MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • piątek, 08 sierpnia 2014
    • Pan Piotruś

       

      Rozdział I

       

      w którym do Pana Piotrusia dociera, że całkowicie wbrew swojej woli może zostać bohaterem jakiejś opowieści. Bohater in spe przeczuwa, że może wyjść mu to bokiem, na co natychmiast uzyskuje pierwszy dowód. Początkowi tragedii z podłym uśmiechem przygląda się jej brutalny autor-sadysta, który ma kota (czarnego).

       

      1

       

      Nie znacie dnia ani godziny – powiada ewangelista Mateusz, ale co on tam wie? Był piątek, trzynastego, a godzina dokładnie 5.30 rano, kiedy na niespokojnie śpiącym mężczyźnie spoczęło spojrzenie dwóch par zielonych ślepiów. Zużyty kolor pierwszych niebezpiecznie osuwał się w ubłocony feldgrau, a drugich przypominał jadeitowe ostrze.

       

      - Dlaczego on? - zapytał Behemot.

       

      - A dlaczego nie? - zapytał Autor.

       

      Za chwilę miał zadzwonić budzik. Panu Piotrusiowi śnił się wyjątkowy koszmar, którego nie miał na razie w ogóle pamiętać (przypomniane zostanie mu to w stosownej chwili), ale to, co czekało go na jawie, wcale nie nie zapowiadało się lepiej. Szczęśliwie nieświadomy niczego bohater, jak to zwykle bywa, nie ruszając się z własnego łóżka, właził w paszczę katastrofy. A raczej całego szeregu katastrof.

       

      - Sorry, takie masz feng shui geopolityczne... – westchnął z pewną dozą współczucia kot i rozwiał się jak sen jaki złoty wraz z nieczułym Autorem. Tymczasem na Pana Piotrusia zwalał się właśnie nowy dzień.

       

      Od dobrego miesiąca Pan Piotruś budził się z rozkoszą, jakiej nie znał od lat, bowiem dostał w pracy awans i po 25 latach ludzie przestali zwracać się doń per „panie Piotrusiu”, a zaczęli mówić „panie kierowniku”.

       

      - Jest na tym świecie sprawiedliwość, a prawdziwa cnota prędzej czy później będzie nagrodzona – majaczył niedobudzony Pan Piotruś, komentując zaistniałą, jakże przyjemną sytuację i marząc o tym, aby „panie kierowniku” choć raz powiedziała do niego jego własna żona albo choćby któraś z córek. Ponieważ był jednak człowiekiem roztropnym i rozsądnym, zamiast fantazjować, przetarł oczy i poszedł się wysikać.

       

      Pijąc kawę, starał się myśleć o sprawach przyjemniejszych niż rodzina, W końcu ile można zadręczać się tym, że żona zareagowała na zostanie przez niego kierownikiem wyjazdem na miesięczny kurs nurkowania parami na Synaju, a obie córki, ucałowawszy go serdecznie w policzki, podsunęły mu kredyty do podżyrowania.

       

      Przecież tego typu niedogodności rekompensowało choćby jedno zdanie jego 20-letniej blond podwładnej, która wyznała mu szczerze na boku, że awans mu się od dawna należał, a jego pomysły rozwiązań organizacyjnych są wprost genialne.

      - A miałem ją za idiotkę – kręcił z niedowierzaniem głową, nie mogąc sobie wybaczyć swojego pochopnego, seksistowskiego i niesprawiedliwego sądu na temat tej bystrej i życzliwej dziewczyny - Koniecznie muszę ją wreszcie docenić i bliżej poznać!

       

      Podjąwszy to postanowienie, pojechał do pracy.

       

      2

       

      Po odprawie kierownictwa sam prezes poprosił Pana Piotrusia do siebie.

       

      - Panie Piotrusiu, zajdzie pan do mnie na moment – powiedział poważnym acz przyjaznym głosem. Właśnie ta powaga i przyjazność pomogły Panu Piotrusiowi przełknąć „pana Piotrusia”, ponieważ reszta kierowników spojrzała na niego z zastanowieniem: No, no, panie kierowniku, sam prezes mówi do pana „panie Piotrusiu”, a gdyby się czepiał, powiedziałby kpiąco „panie kierowniku”.

       

      - Mniam, mniam – rozanielił się Pan Piotruś, życzliwe uśmiechając się do całego świata.

