MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • wtorek, 15 grudnia 2015
    • Kronika zamachu stanu

       

       

      30. dzień rządów PiS

       

      PiS zapowiada, że w ciągu najbliższych 48 godzin ostatecznie rozwiąże kwestię stojącego mu na drodze do monopartyjnej dyktatury Trybunału Konstytucyjnego, bo po prostu sam sobie uchwali całkiem nowy Trybunał, gdzie nie będzie żadnych „Polaków najgorszego sortu”, czyli przedstawicieli 81% ludzi, którzy na PiS nie głosowali, bo są „współpracownikami gestapo, komunistami i złodziejami".

       

      Projektu ustawy nikt nie widział, ale nie ma po co go roztrząsać, ponieważ PiS-owi nie na rękę są przedłużające się protesty w sprawie TK, zatem stary pewnie zakończy swój żywot prędko. Ciekaw jestem, czy wywalą cały stary skład na pysk od razu, czy też wezmą na wstrzymanie i pozwolą dotrwać „sędziom gorszego sortu” do końca kadencji, bawiąc się w „subtelności” paraliżujące ich pracę na przykład poprzez nakaz orzekania w pełnym składzie. Nie sądzę, aby tak zrobili, bo w interesie PiS jest to, żeby TK przejąć ostatecznie i w ten sposób zlikwidować „ognisko oporu”, wokół którego gromadzą się obrońcy demokracji.

      Błyskawiczne tempo i tajemnica mają maksymalnie skrócić czas medialnego szumu przed świętami oraz nie pozwolić opozycji zorganizować oficjalnej demonstracji pod Sejmem, po marszu KOD-u 12 grudnia prezes nie chce oglądać więcej „najgorszego sortu” na ulicach, liczy więc, że przedświąteczne zakupy i porządki odpędzą nas od polityki. Gorzej, że słyszę, że nikt na razie żadnego protestu nie organizuje, co jest spełnieniem marzeń PiS i faktyczną kapitulacją. Wszystko wskazuje na to, że 4 dni po marszu prezes zlikwiduje TK, w którego obronie ten marsz się odbył. W ten sposób ośmieszy KOD wraz z całą opozycją i wykaże ich nieskuteczność.

       

      Faktyczna likwidacja TK następuje w trybie nieco przyśpieszonym w stosunku do przewidywanego - nawet Dudzie nie powiedzieli, bo Duda dziś w Kijowie opowiadał, że przecież będzie pod jego patronatem działać specjalne powołane do tej sprawy ciało, tymczasem projekt jest już gotowy, ale kto by się tam w PiS przejmował prezydentem, przecież wiadomo, że podpisze, bo od tego jest.

      Stąd wielkoduszna i łaskawa zgoda na druk orzeczeń Trybunału pani kierownik delegatury sekretariatu pana prezesa (dawniej kancelaria prezesa rady ministrów) w Alejach Ujazdowskich Beaty Szydło, pseudonim sceniczny „Premier”. Drukować można wszystko, skoro PiS uważa wyroki TK za opinie do niczego nie zobowiązujące, a sam Trybunał zaraz będzie jedynie wspomnieniem, to znaczy – jak to w demokracji fasadowej – szyld zostanie, ale instytucja nabierze słusznej, narodowej treści, czyli będzie słuchać wodza i partii. Pani kierownik nakrzyczała też dziś na opozycję w Sejmie, a potem powiedziała narodowi w telewizorze, że zaraz będą rozdawać cukierki, a przed świętami wszyscy na nie łasi.

       

      Potem przegłosuje się w parlamencie „ustawę antyterrorystyczną” napisaną przez ułaskawionych speców z CBA i elementy stanu wyjątkowego wejdą tymczasowo na stałe do ustroju IV RP.

       

      Lis wczoraj pytał w swoim programie, po jaką cholerę prezes obraża karczemnymi słowy 81% narodu i nazywa ich „komunistami i złodziejami”. Różne padały odpowiedzi, od tego, że chce mobilizować twardy elektorat, poprzez to, że się biedaczek zdenerwował sobotnim marszem, po sugestię Kwaśniewskiego, że temu prezesu naczytało się nazisty Carla Schmitta, widzącego w konflikcie na śmierć i życie sens polityki. Zapewne wszyscy mają sporo racji, ale i ja dorzucę swoje trzy grosze.

       

      Jarosław Kaczyński eskaluje konflikt specjalnie, bo chce, żeby ludzie się na siebie wściekli i zaczęli tłuc na ulicach, gdyż marna próba linczu na reporterze TVP podczas ostatniej miesięcznicy smoleńskiej to jest daleko nie to, jak mają się traktować dwa sorty Polaków według pożądanego scenariusza. Przy czym nieistotne z jego punktu widzenia, kto naprawdę rzuci pierwszy kamieniem, bo w oficjalnej mitologii już jest postanowione, że to jego przeciwnicy. To ma sprowokować spiralę przemocy i potem pozwolić otwarcie spacyfikować opór i skompromitować „terrorystów” w oczach wystraszonego „ciemnego ludu”. Oczywiście jest i łagodniejszy wariant: „tłuste koty” wystraszą się i pochowają w domach, no i obejdzie się cygańskie wesele bez pałowania.

       

      Kilka mądrych osób już określiło trafnie obecną Polskę jako „państwo mafijne”. Nie ma się więc co dziwić, że chrzestny papa traktuje swoich kamratów tradycyjnie, czyli każdy musi przejść inicjację polegającą na popełnieniu przestępstwa, co uczyni go członkiem ferajny poprzez wspólną winę i odpowiedzialność.

       

      Dlatego obserwujemy jednomyślne łamanie prawa przez parlamentarzystów PiS, rząd PiS i prezydenta PiS. Ma to ich zjednoczyć i uczynić wspólnikami w jednej sprawie: przejęcia Polski per fas et nefas, za wszelką cenę i bez względu na koszt. Gwarancją lojalności ma być to, że nikt nie będzie bez winy.

       

      P.S.

      Projekt ustawy o TK made by PiS wpłynął wczoraj do Sejmu jakieś 45 minut po zamieszczeniu przeze mnie powyższego wpisu. Kaczyński wybrał rozwiązanie paraliżujące: czyli bez zgody jego ludzi TK nie jest w stanie nic zrobić, a na protesty znalazł genialne w swojej prostocie (jak cep) rozwiązanie: Trybunał wyeksmitować z Warszawy, żeby w czasie, kiedy jeszcze są tam sędziowie "najgorszego sortu Polaków", ewentualne demonstracje odbywałby się pod nową siedzibą, gdzieś w Puszczy Białowieszczańskiej;) Projekt ów zawiera oczywiście "prawo", które mówi, że wyroki TK w sprawie łamania konstytucji przez PiS są nieważne.

      Odnotować trzeba rzecz bardzo przykrą: w sobotę odbył się marsz pod egidą KOD-u, który miał obronić przede wszystkim TK jako instytucję przed przejęciem przez PiS, w środę PiS TK praktycznie likwiduje, a KOD nie organizuje (patrzę na stronę internetową - 10.08 środa) żadnego protestu, nie ma nawet słowa do tej pory na ten temat. Ponieważ sam lazłem w tym marszu i zdzierałem gardło, czuję się zrobiony w balona. A prezes śmieje się w kułak. Załatwił nas na cacy i nikt nawet nie umie zrobić żadnej demonstracji, żeby mu pokazać, że się na to nie zgadzamy. Gdybym serio chciał napisać, co o tym myślę, musiałbym użyć bardzo niemiłych słów, spośród których jedynie niekonsekwentna amatorszczyzna nadaje się do druku.

       

       Z ostatniej chwili (11.33) :

       

      A jednak manifestacja w sobotę pod Sejmem o 12.00

      Stop bezprawiu PiS!


      http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,19352240,nowelizacja-ustawy-o-tk-w-sejmie.html#MT

       

      http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,19353523,kod-zapowiada-demonstracje-nie-mozemy-stac-bezczynnie.html#MTstream

       

       

      KOD jednak chce urządzić demonstrację w najbliższą sobotę pod Sejmem między 12.00 a 15.00.

      Stawię się jak zwykle niezawodnie i wszystkich Czytelników do tego zachęcam. Gorzkich słów nie odwołując, ponieważ jeszcze wczoraj KOD nie planował żadnego protestu, mimo tego, że wiedział o projekcie PiS. W każdym razie odpisywał tak na maile z pytaniami w tej sprawie, co można sprawdzić w komentarzach na blogu.

      Lepiej późno niż wcale. Do roboty, kochani:)

      Demonstracje w całym kraju:

      http://wyborcza.pl/1,75478,19359280,kod-w-sobote-znow-wychodzi-na-ulice-tym-razem-takze-mniejsze.html#MTstream


      Pamiętajmy o tym, że demonstracja pod Sejmem 19 grudnia jest w pewnym sensie ważniejsza od tej poprzedniej. Prezes liczy, że nic Polaków nie wyciągnie z galerii handlowych w ostatni przedświąteczny weekend. Możemy mu zepsuć święta:) i sobie zrobić najlepszy prezent:)

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (220) Pokaż komentarze do wpisu „Kronika zamachu stanu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 grudnia 2015 21:59
  • poniedziałek, 14 grudnia 2015
    • Nowe szaty prezesa

       

      Szanowni Państwo, media pękają od wiadomości o tym, że Polską nie rządzi ani rząd, ani parlament, ani prezydent, lecz poseł Jarosław Kaczyński, który każe tym ostatnim, co i kiedy mają robić. Tymczasem prezes PiS nie jest organem konstytucyjnym, wstyd powiedzieć, ale Konstytucja w ogóle o nim nie wspomina, a zatem nie może wydawać poleceń wyżej wymienionym, a gdyby jednak wydawał, to oni – gdyby go słuchali – popełnialiby zdradę stanu, dokonując zamachu na ustrój Rzplitej, czyn ten zagrożony jest karą od 10 do 25 lat pozbawienia wolności.

       

      Weźmy pierwszy z brzegu tekst w weekendowym wydaniu „GW” pod tytułem „Polska z głowy Kaczyńskiego”, gdzie mechanizm władzy PiS jest opisany punkt po punkcie i właściwie jest to akt oskarżenia wobec całej partii rządzącej. PiS jest na tyle upojony poczuciem władzy i bezkarności, że jego politycy w rozmowie z autorkami artykułu (Renata Grochal, Aneta Kondzińska), choć anonimowo, to jednak nie kryją się z tym, że faktyczny ośrodek władzy znajduje się w gabinecie prezesa Kaczyńskiego przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. To nie jest adres, pod którym mieści się ani Sejm, ani Kancelaria Premiera, ani nawet Trybunał Konstytucyjny.

      Ponieważ nikt z wymienionych w owym tekście do tej pory nie zdementował ani nawet nie skomentował zawartych w nim informacji, a podobny opis sytuacji można znaleźć i w innych publikacjach, śmiem wnosić, że coś jest na rzeczy.

      Utwierdza mnie w tym coraz bardziej uzasadnionym podejrzeniu także i to, że wszyscy – władza i opozycja – traktujemy tę sytuację jako, że tak powiem, „oczywistą oczywistość”. Pisze się o tym, żartuje z tego, używa w tekstach publicystów i wystąpieniach polityków sformułowania „zamach stanu”, jakby to było coś równie ważnego i ekscytującego jak „na Bielanach karuzela co niedziela”.

      Demokraci widać przyzwyczaili się do tego, że rządy PiS mają taką formę (przypomnijcie sobie za co nie stanął prezes przed Trybunałem Stanu w poprzedniej kadencji) i tak widać musi być, a pisowcy i ich pożyteczni idioci uważają to za ich święte prawo, bo ich cel uświęca ich środki.

