MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • sobota, 31 maja 2014
    • Marysia królowa Polski



      Ekskluzywny wywiad Autora i Behemota z 17-letnią Marysią S. z Gorzowa, stawianą za wzór odwagi i patriotyzmu przez prawicę i media "niepokorne"



      Autor i Behemot: Nie boi się panna Marysia rozmawiać z lewakami?

       

      Marysia: Ja się tam zdrajców nie boję.

       

      A. i B.: A jak to było z tym pytaniem do premiera?

       

      M.: Normalnie, najpierw chciałam krzyknąć „Tusk, ty zdrajco!”, ale pomyślałam, że nie będę dawać dowodów lewakom na to, że prawica jest agresywna jakaś, więc postanowiłam powiedzieć to w sposób bardziej wyrafinowany.

       

      A. i B.: „Dlaczego udaje pan patriotę, a jest pan zdrajcą?” jest panny Marysi zdaniem przykładem wyrafinowania?

       

      M.: No jasne. Potem sama pani poseł Pawłowicz mi tak powiedziała.

       

      A i B.: Panno Marysiu, do ad remu, jak powiada filozof Adamek, dlaczego panna Marysia uważa premiera Tuska za zdrajcę?

       

      M.: Bo udaje patriotę. Logiczne?

       

      A. i B.: Logiczne, jak najbardziej, ale może panna Marysia zechce podać jakieś przykłady zdrady Tuska?

       

      M.: Proszę bardzo: w 1987 roku na łamach "Znaku" Tusk wypowiedział się, że polskość to nienormalność, oraz wyśmiewał polską kulturę, polską tradycję, polskich patriotów, którzy kiedyś walczyli*.

       

      A. i B.: Pewnie pannę Marysię oburzył szczególnie ten fragment:

      A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi,a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszej św. żeby was ona dali Ślimaczyła!”**

       

      M.: No właśnie – ohyda. Jakby sam gender to pisał!

       

      A. i B.: Jeszcze to:

      Nie uczyniłeś mnie ślepym. Dzięki Ci za to Panie. Nie uczyniłeś mnie garbatym.
      Dzięki Ci za to Panie.Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika.Dzięki Ci za to Panie.Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem.Dzięki Ci za to Panie.Nie uczyniłeś mnie jąkałą, kuternogą, karłem, epileptykiem, hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory.Dzięki Ci za to Panie.Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?***

       

      M.: Sami widzicie – podlec i zdrajca.

       

      A. i B.: Albo coś takiego:

      Krzyż przeklnę, Chrystusa godło, gdy męką naród uwiodło!****

       

      M.: Antychryst – spodziewałam się tego!

       

      A. i B.: No, tam są i takie kwiatki:

       

      Umarł Polak, umarł i leży na desce. Umarł prostym chamem, a ożyje wieszczem, bo w Polaku – taki zwyczaj, że nie żyje się za życia (…), bo w Polaku taka szkoła, gdy wołają – on nie woła, kiedy tańczą – on nie tańczy,i z czy tarczą, czy na tarczy, kipi, rośnie niby twaróg… gdzie jest drugi taki naród?*****

       

      M.: Powinien za to siedzieć w więzieniu!

       

      A. i B.: I na koniec:

      Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
      Pawiem narodów byłaś i papugą...******

       

      M.: Normalnie pawia zaraz puszczę, przestańcie, tego słuchać nie można! To czysty antypolonizm!

       

      A. i B.: A panna Marysia pisze o sobie na blogu „Jestem 100-procentową Polką”, ten procent dla panny Marysi taki ważny?

       

      M.: Pewnie. Nie wstydzę się tego, że jestem Polką, jestem z tego dumna. Mam nadzieję, dodaję moja postawą odwagi innym prawdziwym Polkom i Polakom.

       

      A. i B.: Piszesz też wiersze, może jakiś nam powiesz?

       

      M.: Proszę bardzo:

       

      "Anioł Stróż Polskości"'*******

       

      Gdy ujrzę Ciebie, Orle,

      białe, czyste dłonie,

      Orle tak rozkoszny

      codziennie Ciebie widzę.

       

      W zachwycie Niebiosami chcę

      wypatrzeć szklane oko,

      spojrzeć w Twój wzrok,

      lecz nie potrafię.

       

      Ty mnie widzisz,

      widzisz moje oko,

      moją Polską krew

      i modlitwę za nią.

       

      Widzisz Twą, Naszą Ojczyznę

      wdychasz zew ofiarny,

      widzisz zamierzchłe czasy,

      które w Tobie trwają.

       

      Stróżu tej Polskości,

      Dzieci Twego Gniazda,

      może Tyś Aniołem

      z bystrym wzrokiem ptaka?

       

      A. i B.:

      Dziękują i odlatują ze szklanym nieco wzrokiem.

       

       

      *Marysia dosłownie

      **Gombrowicz

      ***Bursa

      ****Wyspiański

      *****Osiecka

      ******Słowacki

      *******Marysia S.

       

       

      P.S. Oryginalny fragment tekstu Tuska, który tak oburzył Marysię, zamieszczonego w „Znaku” w 1987 roku:

       

      Jak wyzwolić się od tych stereotypów, które towarzyszą nam niemal od narodzenia, wzmacniane literaturą, historią, powszechnymi resentymentami? Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło – ponuro – śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnie ochoty dźwigać, a zrzucić nie potrafię (nie chcę mimo wszystko?), wypaliły znamię i każą je z dumą obnosić.

       

      ___________________________________________________________________________________________

       

      Echo historii o deportowanym rannym Wietnamczyku

       

      Komunikat Vietnam Human Rights News:

       

      Wietnamska działaczka na rzecz praw człowieka, Le Thi Phuong Anh, uprowadzona przez milicję

      15 maja 2014 roku Pani Le Thi Phuong Anh oraz dwie inne osoby: Pham Minh Vu i Do Nam Trung zostali uprowadzeni z ulicy przez umundurowanych funkcjonariuszy milicji w miejscowości Bien Hoa i aresztowani.

      W 2008 roku Le Thi Phuong Anh z mężem, niezależnym blogerem Le Anh Hung, ujawnili fakt współpracy kartelu narkotykowego z lokalną milicją regionu Quang Tri oraz wysoko postawionymi funkcjonariuszami komunistycznego państwa. Na trop działalności gangu wpadła Le Thi Phuong Anh w miejscu swojej pracy, przemocą zmuszona była kontynuować pracę mimo świadomości jej przestępczego charakteru. Uwolniła się dopiero publikując wraz z mężem wyniki podjętego własnymi siłami śledztwa w tej sprawie, ale wówczas na oboje spadły liczne akty przemocy ze strony bandytów i jednocześnie instytucji państwa. Oboje padali ofiarą pobić, nękania psychicznego oraz inwigilacji przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

      Le Thi Phuong Anh jest działaczką organizacji Vietnamese Women for Human Rights Group, uczestniczką I organizatorką protestów przeciw łamaniu praw człowieka przez komunistyczny Wietnam oraz przeciw naruszaniu przez Chiny integralności terytorialnej Wietnamu.

      Le Thi Phuong Anh jest matką trojga dzieci w wieku od trzech do ośmiu lat. Mąż nie powiedział dzieciom o aresztowaniu matki, pozostają w przekonaniu, że leczy się ona w szpitalu i niedługo wróci do domu.

      Thông Tin Nhân Quyền Việt Nam
      Vietnam Human Rights News
      

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (91) Pokaż komentarze do wpisu „Marysia królowa Polski”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 31 maja 2014 19:00
  • piątek, 30 maja 2014
    • Deportacja z dziurą w brzuchu - na żywo


       

      9.35. Do autora dzwoni Ton Van Anh, działaczka Stowarzyszenia Wolnego Słowa:

       

      W zamkniętym ośrodku dla cudzoziemców w Białymstoku rano 27-letni Wietnamczyk usiłował popełnić samobójstwo w proteście przeciwko deportacji do komunistycznego Wietnamu. Wbił sobie coś ostrego w brzuch. Z relacji jego kolegów wynika, że nie chciał dopuścić potem do siebie nikogo, więc – tu relacje są różne – strzelono do niego gumową kulą lub/i potraktowano gazem. Jest dużo krwi. Do tej pory nie ma karetki. Myślisz, że możemy karetkę wezwać z Warszawy?

