • Piątek

       

      Ponieważ pisanie bloga rozpoczynam w piątek, kiedy to w wyborczej.pl ukazuje się felieton Piątka, postanowiłem dyskretnie na chama zareklamować się pod Piątkiem właśnie. Piątkowe poczucie humoru to miód na me serce, a Piątkowe poglądy z grubsza są mi bardzo bliskie, zatem trzeba zaczynać ciut po Piątkowemu.

      Warto zauważyć pewną staroświeckość ofensywy antygenderowej w Polsce, kazania księży Oka z Guzem może i są porno prelekcjami, ale nie przemawiają do młodzieży, przyzwyczajonej w erze nowych technologii do wizualizacji zagadnienia –  a ukazujące się w prasie nieustannie zdjęcia misia w sukience mogą ekscytować jedynie posła Piętę. W końcu nie każdy ma taką wyobraźnię jak panie Kempa czy Pawłowicz, żeby od razu sikać z oburzenia na słowo homoseksualista czy frazę „kopulacja w darkroomie”. Jako człowiek uczynny i pozbawiony chciwości (He, He), za darmo pragnę oddać swój pomysł przydatny dla środowisk katolickich i narodowych, którym gender leży na sercu i wątrobie.

      Gra komputerowa – tytuł roboczy „Age of Gender” – może skutecznie pomóc wizualizować i zohydzić gendera wśród młodego pokolenia prawdziwych i prawie prawdziwych Polaków. Dotychczas gender nie miał nawet twarzy – my w grze dajemy mu mordę Borisa Karloffa (głos Lindy). Oczywiście chodzi o to, by złego gendera dorwać i ukatrupić, w tym celu musimy wcielić się w zależności od płci (ważne ideologicznie rozróżnienie!) w szlachetną dziewicę Kempę (z przyczyn technicznych zwizualizowaną w postaci  Scarlett Johansson z głosem Marii Czubaszek) lub w dzielnego rycerza Hofmana (Ryszard Kotys z głosem własnym).

      Gendera-Karloffa pokonać można jedynie za pomocą młota na czarownice zwanego „Okiem Boga” (nazwa bierze się stąd, że jak kto nim wali, to Pan Bóg Oko przymyka). Ale żeby doń dotrzeć, trzeba pokonać zastępy krwiożerczych feministek – Szczuka ze Środą z krzywymi kłami czyhają w lasach na nieostrożne dziewczęta i chłopięta, a Wójciak nieustannie wyzywa gracza od chujów i zachęca do pokątnej aborcji. To nie jedyne zagrożenia – nieostrożnie wybierając wizytę w teatrze Klaty można dostać przypadkiem do ręki zalecenia WHO i zostać skazanym na masturbację w czasie trwania całego spektaklu. To może zmiękczyć najtwardszych.

      Po drodze można i jednak spotkać dobre, pomocne duchy – ptaszka Gila, który pomoże każdemu grającemu w grę dziecku i Wesołego Arcybiskupa, który zapewni nam na czas jakiś immunitet.

      W finale docieramy do ponurego zamczyska Gendera-Karloffa na Czerskiej, łamiemy kark diabłu Michnikowi i potem wypruwamy flaki z samego Gendera. Linda jęczy. Dobro zwycięża.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Piątek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 17:17
    • Deklaracja Moskiewska:-)

       Nick  @moskwasadowa jest znany jedynie pewnej liczbie forumowiczów portalu wyborcza.pl. Pod nim, lub przedtem pod jego innymi „moskiewskimi” wariantami, autor wypisuje przeróżne posty na owym forum już jakiś czas. Spotkał tam ludzi ciekawych i mądrych, a nawet dorobił się garstki hejterków, co świadczy pozytywnie o czytelnictwie. Od dawna kilka osób namawiało autora, aby do postów się nie ograniczać, lecz nadać temu jakąś trwalszą formę. Autor nie daje gwarancji, że te namowy powodowane były szlachetnymi intencjami i nie bierze żadnej odpowiedzialności za ich skutek, czyli za blogaJ.

      Po pierwsze – wspomniany osobnik jest leniwy, a z racji wieku reaguje już jedynie na silne bodźce, byle chamstewko, głupotka czy zwykła niesprawiedliwość niekoniecznie pobudzają go motorycznie. Żeby coś napisać, w dodatku za darmochę, potrzeba „temu misiu” wyzwań ekstremalnych, nie każdy występ Kempy i nie każda rewolucja spełniają pokręcone kryteria autora w tej sprawie. Dlatego proszę nie spodziewać się jakiejś regularności (He, He, jeśli ktoś w ogóle tu zajrzy), szczególnej staranności ani wiecznego trwania tych zapisków.

      Po drugie – autor nie wie, czy mu się jego blog spodoba, a to jest podstawowym warunkiem jego prowadzenia. W czasach blogowej pandemii pisanie takich rzeczy w ogóle stoi pod znakiem zapytania. Decyzja o rozpoczęciu pisania powoduje u autora również strach przed popadnięciem w obłożną grafomanię i stanie się kolejnym „Józkiem, który kocha góry i woli blondynki” lub „Jolką, która pisze o politycznych aspektach trendów w modzie”. Miliony ludzi piszą rzeczy, które gówno obchodzą miliardy czytelników. Strach się bać.

      O co w ogóle autorowi chodzi z tym blogiem? – z wyjątkiem oczywiście ewentualnej autopromocji  lub autokompromitacji – diabli wiedzą. Behemot podpowiada, że chodzi o to, by „rascwietali jabłoni i gruszy”, Korowiow zaś dopowiada cytując Marcina Lutra, który zapytany o to, co zrobiłby dowiedziawszy się, że nazajutrz będzie koniec świata, odpowiedział „sadziłbym jabłonie”. Ciężki przypadek był z tego augustianina.

      Jeszcze wyjaśnienie dla tych, którzy „moskwysadowej” nie znają lub nie wiedzą, skąd wziął się ten nick. Autor jest rusofilem antykomunistą (o antykomunizmie wspominam, bo zdarzali się często idioci kombinujący, że jak Moskwa, to komuch), cały czas ciężko zakochanym w tym mieście, kiedyś w jego uroczej mieszkance, oraz Bułhakowie.

      Dlatego bolg rozpoczyna wierszyk autora o Mistrzu i Małgorzacie;-)

      „MiM”

      On jej nie poznał

      Ona go nie spotkała

      Wiosna nie przyszła

      Zima trwała

      Diabeł ominął

      Żółtych kwiatków nie było

      Bóg zapomniał

      W szybie nic się odbiło

      I tak mijają lata.

      Nie wiedzą o sobie nic

      Mistrz i Małgorzata

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Deklaracja Moskiewska:-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 07 lutego 2014 16:07