      Zatem w świetle jupiterów i na oczach kamer telewizyjnych być może dochodzi do zamachu stanu, co nawet dostrzegają media i politycy z zagranicy, a tu nasza prokuratura, jeszcze „niezależna”, potrzebuje doniesienia, żeby wszcząć postępowanie w sprawie tego, że pani kierownik Kempa wstrzymuje druk ostatecznych według Konstytucji wyroków TK (pani Kempa jest odważnym człowiekiem, bo wzięła odpowiedzialność na klatę, w końcu mogła kazać napisać takie pismo sekretarce). Sama prokuratura tego nie widzi, bo ma oczy szeroko zamknięte. Zamknięte nawet na to, że sam Prokurator Generalny RP ma niektóre działania PiS za niekonstytucyjne.

      Moje oczy amatora prawa i demokracji otwierają się z czasem coraz szerzej i szerzej, bo zaczynam mieć wrażenie, że skoro łamania Konstytucji dopuszcza się tylu ludzi jednocześnie, to chyba jest to jakaś grupa zorganizowana, bo partia polityczna raczej jest grupą zorganizowaną, a już kompletnie dostaję palpitacji na myśl, że z szefem tej partii po nocach ma sesje wyjazdowe pan prezydent, który owemu szefowi podlega, czego sam nie kryje, wygłaszając publicznie peany na jego cześć. Nawet czas obrad parlamentu został dostosowany do trybu życia prezesa.

      Czy tylko ja mam wrażenie, że coś jest nie halo w tej sytuacji? Czy wszyscy patrzymy na to i nie rozumiemy, co się dzieje? Czy może nie chcemy zrozumieć i głośno wypowiedzieć wniosków, żeby nie ponieść konsekwencji? Kto pierwszy krzyknie, jak w bajce Andersena, że prezes jest nagi?

       

      W artykule 13. Konstytucji czytamy:

       

      Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.

       

      W tym kontekście pewne moje zdziwienie budzi to, że większość parlamentarną w Polsce mają ludzie, którzy nie tylko w mojej opinii postępują właśnie w ten sposób i odwołują się do opisanych i zakazanych poglądów, ale wręcz uczynili z tego swój program polityczny. Wydaje mi się, że legalność tych ugrupowań, a tym samym wyniku wyborów, powinien ocenić niezależny sąd.

       

      Dowody na to, że PiS postępuje w wyżej opisany sposób dostępne od lat w każdym medium.

      Pan prezes nie ogranicza się do kłamstw i podniecania nienawiści wobec uchodźców i sąsiadów Polski, ale na co dzień eskaluje nienawiść jednych Polaków do drugich, dzieląc ich na sorty, jednych mianując genetycznymi zdrajcami i złodziejami, drugich patriotami. Pan prezes może sobie takie opinie wygłaszać w domu, ale kiedy robi to w warunkach permanentnej recydywy od 26 lat publicznie, to chyba ktoś powinien powiedzieć: dość!

      Pan prezes podlega temu samemu prawu, co ci, którzy napadają na imigrantów, podpalają kukły Żydów i krzyczą: Jebać islam maczetami!

      To znaczy: podlega, jak widać, teoretycznie, bo nikt mu nigdy nic za wygłaszane zachęty do nienawiści i insynuacje nic nie zrobił.

      Pan prezes jest poza jurysdykcją kogokolwiek, zarówno jako zwykły hejter, jak i nieformalny zwierzchnik rządu, parlamentu i prezydenta. Dajcie mu czas, a sam wpisze się do Konstytucji, sam ją zatwierdzi i sam wydrukuje. Rękoma podległych mu nieformalnie rzekomych władz RP, które latają do niego po rozkazy.

       

      Pora powiedzieć większościowe: Liberum veto! Nie pozwalamy na to, żeby jeden człowiek i jego obsesje bezprawnie rządziły 38 milionami Polaków, nawet jeśli popiera go ponad 5 milionów z nich. To nie jest żadna większość. Nie ma zgody na bezprawie i cofanie Polski o sto lat, na rozwalanie UE, czyli naszej racji stanu, na otumanianie dzieci naprotechnologią patriotyczną i dyktaturę endeckiego bezguścia. Na życie w iluzji lat 30. XX wieku, spowitej w smoleńską mgłę.

       

      Na ziemię

       

      Ziemia do autora: Nikt prezesa nie ruszy, system prezesocentryczny nie doczekał się jeszcze swojego Kopernika, który by go zanegował.

      Autor do Ziemi: No to najwyższa pora na kolegialnego astronoma, który kopnie prezesa na właściwą orbitę. Byle dalej od rządzenia Polską. Natychmiast, NA TEN TYCHMIAST, bo za pół roku będzie za późno.

       

      Nie widzę jednak żadnego planu, który mógłby do tego doprowadzić. Na razie cieszymy się, że udało nam się zrobić jedną (!!!) demonstrację o sile połowy tzw. zwykłego marszu niepodległości.

      Brała w niej udział wyłącznie inteligencja. To nie społeczeństwo. To jego część, mniejsza część.

      Profesor Hartman, którego lubię, szanuję i cenię, już gada o tym, że „jutro będzie nas milion”. Tak to jest, kiedy kto przedawkuje TVN24. Mirosław Czech z kolei „nie wyklucza w Polsce Majdanu”. Czecha też lubię, cenię i szanuję, i dlatego niepokoję się o stan jego duszy i ciała, gdyż na razie jest to równie prawdopodobne, co myślenie, że PiS rozpisze nowe wybory z własnej woli.

       

      Tym razem prezes dobrze obliczył: demoluje po kolei organy państwa, które nie są w stanie wspólnie przeciwdziałać zamachowi stanu, lecz protestują pojedynczo w pojedynczych sprawach, nikt nie ogarnia całości i nie tworzy syntezy, której skutkiem byłoby prawne zatrzymanie działań PiS. Lub choćby próba ich zatrzymania, ale skoordynowana.

      Z kolei społeczeństwo nie jest w większości świadome tego, co się dzieje, więc żadnego Majdanu w najbliższej przyszłości nie będzie.

      To podstawy zawarte w „Księciu”. Potem, po okresie „Sturm und Drang”, przyjdzie uspokojenie, środowiska oporne zostaną pozbawione bazy: środków, znaczenia i dostępu do mediów.

      Prezes stawia na to, że naturalnym stanem Polaków jest kolaboracja, a nie powstanie. I trudno mu odmówić statystycznej racji.

      Zatem: albo trzeba szybko wyjść na ulice i z nich nie schodzić (pomysł naszych "miesięcznic" Krzywonos jest moim zdaniem dobry), albo tworzyć struktury na wymarzone przez prezesa 20 lat. Wybór należy do nas.

      Chociaż zawsze możemy zawierzyć opatrzności i liczyć na to, że prezesa na dobrą drogę nawróci jego kot, szydło z własnej woli wróci do worka, a dudy same schowają się w miech.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (130) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe szaty prezesa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 grudnia 2015 18:15
  • sobota, 12 grudnia 2015
    • Andrzej Duda musi odejść!

       

      Oraz: Andrzej Duda pod trybunał! - te hasła wzbudzały nasz największy entuzjazm i wykrzykiwaliśmy je najchętniej i najdłużej. Pod Pałacem Prezydenckim nie zabrakło jednak na szczęście elementów bardziej luzackich, 50 tysięcy ludzi radziło prezesowi jednym głosem: Jarosławie, zjedz snickersa!

       

       

      Zaczynam od przytoczenia tych haseł, bo zirytowała mnie relacja z marszu Komitetu Obrony Demokracji w Panoramie TVP2, gdzie nie przytoczono ani jednego z nich, a był to pierwszy program informacyjny, jaki obejrzałem po powrocie do domu. Przynajmniej pokazali morze ludzi sunących ulicami Warszawy, dobre i to.

       

      Przez przypadek wylądowaliśmy z przyjacielem, który do Warszawy fatygował się specjalnie na manifestację, przy samym autobusie, skąd na początku przemawiali organizatorzy i politycy opozycji demokratycznej. Dobrą wróżbą było już to, że taksówkarz podwożący nas na miejsce okazał się antypisowcem i życzył nam powodzenia. Myknęliśmy na Szucha przez Litewską, no i wpadliśmy w samo centrum wydarzeń. Muszę powiedzieć, że kiedy zobaczyłem mnóstwo flag biało-czerwonych i unijnych, morda mi się uśmiechnęła od ucha do ucha.

       

      Prezesowi już dziękujemy:)

       

      Gdy Petru z odkrytej platformy angielskiego piętrusa służącego za trybunę dziękował Kaczyńskiemu za tak błyskawiczne zjednoczenie Polaków przeciwko bezprawiu PiS, ja w duchu dziękowałem mu też za to, że zmusił mnie do aktywnego trybu życia – nikt inny w życiu nie spowodowałby, żebym piechotą z Szucha lazł na Krakowskie Przedmieście. Kosiniak-Kamysz mówił tak, że można było zapomnieć, że jest PSL-u. Nowacka z rumieńcem na policzkach wypadła niezgorzej, tylko Neumann wnerwił, gdy zaczął gadać coś o tym, że czekają nas być może lata walki. W tym tłumie nikt nie chciał tak długo czekać na powrót normalności.

       

      Cieszyła w nim obecność młodych ludzi, choć gwoli prawdy byli w mniejszości, większość to „staruchy” w wieku średnim+, średnią wieku szczęśliwe obniżali obrońcy demokracji dowiezieni w dziecięcych wózkach lub niesieni przez rodziców na barana.

      Uświadomiliśmy sobie z przyjacielem, że Mazurka Dąbrowskiego śpiewamy razem z innymi na ulicy pierwszy raz od demonstracji przeciw komunie w latach 80. Dobrze, że zaczęło kapać, bo nie widać było, że zwykle wrednemu autorowi pociekło z oczu kilka łez. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie przekuł tego natychmiast w „ antypatriotyczny przemysł pogardy” i nie rozbawił lekko stojących obok starszych pań uwagą: Zwykły Polak od prawdziwego różni się tym, że zna wszystkie zwrotki hymnu.

      (po prawdzie 4, 6 oryginlanych zna chyba tylko Wikipedia;-)

       

      Całe to towarzystwo ruszyło via Sejm na Pałac Prezydencki. Było wesoło i absolutnie bez nienawiści. Manifestanci krzyczeli: Tu jest Polska! Nie bardzo mogłem uwierzyć, bo przez 3 godziny nie usłyszałem ani jednej „kurwy”.

       

      Kopernik, czyli folksdojczka

       

      Trzymaliśmy się czoła pochodu, z pewnym niepokojem wypatrując zapowiadanych przez narodowców kontrmanifestantów. Dopiero pod pomnikiem Kopernika stało jakichś kilku smutasów z kartką, na której napisali: KOD to folksdojcze!

      Nie wzbudzili jednak agresji, tylko wybuchy śmiechu: Uważajcie, bo Kopernik to Niemiec!/ Kopernik była kobietą!/ Czyli folksdojczką!

      Jeśli smutasy liczyły na męczeńską śmierć z rąk „lewactwa”, musiały poczuć się zawiedzione.

      Pod Pałacem oczywiście dopchaliśmy się pod sam łańcuch oddzielający ulicę od księcia Pepiego wraz z koniem. Tu usłyszałem jak policjant mówi do policjanta: Ja pierdolę, pierwszy raz widzę, żeby nawet nikt peta na chodnik nie rzucił!

       

      Trzeba uczciwie przyznać, że organizatorom zabrakło pomysłu na jakiś widowiskowy finał, w dodatku wysiadł megafon, przez który bodaj Kijowski coś tam nam usiłował przekazać. Zatem wyartykułowaliśmy nasze życzenia wobec prezydenta (do już sformułowanych dodając, żeby oddał dyplom ukończenia studiów prawniczych) i po kwadransiku z okładem zaczęliśmy się rozchodzić po okolicznych kawiarniach na siku i kawkę (po trzech godzinach w naszym wieku kolejność ta jest oczywista).

