MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • środa, 30 września 2015
    • Polska choroba

       

      Jeśli ktoś myślał, że Gross ze swoimi „Sąsiadami” i resztą książek wyciągnął wszystkie żydowskie trupy z polskiej szafy, to był w błędzie – on tylko uchylił do niej drzwi. Na oścież otwiera je dopiero Mirosław Tryczyk w swoich „Miastach śmierci”*. Naliczył tych miejscowości jedynie na Podlasiu 128 – w tylu właśnie polskich miastach doszło do zorganizowanych przez nas, Polaków, mordów na Żydach. W takim Goniądzu na przykład rzeź trwała dwa tygodnie.

       

      Największe nasilenie zorganizowanych przez nas mordów przypada na okres od wkroczenia na te tereny wojsk niemieckich w czerwcu 1941 do czasu ustanowienia na nich niemieckiej administracji jesienią. Niemcy oczywiście stworzyli nam okazję i warunki do popełnienia zbrodni, często wręcz do nich zachęcali, a czasem grozili konsekwencjami w razie ich niedokonania, ale autor powiada w wywiadzie dla Newsweeka: W większości relacji z miasteczek, gdzie odbyły się pogromy, pojawia się uwaga, że Niemców w czasie samej zbrodni na miejscu nie było. Wyjechali. Tam, gdzie byli, zachowywali się biernie, fotografowali. Po wojnie Polacy budują narrację, że nie mieli wyjścia, bo zostaliby rozstrzelani. Ale tak naprawdę przejęcie władzy na tych terenach przez Niemców nastąpiło dopiero późną jesienią. Całe lato 1941 roku władzę sprawuje polska milicja (...) (straże obywatelskie - aut.)

       

      Kto kierował „ciemnym ludem”?

       

      Książka obala mit, że mordowała ciemna tłuszcza zdemoralizowana wojennymi warunkami, do którego powstania mimowolnie przyczyniło się „Pokłosie”. Architektami i planistami okazują się członkowie miejscowych elit, na przykład nauczyciel greki z Rajgrodu, „który po kolejnych morderstwach relaksował się dyskusjami z proboszczem”, działacz PSL w Brańsku, w Szczuczynie dyrektor szkoły, z kolei osławienia bracia Laudańscy (Jedwabne) to członkowie Stronnictwa Narodowego, właściciele firmy budowlanej. Temu, który zgodził się na udostępnienie najsłynniejszej polskiej stodoły do spalenia Żydów, dostarczyli potem za darmo drewno na budowę nowej.

      Mordy są zaplanowane, wsie i miasta obstawione, żeby ofiary nie mogły się wymknąć. Zorganizowany jest transport i ukrycie zwłok, grabiony majątek jest sprawnie dzielony. Morduje się sztachetami, pałkami, siekierami i nożami. Ofiarom leżącym na ziemi łopatami przebija się gardła. Polski milicjant w Radziłowie ustawia rządkiem 10 żydowskich dzieci i dla oszczędności usiłuje zabić je jedną kulą. Nie udaje się. Te, które przeżyły, zakopywane są żywcem. Zginęły tak tysiące „Sąsiadów”.

      Powszechne są gwałty na Żydówkach, a także rozrywki w typie „pasienie żydków”, czyli wypędzenie ich na łąkę, żeby jedli trawę ku uciesze oprawców.

      Gdy już sytuacja się „uspokoi”, Niemcy utworzą administrację i policję pomocniczą, do której wstąpi część morderców ze „Straży Obywatelskich” (inni trafią do partyzantki, do AK czy NSZ). Takiego byłego strażnika obywatelskiego w Szczuczynie Niemcy mianują komendantem getta.

      To on będzie wynajmował żydowskich niewolników do pracy okolicznym gospodarzom, Polakom.

       

      Co z tego wynika?

       

      Nie chce mi się tu pisać o „sprawiedliwych wśród narodów świata”, narażać osób wielkich i bohaterskich jak Sendlerowa na „sąsiedztwo” z takimi braćmi Laudańskimi, ale nie da się ukryć, że Polacy byli i tacy jak ona, i tacy jak oni. Niestety tych drugich było więcej. Nic na to nie poradzimy. Musimy o tym pamiętać, szczególnie w czasach, kiedy tysiące „lajków” zbierają memy z rampą Auschwitz, na którą niektórzy współcześni Polacy chcą posyłać uchodźców.

      Gdy z ust wielu polityków, „dziennikarzy”, księży i "celebrytów" płynie znowu zachęta do nienawiści i pogardy. Tym razem nie ma tu żadnych Niemców, na których można wszystko zwalić.

      Autor „Miast śmierci” zauważa, że często Polacy nie znali nawet imion ani nazwisk swoich sąsiadów, których potem mordowano, mimo że żyli obok nich od urodzenia. Znali jedynie ich przezwiska, biorące się od tego, czym się zajmowali. Dziś 88% Polaków nie zna żadnego muzułmanina, ale boi się wszystkich.

      Znowu odzywa się „polska choroba”, która nie jest jedynie polska, występuje w wielu krajach i w wielu odmianach. Ale tu i teraz mówimy o Polsce, Polakach i polskich Żydach. Ta choroba w naszej odmianie współczesnej wzięła się z Narodowej Demokracji, z endeckiego egoizmu i darwinizmu nacjonalistycznego, który solidarność z ludźmi ogranicza jedynie do „polskiej wspólnoty”.

      Brzmi znajomo?



      P.S. Dr Mirosław Tryczyk powiada, że wszystkie dokumenty świadczące o tych zbrodniach znajdują się w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, ale często był pierwszą osobą, która się z nimi zapoznała.

      Zauważa przy tym, że dokumenty te bywają w fatalnym stanie, w przeciwieństwie do zadbanych i często badanych śladów po „żołnierzach wyklętych”.





      * wszystkie cytaty kursywą z Newsweeka:

      http://historia.newsweek.pl/pogromy-zydow-w-polsce-miasta-smierci-,artykuly,371176,1.html

      książka Mirosława Tryczyka:

      http://www.rm.com.pl/product-pol-912-Miasta-smierci-Sasiedzkie-pogromy-Zydow-dostepna-21-10-.html


      P.P.S.

      W komentarzach pod tekstem prezentuję swój punkt widzenia na stanowisko tych, którzy mają dość "pedagogiki wstydu" (czyli prawdy i dojrzałości), przytaczam bez korekty, żeby zachować temperaturę:

      Im bardziej jednak czytam o tym, że żadnej choroby nie było i że to wszystko kłamstwa i oszczerstwa, że my Polacy złote ptacy, że Żydzi powinni nas w dupę całować za to, że... tu lista, tym bardziej będę odpowiadał: nie, kochani rodacy, g... prawda, syf, kiła i par excellence mogiła. Im bardziej będą drzeć mordy, że Pokłosie to antypolonizm, tym bardziej ja będę oświadczał, że nie, że "to Polska właśnie".
      Że mazurki Chopina są częścią polskości tak samo jak stodoły na Podlasiu.
      Po to, żeby do łbów zakutych wbijać: masz syfa, to go lecz, a nie pudruj.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (258) Pokaż komentarze do wpisu „Polska choroba”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 30 września 2015 19:07
  • poniedziałek, 28 września 2015
    • Z kulturą na Ty (taki owaki:)



      Jako cham i notoryczny zaprzaniec, zapragnąłem się nieco ukulturalnić. Myślę sobie: najlepiej uczyć się od najlepszych, czyli od prawdziwych lwic i lwów z patriotycznych salonów. Sięgnąłem więc do mediów „niepokornych”, żeby trochę się odlewaczyć z samego poniedziałku. Lepiej przecież odlewaczać się na własną rękę i z własnej woli, niż czekać, aż ktoś mnie do tego przymusi.



      Zacząłem od niezależnej.pl, bo lubię intelektualne wyzwania (na przykład pasjami grywam w dupniaka). Od razu rzucił mi się w oczy materiał, w którym niezależni i niepodlegli dziennikarze czujnie wychwycili, że naród wygwizdał premier Kopacz i nazwał ją „kłamczuchą”.

      Joanna Lichocka zaś udzieliła p. premier lekcji dobrego wychowania, mówiąc, że nazywanie prezydenta Dudy „prezydentem na pilota” to chamówa niesłychana. Redaktor L. podsumowała brak kindersztuby nieszczęsnej „lekarki z Szydłowca” jakże celnym a grzecznym sformułowaniem: Ewa Kopacz jest tępym narzędziem kalkulacji Tuska.

      Następnie po lekcję dobrych manier i stylu udałem się na portal braci Karnowskich, gdzie mój ulubiony redaktor Marek Pyza kontynuował odkłamywanie rzeczywistości i komentował wrodzoną wredność charakteru rzeczonej p. premier w tekście o tym, że śmie ona zamalowywać hejterskie hasła na murach za naszą (znaczy: chyba Pyzy) kasę. Pisze o tym tak:

      Rozumiem też, że do premierowej głowy nawet nie zajrzała myśl, że doktor Ewa powinna najpierw zamalować wielu swoich kumpli – poczynając od tych wszystkich Niesiołowskich, Sikorskich, Olszewskich, Tomczyków, Palikotów (pamiętajmy, gdzie politycznie upasł się ten szelma), później armię płatnych hejterów rozsianych przez Platformę po internetowych forach, dalej swoich medialnych ratlerków (...)