       

      A.A.: Kuźwa, stąd będzie problem, dzwonimy do Straży Granicznej tam, znajdź numer do Białegostoku, lepiej ja przedzwonię, żeby za twój akcent cię nie spławili! Dzwonię w międzyczasie do „Gazety”.

       

      9.40. Autor dzwoni do „Gazety” i opowiada, co wie.

       

      9.43 Van Anh do autora: masz w numer do SG w Białymstoku.

       

      9.48 Autor dzwoni do Straży Granicznej:

      Mamy sygnał, że ktoś u was chciał popełnić samobójstwo i karetka nie przyjechała do tej pory...

       

      Pan U. z SG: Nic się nie stało, ten pan niegroźnie się skaleczył, bo chciał uniknąć deportacji, został opatrzony na miejscu przez lekarza i jeszcze dziś zostanie pod konwojem dostarczony na Okęcie, skąd będzie deportowany do Wietnamu. Najwyżej dostanie jakieś leki.

       

      A.A. Nic mu się nie stało poważnego?

       

      Pan U.: Nie, nie, skąd!

       

       

      9.55 Van Anh: On się nazywa Nguyen, pochodzi ze środkowego Wietnamu. Świadkowie mówią, że wbił sobie w brzuch 15-centymetrowy nóż, karetki nadal nie ma, krwi dużo na miejscu. Zawlekli go gdzieś do piwnicy, więc teraz nie ma z nim kontaktu. To nasz podopieczny. Obawiam się, że na tym się nie skończy – on jest zdesperowany, bo za żadne skarby świata nie chce wracać. Uciekł z Wietnamu po tym, jak w kopalni złota, gdzie pracował doszło do wybuchu i został w śledztwie prowadzonym przez właścicieli skatowany do nieprzytomności. Zadłużył się u mafii współpracującej z komunistyczną bezpieką i przerzucono go przez Moskwę pod polską granicę, wpadł prawie od razu po przekroczeniu. Siedzi w ośrodku od 10 miesięcy, boi się, że go znowu będą katować po deportacji!

       

      A.A.: Oni chcą go dzisiaj zawieźć na Okęcie pod konwojem i wsadzić do samolotu.

       

      V.A.: Co będzie, jak umrze w drodze?

       

      A.A.: Robimy raban, dzwonię dalej.

       

       

      10.00 Van Anh do autora:

      Gazeta już dzwoniła..

       

      A.A.: Ok, ja już też dzwonię, zobaczymy, może jeszcze ktoś się za to weźmie.

       

      10.48. Autor dzwoni do TVP i opowiada, co wie.

      Znajoma dziennikarka: Dzisiaj pogrzeb Jaruzelskiego, ale spróbuję to przepchnąć.

       

      10.52. Van Anh do autora:

      Wietnamczycy twierdzą, że on był nieprzytomny i widzieli nóż, a Straż mówi, że wszystko dobrze, ranę zalepiono plastrem, a skaleczenie jest od długopisu, tylko nie potrafią odpowiedzieć, czy jest przytomny... Z tego, co wiem, ci od kopalni dopadli go i pobili nawet w Moskwie, dlatego tak spanikował, kiedy mieli go deportować.

       

      Przypominam: w ostatnich latach na 2000  wniosków o przyznanie statusu uchodźcy przez Wietnamczyków pozytywnie rozpatrzono 4.

      Tłumaczenia SG zawsze są podobne - oto fragment artykułu Justyny Zahorskiej o losach cudzoziemców w zamkniętym ośrodku w Lesznowoli ze stycznia ubiegłego roku:

      Zamknięci w Lesznowoli muszą odczuć, że są w RP niepożądani. Godzina spaceru dziennie, dla dzieci też. Ciepła woda do godz. 19, prysznic raz na tydzień. Płacz, pretensje, awantury. Tuż po Nowym Roku podcięła sobie żyły młoda Czeczenka w ciąży, której właśnie odmówiono statusu uchodźcy. Przyjechało pogotowie, zabandażowali jej ręce, przeżyła.

      - To była próba samookaleczenia – wyjaśnia zastępujący rzecznika prasowego st. inspektor Piotr Niemiec z Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej, któremu podlega ośrodek w Lesznowoli. – Nikt, nawet jej mąż, nie wie, dlaczego zdecydowała się na ten desperacki krok. Została skierowana na obserwację do szpitala psychiatrycznego.

      całość: http://biznes.onet.pl/element-niepozadany,18554,5390211,3,news-detal

      ( nie wiem, czemu, ale link nie łączy - trzeba wpisać Element niepożądany Onet Biznes )

      11.50 Van Anh do autora:

      Trzeci świadek potwierdził nóż, a SG utrzymuje, że nic groźnego i wsadziła go do samochodu - wiozą go Warszawy na Okęcie.

      Autor zawraca gitarę TVN-owi, zobaczymy, czy coś łykną.

       

      12.00 Okazuje się, że  Nguyen The Truong należy do grupy Wietnamczyków przesłuchiwanych ostatnio  w Polsce przez komunistyczną bezpiekę za zgodą polskich władz. Opis procederu:

      http://wyborcza.pl/1,76842,15845208,Wietnamska_bezpieka_przesluchuje_w_Polsce__Pogranicznicy_.html

       

      16.40 Van Anh dzwoni do autora:

      Nie udało się. Wracam z Okęcia autobusem 188. Jestem strasznie smutna. Wszyscy byli bardzo mili, ale nic nie zrobili, nie dopuścili mnie nawet do niego. Spotkałam tylko jego tłumacza, z którym rozmawiał dzień wcześniej, a SG powiedziało, że nikt do niego nie strzelał, tylko dostał paralizatorem...

       

      17.00  Nguyen The Truong startuje z Okęcia do Wietnamu, czego bał się tak bardzo, że aż usiłował się zabić.

       

      Podsumowanie:

      Polskie służby złamały w tej historii prawo co najmniej dwa razy (nie możemy mówić właściwie nic o stanie zdrowia Wietnamczyka, bo nie można było go zweryfikować - wersje świadków i Straży Granicznej różnią się bardzo, a teraz nie ma żadnej możliwości rozmowy z deportowanym):

      1. Pozwalając wietnamskiej bezpiece (słynny wydział A18) przesłuchiwać uchodźców z Wietnamu na terenie Polski (zakazuje tego konwencja genewska).

      2. Deportując Wietnamczyka przed upływem terminu rozpatrzenia odwołania od decyzji o deportacji i faktycznie uniemożliwiając mu złożenie takiego odwołania.

      Nowelizacja ustawy o cudzoziemcach, która w weszła w życie z początkiem maja br. wyraźnie powiada, że nie deportuje się osoby do czasu rozpatrzenia odwołania (nieoficjalnie funkcjonariusze SG przyznają, że  "góra każe postępować po staremu", czyli nie zwracać na to uwagi i deportować w trakcie procedury odwoławczej). W opisanym powyżej przypadku doszło jednak do czegoś jeszcze bardziej "ciekawego", bowiem tłumacz, który widział się dzień wcześniej z Nguyenem twierdzi, że on nie złożył nawet odwołania (na co miał zgodnie z prawem jeszcze czas) i prosił, żeby go tego dnia nie przesłuchiwać z powodu stanu zdrowia. Tymczasem w posiadaniu SG jest odręcznie napisana kartka po wietnamsku i polsku, na której widnieje podpis deportowanego, a jej treść sprowadza się do tego, że Nguyen zastanawia się, czy zostać uchodźcą w Polsce (o co starał się już 10 miesięcy). Najwyraźniej SG traktuje to jako oświadczenie, że nie będzie się odwoływał od negatywnej decyzji, co jest zwykłym mydleniem oczu.

      Ranny i przerażony uchodźca, który nie miał szans na złożenie odwołania i kontakt ze swoim pełnomocnikiem, zostaje wsadzony do samolotu i wysłany do kraju, gdzie grozi mu niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia. Tak w skrócie wygląda postępowanie polskich służb wobec uchodźców.

      Ciąg dalszy nastąpi? Niewątpliwie - następni czekają w kolejce na deportację.