       

      Tam rozemocjonowani obrońcy demokracji przeglądali nagrania z komórek i dzwonili do rodzin i znajomych, którzy oglądali marsz jedynie w telewizji. Dominowało poczucie, że „pokazaliśmy pisiorom”, wszyscy byli zaskoczeni, że było nas tak dużo i że „teraz nas nie mogą zlekceważyć”.

       

      Nie ustawajmy

       

      Obserwując potem w mediach obrzydliwe reakcje polityków i sługusów PiS na marsz KOD-u, zgadzam się z tym, że im nieco dopiekliśmy, że nie spodziewali się aż tylu ludzi i tego, że z tylu gardeł popłynie prosty przekaz: Państwo prawa, nie prezesa! I to w zagarniętym przez nich prawem kaduka miejscu „miesięcznic smoleńskich”.

       

      Ale też usłyszałem prezesa, który zapowiedział ostateczną pacyfikację Trybunału Konstytucyjnego jeszcze w tym roku.

       

      Na razie więc my mamy poczucie satysfakcji i wspólnoty, a oni nadal mają władzę. Jedna demonstracja tego nie zmieni. Potrzeba ich więcej. Znacznie więcej. To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (327) Pokaż komentarze do wpisu „Andrzej Duda musi odejść!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 12 grudnia 2015 21:23
  • czwartek, 10 grudnia 2015
    • Naprzód! Czyli dokąd?

       

       

      Na razie 12 grudnia znowu pod Trybunał Konstytucyjny. W samo południe ma rozpocząć się kolejna manifestacja w obronie demokracji. Stawię się niezawodnie, bo to mój obywatelski obowiązek. Ale właśnie jako obywatel muszę zapytać organizatorów: co i jak właściwie chcemy osiągnąć? Tych prostych pytań jakoś nikt nie zadaje, trudno więc wymagać, aby ktoś fatygował się z odpowiedzią. Najwyższa pora to zmienić.

       

      Nie chcę kiedyś usłyszeć: pan tu nie stał!

       

      Na stronie Komitetu Obrony Demokracji chwalą się zdjęciami znanych osób, które wezmę udział w sobotniej demonstracji, to porządni ludzie, niektórych znam osobiście, innych z lektur czy telewizji. Przyznam się, że nie bardzo mi się chciało leźć znowu pod TK, bo zapowiadają, że będzie lało, poza tym chciałem w weekend odpocząć po cholernie męczącym tygodniu. Ale zadzwonił do mnie przyjaciel spoza Warszawy i powiedział, że chce przyjechać specjalnie na tę manifestację, pytał, czy go przenocuję z piątku na sobotę. W wolnej Polsce specjalnie nie angażował się politycznie, za to w stanie wojennym działał w NZS-ie. Tak że moje ewentualne lenistwo obywatelskie miałoby świadka, na co, jako niszowy „obrońca demokracji”, nijak nie mogę sobie pozwolić z przyczyn honorowych. Poza tym nie chcę od kogoś kiedyś usłyszeć: pan tu nie stał!

      Zatem na zgubę mego kręgosłupa fizycznego będę długim staniem ćwiczyć kręgosłup moralny. Między nami: wolę mimo wszystko pisać, plecy też bolą, ale blisko na kanapę.

      Gdy przespacerowałem się mimo poprzedniej manify KOD-u, patrzyłem na przyzwoitych i fajnych ludzi, którzy - wbrew niewesołym okolicznościom polityczno-historycznym – uśmiechali się radością dawno zapomnianego poczucia wspólnoty myśli i bycia razem w realu. Ich twarze kontrastowały z zaciętymi minami kontrmanifestantów. To nie chwyt retoryczny: naprawdę było widać różnicę między jednymi a drugimi. Myślałem wcześniej, że to jakaś moja prywatna szajba, wyniesiona z obserwacji klientów „księgarni patriotycznej”, w której sąsiedztwie bywam czasami. Rzecz nie w tym, że pchają się tam tabunami osobnicy o oczach Macierewicza, lecz w tym, że większość ma szare, smutne twarze, pełne nieufności, spodziewające się po drugim człowieku przede wszystkim czegoś złego. To wspólnota lęków, nie radości. Miejsce schadzek masochistów, gdzie mogą wstępować w kolejne kręgi wtajemniczenia w wiedzę o upadku ojczyzny, gnębionej przez „Resortowe dzieci”, gwałconej „Grami tajnych służb” i oplatanej spiskami odkrywanymi w „Judaizmie zdemaskowanym w oparciu o jego własne święte księgi” (tom IV). Jedynym szczęśliwym człowiekiem jest tam księgarz sprzedający te akcesoria autoneurotyczne za ciężkie pieniądze.

      Przyznaję więc, że mój wybór strony jest i estetyczny, nie tylko rozumowy, to zawsze sprowadza się na pewnym poziomie do kwestii smaku. Jeden woli „Jamę Michalika”, drugi buczenie na cmentarzu. To nieprawda, że o gustach się nie dyskutuje, ale o tym nie teraz.

       

      Lot nad kukułczym gniazdem

       

      Patrzę zatem na tych „moich pięknych”, czasem osiemdziesięcioletnich, zadając sobie pytanie: czy to jest ruch, czy tylko stanie? Kolejna „zabawa elit”, która jest jedynie jak wycieczka jachtem Nicholsona i kumpli, zakończona lobotomią, czy próba rzeczywistej zmiany zasad w klinice, gdzie wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia pacjentami, choć niektórzy paradują w lekarskich kitlach?

      Jak zwykle w Polsce: tysiące gotowe bronić abstrakcji w rodzaju wolności czy demokracji wobec milionów cichych i pokornych, których słusznie prezes-ordynator ma za sól ziemi, tej ziemi. Gardzi nimi, ale w celu zdobycia posady na wieczność tumani ich lekami niosącymi im wizję, że to oni są najważniejsi, że to wszystko dla nich, że złym musi być źle, żeby dobrym było dobrze. Złem naczelnym jest niewiara w diagnozę ordynatora.

       

      Dojmujące poczucie przebywania co najmniej w poradni dla osób wypalonych wzmaga się u mnie, kiedy pod TK stoję w tłumku obrońców demokracji, a organizatorzy piszą listy pełne wyrazów szacunku do prezydenta demolującego ową demokrację, łamiącego konstytucję i „wyręczającego” sądy w wydawaniu wyroków.

      Fajnie, że jesteśmy razem, ale chyba nie stoimy we właściwym miejscu i apelujemy o rzeczy niemożliwe do spełnienia, po pierwsze dlatego, że żądamy ich od ludzi, którzy na pewno ich nie zrobią. No i jest nas za mało.

       

      Prezes nie obawia się żadnego polskiego Majdanu, najzupełniej słusznie zresztą. Robi swoje i nic go nie zatrzyma, przynajmniej dopóki tłumek nie zmieni się w tłum. A nie zmieni się na pewno w najbliższym czasie, bo nie ma do tego żadnych warunków. Analogicznie było za PRL-u, gdy ruszała się inteligencja, nie ruszały się „masy”, zanim się zgrały, upłynęło 35 lat.

      Ukraiński Majdan był bezprecedensowym ruchem upokorzonego narodu, zjednoczonego i zdeterminowanego. U nas „zwykli” ludzie w ogóle nie wiedzą, o co chodzi z tym Trybunałem, ani ich to ziębi, ani grzeje. Z żywą reakcją natomiast spotkała się dziś informacja z pierwszej strony „Super Expressu” o tym, że emerytury po „reformach” PiS będą niższe o 30%. Wzburzona emerytka poinformowała o tym całą kolejkę na mojej poczcie, co ludzi wnerwiło okropnie. Na wszelki wypadek nie tłumaczyłem wkurzonym, że to chodzi o przyszłych emerytów, a nie obecnych.

      Próżno jednak znaleźć hasła dotyczące tych podstawowych spraw na demonstracjach „obrońców demokracji”, czyli nas.

      KOD w mojej opinii powinien (nie sam) zbierać podpisy pod wnioskiem o odwołanie prezydenta ze stanowiska, a nie pisać do niego listy. To nie będzie miało żadnych skutków prawnych – ktoś powie. Ale złożenie miliona podpisów byłoby aktem symbolicznym, który odbiłby się szerokim echem w społeczeństwie i na świecie, czymś znakomicie bardziej zauważalnym od demonstracji pod TK.

       

      PiS władzy samo nie odda

       

      Nie mamy 35 lat, nie mamy nawet roku ani czterech do następnych wyborów, bo PiS właśnie obala ustrój Rzplitej. Za rok żyć będziemy w zupełnie innym państwie, całkowicie opanowanym przez jedną partię, fanatyczną i nietolerancyjną. Zakończy się proces przejmowania wszystkich instytucji demokratycznego państwa prawa, w resortach siłowych i służbach specjalnych będą już „sami swoi”, takoż w mediach publicznych, kulturze, nauce i edukacji. Zbrojne ramię państwa bez wahania będzie gotowe ucinać ręce podniesione na władzę, choćby były w tych rękach jedynie chorągiewki, bo mogą być agresywnie tęczowe. Sejmowa maszynka do tego czasu uchwali takie rzeczy, że prawo nie tylko będzie działało wstecz, ale i do przodu (oko wam zbieleje, kiedy zobaczycie projekt ustawy „antyterrorystycznej” Kamińskiego).

       

      PiS nie liczy się z wyrokami TK ani zwykłych sądów, trójpodział władzy de facto już nie istnieje. Logiczną konsekwencją ułaskawiania wybranych jest skazywanie innych wybranych. Dostateczna liczba sędziów w typie Kryże i prokuratorów rodzaju Piotrowicz zawsze się znajdzie, niektórzy już złożyli ślubowanie. Siedziba „rządu” przy Nowogrodzkiej plus niemy Sejm i całodobowy notariusz w Pałacu nomen omen Namiestnikowskim - tej taśmy produkcyjnej nie zatrzymają żadne wybory ani listy protestacyjne. Skoro w celu „walki z korupcją” można łamać prawo, to w celu obrony Polski przed „lewactwem islamistycznym” można i fałszować wybory, zresztą pomoże nowa ordynacja, pomogą „narodowe” media i ludzki oportunizm.

      Apele wzywające PiS do przestrzegania prawa to jak wzywanie wilków do przejścia na weganizm. Potrzebne jest wyraźne postawienie sprawy: bezprawna władza, która zdelegitymizowała się sama czynionym bezprawiem, kontra reszta.

       

      Ustrój III RP nie przewidział, że do władzy dojdzie wyposażona w większość parlamentarną mniejszość wrogów demokracji liberalnej. Prawo karze u nas bezwzględnie za działanie na szkodę własnej firmy, natomiast państwo można zrujnować praktycznie bezkarnie (spójrzcie na to, że Macierewicz nawet nie stanął przed sądem za skutki „Raportu z likwidacji WSI”). To, że nie rozliczono pierwszej IV RP, jest grzechem pierworodnym, ale nie ma co już o tym gadać. Zresztą mglista obawa przed stanięciem przed Trybunałem Stanu na greckie kalendy nikogo jeszcze przed niczym nie powstrzymała, tym bardziej gdy ewentualne kary są symboliczne (pod tekstem linki także w tej sprawie).

       

      UE, sama zagrożona, też nam nie bardzo może pomóc, nie ma mechanizmu, który skutecznie broniłby reguł demokratycznych w krajach członkowskich – vide Węgry. Praktycznie niemożliwe jest też ewentualne zawieszenie w razie czego Polski w prawach członka (z UE można wystąpić, wylecieć nie można, polecam tekst o tym w ostatniej „Polityce” pióra Łukasza Wójcika pod tytułem „Odyseusz się wyrywa”). Tymczasem politycy opozycji, którzy bardziej od dyktatury boją się opinii „kalaczy” własnego gniazda, odżegnują się nawet od pomysłu debaty na temat Polski w Parlamencie Europejskim. To nierozumne i krótkowzroczne.