      Przez moment miałem jakieś déjà vu (o ile takie rzeczy może mieć taki prostak jak ja), wydawało mi się, że mam rękach archiwalny numer „Żołnierza Wolności” z 68., ale przecież wtedy nie było internetu (ani PO).

      Mimo tej racjonalnej konstatacji, „deżawi” narastało dalej, gdyż z felietonu jakiegoś bliżej nieznanego mi specjalisty od bon-tonu, czyli pana Piotra Pietrasza, dowiedziałem się prawdy o Kazimierzu Kutzu: Styl i poziom agresji Kazimierza Kutza wobec prawicy i chrześcijaństwa kojarzy się z retoryką skrajnych komunistów.

      Celniej bym tego nie ujął, po prostu: cały Kutz! Jak malowany przez Matejkę. ("Bitwa pod Grunwaldem", K.K. oczywiście po stronie krzyżackiej:-)

      Z kolei przy lekturze Krzysztofa Feusette doszło do mnie, że „są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli”, więc dla niektórych na ukulturalnienie i ekspiację jest zwyczajnie za późno, bo:

      Powtórzę więc: nie ma możliwości żadnego dialogu z ludźmi pokroju Lisa czy Wrońskiego, Sobieniowskiego czy Dobrosz-Oracz, Rolickiej czy Wołka, Żakowskiego czy Krzymowskiego. To nie są partnerzy do żadnej rozmowy. (...)

      Lis bowiem, o ile zmieni się w Polsce władza, pracę w TVP straci na tysiąc procent. Podobnie jak kilkoro innych gwiazd „presstytucji”, które przejdą do mediów „oddających się” salonowi prywatnie.

      Czy taki Żakowski z Lisem zdają sobie sprawę z tego, że ich los jest już przesądzony i nie mają się co łudzić, że doczekają na luzie do sądu ostatecznego? Że uczynny Feusette pana Boga chce wyręczyć i szykuje się do ostatecznego sądku?



      Zadumawszy się nad ich smutnym, ale zasłużonym losem, skierowałem się do „Do Rzeczy”, który to tytuł sam siebie określa mianem tygodnika konserwatywno-liberalnego. Tam potknąłem się z zachwytu i upadłem na kolana przed prawdziwym mistrzem formy, czyli Łukaszem Warzechą. Redaktor W. wali w „pupilka lewackich salonów” Grossa. Niby teraz wszyscy pastwią się nad Grossem, ale nie każdy robi to z taką gracją jak Warzecha, który przy okazji wali i w Michnika.

      Mistrzom miary Warzechy nie trzeba wielu słów, żeby pognębić przeciwnika. Wystarczy pokazać zdjęcie z 1962 roku, na którym Gross siedzi obok Michnika. I wszystko jasne. A już na pewno dla bystrych czytelników Łukasza W.

      Nawiasem, zdjęcie to przedstawia zebranie Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności, do którego należeli nie tylko wiadomi zaprzańcy, ale i ksiądz Bronisław Dembowski, którego Jan Paweł II zrobił potem biskupem, a także profesor Michał Kleiber, wieloletni szef PAN i... doradca śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To Warzecha pomija, bo skupia się na rzeczach istotnych.



      Po tej porcji kultury i ogłady nie mogę się pozbierać. Mam tyle do nadrobienia, że życia mi nie wystarczy, żeby kiedyś zostać godnym miana „niepokornego publicysty”.

      Powiem więcej: chyba się nawet nie będę specjalnie o to starał.



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (143) Pokaż komentarze do wpisu „Z kulturą na Ty (taki owaki:)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 13:03
  • czwartek, 24 września 2015
    • Uchodźcy, czyli moja rodzina


      Helenie z Londynu*



      Patrzę na świat przez telewizor i komputer. Ja, syn i wnuk uchodźców z utraconych krain, łagrów i Katyniów. Widzę ludzi podobnych do mych bliskich. Płynie we mnie krew takich samych nomadów z przymusu. Dlatego nigdy w życiu nie będę pewny, czy kiedyś i mi nie wypadnie dołączyć do tego tłumu.

       

      Tragedia

       

      Wilno rodziny mojej matki. Wielka Pohulanka, wrzesień 1939, niedaleko słynny teatr, gdzie właśnie zaczyna karierę cudowna Danuta Szaflarska. Grają tam wielkie sławy, wkrótce do nich dołączy nawet Ordonówna – uchodźca z Warszawy. Dziadek na froncie, jego oddział rozbiją Niemcy jeszcze przed wkroczeniem Sowietów, lasami dotrze do domu. Do Szaflarskiej przez całą Polskę przedrze się matka, żeby dostarczyć jej dowód osobisty, którego zapomniała jadąc do Wilna (dokumenty to jest warunek przeżycia). To wszystko doprowadzi w końcu do tego, że w ponad 70 lat później będę miał okazję ukłonić się Szaflarskiej z miłością na Miodowej w Warszawie.

      Ruscy dziadka zamkną na Łukiszkach, babcia będzie stała w kolejce z paczkami, przy niej córeczki, jedna dwuletnia, druga lat trzy. Wypuszczą go, bo był nikim, dlatego będzie miał szansę trafić do AK.

      Zaczyna się Miłosza „Piosenka o porcelanie”, której tak naprawdę nie rozumie nikt, kto swej porcelany nie utracił. Za chwilę zaczną znikać całe narody, więc furda z farfurkami. Za niecałe dwa lata do siostry mojej babci przyjdzie znajoma młoda żydowska krawcowa z braćmi, żeby zostawić na przechowanie do lepszych czasów maszynę do szycia Singera (właśnie powstaje getto). Nie uda im się uciec, zamordują ich w Ponarach. Maszyna zostanie w naszej rodzinie (działa do dziś), ale do śmierci „ciociababcia” będzie nam wszystkim przypominać: Pamiętajcie, że to nie nasze, trzeba oddać, jak ktoś się zgłosi. Nikt nie przyszedł. Ale pamiętamy.

      Romantyczna” część rodziny konspiruje lub tkwi w łagrach. Normalni ledwo wiążą koniec z końcem, gdyby nie przedsiębiorcze jednostki w rodzaju jednej z prababć, która handluje bimbrem, mięsem i czym się da, byłoby cieniutko. W futrze z lisów, złotych kolcach i papierosem w zębach dama wojenna powozi szmuglerską furmanką jak powozem na garden party u Radziwiłłów. Przed gwałtem i rozbojem ratują ją bezczelność i łapówki. Koń zaś staje się domownikiem, żywicielem, mieszka w naszej kamienicy, dopieszczany przez wszystkich lokatorów.

      Ci, których wywieźli na Sybir, ledwo żywi docierają w końcu do Andersa. Nie wszyscy doczekali. Jednemu zaś już w Samarkandzie, gdzie Broniewski zwiedza grób Tamerlana, amputują odmrożone nogi. Trafi potem jako uchodźca do Afryki, zdrowi pójdą bić się o Monte Cassino, jest w rodzinie Virtuti, ale ten bez nóg rozpije się paskudnie. Ci, którzy przeżyli, czego kompletnie nie rozumiem, wrócą do Polski. Niosąc ze sobą pamięć nie tylko o Katyniach, ale i o tym, że z pociągów jadących do armii wyrzucano Żydów, a Polacy ewakuowani statkami z Krasnowodska do Persji tonęli dziesiątkami w morzu Kaspijskim, bo na statkach handlowych nie było zbyt wielu toalet, więc srali siedząc na relingu.

      Ich bliscy tkwią w Wilnie, przeżywają „Ostrą Bramę” i akcję NKWD. Krewnych i powinowatych znowu aresztują, zsyłają i mordują. Klimat jest taki, że trzeba spieprzać. Moi mają dwie małe córeczki, dla których trzeba żyć.

      W 45. roku moje wilniuki X transportem „repatriacyjnym” jadą „do Polski” (tak się mówiło w tych czasach, to nie ściema). Repatriacja w ich przypadku to synonim uchodźstwa, powstał na użytek bolszewickiej propagandy.

       

      Tragifarsa

       

      W stanie wojennym jestem w powszechniaku, ganiam na patriotyczne demonstracje opozycji, obrywam pierwszy raz pałą. Wzruszenie ściska mi gardło, gdy pod kościołem śpiewamy „Ojczyznę wolną...”.