       

      P.S. Z mediów na serio zajęła się tą sprawą "Wyborcza", nie wiem, czy tekst na ten temat zostanie zamieszczony jedynie w dodatku białostockim, czy w wydaniu krajowym - link podam w momencie ukazania się publikacji.

      jest tekst:

      http://wyborcza.pl/1,75248,16066840,Polska_deportuje_Wietnamczyka_na_niemalze_pewna_smierc.html

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (45) Pokaż komentarze do wpisu „Deportacja z dziurą w brzuchu - na żywo”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 30 maja 2014 10:50
  • czwartek, 29 maja 2014
    • Nur für die Katholiken



      Na forum „Wyborczej” zażartowałem dziś dość ponuro, że po częstochowskiej „deklaracji wiary lekarzy”*, będącej ciemnogrodzką manifestacją rebelii wobec świeckiego państwa, należy spodziewać się tego, że zaraz katoliccy prawnicy odmówią prowadzenia spraw rozwodowych, naukowcy przestaną brać pod uwagę teorię ewolucji, o której będą milczeć katoliccy nauczyciele, a prostytutki katolickie płci obojga wykują na kamiennych tablicach oświadczenie, że dają, ale bez prezerwatywy i polecą poświęcić je (tablice) na Jasną Górę.

      Rzecz jasna oświadczenie przez 3000 lekarzy i studentów medycyny (samych lekarzy jest według Rzeczpospolitej w Polsce – bez dentystów – ponad 120 tysięcy, a studentów medycyny ponad drugie tyle), że uznają „prymat prawa Boskiego nad państwowym” wywołało pewien sprzeciw przytomnych obywateli, zwanych w mediach niepokornych potocznie „lewactwem” i „zwolennikami cywilizacji śmierci”**, uważających, że akurat szpitale i gabinety lekarskie nie są najlepszym miejscem do manifestowania wyznania i wynikających z niego przesądów. Nawiasem: pomysłodawczynią tej deklaracji jest przyjaciółka Jana Pawła II, pani doktor Wanda Półtawska, o której wiele mówią następujące cytaty:

      Kobieta jest macierzyństwem, cała jest stworzona z myślą o dziecku. Od niej zależy istnienie ludzkości. A on? Dziś słowa określające męskie narządy przesycone są wulgaryzmami, wcześniej nazwano je „miejscem odpowiedzialności męskiej”, bo to mężczyzna jest odpowiedzialny za to, co się stanie. Dziś temu, co dzieje się z młodzieżą, winny jest nie tylko Internet, ale także rodzice. Jaki model prezentują? Jedno małżeństwo, po nim drugie.

      Model zachowania dzisiejszej młodzieży to cudzołóstwo. A ciało nie umie kochać, ciało jest tylko narzędziem. Rządzi nim pożądanie do płci przeciwnej, a nawet do tej samej. Kiedyś podczas rekolekcji w akademiku powiedziałam dziewczynom: „Jesteście bezinteresownymi prostytutkami. Bo za darmo”. Młodzież dziś nie umie nie grzeszyć.

       

      Oburzeni i spóźnieni

       

      Między innymi zdenerwował się redaktor Maziarski, który zażądał, żeby katoliccy lekarze informowali o swoich poglądach i konsekwencjach płynących z nich dla pacjentów na tabliczkach zawieszonych na drzwiach gabinetów, a profesor Środa, dojrzana w telewizorze, poszła jeszcze dalej i zaproponowała, żeby tworzyć specjalne szpitale, w których katolicy bez przeszkód mogliby uprawiać medycynę po swojemu (rzecz jasna z tabliczkami informującymi o skutkach) za pieniądze kościoła. Była już posłanka do PE Senyszyn zasugerowała z kolei, żeby lekarzom „deklaratywnym” odbierać prawo wykonywania zawodu, pojawiły się też głosy, aby po prostu NFZ zrywał z nimi kontrakty, bo w niektórych przypadkach mogą łamać ich warunki.

      Po pierwsze: każda z tych propozycji ma swoje wady. Obowiązkowa „tabliczka” jest rodzajem stygmatyzacji tych lekarzy, którzy jej nie wywieszą. Takie „tabliczki” przed wojną bez przymusu zawieszano na wielu gabinetach w Europie w celu poinformowania, że urzędujący w nich lekarz jest czystym Aryjczykiem, Niemcem czy Polakiem. Kojarzy się fatalnie. Szpitale katolickie natomiast miałyby sens, gdyby kościół był finansowany jedynie z podatku „kościelnego”. Pozbawianie zaś prawa wykonywania zawodu jedynie za deklarację, a nie czyn, jest działaniem urągającym zasadom prawa, tym bardziej, że w Polsce obowiązuje od dawna prawo, które lekarzom zezwala na takie zachowanie (za Wikipedią) :

       

      Klauzula sumieniaszczególna i wyjątkowa regulacja prawna, zgodnie z którą lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem. W polskim prawie wynika z art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996. Klauzula nie upoważnia lekarza do powstrzymania się od leczenia pacjenta w ogóle (tj. powstrzymania się od wszystkich możliwych do udzielenia mu świadczeń zdrowotnych), lecz wyłącznie do powstrzymania się od wykonania tych świadczeń zdrowotnych, które są niezgodne z jego sumieniem. Jest to więc ograniczone prawo do odmowy leczenia [1]. Uregulowania dotyczące klauzuli sumienia znajdują się także w Kodeksie Etyki Lekarskiej. (Dodam tylko, że katoliccy farmaceuci żądają, aby również mogli korzystać z tego prawa)

       

      Zatem protesty przeciwko „deklaracji” są spóźnione. Mleko rozlało się 18 lat temu. Przypuszczam, że znakomita większość deklarujących i protestujących o tym wie, ale mamy do czynienia z jednej strony z prowokacyjną manifestacją, mającą zastraszyć środowisko lekarskie i pokazać, kto w Polsce rządzi, a z drugiej strony ze sprzeciwem na pokaz, gdyż protestujący dobrze wiedzą, że pogadanie w mediach nic nie zmieni. Protest jest niewątpliwie konieczny i chwała w ogóle wszystkim, którzy się nań odważyli, ale jeszcze konieczniejsza wydaje się zmiana prawa, czyli wywalenie z ustawy art.39, którego stosowanie doprowadziło m.in. do sprawy Alicji Tysiąc i tysięcy innych tragedii.

       

      Cele katotalibanu...

       

      doskonale opisuje Tomasz Terlikowski z Frondy.pl. : Ja mam jednak głębokie przekonanie, że za lat kilkanaście najdalej kilkadziesiąt, to ci lekarze, którzy Deklarację Wiary podpisali będą mogli zawód wykonywać, a ci, którzy uznają, że rolą lekarza jest zabijanie nienarodzonych lub starców, będą siedzieć w więzieniach. Tam bowiem, a nie na szpitalnych salach, jest miejsce dla zabójców.

      Czy przekonanie Tomasza T. pozbawione jest podstaw? Obawiam się, że niestety nie. W ostatniej kadencji mieliśmy do czynienia z próbami zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej, a w następnym sejmie układ sił może zmienić się na korzyść fundamentalistów dzięki klęsce lewicy (czyli dostaniu do parlamentu jedynie SLD) i ewentualnemu tryumfowi korwinistów. W dodatku PO skręca wyraźnie na prawo i frakcja „liberalna” słabnie, a Tusk pozostaje nieczuły na protesty przeciwko oddaniu ministerstwa sprawiedliwości „konserwatystom”, więc prawo w Polsce tworzy wiceminister przyjazny Opus Dei – oblat Królikowski, który już próbował przemycić propozycję przepisu czyniącego każde poronienie przedmiotem prokuratorskiego śledztwa.

      Na zatrzymanie tego procesu, zdecydowany i skuteczny sprzeciw przeciwko przekształceniu Polski w Katolickie Państwo Narodu Polskiego, w którym obskurantyzm jest ideologią państwową i źródłem prawa, mamy półtora roku, bo za tyle odbędą się następne wybory. Ten czas jest decydujący dla naszej przyszłości. Jeśli elektorat „Centrolewu” nie wymusi zdecydowanych działań na SLD i Palikocie oraz nie pokaże Tuskowi, że przerżnie wybory bez jego poparcia, to obudzimy się w kraju z tabliczką z napisem „Nur für die Katholiken”.

      Niestety, nienawistne wobec przegranych deklaracje Millera, rozbity psychicznie Palikot, który uczepił się marihuany, zamiast istotnych problemów, a także głuchy na lewe ucho Tusk – źle temu wróżą.