       

      Władzę możemy odzyskać tylko my

       

      Czyli 81% tych, którzy na PiS nie głosowali, plus rozczarowani i oszukani przez tę partię wyborcy (muszą mieć możliwość dowiedzenia się o tym, że padali ofiarą oszustwa z wolnych mediów i od nas, nie można ich wykluczać i obrażać, nie można postępować jak PiS).

      Tylko masowe i konsekwentne protesty społeczne oraz międzynarodowa opinia publiczna są w stanie zmusić PiS do ustąpienia. Naczelnym celem zwolenników demokracji powinno być jednoczenie społeczeństwa w celu wywarcia presji na PiS bez użycia siły, zanim to PiS zacznie używać siły w stosunku do nas.

       

      Natomiast nowe wybory powinny odbyć się w warunkach ustrojowych, które wykluczą niebezpieczeństwo podobnego do obecnego zamachu stanu na przyszłość.

       

      Nie bez kozery używam sformułowania „zamach stanu”. Do tej pory pojęcie to przywoływane jest jako chwyt retoryczny, którym operują uznawani za nadto krewkich krytycy reżimu. Tymczasem jest ono opisane w Kodeksie Karnym (jako jedna z form zdrady stanu), konkretnie w art. 127. Grozi zań od 10 do 25 lat więzienia. To nie to, co łaskotki przewidziane przez Trybunał Stanu.

      Na miejscu prawników zaangażowanych w obronę demokracji, zacząłbym rozważać tę opcję, choćby miało się to skończyć znowuż jedynie symbolicznie. Czasu jest niewiele, bo PiS wkrótce „odzyska” prokuraturę w całości. Wtedy będzie można pisać doniesienia najwyżej do prokuratury w Berdyczowie.

       

       

       

      http://www.komitetobronydemokracji.pl/

       

      http://natemat.pl/164805,duda-zlamal-konstytucje-co-mu-za-to-grozi-w-sumie-to-nic-wielkiego

       

      https://pl.wikipedia.org/wiki/Zdrada_stanu

       

      http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/127233,odwolanie-prezydenta-niemozliwe-prawie.html

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (223) Pokaż komentarze do wpisu „Naprzód! Czyli dokąd? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 grudnia 2015 21:32
  • wtorek, 08 grudnia 2015
    • O. Mateńko – malarz niepokorny

       

      Na Sadową wpadł z wizytą znajomy malarz Onufry Mateńko, przedstawiciel realizmu weredycznego, czyli człowiek z definicji niezamożny. Przytargał ze sobą dwa obrazy, które postawił w korytarzu.

       

      Autorze... - zaczął weredyk-realista, ale wywołany bezlitośnie wszedł mu w słowo: Zapomnij, grudzień, święta, nie mam z czego pożyczyć.

       

      Nie mamy z czego ani czego pożyczyć – dodał Behemot i zastawił na wszelki wypadek własnym ciałem miseczkę z resztką gotowanej ryby, gdyż artysta-abnegat wzrok miał dziki, a suknię jak zwykle nieco plugawą. – Ledwo wystarcza nam na łososia dla mnie...

       

      Autorze, ja nie po pieniądze, ja po radę! - dokończył Mateńko i przez kilka sekund napawał się wyrazem zdumienia w oczach autora i jego kota.

       

      To czym chata bogata, siadajże, może wody? - autor wszedł w rolę gościnnego gospodarza, kot zaś wrócił do konsumpcji.

       

      Herbaty? - Onufry był mimo wszystko człowiekiem dobrze wychowanym i znał miarę, nie eskalował żądań.

       

      Podawszy czaj, gospodarz zapytał, w jakiej to sprawie artysta potrzebuje porady. Okazało się, że jest to sprawa życiowa, ale i artystyczna zarazem.

       

      Jak wiesz, mój drogi autorze, od wielu lat jestem ortodoksyjnie wierny realizmowi weredycznemu, czyli maluję prawdę i tylko prawdę...

       

      Wiem, wiem, dlatego twoje portrety wyglądają jak karykatury i nikt ich nie kupuje.

       

      Ależ skąd! Latem sprzedałem portrety trzem pijanym Anglikom w Krakowie! - zaprotestował urażony Mateńko. - Przyznaję jednak, że nie osiągam zysków, które pozwoliłby mi na pewną życiową stabilizację, a zamierzam się właśnie ożenić.

       

      Trzeci raz? - wyrwało się autorowi.

       

      Boh trojcu lubit! – odparował malarz. - Tym razem to na poważnie, jest piękna, mądra i ma budkę z wyrobami cukierniczymi. Nie mogę wyjść na kompletnego gołodupca!

       

      Nie bardzo sobie wyobrażam, jak akurat ja mógłbym ci pomóc – autor rozłożył ręce w geście absolutnej bezradności. - Przecież ze mnie taki biznesmen, jak z koziej d... trąba.

       

      Ale masz pomysły! Ostatnio trafiła mi się niebywała okazja, bo ojciec mojej narzeczonej jest członkiem partii rządzącej - nie pamiętam, jak oni się, cholerka, nazywają, bo mało się interesuję polityką - i załatwił mi zlecenie na dwa obrazy – Mateńko poszedł do korytarza i zaprezentował swoje najnowsze dzieła. - Pierwszy to portret nowego ministra obony narodowej:

       http://www.rp.pl/apps/pbcsi.dll/bilde?Avis=RP&Dato=20150717&Kategori=SWIAT&Lopenr=307179911&Ref=AR&Profile=1001&minW=200&minH=200

       

      Jezus Maria! Chyba mu tego nie pokazałeś? - wykrzyknął autor.

       

      Na razie jeszcze nie, bo coś mnie tknęło, zerknij na ten drugi, zaprosili mnie na posiedzenie w tym ministerstwie, no to namalowałem to, co widziałem, jestem realistą, w dodatku weredycznym:

       http://leopolis.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/1322019/files/blog_iu_4861028_7488495_tr_lenin_w_smolnym_ii._jak-zmniejszyc-fotke_pl.jpg

       

      Tego też tam lepiej nie pokazuj, jeśli ci życie miłe! - gospodarz chwycił się za serce.

       

      Aż tak złe? - Mateńko zmartwił się szczerze emocjonalną reakcją kolegi.

       

      Wręcz przeciwnie, drogi artysto, są doskonałe, w każdym razie spełniają wszystkie założenia realizmu weredycznego, czyli pokazują całą prawdę i tylko prawdę, dlatego właśnie nie możesz ich im pokazać... - tłumaczył autor, który dobrze życzył Onufremu.

       

      Tymczasem Behemot skończył jeść, wskoczył na kanapę i przyjrzał się dziełom malarza.

       

      Jest rozwiązanie, panowie! Wystarczy je dobrze nazwać i nowa władza kupi je nawet do Muzeum Narodowego. Wicepremier Gliński na bank przyjdzie na otwarcie wystawy! - oznajmił obu zaciekawionym artystom. - Nie patrzcie tak na mniej, ja jestem realista-konstruktywista, a nie żaden weredyk. Pierwszy ma nosić tytuł „Drugi dziadek Tuska”, a drugi „Sztab wyborczy Komoruskiego”. Gwarantuję sukces.

       

      Mateńko klasnął w ręce z uciechy, a autor nie powiedział nic, żeby nie wyjść na malkontenta.

       

      I dobrze zrobił, bo w kilka tygodni później w organie braci Karnowskich przeczytał entuzjastyczną recenzję z wystawy „pierwszego prawdziwie niepokornego malarza O. Mateńki”.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (140) Pokaż komentarze do wpisu „O. Mateńko – malarz niepokorny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 grudnia 2015 21:55
  • sobota, 05 grudnia 2015
    • Katastrofa smoleńska nr 2

       

      PiS wmawia, że katastrofa smoleńska była zamachem, obecnie sam dokonuje zamachu stanu, który, jeśli się powiedzie, skończy się katastrofą. Różnica polega na skali: tym razem wszyscy siedzimy na pokładzie niewesołego samolotu, lecącego prosto w mgłę rozpylaną przez oczadziałych pilotów „dobrej zmiany”, żeby pasażerowie nie widzieli stoku, o który musimy się roztrzaskać. Pull up, Polsko! - ostrzegawczo wyją systemy bezpieczeństwa. Ten sygnał znowu jest lekceważony, bo wszystkim wydaje się, że mamy czas. A tego akurat nie mamy na pewno.

       

       

      PiS to niebezpieczna mieszanka obłąkańczo anachronicznej ideologii z dorywczym pragmatyzmem, znana z wielu wcieleń w historii. Pragmatyzm określam mianem dorywczego, ponieważ jest ideologii podporządkowany, jak to w ugrupowaniach o zacięciu totalistycznym. W pewnym zakresie konstrukty takie wykonują „racjonalne” ruchy w celu umocnienia i utrzymania swojej władzy, ale sam jej cel jest absurdalny, haniebny i zgubny dla tych, którzy do niego dążą. Społeczeństwo nie jest w takich sytuacjach podmiotem, lecz środkiem mającym umożliwić osiągnięcie zamierzonego celu, czyli samozagłady, której ofiarą padnie samo „mimowolnie”, przy okazji. Prezesa i jego sługi napędza pogarda do głupców, którzy im wierzą lub służą z krótkowzrocznego wyrachowania oraz organiczna nienawiść do przeciwników. To są ludzie będący w stanie spalić własny dom, żeby pozbyć się myszy. Czy tam są sami idioci, którzy tego nie wiedzą? Nie, wielu po prostu wsiadło na tygrysa i zwyczajnie nie może z niego zleźć, bo zostaliby zeżarci. Na razie zresztą są jak niemiecka generalicja w 1940, upojeni triumfem. Może tym razem się uda – łudzą się. Tymczasem to się nigdy nie udaje.

       

      Czy nikt nie dostrzega właściwego sensu wyznaczenia przez prezesa posła Piotrowicza, prokuratora stanu wojennego, członka PZPR i konferencyjnego obrońcy księdza pedofila do roli pogromcy Trybunału Konstytucyjnego? Nikt nie śmie nazwać tego po imieniu, czyli napluciem w twarz 10 milionom byłych członków „Solidarności” i całej współczesnej Polsce. Całej, bo opluł przy okazji własny elektorat, wrzeszczący, że walczy z komuną, ale ci ludzie są w takim stanie, że nawet plwocinę wodza traktują jak relikwię, bluźnierczą hostię, której wchłonięcie czyni z nich wspólnotę wiernych – zombie.

       

      Sporo wokół głosów, nawet wśród osób PiS-em zdegustowanych, że „pewne elementy programu PiS są słuszne i warte realizacji”. To z gruntu fałszywy pogląd, ponieważ PiS to pakiet, a nie szwedzki stół – albo bierze się wszystko, albo nic, a skoro całość wiedzie do zguby, nie można popierać fragmentów, abstrahując od tej całości – jak wiadomo: jajeczko nie może być częściowo nieświeże.

       

      Skutki wewnętrzne:

       

      Opisano to milion razy, zatem krótko: PiS dąży do wprowadzenia wyznaniowego państwa autorytarnego. Wrogiego wolności sumienia i przekonań, wrogiego światu i sąsiadom, wrogiego przede wszystkim własnym obywatelom, o ile nie dostosowują się do ideologii tego karczemnego tworu.

      Knajacki język „elit” pispaństwa, ich antyinteligenckość, gwałt na rozumie i prawdzie, zakłamywanie teraźniejszości i historii – wszystko to ma uwieść „ciemny lud”, dać mu poczucie jeśli nie współuczestnictwa we władzy i zemście za upokorzenia prawdziwe i fikcyjne, to przynajmniej satysfakcję, że dzieje się dziejowa „sprawiedliwość”. Ale to zawsze lud w takich związkach traci najwięcej, bo „nadbudowa” nie jest w stanie zastąpić „bazy”. Samymi igrzyskami nie da się kupić spokoju w czasach rozbudzonych ambicji konsumpcyjnych. Gdy się opowiada bajki o tym, że Polacy powinni żyć na takim poziomie jak Niemcy, a biliony na to istnieją jedynie w urojeniach prezesa, to musi się to źle skończyć. Tym bardziej jeśli oszustwo ma krótkie nogi i od razu władza oświadcza, że więcej zabierze biednym, niż da.