      Potem z przyjacielem planujemy ucieczkę na Zachód (niezależnie od bohaterów „200 mil do nieba”), studiujemy wojskowe mapy mojego ojca-lotnika (cywila), gromadzimy konserwy, chcemy pokonać „komunistów” Paprykarzem Szczecińskim i Mielonką Turystyczną, musimy dojść do Austrii. Być uchodźcami, a najlepiej opowiedzieć w Wolnej Europie o opresyjnym systemie, który nas dusi w naszej podstawówce, gdzie Breżniewem była dyrektorka W. (spotkałem ją po latach, normalna baba), gnębiąca nas za oporniki i palenie w kiblu.

      Nastaje czas kiczu i tragedii: zwykły bandzior w podziemiach dworca chce mi wyrwać z klapy srebrnego orzełka z koroną, chwytam go za rękę i patrzę w oczy tak, że się zmywa. Z kolei bez przyczyny jacyś milicyjni idioci tak mnie łomoczą kolbą pistoletu, że mi zęby fruwają. Dostaję wilczy bilet na swojej umiłowanej prowincji i tylko w Warszawie mogę się uczyć.

      W międzyczasie większość się dziwi, że moja rodzina jeszcze nie na Zachodzie. Zwykle pracujący za granicą ojciec zaprasza mnie i matkę osobno, ale gdy raz jedziemy razem, dyrektor instytucji, gdzie pracuje matka, zatrudnia od razu kogoś na jej miejsce, bo: „nie spodziewałem, że wrócicie”. Ojciec w istocie nigdy na poważnie nie chciał wiać z rodziną, bo dobrze znał realia emigracji. Nie chciał być uchodźcą.

      W 88. roku lecę do niego do Etiopii, gdzie robi dla ONZ. Na lotnisku spotykam czarnego chłopaka w moim wieku. Nie ukrywa, że on, syn Polki i Etiopczyka, spieprza do Kanady, dziękuje Bogu, że mu paszport dali (Etiopia była w tym czasie w sowieckim bloku, ale dawało się stamtąd normalnie wyjechać). Nie przyznaję mu się do tego, że mam ten sam zamiar. Takie czasy.

       

      Potem jest sierpień, mierne echo Sierpnia, ale widzę jak ten i ów ubek w ambasadzie PRL panikuje (ONZ płacił za wynajem lokali dla nas w tym miejscu). Więc wracam, zasłuchany w kwadrans z Jackiem K. w Wolnej Europie. Myślę przez następne lata, że jest nadzieja na to, że nie muszę być uchodźcą. Że Polska...

      Po 26 latach moja krew wrze znowu: insz Allah, Bóg wie, a raczej: czort znajet. Jak śpiewał Okudżawa o trzecim razie:
      ключ дрожит в замке, чемодан в руке.

      Czy i ja nie nie będę musiał się spakować?

      Znowu.




      * Bobika blog

      http://www.blog-bobika.eu/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (271) Pokaż komentarze do wpisu „Uchodźcy, czyli moja rodzina”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 września 2015 20:56
  • wtorek, 22 września 2015
    • Banalność przeciętności



      Prezes wszystko zmienia w karykaturę: począwszy od „Solidarności”, poprzez Polskę Podziemną, skończywszy na katastrofie smoleńskiej. Nie ma w nim żadnej „tajemnicy” ani „wielkości”. Jarosław Kaczyński to absolutna polska przeciętność. Ma przeciętny wygląd, przeciętny poziom ignorancji, lęków i umiejętności w swym fachu. Do wyjaśnienia pozostaje tylko: dlaczego Polacy wyposażają tę arcyprzeciętność w nieprzeciętne możliwości, czyli od czasu do czasu powierzają jej władzę. Czy J.K. jest po prostu wzorcowym „prawdziwym Polakiem”, wyraża nas najlepiej i najcelniej?

       

      Jedna z moich ulubionych anegdot o Francu Fiszerze* powiada o jego sporze z Bolesławem Wieniawą-Długoszowskim w kwestii Prousta. „Wieniawa zaciekle bronił pisarza przed atakami pana Franciszka, przytaczając recenzje najznakomitszych krytyków. Znudzony przedłużającą się dyskusją, Fiszer najspokojniej oświadczył: Widzisz kochany, ja mam tę przewagę nad tobą, że ty czytałeś Prousta, a ja nie." Wspominam tu tę historyjkę, bo ukazała się właśnie książka M. Krzymowskiego „Jarosław. Tajemnice Kaczyńskiego”, której oczywiście nie czytałem, ale jej dostępne w mediach fragmenty pobudziły mnie do - parafrazując Fiszera - brudzenia ekranu znakami.

      Autor mówi, że do pisania skłoniła go fascynacja postacią Kaczyńskiego. Basuje mu w rozmowie Andrzej Urbański, którego po jego zaangażowaniu się po stronie PiS na swój prywatnie wredny użytek określam rosyjskim terminem „bicz” (bywszyj inteligentnyj cziełowiek), spazmując: mów co chcesz, ale Kaczyński 30 lat temu był nikim, a teraz wielkim politykiem jest.

      I co ja, biedny uczeń Gałkiewcz, mam począć w wielkiej szkole świata, kiedy mnie nie zachwyca, nie fascynuje i nie widzę w nim żadnej wielkości? Wręcz przeciwnie: nudzi mnie i odpycha, a gdyby mi go nie narzucano w programie obowiązkowym od 25 lat, nie poświęciłbym mu nawet minuty?

      Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nikomu nie odmawiam prawa do fascynowania się Kaczyńskim, a książki na jego temat, jeśli dobrze i nie wazeliną pisane, są potrzebne. Nikomu też nie bronię widzenia w Kaczyńskim wielkości. Dla mnie jest to jednak wielkość równie urzekająca i estetyczna co rozmiary epidemii wirusowego zapalenia wątroby typu C (staram się wznieść się ponad poziom przeciętnego wyrobnika „przemysłu pogardy”, który niewątpliwie napisałby o ptasiej grypie, proszę to docenić, wysoki sądzie).

       

      Prezes – mały powstaniec, który obalił mur berliński

       

      O roli Kaczyńskiego w polityce napisano już tyle, że dokładanie do tego kolejnej cegiełki akurat przeze mnie byłoby nie tylko pokazem pychy, ale i marnowaniem czasu Czytelników. Wiadomo: siewca nienawiści, naczelny destruktor, zły duch albo zbawca, wódz, geniusz. Oczywiście są warianty pośrednie, Kaczyński międlony jest w różnych aspektach, pod milionem kątów. Sam przez jakiś czas snułem teorie, że skutkiem odrzucenia przez „salony” (a raczej tego, że nikt go nie doceniał) i szalonych ambicji, J.K., uczciwy socjalista na początku, wkroczył na drogę – w swoim mniemaniu – kogoś w rodzaju Wallenroda, który zaczął zagarniać najpierw elektorat populistyczny i konserwatywny (w polskim wydaniu) w celu ratowania go przed różnej maści Tymińskimi, a potem już po prostu musiał – taka jest logika polityki – posuwać się na kompletne manowce naszego ciemnogrodu, aby wreszcie stanąć na jego czele i rzucić wyzwanie XXI wiekowi. Nawiasem, przypuszczałem i przypuszczam nadal, że K. większością swoich zwolenników pogardza jeszcze bardziej niż wieloma przeciwnikami.

      Skąd się to bierze? Właśnie ze wspomnianej przeciętności Kaczyńskiego, wyposażonego we wszystkie wady polskiego przeciętnego postinteligenta, który (z niewieloma wyjątkami) przejął je po polskim szlachcicu, gardzącym ciemnym ludem i na ogół nie widzącym stopnia własnej ciemnoty. K. nie tylko sobie z tego nie zdaje sprawy, ale i z pełnym przekonaniem swoje ograniczenia i wady ma wzór patriotyzmu, ostoję cywilizacji i remedium na kiłę. Prezes jest esencją polskiego inteligenta/mieszczanina postkomunistycznego, którego uwodzi nie tylko tym, że ma takie same poglądy, ale i tym, że nigdy tak naprawdę się na nic nie narażał, nie siedział w więzieniu ani w internacie – był jak 95% narodu za PRL-u, Komorowski przy nim to niebezpieczny wywrotowiec. Oczywiście, to się z czasem zmienia, powstaje legenda, która opowiada o prezesie niezłomnym, bracie niezłomnym, o ich wielkim znaczeniu w podziemiu, zapewne sporo młodych osób sądzi, że przed rolą w „O dwóch takich, co ukradli księżyc” Kaczyńscy byli małymi powstańcami. Ta akceptacja zakłamanych legend ma mocne oparcie w tym, że większość ludzi w pewnym wieku buduje sobie podobnie fałszywe życiorysy. Bracia są ich wspólnikami, wiąże ich z nimi wspólna tajemnica świadomości braku własnego znaczenia. Młodszym z kolei wszystko się pieprzy, co widać po tym, że wydaje im się, że działają omalże w realiach okupacyjnych (okupantem jest PO). Stary wyga wykorzystuje to bezlitośnie i bez względu na konsekwencje.

