MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Pan Piotruś, cd.

       

      Rozdział II

       

      w którym najpierw Autor rozprawia się błyskawicznie z blondynką i rudą, żeby uratować intrygę przed erotyzacją w tak młodym wieku i przy okazji zrobić na złość tym, którzy w komentarzach liczyli na owocny rozwój sytuacji męsko-damskiej , a Pan Piotruś usiłuje uratować siebie samego, żeby jakoś dociągnąć przynajmniej do rozdziału III. No i dobrze: niech się chłop pomęczy. Jeszcze będzie prosił o koniec...

       

      1

       

      Osiadłszy miękko stopami na podłodze, Pan Piotruś poczuł, że jego mimowolny, między nami: całkowicie nikomu do niczego nieprzydatny i, co tu dużo kryć, po prostu chamski wzlot przy ekspresie do kawy może w konsekwencji zmienić „wylatać” na „wylecieć”, szczególnie kiedy wieść o nim dotrze do masowego odbiorcy z ust spanikowanej blondynki.

       

      - Takiej popularności mi nie trzeba, brr! - wzdrygnął się z lękiem - Lewitacja to jednak nie to samo, co latanie na paralotni!

       

      Ta konstatacja skłoniła go do natychmiastowego porzucenia rojeń o romansach w pracy i wprawiła w szybki, całkowicie naziemny kłus w kierunku sekretariatu pana prezesa, dokąd blondynka zapewne udała się w judaszowych zamiarach.

       

      - Nawet jeśli wezmą larwę za wariatkę, smród zostanie i mam pozamiatane – przenikliwie przewidywał weteran biurowych wojen, od niedawna i na wieki wieków amen kierownik – Nie dam się tak łatwo, już ja ci pokażę, że u nas tak lekko nie przeskakuje się hierarchii służbowej!

       

      Prawdę powiedziawszy, pan kierownik nie miał żadnego planu na wypadek, gdyby rzeczywiście śmietankowolica piękność postanowiła wypaplać o lewitacji, ale miał nadzieję, że zaimprowizuje coś na miejscu, zanim histeryczka stanie przed obliczem prezesa. Przy czym w głowie migotały mu na razie pomysły złe lub jeszcze głupsze, na przykład wzniecenie pożaru albo dyskretne wyrzucenie baby przez okno, siłą rzeczy Autor musiał więc interweniować przy pomocy kota, żeby mu się główny bohater do reszty nie skompromitował na samym początku, jak jaki, cholera, nie przymierzając chorąży orszański Andrzej Kmicic.

      Posłany na miejsce akcji migiem Behemot na trasie blondynki podłożył skórkę banana (sorry, rzecz działa się tak prędko, że nie można było sobie pozwolić na nic bardziej oryginalnego), dzięki której dziewczynina wywinęła orła jeszcze przed dotarciem do sekretariatu, skręciła nogę i trafiła na pogotowie, gdzie poznała przystojnego pana doktora, tym samym znikając z tej opowieści (jej dalsze losy zainteresowani mogą prześledzić w dowolnym polskim serialu).

       

      Dowiedziawszy się o szczęśliwym wypadku, Pan Piotruś podziękował Bogu i postanowił iść za ciosem. Żeby uniknąć w przyszłości podobnych zagrożeń, załatwił, że ruda została wysłana w trzymiesięczną delegację do Gorlic, gdzie przy sprzyjających okolicznościach mogła paść ofiarą zamieszkującego w pobliskich górach Andrzeja Stasiuka, o czym jednak milczą znane nam kroniki. Po tych wyczerpujących zajęciach przez kwadrans oddał się zwiększaniu sprzedaży oraz motywowaniu personelu, który nie wzbudzał w nim już na szczęście żadnych erotycznych emocji.