      Władza nie ma z czego dać, nie jesteśmy Norwegią ani Singapurem, więc można nam „dawać” tylko to, co nam się zabierze. Ta prosta prawda dotrze do ludzi prędko (pytanie tylko – co z nią zrobią?). Zresztą – odwoływanie się jedynie do niskich instynktów z lukrem kościoła i odpustowego patriotyzmu per saldo wzmaga jedynie opór i rujnuje autorytet władzy, przynajmniej u nas.

      PiS chce z Polski zrobić skansen obyczajowy i technologiczny, pierwsze przyniesie represje, drugie załamanie ekonomiczne. Chce zdusić wolność badan naukowych, edukację zmienić w indoktrynację, co zabije innowacyjność, a media publiczne uczynić jednym z instrumentów agitacji.

      Krótko mówiąc: ich nadzieje ograniczają się do tego, że niezadowoleni wyjadą z kraju, zostaną potulni i wytresowani. Ale nie zdają sobie sprawy z jednego: Europa może zacząć myśleć jak PiS i pogonić ubogiego kuzyna, skoro on jest zacofany cham, głupi do tego stopnia, że nie potrafi szanować swych obrońców i mecenasów nawet symbolicznie (przyjęcie kilku tysięcy uchodźców, flagi, zrywanie kontraktów, buńczuczne aspiracje).

       

      Skutki międzynarodowe:

       

      Jako się rzekło: PiS rżnie gałąź, na której siedzimy, czyli UE. Lada moment cierpliwość naszych sponsorów może się wyczerpać, sygnałów tego już sporo. Pod naciskiem własnych ksenofobów i krótkowzrocznych egoistów mainstreamowe partie (jak w UK) mogą przejąć część postulatów ekstremy: na jaką cholerę mamy płacić na tych Polaczków, niewdzięcznych, z przerostem ego i zasuwających dyrdymały o tym, że grupa biedaków (międzymorze), z których każdy sobie rzepkę skrobie, może być alternatywą dla starej Europy? W wersji soft powstanie „Europa dwóch prędkości”, w hard: odeślą nam 2.3 mln naszych imigrantów. To się im nie będzie opłacać ekonomicznie, ale oni mają skąd brać innych na miejsce Polaków, których nie za bardzo kto lubi (patrz wpis „Stop polonizacji Europy!”), to nie będzie dla nich katastrofa, najwyżej niedogodność.

      Straszę? Pewnie, że straszę, na razie nurt wybaczania nam wszystkiego w imię dobra idei „wspólna Europa” jeszcze zwycięża. Ale tak nie będzie zawsze. Stosując argumenty „korzyści narodowych”,  narażamy się na odpowiedź w tym samym języku. Zwycięstwo partii pisopodobnych na Zachodzie będzie końcem Polskiego członkostwa w UE, która powróci do form z lat 50. ubiegłego stulecia.

      Europa w razie czego przeżyje bez naszych jabłek - jak Rosja, także bez naszych montowni aut i oscypka, a nam zostanie podbijanie rynków azjatyckich, będziemy konkurować płacami z Wietnamem, bo to nasza liga.

      Reasumując: rządy PiS prowadzą Polskę z powrotem w czarną dziurę lat 30. XX wieku, kiedy cała ta część Europy czekała na popadnięcie w łapy Stalina. Sytuacja jest o tyle gorsza, że Putin nawet nas nie chce, bo najbardziej mu odpowiada mu Polska w stanie a la obecna Mołdawia, a jeszcze lepiej jakiś Liban. Kolejny pryszcz na anus mundi.

      Wszystkie pomysły PiS w polityce wewnętrznej i zagranicznej wiodą nas tam wprost.

      Czy tak się stanie? To zależy przede wszystkim od nas samych.

       

      Sytuacja w Polsce:

       

      W PiS z grubsza ścierają się dwa nurty: frakcja Savonaroli, która chce nam urządzić florencki karnawał ideologicznej paranoi, czyli jacyś porąbani falangiści i nacjonalbolszewicy mający do gospodarki rynkowej stosunek jak Lenin do NEP-u, oraz frakcja „hungarystów”, czyli Orbanolubów - w skrócie historycznym: Horthy reaktywacja (wiadomo jak to smakuje, czym się kończy).

      Na razie hunwejbini podbijają sferę polityczną i „odzyskują państwo”, a „umiarkowani technokraci” dbają o to, żeby ten karnawał miał budżet, czyli nie wszystkie szaleństwa odbyły się w jednym czasie.

      Ani jedni, ani drudzy nie mają pojęcia zielonego, co zrobić dalej. Ich celem jest jedynie utrzymanie władzy jak najdłużej. Pierwsi bezprawie chcą uczynić i czynią prawem, drudzy mają nadzieję, że to tylko taki okres przejściowy – jak w każdej „rewolucji”. Niepomni tego, że jedyna metoda w tym szaleństwie to jego eskalacja. Innej drogi nie ma. Im PiS będzie miało więcej władzy, tym silniej będzie musiało jej bronić. Tow. Stalin powiadał, ze w miarę postępów w budowie socjalizmu walka klas się zaostrza – to jest logika PiS. „Umiarkowani” zostaną zatem szurnięci w kąt, to zalążek nowych „rewizjonistów”.

       

      Opozycja polityczna w Polsce jest rozbita, podzielona i nie jest w stanie się dogadać, zajmuje się zresztą przeważnie sobą. Sytuacja klasyczna, znana z historii, aż wstyd na to patrzeć. Partie polityczne nie potrafią stworzyć realnego wspólnego frontu oporu. Wahają się natychmiast alarmować UE i europejskie instytucje w sprawie łamania demokracji w Polsce. Dzieje się tak z dwóch powodów - po pierwsze: PiS do tej pory jakością swych alarmów w tych sprawach skutecznie nas kompromitował (Smoleńsk, sfałszowane wybory i inne wystąpienia pajaców z PiS i od Korwina) na tym terytorium, po drugie: nie chcą się narażać na zarzut „kalania” własnego gniazda. Tu pierwszy raz w życiu powołam się na Jana Pawła II: gdyby nie dogadał się z Reaganem, czyli CIA, niewiele by z opozycji za komuny zostało. Już lekko poważniej: po to jest właśnie UE, żeby się do niej odwoływać, niech wiedzą przynajmniej, że nie wszyscy godzimy się na jakiegoś naszego Haidera.

       

      Powstają też ruchy obywatelskie w typie KOD-u, które niestety wydają się mieć charakter po marksistowsku klasowy, nie umieją znaleźć drogi do szerszych mas, bo ich program ogranicza się do obrony wartości dla większości abstrakcyjnych, z kolei partia Razem skręca za bardzo w kierunku postulatów socjalnych, a za mało akcentuje zagrożenie ustrojowe, co jest o tyle „komiczne', że jest partią popieraną przez inteligencję, a nie ochroniarzy czy kasjerki w marketach.

      Ten bałagan i brak koordynacji oporu to jest właśnie idealna sytuacja, w której pisowska zorganizowana grupa antydemokratyczna, ze swoimi bojówkami, wspartymi przez polski Jobbik, czyli mieszankę Kukiza i narodowców, może rozprawiać się z przeciwnikami po kolei. I tak też czyni. Masa protestów pojedynczych środowisk nie przekłada się na masę krytyczną, zdolną zagrozić władzy.

       

      Nie oszukujmy się: do następnych wyborów PiS tak urządzi ordynację, że nawet jeśli otrzyma jeszcze mniej niż 19% poparcia społecznego, jakie otrzymał ostatnio, i tak je wygra. Będziemy żyć w „demokraturze”, a nie w demokracji. Dlaczego PiS bredził ciągle o strachu przed fałszowaniem wyborów? Bo gdyby mógł, sam by je fałszował – oni świat mierzą swoją miarą, nie naszą, kretynów z zahamowaniami i szacunkiem dla prawa i faktów. Fałszować zaś można „zgodnie z prawem” - przykładem tego jest... pomysł PiS na „nowy wynik” śledztwa smoleńskiego.

       

      Nie minie rok i będzie pozamiatane. Wtedy nas czeka naprawdę „długi marsz” i być nie daj Boże może powtórny proces akcesyjny do UE, poprzedzony awanturą w związku z jednoczesnym wystąpieniem z Unii Euro-Azjatyckiej.

      Wolałbym tego uniknąć, bo na pewno nie doczekam, a i dzieci szkoda.

       

      Co robić i kiedy:

       

      Tu przestaję pisać na zimno, czyli z Kasandry zmieniam się w marzyciela-utopistę. Z jednym zastrzeżeniem: mam na myśli pewien kierunek, który moim zdaniem należy przyjąć, a nie formułuję jakiś program, którego trzeba się trzymać jak pijany płotu. Cały ten tekst pisany jest z pewnym felietonowym obciążeniem, a więc z grubsza, skrótem, dawką przesady i z konkretną intencją. Teraz jednak wyrażam to, czego bym chciał serio, mimo że wiem, że to też mrzonka.

       

      Wychodzę z założenia, że władza PiS straciła demokratyczny mandat w momencie, kiedy świadomie zaczęła łamać prawo, tym samym sama stała się bezprawna. A ta władza postępuje bezprawnie od chwili wyborów. A nawet wcześniej, kiedy to prezydent Duda śmiał „apelować” do poprzedniego rządu i parlamentu, żeby nie robił nic, co mogłoby PiS zdenerwować. Potwierdzenie tego rozumowania znalazłem choćby w tekstach Leszka Jażdżewskiego czy Edwina Bendyka, choć rzecz jasna jest to pogląd podzielany przez wielu więcej, ale rzadko kto formułuje głośno płynące z tego wnioski.

      Bezprawnej władzy obywatele mają święte prawo wypowiedzieć posłuszeństwo, skoro narzuca im swoją wolę w sposób bezprawny, i żądać jej ustąpienia w sposób pokojowy. Pokojowy do momentu, dopóki bezprawna władza nie użyje wobec obywateli siły. PiS jeszcze nie jest w stadium, kiedy ośmieliłby się dusić siłą protesty, ale też protesty na razie mają taką skalę, że nie ma takiej potrzeby. Powtarzam jednak: im ich władza będzie się umacniać, tym prawdopodobieństwo takiego rozwiązania będzie rosło. Marzy mi się rewolucja aksamitna, nowy okrągły stół, a nie Bukareszt czy Kijów, lecz to w gruncie rzeczy zależy od rządzących. Ich buta nie wróży nic dobrego. Wiedzą, że nie mają poparcia nawet 1/5 Polaków, mimo to wycierają sobie gębę „dobrem narodu”. Czy ja wzywam do obalenia ustroju? Nie, mam na myśli jego obronę, najlepiej środkami Gandhiego. Chcę bronić majestatu RP przed hańbą rządów taśmowo ułaskawianych funkcjonariuszy policji politycznej.

       

      Druga Solidarność

       

      To jest właśnie utopia, którą mam na myśli. Druga Solidarność prawdziwa, a nie załgana po pisowsku. W niej były różne nurty, czasem przeciwstawne, ale zjednoczone jednym celem: dążeniem do demokratyzacji, prawdziwego egalitaryzmu (wbrew establishmentowi, czyli „nomenklaturze” PZPR i resortów siłowych, której emanacją jest propozycja ustrojowa PiS), prawdy, która rażąco różni się od kłamstw PZPR/PiS i praworządności, czyli równości obywateli wobec prawa, co stoi w rażącej sprzeczności z praktyką państwa prezesa.