      A my mamy półtora roku, żeby Polska nie zamieniła się w kraj, gdzie wiadomością dnia będzie dzisiejszy news z Frondy:

      Homoseksualny demon kazał sataniście ugotować Biblię

      22-letni mężczyzna z Oklahoma City twierdzi, że spotkał demona homoseksualizmu. Zdemolował swoje mieszkanie i podpalił Biblię. Policja otrzymała informację od sąsiadów, że Jeremy Anderson dostał ataku szału.

      Gdy przyjechała na miejsce, okazało się, że mieszkanie jest zdemolowane. Anderson był według doniesień wytarzany w soli i mydle. Wybił w domu wszystkie okna, wyłamał drzwi i wyrzucał przez nie przedmioty. Policjanci nie mogli się z nim porozumieć i użyli paralizatora – Jeremy nie został jednak obezwładniony, ale wyrwał ze skóry wbity „pocisk” paralizatora i powiedział, że nie ma to na niego wpływu.


      Następnie Anderson prosił policjantów, by odłożyli broń – chciał pokonać ich w walce na pięści. Chwilę później funkcjonariusze zobaczyli dym unoszący się z głębi mieszkania. Okazało się, że mężczyzna „gotował Biblię”, bo – jak wyznał – jest satanistą i spotkał „opętanego [sic] homoseksualnego demona”, który kazał mu zrobić te rzeczy i wykonywał na nim czynności seksualne. Został w końcu obezwładniony i przewieziony do szpitala.


      Gdy doszedł do siebie potwierdził, że spotkał homoseksualnego demona. Nie mógł uwierzyć, że dopuścił, by demon go dotykał, bo on sam nie jest gejem. Demon miał też rozkazać, by Anderson kupił narkotyki.

      http://www.fronda.pl/a/homoseksualny-demon-kazal-sataniscie-ugotowac-biblie,31599.html



      Do roboty, Panie i Panowie! Trzeba zewrzeć wszystkie gendery, żeby nam „demony Frondy” pup nie złoiły! :-)))

       

       

      *1. WIERZĘ w jednego Boga, Pana Wszechświata, który stworzył mężczyznę i niewiastę na obraz swój.

      2. UZNAJĘ, iż ciało ludzkie i życie, będąc darem Boga, jest święte i nietykalne: - ciało podlega prawom natury, ale naturę stworzył Stwórca, - moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga. Jeżeli decyzję taką podejmuje człowiek, to gwałci nie tylko podstawowe przykazania Dekalogu, popełniając czyny takie jak aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie, eutanazja, ale poprzez zapłodnienie in vitro odrzuca samego Stwórcę.

      3. PRZYJMUJĘ prawdę, iż płeć człowieka dana przez Boga jest zdeterminowana biologicznie i jest sposobem istnienia osoby ludzkiej. Jest nobilitacją, przywilejem, bo człowiek został wyposażony w narządy, dzięki którym ludzie przez rodzicielstwo stają się "współpracownikami Boga Samego w dziele stworzenia" - powołanie do rodzicielstwa jest planem Bożym i tylko wybrani przez Boga i związani z Nim świętym sakramentem małżeństwa mają prawo używać tych organów, które stanowią sacrum w ciele ludzkim.

      4. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności lekarza katolika jest wyłącznie jego sumienie oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła i ma on prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką lekarską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem.

      5. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim - aktualną potrzebę przeciwstawiania się narzuconym antyhumanitarnym ideologiom współczesnej cywilizacji, - potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale także wiedzy o antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała.

      6. UWAŻAM, że - nie narzucając nikomu swoich poglądów, przekonań - lekarze katoliccy mają prawo oczekiwać i wymagać szacunku dla swoich poglądów i wolności w wykonywaniu czynności zawodowych zgodnie ze swoim sumieniem.


      **http://wyborcza.pl/1,95892,16056638,Deklaracja_wiary_lekarzy__czyli_swit_sredniowiecza.html

      P.S. Późna pora wpisu spowodowana jest tym, że autor nie mógł dostać się na blog z winy blox.pl - cały czas wyświetlają się komunikaty o awarii. W związku z tym autor oświadcza:

      1. że jest wkurwiony, bo to czwarty co najmniej dzień takich problemów

      2. szuka miejsca, gdzie mógłby blog przenieść

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (59) Pokaż komentarze do wpisu „Nur für die Katholiken”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 maja 2014 20:31
  • środa, 28 maja 2014
    • Bez



      Ukraina spływa krwią, Europa sama rżnie gałąź, na której siedzi, leje jak z cebra, ciśnienie takie, że nawet kot się nie podnosi z kanapy. Jak nie gorąco, to gorąco i duszno, jak nie duszno, to duszno i parno - przy takiej pogodzie i w takiej atmosferze należy spodziewać się rzeczy strasznych i ostatecznych: Uniwersytet Jagielloński przyzna doktorat honoris causa Conchicie z Wiednia, ojciec Rydzyk wystąpi na następnym festiwalu Eurowizji z chórem Aleksandrowa, J.K.M. zostanie pełnomocnikiem rządu do spraw osób niepełnosprawnych (we własnym dobrze rozumianym interesie), bracia Karnowscy w proteście przeciwko Jaruzelskiemu dadzą się zakopać razem z nim żywcem na Powązkach (inaczej nigdy tam się nie załapią), a posłanka Pawłowicz oświadczy się profesorowi Bartoszewskiemu i zostanie przyjęta.

      Jednym słowem: apokalipsa. Zgnębiony autor rozważa oderwanie się od Polski i ogłoszenie Sadowej Republiki Szlacheckiej (ludowe mu obrzydły) lub dobrowolną emigrację na Falklandy, gdzie baranów też dużo, ale nie w parlamencie i w mediach. Ewentualnie kupno pół litra i wypicie na spółę z Behemotem, który ma tę zaletę, że pije tyle, co kot napłakał, ale nie jest lustrem. Zjazd totalny, beznadzieja i zamach stanu w Tajlandii. Jak tu nie dostać depresji, torsji i dymisji?

      A jeszcze z miasta B. rodzice donoszą, że kawałek trawnika pod oknami przerobili im na parking i przy tym wycięli krzak bzu. Bez ten był tym właśnie bzem, który w maju witał wszystkich wchodzących do klatki, pachniał oszałamiająco i romantycznie oraz praktycznie jak najbardziej, bo rósł obok śmietnika. Owszem, każde miejsce parkingowe w tych okolicach jest na wagę złota, a chamstwo miejscowe i tak wjeżdża na trawniki, więc parking legalny, powstały za zgodą i w porozumieniu, w interesie i na rękę, jest lepszy od dzikiego, ale... bzu nie ma. Bez nie kwitnie, nie wita i nie pachnie. Wykopał go sąsiad, bo to inicjatywa sąsiedzka była, administracja ograniczyła się w swym majestacie do wydania zgody i machnęła ręką, zostawiając machanie szpadlem podległej sobie ludności. Frakcja matek z dziećmi i staruszków niezmotoryzowanych popatrywała na „parkingowców” z niechęcią, ale nie podejmowała czynnej walki, być może czekając jesieni, kiedy zmrok szybciej zapada i można karoserię komuś bezpiecznie porysować.

      - Nie ma już bzu naszego, nie ma już ci osłody majowej starości naszej, synu mój jedyny – płakała matka w słuchawkę do syna swego odległego o 250 kilometrów. Ojciec milczał, ciotka pomstowała po cichu, bo rodzina zmotoryzowana wprawdzie, ale bzu żal.

      - Straszne, niesprawiedliwe, okropne! – odpowiadał autor. - Co poradzisz, czasy takie, najpierw topole wam wycięli, teraz bez... podłość ludzka nie ma granic.

      - Niedługo wszystkich nas szlag trafi – podsumowywał milczący ojciec, znany żartowniś i optymista. Czyli – znowu depresja, torsje i dymisja, ergo – Powązki lub Falklandy.