      Polskie nieliczne elity intelektualne i ich mniej lub bardziej udane emanacje polityczne dopiero po wielu latach, a i to z niechęcią, zaczęły się ogarniać i dostrzegać, że to nie żaden Lepper rzeczywisty lub potencjalny, w Kukiza czy Korwina wcielony, jest najgorszym wrogiem porządku, hierarchii, osiągalnej sprawiedliwości oraz zwykłej przyzwoitości, lecz właśnie ich rzekomy „klasowy brat”, „żoliborski inteligent” cytujący drugorzędnych poetów w trzeciorzędnych okolicznościach. Prezes był i jest do tej pory brany za równego i pełnoprawnego uczestnika gry politycznej w Polsce, mimo że od dawna gra w szachy kijem bejsbolowym. Że jemu nie chodzi o zwykłą zmianę rządów, lecz o cofnięcie mentalne Polski do lat 30. ubiegłego wieku, które idioci mają za złote czasy, bo Warszawa była piękna, a Polacy bawili się w Adrii czy Morskim Oku, a już na pewno wszyscy byli ułanami. W dodatku samemu prezesowi lata 30., których nie zna, mylą się chyba z 60., a Piłsudski z Gomułką.

       

      Mój Kaczyński

       

      Moja osobista recepcja prezesa i jego zwolenników jest nieco inna od obrazu z legendy. Pamiętam „wojnę na górze”, Kaczyńskich jako zauszników Wałęsy, którym wydawało się, że są jego animatorami, a w gruncie rzeczy myśleli o nim to samo, co Michnik mówił o nim już za czasów pierwszej „S” (idiota, z tym że Michnik wchodził w spór otwarcie, poza tym autentycznie doceniał Wałęsę i jego rolę, nie wcielał się w przydupasa, by zostać Brutusem). W oczach mam żenującą podróbę demonstracji z lat 80., gdy w 93 roku Kaczyński palili kukłę swego niedawnego pryncypała, który sprytnie braci pogonił, wtedy też pierwszy raz podniósł się krzyk o „ agencie Bolku”, Wałęsa został „prezydentem czerwonych”, choć wczoraj był jeszcze Wielkim Polakiem oraz gwarancją niepodległości i demokracji. Wkrótce o Kaczyńskich dało się na parę lat zapomnieć.

      Z politycznego niebytu wyciągnął ich premier Jerzy Buzek, który uczynił Lecha K. ministrem sprawiedliwości, co zdemoralizowało polską prokuraturę (skutki trwają do tej pory) i pozwoliło na powstanie PiS, które dobrze znamy i które potem rządziło kompromitując siebie i Polskę w latach 2005-7, żeby oddać władzę na własne życzenie (też mi mistrz polityki).

      Z całych tych 25 lat obecności J. Kaczyńskiego nie pamiętam ani jednego sensownego zdania, ani jednej konstruktywnej propozycji, tym bardziej działania. To jedno pasmo szczucia, rzucania oszczerstw, wzniecania nienawiści i strachu, napuszczania Polaków na Polaków i Polaków na sąsiadów. Przy czym Kaczyński może rzucać dowolnie podłe sugestie (pilnuje się prawie zawsze, żeby to nie były stwierdzenia), a sam wrażliwy jest do tego stopnia, że oburzał się, gdy w mediach mówiono o „braciach Kaczyńskich” - co jest w tym obraźliwego, Bóg jeden wie. Pod względem wrażliwości na własnym punkcie prezes również idealnie wpasowuje się w przeciętną peerelowskiego inteligenta, przykręcającego w zamierzchłych czasach do drzwi tabliczkę z dumnie wyrytym napisem: „Magister Kowalski”.

      Ten szary człowiek, który nigdy nie miał mi niczego interesującego ani odkrywczego do powiedzenia, który od dawna czyta tylko te gazety, które sam robi, a książkę o sobie ocenił po okładce (powiedział bez czytania, że „ nie została napisana w dobrej wierze”), jest w tym kraju traktowany jak guru i wielki strateg. Był premierem i może nim jeszcze zostać.

      Nic na to nie poradzę. Ale proszę w razie czego pamiętać, że byłem przeciw. :-)

       

      * http://culture.pl/pl/artykul/sokrates-naszych-czasow-o-franciszku-fiszerze

      




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (175) Pokaż komentarze do wpisu „Banalność przeciętności”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 września 2015 20:47
  • piątek, 18 września 2015
    • Pamiętnik z przyszłości :-)

       

      2015:

      26 X

      Są już oficjalne wyniki wyborów. PiS ma konstytucyjną większość. Premier Kopacz podała rząd do dymisji i udała się z planowaną trzydniową wizytą do Kostaryki, delegacja odleciała czterema samolotami.

       

      15 XI 

      B. premier nadal w Kostaryce, podobno zepsuły się te samoloty czy coś.

       

      20 XI

      Nowy rząd już zabrał się za realizację wyborczych obietnic: mają wypłacać 500 złotych na każde polskie dziecko. Pewnie dlatego w pakiecie najpilniejszych ustaw „smoleńskich” znalazł się projekt ustawy „O obywatelstwie polskim”. Skąd ludzie wezmą dokumenty z XVIII wieku? Trochę to nieżyciowe, ale to przecież nie mój problem, moje dzieciaki już dorosłe.



      23 XI

      Okazuje się, że to jednak i mój kłopot, bowiem ustawa „O repatriacji prawdziwych Polaków” przewiduje, że repatriantów będzie się umieszczać w mieszkaniach tych, którzy nie udowodnią, że są prawdziwymi Polakami. Sporo osób jest tą sytuacją nieco zdenerwowanych, ale nie wpadamy w panikę. Zapisałem się już na społeczną listę kolejkową do archiwów. Do kwietnia czas migiem zleci.

       

      3 XII

      W ramach programu budowania polskiej wspólnoty wprowadzono w życie program aktywizacyjny dla osób, których obywatelstwo nie jest jeszcze potwierdzone. Właśnie dostałem pocztą wezwanie do dobrowolnego udziału w demonstracji mającej wspierać wolność słowa pod hasłem „Tatarzy do Tatarstanu!”. Miałem katar i nie poszedłem.

       

      7 XII

      No i głupio zrobiłem. Uświadomił mi to dzielnicowy, który wpadł z rewizją. Zabrał egzemplarz Koranu i książki Grossa. Na koniec mnie pocieszył, że wprawdzie jestem na liście „dyfamatorów” *, ale mogę odwołać się do Nadzwyczajnej Komisji ds. Walki z Antypolonizmem. Podobno sporo odwołań jest rozpatrywanych pozytywnie. Z tym że nie mam co liczyć na odwieszenie bloga. Cholera, zazdrość bierze, gdy człowiek pomyśli, że taki Legierski może pisać raz w tygodniu 900 znaków!

       

      20 XII

      Codzienne dolegliwości: okazało się, że bez potwierdzonego obywatelstwa/aktu chrztu lub przynajmniej zaświadczenia z parafii nie mogę kupić choinki, nie jestem nawet cudzoziemcem, który może  kupować taki towar po okazaniu paszportu. Przepisy o ochronie chrześcijańskich symboli przed znieważeniem są dość surowe.

      Pozbieraliśmy z Behemotem gałązki na targowisku, coś z tego skonstruujemy. Będzie dobrze.

       

      23 XII

      Przed świętami wreszcie wróciła do Polski b. pani premier. Jednak jest ta umowa o ekstradycji.

      Proces PO ma rozpocząć się w lutym.

       

      31 XII

      Podatek dochodowy dla osób z niepotwierdzonym obywatelstwem ma wynosić 80%. Czy ja zdążę przed końcem kwietnia? Inaczej na pewno leżę finansowo. Odkąd jestem na liście „dyfamatorów”, nie mam pracy. Jedyna propozycja z urzędu: udział w rozbiórce budynku „Agory” w ramach robót publicznych – to już nie na moje siły i zdrowie.

      Sylwester dla wykluczonych społecznie osób z niepotwierdzonym obywatelstwem, organizowany przez Caritas, zapowiada się szampańsko.

       

      2016:

      1 I

      Są i plusy: zero kaca.

       

      10 I

      Znajomy, życzliwy mi członek PiS umówił się ze mną w Puszczy Kampinoskiej. Okazuje się, że moje odwołanie w sprawie umieszczenia na liście dyfamatorów raczej nie będzie skuteczne. Wprawdzie nie ma mnie w rejestrze obcych narodowo, ale jestem w bazie ateistów. Jeśli się nie ochrzczę, mogę nie dostać potwierdzenia obywatelstwa, nawet jeśli w XVIII wieku miałem przodków Polaków-katolików.

      Na koniec dał mi 20 złotych i paczkę papierosów. Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie.