      To wtedy, mimo różnic klasowych i politycznych, raz w życiu Polakom udało się, po wielu latach od klęski, obalić władzę narzuconą przez mniejszość. Zrobiliśmy to bezkrwawo, bez eksplozji nienawiści, bez wieszania na latarniach. Cały wolny świat nas podziwiał, a teraz – nami gardzi. Za nienawiść, ksenofobię, homofobię i ignorancję. PiS cofnął Polskę do roku 1968. Na to się nie zgadzam i nie zgodzę nigdy.

      Tylko razem, świadomi tego, że potem się znowu podzielimy i będziemy kłócić, ale z poszanowaniem reguł demokracji, możemy się teraz obronić przed terrorem endeckiej mniejszości.

      Dlatego siły prodemokratyczne powinny działać w sposób skoordynowany, adwokaci i biznesmeni powinni wspierać kasjerki z dyskontów, a nauczyciele z likwidowanych gimnazjów ochroniarzy na śmieciówkach. Poeci tych, którzy ich nie czytają, a fani „Rolnik szuka żony” widzów TVP „Kultura”.

      Opór przed odbieraniem nam naszych praw powinien być oparty o alternatywny dla uzurpatorów skonfederowany Sejm Niezależnej Rzplitej, będący reprezentacją 81% ludzi, którzy na PiS nie głosowali. Nazwa jest symboliczna, sam pomył jest symboliczny, bo nie chodzi o stanowienie nowych praw, lecz obronę starych. O nowe będziemy się spierać, kiedy w Polsce wróci demokracja, czyli rządy większości, która nie gnębi mniejszości. Nawet pisowskiej, z wyjątkiem przestępców.

      Jest na to wszystko cholernie mało czasu, dojrzewanie społeczne musimy przejść błyskawicznie. Przynajmniej tak wynika z konsultacji, jakiej zasięgnąłem u kolegi C.K. Norwida;-)

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (281) Pokaż komentarze do wpisu „Katastrofa smoleńska nr 2 ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 05 grudnia 2015 19:37
  • środa, 02 grudnia 2015
    • Cudy Dudy

       

      Szanowni Państwo, część z nas do tej pory nie doszła jeszcze do siebie po zwycięstwie pana Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Niektórzy myślą, że to może remake „Jeźdźca znikąd”, nakręcony w studiu pod Bombajem, inni znowuż szukają czegoś na ten temat w „Centuriach” Nostradamusa. Jedni mówią, że sobie na to zasłużyliśmy, drudzy, mniej ortodoksyjni, że może i tak, ale kara jest zbyt sroga.

      Z kolei zwolennicy pana prezydenta od samego początku upatrują w tym cudu, bo pan z trzeciego szeregu PiS bez interwencji sił nadprzyrodzonych nie mógłby na zdrowy rozum wygrać nawet „Tańca z gwiazdami”. Bracia Karnowscy zwracali uwagę, że akcja toczyła się w dniu święta Zesłania Ducha Świętego, a ponieważ nie mam z nim żadnego kontaktu, nie udało mi się uzyskać potwierdzenia ani dementi. Niemniej: pan prezydent jest, to jest fakt, a fakty, tak stoi w Księdze Ksiąg, to rzecz najbardziej uparta pod słońcem, nie ma co z nimi dyskutować.

      Można je najwyżej opisywać, szczególnie wtedy, kiedy rzeczywiście zbliżają się jakością do cudów niepojętych dla zwykłego śmiertelnika.

      I właśnie poniższy tekst pióra znanej Czytelnikom i od początku obecnej na Sadowej @jael53 traktuje o fakcie, który może się wydać niektórym kolejnym cudem, a mianowicie o tym, że pan prezydent jest cały czas na urlopie bezpłatnym, którego w swej niezmierzonej łaskawości udzielił mu jego macierzysty Uniwersytet Jagielloński. Autorka jest czynną pracowniczką naukową, stojącą wyżej w hierarchii od doktorów notorycznie niehabilitowanych, znawczynią polskiego życia uniwersyteckiego, osobą o olbrzymim dorobku, zatem chyba można pojąć jej zdziwienie, powściągliwe i nienachalne, ale jednak zrozumiałe w tym wypadku.

      A.A.

       

      Oto @jael53 i tajemnica zatrudnienia doktora Dudy:)


      Ludzie nie parający się zawodowo nauką żywią wyobrażenie, że cysorz to ma klawe życie: dostanie posadę na uczelni i jest urządzony do emerytury. Prawda, tak może mieć Pani Zosia z kwestury albo z dziekanatu. Kiedyś asystenci - a od początku lat 90. lat także doktorzy - dostają umowę na czas określony. Co jest logiczne, bo obowiązkiem takiego młodego jest skakanie ze stopnia na stopień. Te zapisy były mocno obchodzone; ze stopnia doktorskiego skakanie o szczebelek wyżej nieraz żywo przypominało wpełzanie; i zajmowało po 15 - 17 lat. Jak to możliwe? Bardzo prosto: do przedłużenia umowy o zatrudnieniu wystarczy zgoda kilku gremiów - z czego ważne są dwie rady, instytutowa i wydziałowa. Szafowano tymi zgodami niekiedy nieumiarkowanie; starano się im jednak nadać chociaż pozory racjonalności.

       

      Czynnikiem nie do pominięcia w takim wniosku była - i po licznych zmianach pozostała - ocena okresowa pracownika. Detalicznie materiał do niej każdy w zębach przynosi sam, wypełniając na koniec każdego roku kalendarzowego Sprawozdanie indywidualne z realizacji zadania badawczego. Liczy się wszystko, choć na początek - publikacje. Tu zdarzają się cuda: ktoś może przez 2 lata nie mieć nic, a w 3. roku - 7 artykułów. Budzi podejrzenia? Niekoniecznie. Periodyki ukazują się w zależności od rozmaitych okoliczności, głównie finansowych. Jeśli MNiSW wypłaci przyznaną roczną dotację nie w marcu, ale w listopadzie, to jasne, że mamy więcej, niż roczny poślizg w wydawaniu zaplanowanych numerów. Przy tzw. zbiorówkach jest jeszcze gorzej, mniejsza o szczegóły z przetargami.

       

      Publikacje ocenia się w punktach - w zależności od tego, gdzie się ukazały. Istnieje specjalna ściąga ministerialna, co roku wydawana na nowo - bo dla krajowych periodyków taryfa jest zmienna (i można, dając tekst do czegoś wycenionego na 9 pkt, obudzić się z czterema punktami - bo tak została zmieniona ocena samego czasopisma). Z założenia czasopisma krajowe są oceniane niżej, niż zagraniczne. Nawet gdy będzie to renomowane pismo literaturoznawców, ale polskie, dostanie nie więcej, niż 10 punktów; za to przeciętny tytuł słowacki czy litewski, wydawany po angielsku/niemiecku - może mieć 15.

       

      Tak czy owak, punkty trzeba mieć. W ramach autonomii każda uczelnia może ustalić sobie własny próg minimum, bez którego o pozytywnej ocenie należy zapomnieć. Gdy przychodzi do pierwszej oceny doktora, zatrudnionego na umowie 4-letniej, sumuje się dorobek z tych 4. lat. I zliczywszy, poddaje ocenie końcowej. Bo punkty punktami, ale opinia to trochę co innego. Można mieć sporo punktów i negatywną opinię. Tu włazimy na pole minowe, które nazywa się upodobaniem części środowiska akademickiego do arbitralności ocen. Co się wyraża tak: ma wiele publikacji? Za wiele - czyli muszą być słabe. Często bywa na konferencjach? - podobnie; a poza tym możliwe, że coś przy tych wyjazdach kręci. To podejrzenie nieraz bywa zresztą prawdziwe, chociaż niekoniecznie spada na tych, którzy rzeczywiście na bezczelnego wyłudzają zaświadczenia.

       

      Dopiero połączenie tych dwóch czynników, statystyki dokonań i oceny, jest podstawą do decyzji o przedłużeniu umowy. Zdarza się sporadycznie, że gdy taki wniosek jest, rektor nie decyduje się go zatwierdzić. Wnioski odrzucone na etapie rady instytutowej czy wydziałowej trafiają do komisji odwoławczych, które mogą zakwestionować samą opinię, ale już nie dane statystyczne. I nieraz uchylają odmowę.

       

      Po jakie licho wdaję się w te szczegóły? Z powodu naukowej kariery pana prezydenta. Wieść gminna albowiem poniosła, że - zatrudniony, jak wszyscy doktorzy z roczników '70, na umowie na czas określony, przeobijał się 10 lat na urlopie bezpłatnym. Niemniej, urlop bezpłatny nie zwalnia od podlegania ocenie okresowej. Co jest logiczne - bo ktoś dla wielu powodów może nie mieć czasu na dydaktykę, być dość majętnym, żeby nie martwić się o pensję, ale może czas wolny spędzać wielce twórczo i sporo pisać. Czyli tworzyć sobie dorobek do awansu. W interesującym przypadku nic podobnego się nie zdarzyło - nasz bohater został oceniony negatywnie, wniosek odwoławczy zaś rada Wydziału Prawa UJ miała odrzucić. Mimo to zatrudnienie zostało przedłużone; i przyniosło skutek analogiczny do pierwszego okresu. Druga ocena negatywna również nie przełożyła się na serdeczne pożegnanie... I teraz to jest już naprawdę bardzo intrygujące, ponieważ do rozstania z pracownikiem dwakroć ocenionym negatywnie uczelnie są po prostu zobowiązane. Tak zostało postanowione za rządów minister Barbary Kudryckiej.

       

      Co więcej, uczelnie nie mogą już po prostu przedłużyć umowy o zatrudnienie pracownikom ocenionym dobrze, ale bez wymaganego stopnia. Niektóre uczelnie dają takim pracownikom umowy na 1/2 etatu, na stanowisku niższym od zajmowanego. To jest skądinąd idiotyzmem - bo człowiek uszłapany w procedurę habilitacyjną raczej nie zasługuje na tyranie za 1450 - 1700 PLN. Wszelako UJ i tego nie robi - z doktorami bez habilitacji we właściwym czasie żegna się bezapelacyjnie - będzie stopień, będzie rozmowa o pracy. Z tym jednym wyjątkiem. Tajemniczym - bo negatywna ocena nie została uchylona we właściwym postępowaniu; regulamin uczelni też został podważony w trybie niewiadomym. zapis ustawowy wyminięto jakąś drogą osobliwą... My się potem dziwimy, skąd PAD ma taki dryg do manipulowania regułami prawnymi. A to najwyraźniej jest stara, dobra szkoła.

       

      @jael53

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (414) Pokaż komentarze do wpisu „Cudy Dudy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 02 grudnia 2015 17:08
  • poniedziałek, 30 listopada 2015
    • Flagi na maszt*

       

      Na widok tego, co PiS wyprawia z polską demokracją, na wieść o kolejnych Bogu ducha winnych imigrantach pobitych przez „prawdziwych Polaków”, zobaczywszy symboliczne usunięcie flagi UE z przestrzeni publicznej przez premier Szydło... wobec tego wszystkiego czuję jakąś wściekłą bezsilność. Pewnie nie ja jeden. Możemy przeciwko temu wszystkiemu zaprotestować bez agresji, tanio i nawet bez wychodzenia z domu: wywieszając do 13 grudnia z okien dwie flagi, których niech nikt nie nie waży się rozdzielać rzekomo w naszym imieniu: unijną i biało-czerwoną.

       

      Wstąpienie Polski do UE było symbolicznym końcem wszystkich rozbiorów, początkiem niebywałego rozwoju i gwarancją na to, że nie będziemy nie tylko sami, ale i w gronie państw cywilizowanych, demokratycznych i praworządnych.