      I tak by pewnie narzekali i jęczeli jeszcze długo, a może nawet przyzwyczailiby się do tego, że następne lata spędzą na bezbziu i z woniejącym w upały śmietnikiem, gdyby nie pomysł matki autora, w której w wieku lat 75 zagrała krew litewskich przodków, kombatantów Powstania Styczniowego i Monte Cassino, żeby „szpadlem odebrać, co nam obca przemoc wzięła”, czyli po prostu obok posadzić bez całkowicie nowy, własnym sumptem – co stanowiło całkiem zachęcającą alternatywę dla rzucania złych spojrzeń w kierunku sąsiadów-inicjatorów parkingu. W spisek wciągnęła siostrę (lat 76) oraz męża (lat 74), pierwsza została wysłana na zwiady do ogrodnika w celu wytypowania krzaczka, a drugi miał brać udział w akcji jako szofer i siła fizyczna. Spiskowcy również postarali się o zgodę administracji, a gdy przyszło co do czego, szpadel pożyczyli od sąsiada, tego samego, który stary bez wykopał. Wczoraj weszli w posiadanie krzaczka bzu za 15 złotych, przywieźli go na miejsce i wkopali nieopodal nowego parkingu.

      Można powiedzieć, że wszyscy są zadowoleni, zarówno zwolennicy parkingu, jak i stronnicy bzu (nie mówiąc o administracji, która nie musiała robić nic, bo ludzie zrobili wszystko za nią). Okazało się, że można mieć jedno i drugie, więc wszyscy kłaniają się sobie z uśmiechem po staremu, samochody stoją nieporysowane, a bez w przyszłym roku ani chybi zakwitnie, czego i Państwu życzę serdecznie.




      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (108) Pokaż komentarze do wpisu „Bez”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 28 maja 2014 18:38
  • wtorek, 27 maja 2014
    • Program TV Republika


      • 06:00

      KUCHNIA POLSKA – PROGRAM CEZAREGO GMYZA

      Jak zrobić „Kapuchę po smoleńsku”

       

      • 06:30

      KONTRA – MAGAZYN HISTORYCZNY PIOTRA ZYCHOWICZA

      Cała prawda o generale Jaruzelskim – agencie gestapo i członku UPA


      • 07:00

      POLSKA NA DZIEŃ DOBRY...

      Codzienny wykaz zbrodni i zaniechań planowanych przez Tuska

       

      • 07:30

      KALENDARZ HISTORYCZNY

      „Dokładnie rok temu podpaliłem Tęczę” – wywiad z kombatantem wyklętym

       

      • 07:45

      DZISIAJ - SERWIS INFORMACYJNY

      A w nim między innymi najnowszy reportaż ze stanu wojennego

       

      • 07:55

      CHŁODNYM OKIEM

      Rafał Ziemkiewicz miażdży spojrzeniem Michnika

       

      • 08:00

      PROSTO W OCZY cz. I

      Piotr Lisiewicz z „Gazety Polskiej” mówi prosto w oczy J.K.M „Ty głupi ruski chuju”, na co J.K.M prosto w oczy odpowiada „Jest pan debilem”

       

      • 08:30

      GOSPODARKA NA DZIEŃ DOBRY

      Eksperci o załamaniu cen kwater na Powązkach po ewentualnym pogrzebie Jaruzelskiego

       

      • 08:45

      CHŁODNYM OKIEM

      Rafał Ziemkiewicz nadal miażdży wzrokiem Michnika

       

      • 09:00

      PROSTO W OCZY cz. II

      J.K.M. mówi prosto w oczy Piotrowi Lisiewiczowi „Jest pan debilem”, na co Lisiewicz odpowiada „Ty głupi ruski chuju”

       

      • 09:15

      DZISIAJ - SERWIS INFORMACYJNY

      A w nim najnowsze zdjęcia z maskary górników na Wybrzeżu w 1970 r.

       

      • 09:45

      KULTURA NA DZIEŃ DOBRY

      Piotr Gociek (publicysta „Do Rzeczy”) rozmawia z Tomaszem Adamkiem o tym, jak kulturalnie bić pedałów i czy lesby całuje się w rękę. Maciej Maleńczuk śpiewa im do wtóru, a Kazik Staszewski donosi na tatę

       

      • 10:00

      STUDIO REPUBLIKA - MAGAZYN EWY STANKIEWICZ I TOMASZA SAKIEWICZA

      Ewa Stankiewicz prezentuje skandaliczne zdjęcia prezydenta, który na trzeźwo wysikał się w Lasku Bielańskim pod brzozą. Tomasz Sakiewicz przepytuje sędziego Andrzeja Kryże, na jak długo Bronisław Komorowski powinien pójść za to do więzienia

       

      • 10:50

      WOLNE GŁOSY - PASMO PUBLICYSTYCZNE

      Rafał Ziemkiewicz z kolegami niepokornymi rozsmarowuje na podłodze uprzednio zmiażdżonego wzrokiem Michnika, potem zaś odbywa się polowanie na Lisa z nagonką, na koniec dyskusja o satanistycznych elementach w wystroju mieszkania Owsiaka

       

      • 14:30

      MAGAZYN FILMOWY - KRZYSZTOF KŁOPOTOWSKI RECENZUJE

      Dziś: piękny film Antoniego Krauze o zamachu smoleńskim, który nie powstał

       

      • 15:00

      POLITYCZNA KAWA – MAGAZYN TOMASZA SAKIEWICZA

      Program, w którym Tomasz Sakiewicz oblewa wrzącą kawą z szamba zdrajców narodu polskiego

       

      • 15:30

      LITERATURA NA TRZEŹWO – MAGAZYN MATEUSZA MATYSZKOWICZA

      Premiera II tomu książki „Resortowe dzieci” Doroty Kani, Macieja Marosza i Jerzego Targalskiego pod tytułem „Resortowi powinowaci”

       

      • 16:00

      DZISIAJ - SERWIS INFORMACYJNY

      A w nim relacja na żywo z miejsca, w którym kiedyś stało ZOMO

       

      • 16:20

      WOLNE GŁOSY - POLITYCY – EKSPERCI – KOMENTATORZY – POPOŁUDNIE

      Eksperci, politycy i komentatorzy oceniają efekty zmiażdżenia i rozsmarowania Michnika, garbują skórę upolowanego Lisa, a ksiądz Małecki egzorcyzmuje film z mieszkania Owsiaka

       

      • 19:00

      BRONISŁAW WILDSTEIN PRZEDSTAWIA – PREMIERA

      Bronisław Wildstein w ramach cyklu „Współczesne Autorytety” przeprowadza wywiad sam ze sobą

       

      • 19:45

      DZISIAJ - GŁÓWNE WYDANIE SERWISU INFORMACYJNEGO

      A w nim reportaż z Jedwabnego – świadkowie opowiadają, jak żydowscy dywersanci spalili im stodołę

       

      • 20:20

      PODSUMOWANIE POLITYCZNE DNIA – WIECZÓR

      Wykaz codziennych zwycięstw prezesa Kaczyńskiego nad Tuskiem

       

      • 21:00

      GLOBALNA PERSPEKTYWA

      Ksiądz Dariusz Oko i posłanka Beata Kempa demaskują globalny spisek genderystyczny, dziś USA. Pani poseł: Czy prezydent Ameryki ma gender? Ksiądz Oko odpowiada: Obama!

       

      • 23:45

      DOKUMENT W REPUBLICE

      „Pastuch czy profesor?” - demaskatorska biografia Władysława Bartoszewskiego autorstwa Anity Gargas. Następnie rozmowa z poseł Pawłowicz o języku nienawiści i przemyśle pogardy mainstreamowych mediów

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (92) Pokaż komentarze do wpisu „Program TV Republika”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 maja 2014 15:31
  • poniedziałek, 26 maja 2014
    • Ballada o Januszkach

       

      Ballada o Januszku” to taki serial jest z lat 80., na podstawie książki Sławomira Łubińskiego, gdzie biedna mamusia sprzątając żyły sobie wypruwała, żeby synkowi niczego nie brakowało. Im bardziej wypruwała, tym Januszek stawał się zimniejszym draniem, egoistą i bandziorem, a ona bardziej się go bała. I słusznie, bo synuś mamusię lał, był złodziejem i skończył jako morderca.