       

      2

       

      Po wyjściu z pracy nasz bohater natknął się na swego poprzednika na stanowisku kierownika, który siedział na chodniku z czapką na datki, dla niepoznaki ucharakteryzowany na ślepe bałkańskie dziecko z dysfunkcyjnej rodziny pasterskiej (po serii demaskatorskich publikacji, w których dziennikarze wytykali, że ludzie więcej dają żebrakom w garniturach niż autentycznie potrzebującym, krawaciarze nie dostawali ani grosza i zamieniali najlepsze garnitury na baranice z Dobrudży). Tu należy wyjaśnić, że Pan Piotruś nie miał nic wspólnego z wywaleniem na bruk swojego poprzednika, więc nie cierpiał na wyrzuty sumienia. Traktował jego obecną sytuację jako odległe, lecz groźne memento i widomy znak tego, że fortuna i trotuarem się toczy.

       

      - Wspomogę dziada – westchnął w myślach i wrzucił do czapki złotówkę (złotówkę, a nie dwa złote, bo słyszał, że w dyskontach sprzedają piwo za dwa złote, a nie chciał, żeby były przełożony stoczył się w alkoholizm) – Masz, kolego!

       

      - Dziękuję, stary! - odpowiedziało niewidome „dziecko” w łamanej albańszczyźnie i zapytało, czy nie słyszał może o jakiejś robocie do wzięcia.

       

      - Nie, kochany, ale nie siedź tu całymi dniami, weź się za siebie, schudnij, pobiegaj trochę, od tego zwiększa się poziom endorfin! - poradził pan Piotruś i czmychnął do auta, ścigany przez radosny jak fale Dunaju w delcie śmiech.

       

      - Masz rację, przyjacielu! Wezmę udział w maratonie i wygram tydzień w spa! - rechotał podrabiany Kosowar.

       

      - Niewdzięcznik! Powinien najpierw pójść na terapię i do psychologa! - orzekł w duchu poruszony niewdzięcznością obdarowanego p. Piotruś.

       

      Po drodze do domu wpadł do Biedronki i kupił doskonałe, jak wyczytał, winko na wieczór i sojowe krewetki z kurczaka, które wprost uwielbiała jego żona.

       

      - Należy nam się! - stwierdził nie bez kozery – Jak psu buda!

       

      Następnie zadzwonił do małżonki (słusznie słowo „małżonka” wyśmiewa we wspomnieniach Czesław Miłosz, bo jest pretensjonalne i idiotyczne, co mieszkańcy Litwy słyszeli już przed wojną, śmiejąc się z „małej żonki”) i powiedział, żeby wskoczyła w „ten komplet bielizny, który ci kupiłem na urodziny”, bo „będziemy świętować”.

       

      Małżonka rozłączyła się jakoś prędko, tak że nie usłyszał dokładnie, co mówiła. W każdym razie w mieszkaniu jej nie było, a wspomniany wyżej komplet bielizny smętnie zwisał z lampy stojącej w salonie. W obscenicznie wypiętym na kloszu staniku tkwiła karteczka z napisem: „Mam nocny dyżur, będę pojutrze”.

       

      - No tak – smętnie pogodził się z lampą, bielizną oraz treścią instalacji artystycznej pan Piotruś, choć nie bardzo rozumiał, jak nauczycielka możne mieć nocny dyżur w szkole języków obcych dla dzieci. Mniejsza o to, bo przecież przypomniał sobie, że umie latać. Hurra.

       

      3

       

      Hm, Szanowni, tu miał być ustęp trzeci, który wcięło w trakcie umieszczania tekstu na blogu - już wczoraj wieczorem, kiedy Autor nie mógł się dostać do bloga. Ale nic, w ciągu dnia, mać, odtworzymy. Diabelstwo jakieś, powiadam Wam, dywersja i sabotaż, no i skandal!

      Sam sobie pewnie skasowałem, choć odciski palców bez wątpienia są ruskie!;)))

      Procedura przywracania trwa...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (324) Pokaż komentarze do wpisu „Pan Piotruś, cd.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 09:39