      To wszystko obecnie chce nam zabrać i zniszczyć PiS i jego sojusznicy, demolując TK, łamiąc konstytucję, monopolizując media publiczne, grożąc wolności nauki i kultury, a w sferze symbolicznej – właśnie usuwając flagę Unii, bo luba mu wizja „suwerennej demokracji” Putina i Orbana. Nie ma żadnej „suwerennej” demokracji, jak nie było i „ludowej”. Albo jest demokracja bezprzymiotnikowa, albo dyktatura.

       

      Wejście do UE popiera 89% Polaków, na PiS głosowało 19% - nie ma więc ta partia żadnego mandatu do tego, żeby zabierać nam cokolwiek, nie popiera jej żadna większość, to oni są mniejszością, która wrzaskiem usiłuje nam wmówić, że jest odwrotnie.

      Nie musimy iść w zawody z bojówkami wrzeszczących hunwejbinów, możemy im pokazać dwie flagi: symbol polskiej niepodległości i najlepszego w historii okresu naszego kraju.

       

      Czytelnicy bloga wiedzą, że pomysł takiej akcji wałkujemy tu od zeszłego tygodnia, że usiłowaliśmy nim zainteresować na razie bez powodzenia nowo powstały Komitet Obrony Demokracji, że są za i przeciw, ale powiem Wam jedno: ostatecznie do pisku na niszowym blogu w tej sprawie przekonało mnie to, co się stało na forum „Gazety Wyborczej” pod tekstem Seweryna Blumsztajna, który sam wpadł na to, żeby flagę UE wywiesić. Otóż posłałem tam krótki komentarz w sprawie akcji flagowej i prosiłem o jej upowszechnienie, bo my tu na Sadowej mało jesteśmy „ufejsowieni”, a akcje tego typu wymagają w naszych czasach portali społecznościowych, jeśli mają być skuteczne. Wieczorem komentarze popierające Blumsztajna i także nasz pomysł miały poparcie wielu setek internautów, nocą zaś, kiedy normalni ludzie śpią, nastąpił najazd pisowskich trolli (PiS wszystko nocą robi:), wobec których moderacja niestety zawsze jest bezsilna, no i rankiem najlepiej ocenianym komentarzem była brednia jakiegoś skończonego idioty, który napisał, że mu się flaga Unii kojarzy z homoseksualizmem i islamizacją. Tak się temu pisowskiemu ignorantowi kojarzy sztandar, na którym 12 gwiazd - jak 12 apostołów - pochodzi z woalu Matki Boskiej, poświęcony w 1955 w dniu święta Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w obecności Adenauera i Schumana w katedrze w Strasburgu.

       

      Takie ciemniaki rządzą polskim internetem i... krajem. No tego się na spokojnie znieść nie da. Wydaje mi się, że te dwie flagi są nawet lepszym symbolem sprzeciwu wobec, jak Kisiel mawiał, dyktaturze ciemniaków od opornika, bo ich znaczenie dla wszystkich jest oczywiste.

       

      I dlatego właśnie tekst Blumsztajna i zawarte pod nim pozytywne komentarze wzbudziły taką furię internetowych brygad „ciemnej strony mocy”, oni się boją, że protest przeciwko ich rzekomej przewadze liczebnej może być widoczny na każdym polskim domu. A przecież wszystkich okien nie wybiją, niektóre są dla nich zwyczajnie za wysoko.

       

      Dlatego proszę Was, jeśli ta myśl Wam się spodobała, podajcie ją dalej (podobno już ktoś na fejsie to upowszechnia, nie wiem, bo nie jestem tam zarejestrowany).

      Pamiętajcie jednak o ostrożności – mieszkający nisko naprawdę muszą uważać, to nie żarty, we Wrocławiu obrzucono już jajkami i pomidorami dom matki dyrektora teatru, gdzie wystawiono sztukę, która nie spodobała się ciemnogrodowi. Ja tam nie zamierzam obrzucać niczym kin, gdzie ktoś wyświetlać będzie zapowiadający się na ponurą farsę „Smoleńsk” Krauzego, mogę najwyżej nie kupić na to biletu. Ale jedni protestują tak, inni nazistowskimi okrzykami:„Jeb... ( tu wstawiamy jakieś nielubiane przez nich słowo) maczetami!”, to jest różnica nas dzieląca.

       

      Osobiście kupiłem już sobie flagę UE i ustrojstwo do zawieszenia dwóch flag (polską już mam) jednocześnie. Poszła na to stówa, ale może przez internet jest taniej, poza tym można kupić dwie małe chorągiewki, to już naprawdę nie kosztuje za dużo.

       

      Ponieważ jestem leń, także techniczny, montażu uchwytu do flag dokona goszczący u mnie przyjaciel z Ukrainy, który marzy, żeby i jego ojczyzna znalazła się kiedyś w UE. I to będzie mój dodatkowy, prywatny akt symboliczny w całej tej historii:)

       

       

      Tekst Seweryna Blumsztajna:

      http://wyborcza.pl/1,75968,19265627,blumsztajn-prosze-mi-sztandaru-nie-wyprowadzac.html#BoxGWImg

       

      Polacy popierają UE:

      http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Sondaz-CBOS-89-proc-Polakow-popiera-czlonkostwo-Polski-w-UE,wid,16563749,wiadomosc.html?ticaid=11608c

       

      * „Flagi na maszt” są nawiązaniem do uroczej piosenki „Rower” Lecha Janerki, gdzie on pokpiwał między innymi z naszego „podboju Iraku”, ja używam tego serio, bo się kontekst zmienił bardzo, ale piosenka świetna:

       

      https://www.youtube.com/watch?v=0lYUrZdHx10

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (276) Pokaż komentarze do wpisu „Flagi na maszt*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2015 12:52
  • piątek, 27 listopada 2015
    • Ale o co „kodzi”?

       

       

      Mija tydzień od chwili, gdy zaczął się tworzyć Komitet Obrony Demokracji, powitany przeze mnie entuzjastycznie już w dniu narodzin wpisem „KOD do jutra”. Szczerze jednak wyznam, że mój entuzjazm stygnie w miarę upływu czasu. Rzecz nawet nie w mojej przyrodzonej niecierpliwości, ale w czymś znacznie poważniejszym.

       

      Mój entuzjazm zatem stygł, a niepokój rósł, poziom krytyczny, czyli taki, w którym muszę z całą życzliwością dać wyraz mojemu zdaniu, osiągnąłem po ukazaniu się na stronie KOD-u dwóch publikacji:

       

      pierwsza to „List Obywateli Państwa Prawa do Prezydenta Andrzeja Dudy”:

       

      http://www.komitetobronydemokracji.pl/

       

      druga to tekst redaktora Bogdana Misia:

       

      http://www.komitetobronydemokracji.pl/bogdan-mis-co-z-tym-kod-em/

       

      Adres do Najjaśniejszego Pana

       

      Po kolei: „List...” jest dla mnie tekstem zdumiewającym, przy czym mnie osobiście zadziwiają nie tylko forma i treść, ale i sam pomysł napisania go i wysłania go pod adres, pod który został wysłany. „Adres” zresztą jest tu słowem wyjątkowo na miejscu, gdyż list brzmi właśnie jak „adres do Najjaśniejszego Pana”.

       

      Rzecz tyczy zmian, jakie PiS przeprowadza w Trybunale Konstytucyjnym i zaczyna się tak: Pragniemy wyrazić najgłębszy szacunek dla Osoby Pana Prezydenta.

      Potem autorzy wyjaśniają, czym jest Konstytucja i że jest im ona droga i bliska, następnie tłumaczą (chyba prezydentowi), że powinien być tej Konstytucji strażnikiem, a na koniec wyrażają nadzieję, że pan prezydent rozumie o co chodzi i że będzie grzeczny, na wszelki wypadek powołując się przy tym na Jana Pawła II (czy on też się zapisał do KOD-u? pytam, bo różni się już zapisywali, a potem okazywało się, że coś nie halo):

      Wyrażamy nadzieję, że – jak powiedział to Jan Paweł II – „dziedzictwo wolności” nie zostanie przez Pana narażone na niebezpieczeństwo i – jako Prezydent wszystkich Polaków – będzie chronił Pan Konstytucję poprzez realizację zawartych w niej norm.

      Jest tam i taki kwiatek: ... walki Nas i Naszych Przodków o stworzenie systemu opartego na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości. Na widok tej frazy przerzuciło mnie automatycznie na stronę Wikipedii z hasłem ZBOWiD.

       

      Śmiać się czy płakać? Autorzy tego tekstu piszą do prezydenta, jakby zapomnieli, że on sam uczestniczy w ataku PiS na Trybunał Konstytucyjny poprzez to, że nie przyjął ślubowania wybranych wcześniej sędziów, że ułaskawił wcześniej Marusza Kamińskiego i jego ferajnę z CBA, a forma tego również wedle wielu konstytucję łamie. Wydają się abstrahować od tego, że pan prezydent w żaden sposób nie potępił obrzydliwych metod, jakie w kampanii prezydenckiej  używane były – i są nadal - przez jego zwolenników i współpracowników wobec prezydenta Komorowskiego i w ogóle konkurentów politycznych, nie pamiętają układu tanecznego, jaki wykonał prezydent, żeby tylko nie podać ręki premier Kopacz. Dla najbardziej wstrzemięźliwych nawet publicystów byłego już (byłego, bo zaraz znajdzie się w narożniku, lany bez litości przez pisopokornych) mainstreamu nie ulega już od dawna kwestii, że pan prezydent jest po prostu delegatem PiS na najwyższy urząd RP mającym żyrować plany partii, spotykającym się nocami z panem prezesem, a nie żadnym „strażnikiem konstytucji”. Byli prezesi TK mówią o zamachu stanu, obecny wychodzi demonstracyjnie z Sejmu, a autorzy piszą takie rzeczy? Chcą bronić demokracji? Czym? Hipokryzją?

       

      Po co ta sztuczna grzeczność? Kogo ona ma przekonać i do czego zmobilizować? Letnie to jak flaki z olejem na imieninach u cioci, gdzie jest i „ą”, i „pardą”, ale nuda, że zasnąć można. Dla śpiącego przy stole towarzystwa wzajemnego powstrzymywania się przed puszczeniem bąka może to coś wnosi, ale na pewno nie dla tych, którzy oczekują działania i prawdy o tym, co się w Polsce właśnie dzieje. Oczywiście jest to jedynie moja prywatna opinia, być może akurat ja nie zrozumiałem intencji tych, którzy KOD zaczęli tworzyć i po prostu wymagam od kodka, żeby miał jakiś pazur, a nie przycięte pazurki.

       

      Przyznaję jednak, że absolutnie nie rozumiem sensu tego listu, choć wiem, że są na świecie osoby zamieszczające w prasie ogłoszenia kierowane do "uczciwego znalazcy" w sprawie ukradzionego portfela. 

       

      Rzeczywistość jest jedna

       

      Pewne dowody na to, że to wszystko moja wina, bo ja źle rozumiem coraz bardziej otaczającą mnie rzeczywistość cyfrową, odnajduję w tekście Bogdana Misia, którego zdalnie bardzo lubię za teksty ze „Studia Opinii”, ale mniej za ten ze strony KOD-u. Otóż pan redaktor raczył przedstawić koncepcję podziału ludzkości popierającej KOD na „analogową” i „cyfrową” w związku z głosami, że fejs fejsem, a real realem i może by warto w nim pogadać, poznać się itp. Analogi to malkontenci marudzący, a Lary Croft (Conchity?) na cyfrowych harleyach to jest przyszłość świetlana. Tylko Bogu i Misiowi wiadomo, czemu M. rozmowę przez telefon ma za przejaw staroświecczyzny, a skoro tak, to na kawie pewnie jego zdaniem spotykają się jaskiniowcy (czego dowodzi choćby to, że w Krakowie jest „Jama Michalika”). Nadmieniam, że nawet Obama z Putinem nadal gadają przez telefon, a ONZ to do tej pory nie grupa na Facebooku.