      III RP toczka w toczkę przypomina panią Smoliwąsową, która sama sobie wyhodowała socjopatę i kryminalistę, poświęcając dla niego najlepsze lata i wszystkie siły. Obecnie jesteśmy w trakcie emisji odcinka, w którym 72-letni Januszek mamusię zbluzgał i grozi rękoczynami, bo okazało się, że ma mnóstwo młodszych klonów, które na braciszka zagłosowały i dlatego czuje się na tyle silny, że grozi przejęciem władzy w domu oraz wsadzeniem do więzienia wszystkich „złodziei”, czyli polityków i jakichś tam „elit”.

      Prostacko „darwinowsko-smithowska” wizja świata, jaką oferuje nam od 25 lat co najmniej Janusz Korwin-Mikke, nigdy nie zwycięży w żadnych wyborach, bo nie może – elektorat złakniony tych bzdur siłą rzeczy jest ograniczony i większość odpływa z niego w sposób naturalny w procesie dojrzewania i zmiany swojej roli w społeczeństwie, kiedy zmuszona zostaje do docenienia solidarności społecznej na poziomie choćby podstawowym i dostrzega, że wielbiona przez nich „eugenika ekonomiczna” (nie tylko ekonomiczna), delikatnie mówiąc, nie faworyzuje ich osobiście (doskonałym punktem do takiej przemiany jest schronisko dla bezdomnych po eksmisji z niespłaconego mieszkania). Przedsiębiorców z kolei, którzy tęsknią za takimi rozwiązaniami, też nie ma tak wielu, bo wiedzą, że wprawdzie aparat państwowy szkodzi, ale i czasem pomaga. Jest tak we wszystkich cywilizowanych krajach i pies z kulawą nogą na co dzień nie przejmuje się Korwinami tego świata, bo nie ma czym. Ale w Polsce, okazuje się, jest czym się przejmować, ponieważ procent korwinoidów przekroczył średnie dopuszczalne stężenie i grozi zatruciem środowiska.

       

      Hodowla korwinoidów

       

      Korwinoidy, jak wspomniałem, nigdy nie zdobędą większości, bo – w chamskim uproszczeniu – zawsze będzie więcej biednych niż bogatych. Nie znaczy to, że nie są w stanie nabruździć w perspektywie taktycznej i zainfekować tkanki społecznej nowotworem egoizmu na stałe, co może mieć skutki katastrofalne, bo korwinoid, któremu udaje się wygrać wyścig szczurów, odbiera swój sukces jako potwierdzenie swoich poglądów i zaraża w przekonaniu ewangelicznym, że ma rację. Cały okres transformacji ustrojowej w Polsce, jej metody i cele, sprzyjają hodowli korwinoidów. W Polsce nie istnieje społeczeństwo, lecz zbiór jednostek, które indoktrynowane są od poczęcia, że są najważniejsze na świecie i muszą sobie w nim same poradzić, a jedynym kapitałem, jaki do tego mają, są kły i pazury, za które płacą jedyne osoby na świecie, które korwinoida hołubią, czyli jego rodzice. Rodzina jest maksymalnym horyzontem korwionoida. Reszta świata to konkurenci lub hołota godna pogardy.

      Obecny wysyp korwinoidów pewnie dało się przewidzieć. Dojrzewa nam właśnie pokolenie, które nie zna ani komuny, ani IV RP. Paradoksem jest to, że teoretycznie w obecnych warunkach powinien następować rozkwit młodych socjałów, oburzonych i innych „lewaków” antysystemowych – tymczasem nic z tego, lewica kurczy się i niknie, a prawica ma się dobrze. No ale skąd mają się brać „lewacy”, skoro Polacy nie ufają jakimkolwiek formom organizacji społecznej (w pewny sensie relikt komuny, ale i klęska wolnej Polski przede wszystkim), nie mają do siebie zaufania, a już polityki to w ogóle nie poważają, bo tam „sami złodzieje”, a poza tym nikt nie uczy ich współdziałania, ale tylko i wyłącznie rywalizacji. Prowadzi to zaniku empatii, atrofii aktywności społecznej i skupieniu się tylko i wyłącznie na realizacji celów osobistych. Młody Polak korwinoid raczej siedzi przy komputerze w domu, nie wychodzi na podwórko, a jego grupa jest raczej czymś w rodzaju reality show, gdzie się walczy o punkty i prestiż – a nie współdziała, jak kiedyś w „Chłopcach z Placu Broni” (te klimaty zarezerwowane są dla pogardzanych kiboli). Znamienne, że jedynym protestem, który zdołał wypędzić młodych na ulicę, była sprawa ACTA. Natomiast kwestia podniesienia wieku emerytalnego wygoniła na ulice staruchów, których de facto nie dotyczy. Stare powiedzenie „kto za młodu nie był socjalistą, na starość będzie łajdakiem” obowiązuje, tylko socjalistów już prawie nie ma. Rośnie nam pokolenie łajdaków (sami im dajemy niezgorszy przykład).

      Kult osobistego powodzenia, siły i egoizmu, wrogość do innych, „obcych” i „gorszych”, opór każdej władzy przed zmianami obyczajowymi (i dysproporcja między nowoczesnością techniczną a obyczajową), histeria wobec jakichkolwiek programów równościowych, sprowadzenie przez prawicę języka sporu do rynsztoka (tak, przez prawicę, odzew z drugiej strony jest proporcjonalnie niewielki), pogarda wobec wszystkiego, co odstaje od „normy” (całkowicie fikcyjnej, rodem z kazań księży i seriali), bezkarność chamstwa i negowanie faktów wrzaskiem ideologów – to w skrócie nawóz, na którym wyrosły obecne korwinoidy. Młody egzemplarz widzi, że odkąd świadomie pamięta, toczy się spór wariatów smoleńskich z niemrawym „establishmentem” i zaczyna gardzić jednymi i drugimi (pierwszymi za głupotę, drugimi za nieskuteczność). Jednocześnie sam pełen jest przesądów i zabobonów (bo jednak nasiąka nimi – czerpie je z domu i ze środowiska – na przykład z uczelni, które przestały być ogniskami oświecenia, a stały się ośrodkami scholastyki ciemnogrodzkiej), które jednak uważa za wartości „rewolucyjne”, bo widzi, że można w przestrzeni publicznej wygłosić w Polsce każdą bzdurę i zawsze znajdzie ona swoich obrońców, a kłamca i potwarca nigdy nie zostaje ukarany. Ba! - nikt już się nie wstydzi wygłaszać horrendalnych idiotyzmów, lecz wręcz przeciwnie – chce, aby były one równoprawnymi „poglądami”. Dlaczego więc korwinoid ma wstydzić się tego, że kobieta jest głupsza od mężczyzny i lubi jak ją „troszkę gwałcić”, kaleka jest gorszy i powinien siedzieć w domu, a bezdomny to pasożyt do odstrzału? Skoro tzw. autorytety mówią, że feministki i dzieci winne są temu, że księża gwałcą, a Żydzi temu, że ich gazowali i pokazują to mediach bez słowa komentarza, to znaczy, że hulaj dusza – piekła nie ma.

       

      Korwinoid utrwalony

       

      Socjopata, który nie odczuwa żadnej empatii wobec innych członków społeczeństwa (być może poza swoją sferą), nie czuje żadnej więzi z państwem, które traktuje jak nocnego stróża i nie ma żadnych wobec niego obowiązków (prócz podatków, niewielkich rzecz jasna), jest dla społeczeństwa groźny. Tymczasem w Polsce wytworzył się mechanizm promujący i utrwalający takie postawy (szkoła, rynek pracy, stosunki międzyludzkie). I w PiS, i w PO sporo jest byłych wyznawców Korwina, a mury uczelni opuszczają skorwinieni lekarze, prawnicy i inżynierowie. Wyposażeni czasem w świetną wiedzę, ale kompletnie niedojrzali emocjonalnie i pozbawieni uczuć wyższych (mają ich atrapy), niezdolni do nawiązywania więzi. To oni kiedyś staną się „elitą” i będą mieli decydujący głos w sprawach tego kraju. Strach pomyśleć, jak go urządzą i co zrobią z pogardzaną przez siebie hołotą, czyli nami wszystkimi, którzy jak pani Smoliwąsowa harujemy na ich edukację i dobry start. Nasze „Januszki” już przebierają nóżkami, żeby spuścić nas ze schodów i pokazać nam, że „Teraz, kurwa, my”.