      20 II

      Zebrała się cała rodzina. Postanowiliśmy, że trzeba się jakoś zabezpieczyć. Po sprzedaży auta będzie trochę pieniędzy na życie, ale przede wszystkim zdecydowaliśmy się wysłać na Zachód naszych młodych, silnych synów, żeby tam się jakoś urządzili i w razie czego ściągnęli resztę. Głosowaliśmy też sprawę mojego chrztu – był remis. Sprawę mam rozważyć we własnym sumieniu. Byle szybko, bo do płacenia PIT dwa miesiące z kawałkiem.

      Babcia mówi, żebym się nie bał – ją ochrzcili i żyje do tej pory.

       

      1 III

      Dzieci już w Berlinie. Dzielne chłopaki. Status uchodźcy mają jak w banku, przydał się pradziadek z Wehrmachtu.

       

      5 III

      Byłem u proboszcza. Opłata za chrzest pochłonęłaby resztę pieniędzy ze sprzedaży auta. Co robić?

       

      10 IV

      Rozmawiałem z agencją nieruchomości. W obecnej sytuacji dużo nie dostaniemy. Za wielu ludzi sprzedaje na szybko, byle dostać gotówkę, żeby im za chwilę nie zajął mieszkania komornik.

      W telewizji pokazali na przykład, że w willi Lisa jest teraz przedszkole. A może to był dom Środy? W każdym razie u Wojewódzkiego na pewno zrobili osiedlowy klub seniora, po egzorcyzmowaniu pomieszczeń rzecz jasna. Nie ma chyba na co czekać.

      Klamka zapadła: wyjazd pojutrze.

      Behemot mnie pociesza słowami: tam Sadowa, gdzie my :)



      * dyfamacja - ulubione ostatnio słowo Jarosława Kaczyńskiego, który mówi o "akcji dyfamacyjnej przeciwko Polsce, którą prowadzą ludzie oszaleli z nienawiści", oznacza oszczerstwo, zniesławienie, potwarz. Doskonałym przykładem dyfamacji są tezy z przemówienia prezesa o "54 strefach szariatu w Szwecji" czy o "kościołach przerobionych na toalety we Włoszech".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (249) Pokaż komentarze do wpisu „Pamiętnik z przyszłości :-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 18 września 2015 13:43
  • środa, 16 września 2015
    • Polska albo PolSSka

       

      Wybór należy do nas

       

      Dziś w sejmie podczas debaty o uchodźcach przemawiał Jarosław Kaczyński, rzecznik tych Polaków, którzy maszerują po polskich ulicach i krzyczą: "Je...ć islam maczetami", "Polska tylko dla Polaków", "Jasna Góra, a nie Mekka", "Breivik, uratuj nas", "Zrobimy z wami co Hitler z Żydami", "Raz sierpem, raz młotem islamską hołotę!".


      Tych okrzyków nie cytują „niepokorne” media, gdzie marsze nienawiści przedstawiane są jako rodzinne demonstracje zaniepokojonych obywateli.

      Ci obywatele nie ograniczają się zresztą do okrzyków, które cenzurują „niepokorni”, z ostatniego raportu Europejskiej Komisji przeciw Rasizmowi i Nietolerancji (powołanej przez Radę Europy) wynika, że liczba przestępstw na tle rasistowskim stale u nas rośnie, ale nie rośnie liczba wyroków:

      http://www.coe.int/t/dghl/monitoring/ecri/Country-by-country/Poland/POL-CbC-V-2015-20-POL.pdf

       

      Tylko w pierwszym półroczu ubiegłego roku prokuratura stwierdziła (za wp.pl): "Wzrasta liczba spraw o przestępstwa z użyciem przemocy, groźby i pobić. Badając zjawisko z punktu widzenia kategorii pokrzywdzonych, stwierdzono, że najwięcej przestępstw na tle rasizmu lub ksenofobii popełniono przeciwko muzułmanom (142 sprawy), Żydom (103 postępowania), osobom czarnoskórym (81 spraw), Romom (48), Czeczeńcom (34 sprawy), Polakom (22 postępowania), chrześcijanom (22 postępowania), Ukraińcom (14 spraw) i Rosjanom (14 spraw).

      To wszystko dzieje się w kraju, w którym realny odsetek cudzoziemców wynosi maksimum 0.3 % (średnia w UE 4.1%). To najmniej w Europie.

      Polska to kraj, w którym żyje kilkanaście tysięcy Żydów, a badania pokazują, że do antysemityzmu przyznaje się 20% Polaków

      http://www.polskieradio.pl/7/1691/Artykul/939093,Polski-antysemityzm-bez-Zydow

       

      Muzułmanów jest u nas około 25 tysięcy, ale 44% Polaków ich nie lubi, choć 88% nie zna osobiście ani jednego muzułmanina

      http://polska.newsweek.pl/sondaz-stosunek-polakow-do-muzulmanow-i-islamu,artykuly,359378,1.html

       

      W przyszłym roku do Polski (38.5 mln mieszkańców) ma przyjechać 2 tysiące uchodźców z Syrii, którzy zdaniem Kaczyńskiego sprowadzą do nas rodziny, a potem wprowadzą szariat. Zaczną pewnie od włożenia turbanu kotu prezesa. Turbany zaś będą przemycane wraz z bronią „tysiącami tirów, które przekraczają polskie granice bez kontroli” (prezes nie wie, że swobodny przepływ towarów to fundament UE?)

      Kaczyński w swym w istocie podżegającym do nienawiści przemówieniu mówił nie tylko jako rzecznik interesów internetowych i ulicznych hejterów/ignorantów/przestępców, on wręcz cytował ich poglądy, powtarzał brednie i utwierdzał w paranoi, powtarzając ich „opinie” jako prawdy objawione i wiarygodne, sprawdzone informacje. Jeśli ten seans ksenofobicznych i rasistowskich zakamarków jutuba oglądał ambasador Szwecji, to mógł zemdleć z wrażenia na wieść o tym, że w jego kraju już miejscami obowiązuje szariat.

      To wszystko opowiada były polski premier, przywódca partii, która najpewniej niestety wygra u nas wybory i może rządzić samodzielnie, nawet z większością konstytucyjną. Słucha tego Europa, ogląda świat.

      Kabaret? Nie, to „Kabaret”. Tam nadciągający nazizm symbolizował śliczny biały blond chłopczyk w mundurze Hitlerjugend, który śpiewał, że: „Jutro należy do niego”. W skali historycznej to „jutro” było zaledwie wczoraj.

      I to „wczoraj” znowu może być jutro. To jest istota „cywilizacyjnej” propozycji złożonej przez prezesa dziś, gdy swym śpiewem uwodził publiczność, osobliwie młodych blondynków z marszów nienawiści, która w Polsce staje się dla wielu synonimem niepodległości.

      Czy Polska jest właśnie taka? Jutro się przekonamy.



      P.S. Jeszcze wieczorem Ambasada Królestwa Szwecji w Polsce odpowiedziała na prezesowe brednie o "54 strefach, w których obowiązuje szariat" krótkim komunikatem: W Szwecji obowiązuje szwedzkie prawo.

      Chwała za dobrą pracę szwedzkim dyplomatom.

      Ale o poziomie polskich mediów świadczy to, że wcześniej cytowały te kocopały J.K. bez słowa komentarza. Nikt nie ośmielił się powiedzieć: prezes jest nagi!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (100) Pokaż komentarze do wpisu „Polska albo PolSSka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 16 września 2015 20:48
  • niedziela, 13 września 2015
    • Rozwagi, panie redaktorze!



      We wczorajszym wstępniaku pióra Jarosława Kurskiego „Wyborcza” zachęca premier Kopacz do odważnych działań w kwestii uchodźców. Z tego manifestu, z którego poszczególnymi elementami nie sposób się nie zgodzić, nie wynika jednak absolutnie nic: ani to na czym ta odwaga miałaby polegać, ani do czego doprowadzić, ani jakim kosztem. Jest to plan bitwy typu: najpierw biegniemy do przodu, a potem się zobaczy. Sam Kurski w ostatnich słowach swego tekstu wieszczy, że to może skończyć się przegraną, która jednak będzie pięknym moralnym zwycięstwem. Jakże to polskie.

      http://wyborcza.pl/1,75968,18798944,pani-premier-odwagi.html



      Pewne konkrety na temat uchodźców, niestety potwierdzające z grubsza „plan” Kurskiego, odnaleźć można w skądinąd mądrej i bardzo potrzebnej publikacji Adama Leszczyńskiego w tym samym numerze,

      http://wyborcza.pl/magazyn/1,148048,18798492,odbiora-prace-zgwalca-kobiety-polamia-krzyze.html#BoxGWImg

      będącej odpowiedzią na modelowo zakłamany rasistowski wpis niejakiej Iwony L. Koniecznej, robiący furorę w prawicowych mediach jako „merytoryczny i wyważony” (zupełnie jak ustawy norymberskie, merytoryczne do bólu) : https://www.facebook.com/iwona.l.konieczna/posts/10204830813677875:1

       

      Urojone liczby Koniecznej

       

      Zacznijmy od pani K., bowiem redaktor Leszczyński zadał sobie trud odpowiedzi na „wątpliwości i lęki” autorki, które w istocie są po prostu zestawem stereotypów typowego rasisty-hejtera-ignoranta, natomiast nie sprostował nieprawdziwych informacji, które doskonale dają obraz jej intencji i ignorancji właśnie. Trzy najważniejsze kłamstwa to:



      1. 1. Wszystkie obliczenia Iwony L. Koniecznej wzięte są z powietrza, ponieważ kłamliwie bierze za ich podstawę liczbę 800 tysięcy wniosków o azyl, z których, zgodnie z jednym z wariantem kwot proponowanych dla poszczególnych członków UE, Polsce przypadłby obowiązek przyjęcia 5.65%, czyli rzekomo trafiłoby do nas 40 tysięcy uchodźców. Stąd już prosta droga do bajań o tym, że między innymi wskutek łączenia rodzin ostatecznie będzie ich w Polsce 200-800 tysięcy.