      Moja, w intencji ciepła, drwina ma pokazać, że są i mieszańcy, czyli kundle analogowo-cyfrowe, do których nie tylko ja się zaliczam, a które na fejsie być nie chcą z różnych przyczyn, natomiast wszyscy żyjemy w jednej rzeczywistości i łączy nas chyba jedna sprawa.

       

      Kluczowe jest słowo „chyba”, bo po lekturze „Co z tym KOD-em” wcale nie jestem już tego taki pewien.

       

      Co bowiem właściwie autor rozumie przez KOD? Pytanie o tyle istotne, że zadaję je w kontekście wyżej opisanego listu. Czytam oto w tekście B. Misia:

      Teraz KOD czeka proces opracowania statutu, rejestracji i rozpoczęcie działania – najzupełniej legalnego, praworządnego, nie mającego w sobie nic a nic z jakiejś zadymy czy „rewolucyjności”, od czego się to gremium starannie odcina.

      (..)

      Pytani o poglądy – KOD-owcy odpowiadają: naszym poglądem jest w tej chwili Konstytucja; ta, która jest, przy wszystkich jej niedoskonałościach. Sprawy sojuszów międzynarodowych, problemy socjalno-bytowe czy spory światopoglądowe uważamy w tej chwili za nieistotne; wobec tego, co się w kraju dzieje, a co coraz bardziej nabiera znamion zamachu stanu – są to naprawdę drobiazgi.

       

      Pojmuję, że Miś ma uraz do słowa „rewolucja”, też mu nie ufam, ale rewolucje są różne, bywają i obywatelskie, a takiej chyba właśnie trzeba Polsce, która popada na naszych oczach w łapy totalistów, tworzących w Polsce właśnie demokrację fasadową, gdzie z definicji opozycja nigdy nie może zwyciężyć w wyborach. Vide Rosja, Węgry.

       

      Z kim i jak KOD chce bronić demokracji, skoro sprawy podstawowe dla ludzi ma w tyle, a liczy się dlań jedynie konstytucja? Konstytucja to wartość rozumiana przez nielicznych, demokracja również – dopiero powiązanie tych haseł-pojęć z interesami poszczególnych środowisk i grup może je aktywizować do ich obrony, inne stawianie sprawy skazuje KOD na klęskę. Pamiętajmy, że KOR, na który KOD się powołuje, miał nazwę dwuczłonową, pierwsza część brzmiała: Komitet Samoobrony Społecznej i jego działalność polegała na obronie konkretnych ludzi i niesieniu im konkretnej pomocy, a nie tylko na pisaniu apeli. Właśnie dlatego zyskał wdzięczność robotników Ursusa czy Radomia, którzy nie protestowali przeciwko zmianom w konstytucji, lecz temu, że im się żyje fatalnie.

      W moim marzeniu KOD widziałem jako coś, co będzie zmieniało Polskę w kraj rzeczywistej solidarności, wzajemnego szacunku i lepszych stosunków społecznych. Jako platformę spotkań i porozumienia dla tych wszystkich, którzy teraz pojedynczo protestują przeciwko rządom PiS i ich próbie cofnięcia Polski o 100 lat, a nie grupkę piszącą jakieś niesłychane listy do namiestnika PiS. Jeśli już macie pisać takie rzeczy, piszcie je do Kaczyńskiego, bo to on ma realną władzę. Może nawet przeczyta i się wzruszy. I będzie Wam wdzięczny, że go z góry zapewniacie, że żadnej rewolucji nie będzie.

      Patrząc na ten list, na jego miejscu bym Wam uwierzył.

       

      P.S. Piszę „Wam”, bo nawet nie wiem, czy moja deklaracja wstąpienia dotarła, a pod listem KOD-u do prezydenta nie podpiszę się w żadnym razie. Natomiast do pomocy nadal jestem gotów, o ile KODś jej sobie życzy. 

      P.P.S.

      Pointę do tego tekstu przyniosła mi w sobotnie przedpołudnie wypowiedź pana Mateusza Kijowskiego dla "GW", z której dowiedziałem się, że spotkanie mazowieckiego KOD-u już się odbyło. Fajnie, ale z normalnej strony internetowej, tej poza FB, nie mogłem się nawet dowiedzieć, że w ogóle ma do niego dojść.

      Na koniec muszę dodać wyjaśnienie: podstawowym obowiązkiem autora wobec rzeczywistości nie jest dawanie złudnej nadziei, lecz rozwiewanie złudzeń, także swoich. Nawet jeśli jest mi osobiście przykro, to wymigiwać się od tego obowiązku nie mogę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (360) Pokaż komentarze do wpisu „Ale o co „kodzi”? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 27 listopada 2015 13:07
  • środa, 25 listopada 2015
    • Kocia alternatywa

       

      Na Sadowej autor z Behemotem dyskutowali od jakiegoś czasu nad stawieniem czynnego oporu Narodowoparafialnosocjalistycznej Partii Dobrej Zmiany, ale postanowili przejść od gadania do działania, dopiero gdy nowa władza w osobie swojego zwolennika-agitatora przejawiła się w najbliższej okolicy.

       

      W osiedlowym sklepiku pan Kazik na widok autora kupującego „Wyborczą” i „Politykę” zachęcił go do zmiany upodobań czytelniczych:

       

      Phi, to jeszcze ktoś czyta tą pornografię? Zaraz padną, to sobie pan nie poczyta.

       

      Autor bez słowa szarmanckim gestem przepuścił wytrawnego znawcę rynku prasowego, bo chciał jeszcze pogrzebać na półce z konserwami w celu odnalezienia skumbrii w tomacie na wszelki wypadek, czyli czarną godzinę odzyskania przez Polskę całkowitej suwerenności, co musiałoby się wiązać z wystrzeleniem jej w kosmos.

       

      Pan Kaziu, mieszkaniec bloku obok, do tej pory raczej nie zabierał głosu w spawach politycznych ani też nie kupował gazet, więc brwi stojącej za ladą pani Lusi ciut uniosły się w górę.

       

      Co ma być, panie Kazimierzu?

       

      Setka gorzkiej i dwa harnasie, jeszcze pani da jakąś czekoladkę, dla dzieci wezmę – zaordynował klient nasz pan. - Słyszała pani, że tego zbója Tuska będą sądzić w tym Trybunale Konstytucyjnym? - pan Kaziu usiłował zagaić.

       

      Nie, panie Kazimierzu, od rana w pracy siedzę – pani Lusia zatrzepotała rzęsami.

       

      Zaopatrzony, ale niezbyt spełniony konwersacyjnie pan Kaziu pobiegł z czekoladą do dzieci, a autor, wymieniwszy westchnienia z panią Lusią, zapłacił, wziął swoje i wrócił do kota.

       

      W domu Behemot powitał go przerażonym miaukiem:

       

      Autorze, do diabła, zmieniam kolor! Robię się biało-czerwony! Ratuj!

       

      Rzeczywiście, ogon jakby mu zbielał, a tylna lewa łapka robiła się czerwonawa.

       

      Tknięty chwilową błyskawicą geniuszu autor piorunem poleciał wyłączyć telewizor, gdzie pani Eureka Zwitek, rzeczniczka rządu, wygłaszała swoją - jak się okazało potem, zupełnie prywatną - opinię w obecności wszystkich mediów, że trzeba Tuska postawić przed Trybunałem Stanu za Smoleńsk. Podchwycił to natychmiast pan Ciasteczkowy Potwór z ulicy Wiejskiej, ale zaproponował, żeby Tuska rozstrzelać za reprezentowanie interesów niemieckich. Dopadłszy pilota, autor krzyknął do kocura: Nigdy nie oglądaj sam telewizji, telewizja truje! Możesz ją oglądać jedynie po konsultacji z lekarzem, farmaceutą lub ze mną!

       

      Wystraszony sierściuch obiecał być grzeczny i po chwili odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, że z powrotem robi się czarny, jak diabeł przykazał.

       

      Uff, przechodzi – przytulił się do autora. - Ale tak się nie da żyć na dłuższą metę. Musimy coś z tym zrobić. Stawić opór w realu.

       

      Może założymy fanpejdża? - rzucił autor, uspokajająco głaszcząc drżącego kota. - Dla ciebie zarejestruję się nawet na fejsie!

       

      W realu, autorze, w realu. Poza tym twórców takich stron, o ile oczywiście są znanymi aktywistami i cenionymi blogerami, ostatnimi czasy od razu wciągają do telewizji i oni potem nie mają czasu na nic innego, a ja cię wolę w domu - dmucham na zimne, mimo że praktycznie tobie to nie grozi z powodów oczywistych! Tu masz wiele do zrobienia. Zgłodniałem na przykład – dało się wyczuć, że Behemot już krzynkę wyluzował, żeby zaś nie wyjść na samoluba, dodał: No i musisz dbać o naszego „uchodźcę”, pozbawiony obiadów może się zradykalizować i zostać prawosławnym fundamentalistą. Nieszczęście gotowe: zacznie kościoły przerabiać na cerkwie i każe babom chodzić do nich w chustkach!

       

      Ty mi tu nie gadaj o pierdołach, kiedy cały świat może się stać biało-czerwony, znikną wszystkie inne kolory! Już na konferencji prasowej pani premier wcięło niebieski i żółty, znaczy ktoś unijne flagi zaiwanił! To nie przelewki! Potrzebna jest jakaś, hm, kolorowa – nie tylko pomarańczowa - alternatywa!

       

      Niech cię szatańska ręka broni, tylko żadnych tęczowych alternatyw! Może pani profesor Pawłowicz sprzątnęła te, jak mówiła, unijne szmaty? - jedzeniem Behemot dzielił się niechętnie, ale hipotezami entuzjastycznie.

       

      Niewykluczone, że masz rację, kocie, dlatego musimy zaprotestować. Może wywiesimy taką jedną unijną szmatę, jak za komuny na 3 maja wywieszało się właśnie biało-czerwoną?

       

      Lepiej nie, bo jeszcze ucierpią inni mieszkańcy bloku, mogą nas pomidorami lub jajkami obrzucić, we Wrocławiu już obrzucają domy nieprawomyślnym i ich rodzinom... - kot pokręcił łebkiem przecząco.

       

      To co nam zostaje? Jak stawić opór? Jak? Znikają nie tylko kolory, ale nawet rządowe strony internetowe z ustaleniami przyczyn katastrofy smoleńskiej, a w ich miejsce ukazują się reklamy parówek oraz napojów puszkowanych – autor nie dawał za wygraną.

       

      W tej sprawie akurat mam konstruktywny, a właściwie nawet par excellence konstrukcyjny pomysł na protest, taką protestacyjną kocią alternatywę – Behemot uśmiechnął się z tryumfem.

       

      No to gadaj, a nie rób za tajemniczego kota z krainy dachowców! - niecierpliwił się autor,

       

      Kot zaczął szeptać mu do ucha...

       

      Kiedy zrobiło się ciemno, w mieszkaniu na Sadowej autor naciągnął na głowę czarną kominiarkę, a Behemot, czarny na razie z natury, założył ciemne okulary, żeby nie zdradził go blask ślepiów. Pierwszy otworzył okno, a drugi wyskoczył na parapet, żeby stanąć na czujce. Gdy kot upewnił się, że pobliżu nie ma nikogo, a szczególnie patrolu policji lub straży miejskiej, człowiek puścił prosto w ciemność papierowy samolocik z napisem : Tu-154, „Raport Laska pomścimy! Obaj spiskowcy natychmiast skryli się w mieszkaniu i starali się cicho oddychać.

       

      Po chwili kot cichutko miauknął do autora: Jak za 10 minut nas nie aresztują, to zapal światło i daj mi wreszcie jeść, bo po walce zgłodniałem jeszcze bardziej.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (177) Pokaż komentarze do wpisu „Kocia alternatywa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2015 20:13