      J.K.M. to "liberał peerelowski", antysemita, populista, homofob i mizogin, zbiór fobii i neuroz - nawet wyposażony w status eurodeputowanego i immunitet, nie rozwali Unii Europejskiej ani Polski, ale niewątpliwie zatruje umysły wielu młodych ludzi, nasze media mainstreamowe nie zrezygnują na pewno z szansy na takie widowisko, jakim są wygłupy tego zmęczonego błazna z niewyleczoną wadą wymowy (jedno ze źródeł jego kompleksów), zamiast dać mu solidarnie szlaban. Tymczasem ten człowiek jest znacznie groźniejszy od wszystkich Lepperów, gdyż demoralizuje potencjalną inteligencję.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (107) Pokaż komentarze do wpisu „Ballada o Januszkach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 maja 2014 14:02
  • niedziela, 25 maja 2014
    • Generał w labiryncie

       

      Zmarł generał Wojciech Jaruzelski. Zaraz zaroi się od wspomnień i ocen, bo postać to niezwykła – szlachcic i katolik nawrócony na komunizm, klasyczny polski antysemita (nie różnił się od polskiej średniej w tych czasach), który na starość antysemityzmu się wstydził. Nie zdążył do Andersa, poszedł do Berlinga. Był abstynentem, co wyróżnia go spośród polityków bardziej niż ciemne okulary (śnieżna ślepota, której nabawił się na zesłaniu w ZSRR) i wprowadzenie stanu wojennego (o którym, jak wspomina w swych zapiskach cudowny Zygmunt Mycielski, co bardziej przytomni solidarnościowcy mówili, że „uratował nas przed kompromitacją”).

      Nie zamierzam tu się wikłać w historyczne spory: daleko mi do chwalców Jaruzelskiego, bo jesteśmy z zupełnie innych parafii – nienawidziłem systemu, ale jeszcze dalej, nieskończenie dalej do prawicowych hunwejbinów, którzy widzą w nim „krwawego namiestnika Moskwy i zdrajcę”. W latach 80. traktowałem generała jako „osobistego wroga”, widziałem go jednowymiarowo, jakiś czas po 89. roku przeszedłem na pozycje wyrażone zdaniem Michnika: „Odpierdolcie się od generała” (co zostało wyrwane przez prawicę z kontekstu i używane jest podobnie kłamliwie jak „człowiek honoru” o Kiszczaku czy „gruba kreska” Mazowieckiego). Jaruzelski, według swych wrogów i przyjaciół, był człowiekiem bezdyskusyjnie osobiście uczciwym i honorowym. Był ideowym komunistą, który dorósł do tego, żeby bezkrwawo oddać władzę i walczyć o to z potężnym sprzeciwem wielkiej części PZPR, SB i armii. Pamiętajmy, że Związek Radziecki jeszcze trwał. To jedno zapewnia mu miejsce w historii.

      Zaraz zlecą się sępy i hieny, które od dawna krążyły nad umierającym generałem i zacznie się obrzydliwy „taniec tanich Rejtanów”, którzy będą rozdzierać koszule (a raczej rozpinać uważnie, żeby guzików nie pogubić, bo ciuszki markowe) w „niepokornych” mediach, żeby Boże broń nie chować Jaruzelskiego z honorami na jakichś Powązkach, lecz „odesłać jego zwłoki do Moskwy, żeby wmurować je koło prochów Stalina” (tak już pisano). Zanim więc zamilkniemy w zdumieniu i zgorszeniu, opowiem króciutką anegdotę o tym, jak generała poznałem i co z tego wyszło.



      W 1992 roku redakcja wysłała mnie na spotkanie z Wojciechem Jaruzelskim, jakie odbywało się z okazji promocji jego książki Stan Wojenny. Dlaczego..., ktoś jednak źle zapisał termin konferencji prasowej i zjawiłem się już w chwili, kiedy było po zawodach, a generał podpisywał książkę czytelnikom. Byłem wkurzony, ale przysiadłem obok i zacząłem obserwować, kto przychodzi po autograf i jak się zachowuje. Poza tym pierwszy raz z tak bliska widziałem mojego „wroga” - symbol komuny. Ogonek chętnych był długi, wystawał z księgarni na ulicę. Zdarzali się żołnierze i milicjanci w mundurach (ale b. młodzi, tacy w moim wieku)), którzy trzaskali obcasami i stawali na baczność, sporo było emerytów o wyglądzie zasłużonych działaczy, ale znakomita większość to byli zwykli ludzie w różnym wieku, którzy do generała odnosili się z szacunkiem. Jaruzelskiego pilnowało dwóch borowców, ale nie mieli nic do roboty – kolejka stała karnie i nikt nie tylko nie odnosił się do autora książki z jakąś agresją (pamiętajmy, że kilka lat później Jaruzelski oberwał od jakiegoś człowieka cegłą w podobnych okolicznościach), ale mnóstwo osób dawało wyraz swojej sympatii. Mnie, młodego dziennikarza (w zawodzie od niecałego roku), który kilka razy dostał „za komuny” pałą i był jednoznacznie „anty”, cała ta atmosfera nie tyle dziwiła, co dawała do myślenia. Poza tym szczęka mi opadła do ziemi, kiedy bezczelnie powiedziałem do organizatora promocji, że spóźniłem się na konferencję i proszę o to, by generał zechciał znaleźć dla mnie czas po zakończeniu rozdawania autografów, a Jaruzelski się zgodził i zaprosił do pokoju na zapleczu, gdzie spokojnie go „wywiadowałem” blisko godzinę (22-letni gówniarz byłego prezydenta).

      Wróciłem potem do redakcji i machnąłem długi tekst, zadowolony z siebie jak cholera. Kiedy go oddałem, wezwał mnie mój szef i delikatnie zaczął mnie namawiać do tego, żebym „inaczej” opisał to, jak ludzie odnosili się do generała, bo „sam rozumiesz, to dziwnie wygląda”. Oczywiście odmówiłem. Więc szef „zredagował” mój tekst po swojemu i puścił jego ogryzek z moim podpisem. Akcja toczyła się w redakcji jednego z dodatków lokalnych „Gazety Wyborczej”, z którym niedługo rozstałem się ostatecznie, bo „sam zrozumiałem, że to dziwnie wygląda”.

      A generał? Niech spoczywa w spokoju.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (44) Pokaż komentarze do wpisu „Generał w labiryncie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 maja 2014 19:15
  • sobota, 24 maja 2014
    • Okiem wroga ludu*

       

      Rozmowa z prawdziwym wrogiem ludu, czyli wietnamską opozycjonistką z polskim obywatelstwem Ton Van Anh**, działaczką Stowarzyszenia Wolnego Słowa i dziennikarką.

      W Wietnamie od początku maja dochodzi do masowych protestów, które rozpoczęły się po tym, jak Chińczycy przyholowali swoją platformę wiertniczą w okolice należących do Wietnamu Wysp Paracelskich, które armia ChRL opanowała w 1974 roku, mordując kilkudziesięciu żołnierzy Republiki Wietnamu (tzw. Wietnamu południowego). W rejonie znajdują się bogate złoża ropy i gazu. W mediach wydarzenia w Wietnamie przedstawiane są jako wybuch wietnamskiego nacjonalizmu, zginęło kilkunastu Chińczyków, a ponad 3000 ewakuowano do ojczyzny.



      A.A.: W mediach piszą, że nacjonalizm grasuje po Wietnamie i morduje Chińczyków, ogółem 21 ofiar śmiertelnych, a kilka godzin temu 67-letnia kobieta dokonała w Sajgonie samospalenia w proteście przeciwko „chińskiej inwazji”, czyli 22. Czyżby Wietnamczycy to straszni nacjonaliści?

       

      Van Anh: Nie więksi niż Polacy. Myślę, że oba narody czułe są na punkcie swojej niezależności i suwerenności. Z tym że rozbiory w Polsce trwały 123 lata, a Chińczycy okupowali Wietnam 1000 lat. Ostatnia wojna między oboma krajami miała miejsce pod koniec lat 70. XX wieku, a w powszechnym odczuciu Wietnamczyków od połowy lat 90. kraj stał się po prostu chińską półkolonią na skutek absolutnego skorumpowania komunistycznego reżymu przez Chińczyków.

       

      A.A.: To nie przesada?