        Problem w tym, że w tym roku do tej pory przybyło do Europy 322.5 tysiąca uchodźców/migrantów (najświeższe dane UNHCR) i UE chce rozlokować „kwotowo” 160 tysięcy z nich, a Polska do dziś zgodziła się na przyjęcie 2 tysięcy z nich, zaś dodatkowe 10 tysięcy to na razie teoria.

      2. 2. Pani K. straszy kosztami pobytu uchodźców i całkowicie pomija fakt, że Polska nie wydaje na to ani złotówki, bo płaci nam za to UE – za „relokowanego” z innego państwa unii 6 tysięcy euro, a za „świeżego” uchodźcę 10 tysięcy.

      3. 3. K. pisze, że Polsce jest bezrobocie na poziomie 20% i że „nie potrzebujemy ludzi do pracy”. Według Eurostatu w czerwcu br. stopa bezrobocia wynosiła u nas 7.7%. Co roku do Polski przyjeżdża i znajduje zatrudnienie co najmniej tymczasowe kilkaset tysięcy osób (jedynie w tym roku i jedynie Ukraińców do pracy przyjechało ok. 300 tysięcy), a demografowie zwracają uwagę, że Polska rocznie potrzebuje 140 tysięcy imigrantów.



      W ogóle autorka ma kłopoty z liczbami, bo o ile liczbę uchodźców zawyża bez opamiętania, o tyle liczbę Polaków w Kazachstanie zaniża (pisze o 20 tysiącach, gdy według spisu jest ich przynajmniej 35 tysięcy), tak samo jak Polaków ewakuowanych z Donbasu (pisze 100, gdy jest 178). Rzecz jednak nawet nie w liczbach, ale w tym, że pojawia się przy nich argument, że ci Polacy z Kazachstanu mają jakieś etniczne „pierwszeństwo” przed uchodźcami, mimo że im nie zagraża żadna wojna i że na ich osiedlenie Polska musi wydawać pieniądze z własnego budżetu, których wystarcza na repatriację 20 rodzin rocznie w ramach programu „Rodak”, to zresztą nie jest tylko kwestia pieniędzy, ale i logistycznych możliwości państwa polskiego, którego cały aparat imigracyjny, co wielokrotnie podnosiłem, nie jest nastawiony na przyjmowanie i adaptację imigrantów/uchodźców/repatriantów, lecz na pozbywanie się ich. Repatriantom z tego programu zapewnia się mieszkanie, pracę, program dostosowawczy, czyli to samo, co przygotowano dla ewakuowanych z Ukrainy, a czego żaden uchodźca w Polsce nigdy nie otrzymywał i pewnie nie otrzyma od państwa.

      Że ich mało? Pewnie, że mało. Ale też drzwiami i oknami Polacy ze Wschodu do nas wcale nie walą. I trzeba podkreślić jedną bardzo ważną sprawę: każdy, kto potrafi udowodnić swoje polskie pochodzenie, może w każdej chwili w Polsce złożyć wniosek o tzw. „osiedlenie konstytucyjne” i otrzymać prawo stałego pobytu (no i oczywiście o nadanie polskiego obywatelstwa, jeśli tego chce). Odrębną kwestią jest sposób udowodnienia polskiego pochodzenia, ale tu ułatwioną drogę mają posiadacze Karty Polaka, którzy muszą to zrobić, żeby ją otrzymać, więc – przynajmniej teoretycznie – otrzymanie stałego pobytu powinno być dla nich bułką z masłem. Jedynie na Ukrainie takich kart wydano ponad 65 tysięcy, ale jak do tej pory ludzie ci wcale nie śpieszą się ze składaniem wniosków o osiedlenie.

      Warto podkreślić, że ewakuowani z Donbasu są osiedlani w Polsce właśnie na podstawie tego prawa, a nie podlegają procedurze uchodźczej. Media konsekwentnie mylnie w sensie prawnym nazywają ich uchodźcami, tymczasem Polska nie przyjęła w ubiegłym roku ani jednego uchodźcy z Ukrainy – żaden z ponad 2 tysięcy wniosków o nadanie statusu uchodźcy nie został rozpatrzony pozytywnie, to jest rekord Europy, bo nigdzie indziej nie odrzucono chyba wszystkich wniosków, tak wygląda realna polska solidarność z Ukrainą.

       

      Pułapka Leszczyńskiego

       

      Redaktor L. słusznie chyba nie traci czasu na polemikę z warstwą hejterską-rasistowską tekstu pani K., bo ona nie wykracza ponad poziom tego, że ogólnie muzułmanie mają „czarne podniebienia” i kulturowo oraz genetycznie są urodzonymi drapieżnikami. Wyobrażenia autorki o miliardzie muzułmanów są kalką myślenia KKK o Murzynach i nazistów o Żydach, co w wersji soft przekłada się na opinie typu: „klient w krawacie jest mniej awanturujący się” (od tego w turbanie?). Pominę to również, żeby skupić się na tym, co moim zdaniem niebezpiecznego wynika z niektórych argumentów Leszczyńskiego (jego tekst jest ogólnie świetny, ale...).

      Żeby rozwiać obawy o to, że „imigranci nie pracują/ zabierają pracę miejscowym” (na jednym oddechu ten „argument” wymieniają przeciwnicy imigracji), Leszczyński pisze: „Imigranci najczęściej wykonują najgorzej płatne i wymagające najniższych kwalifikacji prace, pozwalając miejscowym skupić się na lepszych i lepiej opłacanych.”

      Leszczyński chce tym kogoś uspokoić? Na mnie to działa wręcz przeciwnie, bo właśnie ta sytuacja na dłuższą metę jest źródłem problemów z imigrantami, prowadzi do ich wykluczenia i biedy, a więc frustracji jednych i poczucia wyższości drugich, co gwarantuje powstanie konfliktów już na świecie przećwiczonych. To jest właśnie podstawowe źródło problemów z imigrantami w wielu państwach Zachodu. Brak mechanizmów awansu społecznego i faktycznej integracji, prowadzonej także poprzez NARZUCANIE norm prawnych i kulturowych (i nie chodzi tu jedynie o to, by imigrantów edukować w sprawach kulturowych, demokracji, praw kobiet, etc., ale i o to, by taktu, tolerancji i znajomości innych kultur uczyć „tubylców” - ignorancja jest podobna u obu środowisk).

      Nie należy wpychać systemowo uchodźców do kategorii najniżej płatnych pracobiorców lub klientów pomocy społecznej, czy choćby godzić się na to lub zakładać nieuchronność takiego zjawiska, lecz wykorzystywać ich faktyczne umiejętności, wykształcenie i zdolności. Tworzyć system, który byłby zdolny do podejścia indywidualnego, a nie zbiorowego, system szans i wsparcia w awansie, a nie nakierowany jedynie na zapewnienie minimum socjalnego. Jedynie wtedy i uchodźcy, i my będziemy mogli z tej sytuacji czerpać maksimum korzyści (chyba najbardziej zaawansowane pod tym względem są Niemcy, sporo rozwiązań – nie mam na myśli czystego socjalu – można od nich ściągnąć i rozwinąć, np. w zakresie nostryfikacji dyplomów i nauki w ogóle).

       

      Sytuacja Polski w okresie obecnego kryzysu uchodźczego jest szczególna, absolutnie różna od tego, z czym borykają się kraje zachodnie. Po pierwsze: on nas na razie nie dotyczy realnie, nie ma u nas żadnych liczących się ilości imigrantów/uchodźców z obszarów innych kultur (oprócz uwarunkowań geograficznych i ekonomicznych jest to wynik od lat prowadzonej konsekwentnej polityki antyimigranckiej). Nasze zapotrzebowanie na pracowników niewykwalifikowanych (pozornie) oraz fachowców z wielu dziedzin, których z rynku wydrenowała polska emigracja, pokrywane jest prawie całkowicie przez czasową imigrację zarobkową ze Wschodu, która stale rośnie z powodu sytuacji na Ukrainie i kryzysu w Rosji.