       

      Prezes znany był z tego, że nigdy nie owijał w bawełnę, więc zwrócił się do Pana Piotrusia wprost:

       

      - Panie Piotrusiu, nie będę owijał w bawełnę. W panu cała nadzieja. Wokół naszych produktów same, proszę pana, medialne kontrowersje, a nasza reklama, między nami, to, jak pisał noblista Sienkiewicz: Chuj, dupa i kamieni kupa. Przesadzili, cwele cholerne z agencji „Prawda i katolicyzm”, nie możemy fundować każdemu klientowi renty dożywotniej, sąd nie poznał się na żartach. Emeryci to wyjątkowo podłe i pieniacze towarzystwo. Dobiło nas zobowiązanie do wypełniania każdego garnka proszkiem do prania. Nie udźwignęliśmy, panie Piotrusiu, finansowo i logistycznie. Mówię to w zaufaniu: sprzedaż się załamała, nie mamy środków. Chłonność rynku wymaga pańskiej osobistej stymulacji. Od pana zależy nasza przyszłość. Musi pan wzbić się na wyżyny. Wylatać nad poziomy. To, między nami, obecnie nie tak wysoko. Inaczej leżymy i kwiczymy. Pan jest świeżą, doświadczoną krwią w organizmie naszej firmy! Rozumiemy się? Niech pan się wzbije! Inaczej konsekwencje będą straszne. Ja pana nie straszę. Jedziemy na tym samym wózku... - tu w oku prezesa zalśniła autentyczna łza – Sam mam kredyt hipoteczny!

       

      Słuchając szczerej i pasjonującej mowy prezesa, Pan Piotruś uświadamiał sobie ciężar odpowiedzialności i poczuł wdzięczność za zaufanie, jakim obdarzył go sam pan prezes.

       

      - Zrobię wszystko, kochany panie prezesie! Przysięgam, że będę nad poziomy wylatać! Osobiście uczynię rynek chłonnym, może pan na mnie liczyć! - ręka Pana Piotrusia spoczęła odruchowo na sercu, zupełnie jak dłonie piłkarzy brazylijskich przed meczem z Niemcami – Ale niech mi pan coś podpowie, skieruje na właściwą drogę... - w oczach Pana Piotrusia również zabłysły łzy wzruszenia.

       

      - Na początek, panie kierowniku, niech pan wyrzuci tą blond idiotkę, która całe dnie przesiaduje przy ekspresie do kawy dla średniego personelu i dupę wypina do kurierów w recepcji – doradził prezes, smarkając w chusteczkę, którą podał następnie Panu Piotrusiowi, bo ten miał bliżej do kosza na śmieci.

       

      3

       

      - Wszystkiego mieć nie można – ubolewał Pan Piotruś, żałując niedoszłego romansu z bystrą i życzliwą blondynką oraz formułując w myślach doskonałe referencje dla biednej dziewczyny. - Jest jeszcze ta ruda stażystka, której zwalniać nie trzeba – skonstatował z męską, szowinistyczną rezygnacją i polazł do socjalnego pomieszczenia dla średniego personelu, żeby strzelić sobie pocieszające espresso.

       

      Akurat nikogo nie było w środku, więc przymknął drzwi i żaluzje, żeby ponapawać się przez chwilę samotnie tryumfem woli i życzliwością Bogów.

       

      Ekspres syczał i bulgotał, a Pan Piotruś stanął i zamknął oczy. Ręce opuścił wzdłuż tułowia, wyprężył się i głęboko wciągnął powietrze.

       

      - Mój Boże, dożyłem, dożyłem swojej wielkiej okazji! - twarz Pana Piotrusia wypogodziła się i odmłodniała o dobre 40 lat. Poczuł się jak przedszkolak, który wygrał konkurs na najbardziej lubianego chłopca w grupie „Muchomorków” - Wreszcie mnie docenili!

       

      Endorfiny w Panu Piotrusiu wydzielały się z prędkością TGV (Pendolino to pikuś), a on z tego szczęścia poczuł, że, zgodnie z życzeniem prezesa, może wylatać nad poziomy. Dla żartu machnął kilka razy dłońmi i poczuł, że... rzeczywiście uniósł się kilka centymetrów nad podłogę.

       

      Uśmiechnął się i rozmarzył do reszty. Wtem drzwi do kuchenki otworzyły się i stanęła w nich blondynka, którą musiał zwolnić, aby być szczęśliwym.

       

      - Ja... ja bardzo cię lubię – wystękał nieporadnie na jej widok. Dziewczyna wyglądała jak wyjęta z amerykańskiego komiksu z lat 30.: krótko ścięta jasnowłosa piękność w czarnej sukience, której szaro-niebieskie oczy zrobiły się ze strachu i zdziwienia wielkie jak spodki, a dziecinna buzia pobladła niczym śmietankowe lody. Karmin ust przykryty dłonią (kawałek wystaje, więc karmin jest widoczny).

       

      - Pan lata! Pan lata! - wyszeptała zszokowana i uciekła.

       

      Pan Piotruś popatrzył w dół i dostrzegł, że jest dobre pół metra nad ziemią, a kiedy popatrzył w górę, zobaczył, że mało mu brakuje do czujnika przeciwpożarowego na suficie.

       

      - O kurwa, ja naprawdę latam! - pomyślał i wpadł w panikę, która szczęśliwie natychmiast ściągnęła go na podłogę – To jakaś pierdolona paranoja!

       

      Z otchłani podobno pierdolonej podobno paranoi na Pana Piotrusia spoglądały dwie pary zielonych ślepiów.

       

      Bratku, to dopiero początek – mówiły bez emocji.

        

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1377) Pokaż komentarze do wpisu „Pan Piotruś”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 08 sierpnia 2014 01:43