      Tymczasem niedobory pracowników zaczęły występować nie tylko w „tradycyjnych” sektorach (budownictwo, rolnictwo, opieka nad osobami chorymi, starymi i dziećmi, itp.), ale i tam, gdzie potrzeba wysokich kwalifikacji, brakuje nam osób z wykształceniem technicznym, lekarzy i pielęgniarek, a imigranci z takim kwalifikacjami mają w Polsce do tych zawodów dostęp bardzo utrudniony (język, koszt!).

      Smutną prawdą jest to, że Polska jest nieprzygotowana ani na uchodźców, ani na repatriantów, a i ze zwykłymi imigrantami sytuacja jest po prawdzie fatalna (weźmy chociaż do tej pory zamiatany pod dywan problem imigrantów nielegalnych, których liczba może wynosić kilkaset tysięcy). Realnie jest tak, że do tej pory 40% z nielicznych uchodźców, którzy w Polsce otrzymali prawo pobytu, dotyka bezdomność.

      Leszczyński ma chyba tego świadomość, mimo to pisze: „Państwo jest bardzo bogate, skoro co roku wydaje 1,5 mld złotych tylko na pensje dla katechetów. Za ułamek tej kwoty można każdemu z imigrantów zapewnić mieszkanie i opiekę, dopóki nie stanie na nogi, oraz opłacić kursy językowe. Można wyszkolić tłumaczy i pracowników socjalnych. Można opłacić socjologów, który zbadają, jakie błędy w asymilacji popełniły kraje zachodnie, i wskażą, co powinniśmy zrobić, żeby nie powtórzyć tego u nas. To wszystko można zrobić i Polskę na to stać.”

      To wszystko prawda, ściśle zaś to

       

      Trzecia prawda Tischnera,

       

      bo to są pobożne życzenia, zaklinanie polskiej rzeczywistości, a nie jakiś realny program z szansami na wprowadzenie w życie. Żadna z liczących się partii politycznych nawet nie myśli o słusznych postulatach Leszczyńskiego, a te, które się liczą mniej, też serio tego nie biorą pod uwagę. Środowisko, które zdaje sobie sprawę ze skali problemu, wyzwań i potrzeb jest bardzo wąskie, ogranicza się praktycznie do grupki uczonych i działaczy NGO-sów, prawie nie ma w nim polityków.

      W Polsce przespaliśmy w sprawie imigracji co najmniej 15 lat. Uśpieni statystykami, które niezmiennie wskazują, że podobnie jak Rumunia mamy najmniejszy odsetek cudzoziemców w Europie, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że faktycznie jest ich u nas co najmniej 2-3 razy więcej, niż pokazują to te statystyki. I stało się tak mimo wszystkich utrudnień, jakie imigrantom niesie polskie prawo i praktyka służb imigracyjnych. Gorzej: nie zadajemy sobie sprawy z tego, że potrzebujemy ich więcej i powinniśmy im pracę i pobyt w u nas ułatwiać, a nie utrudniać – w naszym dobrze rozumianym interesie (demografia, gospodarka, emerytury).

      Tak, uchodźcy to dla Polski olbrzymia szansa, ale jedynie teoretyczna. Nawet te mizerne 2 tysiące, które łaskawie zgodziliśmy się przyjąć. Moglibyśmy zacząć budować choćby zintegrowany system informacji o ich kwalifikacjach, umiejętnościach, potrzebach i szansach – żeby wiedzieć, jak ich wykorzystać i jak im pomóc. Wymiana informacji między resortami spraw wewnętrznych, pracy, zdrowia, edukacji, szkolnictwa wyższego i samorządami jest czymś koniecznym, tak samo jak stworzenie instytucji do spraw imigracji, która w przeciwieństwie do istniejącego obecnie Urzędu do spraw Cudzoziemców nie zajmowałaby się jedynie wydalaniem cudzoziemców, lecz integracją, obroną praw i wykorzystaniem ich potencjału dla Polski.

      Na razie jednak na nic takiego się nie zanosi, w ogóle o tym nie ma mowy. Dlatego, mimo moralnego poparcia dla redaktora Kurskiego, uważam jego wezwania za bałamutne i na ten czas nieodpowiedzialne.

       

      Odwaga/rozwaga

       

      Na czym bowiem miałaby polegać odwaga, której życzy Kurski pani premier w manifeście „Gazety”? Na tym, że pani premier odważnie zadeklaruje, że Polska przyjmie te dodatkowe 10 tysięcy uchodźców przed wyborami, żeby utrzeć nosa ksenofobom i nienawistnikom?

      Co to da? Jeśli wybory wygra PiS, po prostu się z tego wycofa, kompromitując Polskę jeszcze bardziej. Sama PO nie ma zresztą do tej pory żadnej propozycji, nie mówiąc o programie, systemowych zmian w zakresie imigracji, nie ma też żadnych przejawów dobrej woli w tej sprawie. To na razie gwarancja porażki dla Polski i uchodźców, którzy w najlepszym razie tradycyjnie zwieją od nas do prawdziwej Europy. W najlepszym, bo jeszcze mogą zostać u nas bezdomnymi lub zostać deportowani do krajów pochodzenia, w czym celują nasze służby imigracyjne, które przez lata całe rozpatrywały pozytywnie mniej niż 1% wniosków o nadanie statusu uchodźcy.

      Problemu ewentualnych 12 tysięcy uchodźców nie można zrzucać jedynie na pełne dobrej woli, ale za słabe organizacje pozarządowe. Potrzebna jest zmiana priorytetów, mentalności i organizacji aparatu całego państwa. Bez niej skazani jesteśmy jedynie na powtarzanie cudzych błędów i w konsekwencji zwycięstwo nienawiści, przeciw której tak gorąco walczy redaktor Kurski wraz z rzeszą przyzwoitych, dobrych ludzi.




      P.S.

      W mojej opinii nie ma zasadniczych różnic między podejściem do uchodźców PiS i PO. Premier Kopacz, podejmując decyzję o przyjęciu 2 tysięcy z nich, traktowała to jako listek figowy na użytek UE.Teraz ma problem, bo listek nie tylko niczego nie przykrył, ale wręcz odsłonił - odsłonił to, co widać: polską dupę wypiętą na cały świat.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (201) Pokaż komentarze do wpisu „Rozwagi, panie redaktorze! ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 września 2015 14:53
  • środa, 09 września 2015
    • Pułapka na uchodźców cd.

       

      Uchodźcy stali się wdzięcznym tematem wojny polsko-polskiej. Rasizm i ksenofobia kontra humanizm i otwartość. Dla mnie rzecz jasna wybór strony jest oczywisty, ale mam wrażenie, że w tym konflikcie „moja” strona zapomina w szlachetnym zapale o rzeczy podstawowej – czyli o uchodźcach właśnie, o ich dobru i przyszłości.

       

      W tym konflikcie bowiem nie chodzi o to, czy Polska zadeklaruje przyjęcie większej czy mniejszej liczby uchodźców, ale o to, co się z nimi dalej stanie – czy otrzymają u nas prawo pobytu i jaki będzie jego rodzaj, czy znajdą u nas pracę, mieszkanie i w ogóle warunki do godnego życia, jak będą traktowani przez Polaków?

       

      Polska, w której żyjemy, jest krajem ksenofobii sankcjonowanej prawem. W sprawach imigracji hegemonem jest u nas Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, to ono samodzielnie i właściwie bez żadnej politycznej (każdy rząd ufa „fachowcom”) czy społecznej kontroli zarządza tą dziedziną. Zmieniają się rządy, a priorytet zachowania jednorodności etnicznej jest wciąż celem podstawowym. Nie liczą się względy demograficzne, ekonomiczne ani humanitarne – liczy się to, żeby Polska była białym, katolickim krajem – marzeniem endecji. To jest dziejowa misja środowiska, które faktycznie decyduje o tym, że Polska od lat ma najmniejszy prócz Rumunii odsetek cudzoziemców w Europie. Nigdy nie zapomnę wrzeszczącego nie tylko w mojej przytomności wiceministra SW Piotra Stachańczyka: Żadnego małego Hanoi tu nigdy nie będzie! No i co? Nie ma „małego Hanoi”, ale jest Wólka Kosowska, największe w Europie azjatyckie targowisko, gdzie obraca się miliardami złotych, ale sprawne inaczej służby państwa polskiego dopuszczają do tego, żeby do budżetu nie trafiały stamtąd praktycznie żadne podatki, a połowa zatrudnionych tam ludzi była nielegalnymi imigrantami – ich statystyki nie obejmują. Sukces pana ministra: pusta kasa i tysiące nielegałów.

       

      Polskie służby imigracyjne są urządzeniem do wydalania uchodźców/imigrantów, nie zajmują się niczym innym. Jeśli nawet jakiś uchodźca cudem dostanie u nas prawną ochronę, po rocznym pobycie w ośrodku nie zna nawet języka polskiego, nikt nie zajmuje się jego dalszym losem, nie pomaga mu w znalezieniu pracy czy mieszkania, nie mówiąc o nostryfikacji dyplomów/uprawnień, co jest u nas po prostu skomplikowane i kosztowne. Taki człowiek nie ma nawet pojęcia o tym, co to jest urząd pracy, opieka społeczna czy ubezpieczenie zdrowotne, że o procedurze założenia choćby jednoosobowej działalności gospodarczej nie wspomnę. Nic nie wie o swoich prawach ani obowiązkach.

      Dlatego z góry skazany jest na bezrobocie lub w najlepszym razie pracę w charakterze pracownika niewykwalifikowanego. Nic więc dziwnego, że 40% z nich dotyka bezdomność. W ten sposób marnuje się dziesiątki fachowców – lekarzy, pielęgniarek, inżynierów, nauczycieli języków obcych itp. Państwa to nie interesuje.

       

      Uchodźców z prawem pobytu jest w sumie niewielu, można byłoby więc machnąć ręką na ten problem, ale co zrobić, gdy trafi ich do nas więcej? Przecież bez zmiany prawa i budowy przyjaznych im mechanizmów administracji państwowej/samorządowej czeka ich w Polsce wykluczenie społeczne i bieda. Można oczywiście liczyć na to, że po prostu większość z nich wyjedzie z Polski do prawdziwej Europy. Ale chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

       

      Odrębną kwestią jest zapewnienie uchodźcom w Polsce bezpieczeństwa. Któż bowiem zagwarantuje, że choćby ułamek fali nienawiści, jaka przetacza się przez internet i inne media, nie przekształci się w fizyczną agresję? Cudzoziemcy u nas już bywają ofiarami pobić czy podpaleń mieszkań. Czy nawet otwarte do tej pory ośrodki dla uchodźców trzeba będzie zmieniać w strzeżone obozy?

       

      Na razie w Polsce trwa festiwal deklaracji dobrej woli lub nienawiści. Nie przystępuje się natomiast w ogóle do zmian systemowych, które są niezbędne do tego, żeby ewentualna pomoc dla uchodźców nie wyszła im samym bokiem.

       

      W perspektywie mamy zaś wybory, które prawdopodobnie przyniosą zwycięstwo tym siłom, które są zdecydowanie przeciwne pomaganiu uchodźcom i na pewno nie można się po nich spodziewać wprowadzania zmian na ich korzyść w prawie i codziennej praktyce. Czy ci, którzy podejmują teraz decyzje w kwestii liczby mających zostać przyjętych przez Polskę uchodźców, zdają sobie z tego sprawę? Czy ich to obchodzi?

      Śmiem wątpić, bo Polska rządzona przez PO nie zrobiła do tej pory nic, żeby polepszyć ich los. Do tej pory Polska nie zmieniła nawet swojego prawa, które de facto pozbawia cudzoziemców ubiegających się u nas o azyl prawa do sądu, gdyż wniesienie tam sprawy nie wstrzymuje deportacji na podstawie decyzji administracyjnej. To jest elementarz państwa prawa, którym Polska nie jest w tej dziedzinie nawet teoretycznie.

       Najszumniejsze deklaracje dobrej woli, szczere lub mniej szczere, żadne utykanie uchodźców po parafiach czy prywatnych domach, nie zastąpią koniecznych zmian w prawie i konstrukcji państwa. Inaczej cała ta para pójdzie w gwizdek, nikt nie będzie zadowolony: ani uchodźcy, ani ci, którzy naprawdę chcą im pomóc. Szczęśliwi będą tylko ci, którzy rzucają im wszystkim kłody pod nogi, a Polskę chcieliby zamienić najlepiej w coś rodzaju Słowacji z czasów księdza Tiso.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (149) Pokaż komentarze do wpisu „Pułapka na uchodźców cd.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 09 września 2015 17:14
  • wtorek, 08 września 2015
  • poniedziałek, 07 września 2015
    • Koci raptularz VI




      Zyski z referendum


      Uwaga ogólna: znakomita większość komentarzy w internecie prowokuje do zadania sobie pytania: jakim cudem ludzki gatunek opanował tę planetę?

      Znakomita większość komentarzy w internecie po „referendum Komorowskiego” sprowadza się do: „Komorowski, oddawaj nam nasze 100 mln!” (I najgłośniej krzyczy to Kukiz!) Niejaki Miecugow Krzysztof w gazecie.pl sprokurował nawet listę rzeczy, na które byłoby lepiej wydać te pieniądze. Fakt, demokracja jest droga w utrzymaniu, a widząc jakość wielu psosłów i nonsensatorów niejeden zdrowy na umyśle chciałby wydawać pieniądze na co innego, ale wtedy to się już nie nazywa demokracja. Zresztą, ja bym go nawet poparł, ale w wypadku, gdyby mnie uwzględnił na tej liście – krótko mówiąc: Miecugow, dawaj mi mój milion!

      Niezależnie do gdybania, co kierowało Komorowskim przy ogłaszaniu tego referendum, warto zdać sobie sprawę z jego skutków. A są one takie: na długo pogrzebane zostały pomysły na JOW-y (w Polsce obecnej pomysł nieszczęśliwy) i brak finansowania partii z budżetu (to chyba był postulat najbardziej popierany przez korporacje i zorganizowane grupy... „polityczne”), no i pozbyliśmy się przy okazji z polityki pana Kukiza wraz z jego narodowcami, co samo już jest bezcenne.

      Tak że pragnę za ten deszcz dobrodziejstw osobiście złożyć dank panu prezydentowi Komorowskiemu, ja tam tych pieniędzy nie żałuję (ba! - jeśli okaże się, że frekwencja naprawdę będzie poniżej 10%, to wygram pół litra, o które się założyłem, to prawdziwy zysk, w odróżnieniu od żartobliwego chlapania ozorem młodego Miecugowa, którego się czepiam, bo jest przez wielu brany serio, gdyż serio tak myślą - zaraz jakaś inspepremiera te sto baniek na obiady dla głodnych dzieci z powagą przeliczy).


      Licytacja uchodźców


      W Polsce nie ma jeszcze praktycznie żadnych uchodźców, co wcale nie przeszkadza Polakom ich rozdysponowywać, z tym że jedni widzą ich najlepiej w obozach koncentracyjnych, inni zaś w parafiach. To tylko takie polskie gadanie: obozy nie działają i nie będą działać (fachowcy dawno temu wyjechali i pomarli), z kolei trzymanie uchodźców w parafiach wymagałoby otoczenia ich drutem kolczastym, żeby stamtąd nie uciekli przed nienachalną ewangelizacją, na co też pewnie nie będzie pieniędzy (Rydzyk nie da).

      Przy czym ludzie przyzwoici, którzy szczerze chcą uchodźcom pomagać, też nie bardzo wiedzą, jak to zrobić, bo od co najmniej 15 lat polskie państwo jest tak skonstruowane, żeby uchodźców wydalać, a nie integrować, wbrew interesom tego państwa, o których po cichu piszczą demografowie i przedsiębiorcy między innymi, opowiadający takie straszne herezje, że Polska potrzebuje rocznie 140 tysięcy imigrantów.

      Na razie „Wyborcza” zablokowała komentarze pod tekstami o uchodźcach, bo był to jeden strumień nienawiści, rasizmu i innego plugastwa. Czemu oni nie wysyłali zawiadomień w tej sprawie do prokuratury? - pewnie tyle papieru nie mieli. Komentarze łatwiej wyłączyć od nienawiści.

      Żakowski pisze, że Polska pokazuje w tej sprawie swą brzydką twarz... Twarz?

      Ciekawostka: w Polsce jest antysemityzm bez żydów, islamofobia bez muzułmanów i antykomunizm bez komunistów. Najsensowniej na tym tle wypada tegoroczna susza, która obyła się bez wody ;-).


      Lis na polowaniu


      Gdzie indziej na świecie poluje się na lisy, a u nas lisy polują na ludzi. Lis upolował już prezydenta Dudę, który latał do Poznania na wykłady za sejmowe pieniądze i się z tego nie wytłumaczył, teraz z kolei oddał serię strzałów w kierunku Dudy przewodniczącego, który karmił żonę ze złotej miski, a psa kazał masować w spa (może coś mylę) – i to wszystko za psie pieniądze lub za darmo, czyli na cudzy koszt.

      Skutek jest taki, że obaj panowie D. solennie obiecali, że przywrócą w Polsce "normalność", czyli to dudzie będą zaraz polować na lisy i lisowe, a nie odwrotnie.





      P.S. Ciężko pracuję nad autoreanimacją, czyli powrotem do blogowania, wprawdzie okoliczności mi nie sprzyjają, bo w horoskopie napisali, że nie powinienem w tym tygodniu brać się za żadną poważną robotę, ale przedtem pisali, że wygram miliony, a się nie sprawdziło, więc niniejszym oświadczam, że mimo niepomyślnego układu gwiazd postaram się wrócić :-)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (59) Pokaż komentarze do wpisu „Koci raptularz VI”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 września 2015 12:37