       

      V.A.: Chińczycy, którzy są największymi inwestorami zagranicznymi w Wietnamie, opłacają komunistyczny rząd, który z kolei usuwa siłą dziesiątki tysięcy chłopów z terenów przeznaczonych pod inwestycje – całe strefy ekonomiczne, pojedyncze fabryki, hotele i pola golfowe, wywłaszczenia odbywają się także w miastach. Poza tym reżym dba o to, by płace dla wietnamskich robotników były „konkurencyjne”, czyli jak najmniejsze, nie ma tu znaczenia, czy fabryka jest chińska, czy koreańska, ale chińskich jest po prostu najwięcej. Wyspy Paracelskie to jedynie symboliczna iskra, beczka prochu dawno już stała gotowa do wybuchu.


      A.A.: Podobno rząd nie zabraniał na początku protestów?

      V.A.: Po pierwsze: protesty antyrządowe tak naprawdę trwają już od wielu miesięcy i wcale nie zaczęły się w chwili, kiedy Chińczycy przyholowali tę platformę – wtedy po prostu nabrały takiej skali i formy, że wzbudziły echo w międzynarodowych mediach. Ponieważ eskalacja nastąpiła w tym akurat momencie, zostały napiętnowane mianem „nacjonalistycznych”. Tymczasem każde wystąpienie antychińskie w istocie skierowane jest przeciwko reżymowi komunistycznemu, bo Wietnamczycy wiedzą, kto tak naprawdę służy chińskim interesom. To propaganda rządowa usiłuje nadać protestom jednoznacznie nacjonalistyczny charakter i sterować „gniewem lud” tak, aby odwrócić go od siebie. Rząd stworzył nawet własnych „licencjonowanych” demonstrantów, którzy odróżniają się od autentycznych tym, że występują z rządowymi flagami. To właśnie ci „oflagowani” mordują obywateli Chin, ale jest ich zdecydowanie mniej niż prawdziwych. Po drugie: wszystkie autentyczne demonstracje pacyfikowane są z niesłychaną brutalnością od samego początku, a uczestników masowo się aresztuje i skazuje na więzienie. Podobnie zresztą traktowani są ci, którzy sprzeciwiają się chińskiej agresji w swojej publicystyce (poza zasięgiem cenzury) i twórczości artystycznej. Nigdy dotąd antychińskie demonstracje nie łączyły się z przemocą ze strony demonstrantów!

       

      A.A.: I co potem z demonstrantami?

       

      V.A.: Za wystąpienia przeciw władzy idzie się do więzienia albo obozu koncentracyjnego. W Wietnamie jest około 400 oficjalnych więźniów politycznych, ale kilkadziesiąt tysięcy więźniów politycznych siedzi z „paragrafów kryminalnych” lub w obozach na podstawie decyzji administracyjnych. Na podstawie takiej decyzji można przetrzymywać człowieka 3 lata. Rodzina nawet nie wie, co się z nim dzieje. Popatrz: to wpis na fejsie od syna, którego matka, aktywistka ruchu przeciwko odbieraniu ziemi Wietnamczykom, kilka tygodni temu „znikła”, czyli ją zamknęli. Standardowo zniknięcie trwa rok. Ale często ludzie znikają na zawsze. Ostatnio wsadzili do więzienia kilkunastu niezależnych blogerów, którzy są motorem protestów i wraz z nielegalnymi, zdaniem władz, organizacjami pozarządowymi nadają im charakter walki o prawa człowieka i obywatela, a nie nacjonalistycznej gorączki.

       

      A.A.: Blogerzy są aż tak niebezpieczni?

       

      V.A.: To potężna siła – jedynym niekontrolowanym przez władze medium jest Facebook. Jednoczy i napędza młodych. Na fejsie mam ponad 4000 „znajomych” z Wietnamu, wszyscy nieustannie piszą. Ci sami ludzie organizują protesty, piszą korespondencje poza cenzurą, monitorują losy aresztowanych, organizują pomoc dla ich rodzin.

       

      A.A.: Właśnie widzę, że nie wypuszczasz telefonu z rąk...

       

      V.A.: Oprócz dodawania im otuchy, muszę patrzeć cały czas, czy znowu ubecja nie założyła mi fałszywego profilu... Oni nie grzeszą wyrafinowaniem.

       

      A.A.: ?

       

      V.A.: Taka ciągła zabawa w kotka i myszkę, jak wiesz, rząd Wietnamu uznał mnie oficjalnie za wroga ludu, a kogoś takiego trzeba kompromitować – każdy sposób jest dobry. Aktualnie prawdziwy profil to: https://pl-pl.facebook.com/tonvananh?group_id=0 – tam jestem w białym swetrze, jeszcze nie zdążyli sfałszować, ale generalnie zawsze można odróżnić prawdziwy od podrobionego po tym, że na pierwszym jest o wiele więcej wpisów.

       

      A.A.: Powiadasz, że prawdziwi demonstranci nie niosą żadnych flag, tymczasem w ubiegłą niedzielę przez Warszawę spod chińskiej ambasady pod kolumnę Zygmunta przeciągnął „marsz 4000 czerwonych sztandarów” - Wietnamczycy z Polski manifestowali solidarność z komunistycznym rządem.

       

      V.A.: Większość warszawskich manifestantów poszła tam w dobrej wierze, żeby protestować przeciw zaborowi terytorium kraju. Flag Kominternu (obecna flaga państwowa SRW) nie przynieśli ze sobą… Bolesne jest, że w ważnej sprawie odbyła się szopka, zamiast potrzebnego naprawdę wezwania wietnamskiego reżymu komunistycznego, żeby zaczął reagować na chińskie uzurpacje terytorialne i przestał represjonować za udział w podobnych manifestacjach na terenie kraju.

      W Polsce jest ponad 30 tysięcy Wietnamczyków, z tego połowa legalnie, a wszyscy oni tak naprawdę, z wyjątkiem tych, którzy mają polskie obywatelstwo, są na łasce ambasady – od komunistów zależy to, czy w Polsce zostaną, czy będą mogli tu pracować i co się stanie z ich rodzinami w kraju. Znasz mój przypadek i wiesz dobrze, że ambasada po prostu odmówiła mi przedłużenia paszportu i gdyby nie akcja życzliwych mi Polaków i nadanie mi obywatelstwa przez prezydenta Komorowskiego , sama mogłam zostać deportowana i trafić na „reedukację”. Tu, paradoksalnie, trzeba być bardziej lojalnym niż w Wietnamie. Z kolei ci, którzy są nielegalnie, zadłużeni są u wietnamskiej mafii, która wspólnie z Urzędem Bezpieczeństwa organizuje przerzuty przez zieloną granicę, każdy z nich ma minimum 10 tysięcy dolarów pseudo - długu i nawet nie ma paszportu – w każdej chwili mogą zostać deportowani. Polskie rządy niestety od lat pomagają wietnamskim komunistom w trzymaniu emigracji za mordę i pośrednio przyczyniają się do tego, że handel ludźmi kwitnie.

       

      A.A.: A jak Polska pomaga komunistom?

       

      V.A.: Dobrze wiesz, że w ośrodkach dla uchodźców wietnamski wywiad przesłuchuje bez obecności polskich służb wietnamskich uchodźców, zatrzymanych przez Polaków. Rzekomo pomaga w ustaleniu ich tożsamości, a w praktyce decyduje o ich losie i nieraz usiłuje werbować do współpracy szantażem. Straż Graniczna od lat temu zaprzecza, tymczasem uchodźcy mówią o tym, że wietnamska ubecja ma nawet dostęp do polskich akt. To nie tylko łamanie zasad umowy polsko-wietnamskiej - nb. skandalicznej, bo jak demokratyczne państwo prawa może w ogóle współpracować z policją polityczną komunistycznego reżimu? - to także łamanie konwencji genewskiej, która mówi, że nie można umożliwiać dostępu do uchodźców funkcjonariuszom służb krajów, z których ci ludzie uciekli. Znamienne, że na ponad dwa tysiące wniosków o nadanie statusu uchodźcy złożonych w ostatnich latach pozytywnie rozpatrzono 4.

       

      A.A.: A co z handlem ludźmi?

       

      V.A.: Bardzo trudno dostać polską wizę, Wietnamczycy, którzy mają tu legalny pobyt i prowadzą interesy, płacą podatki i są „wzorowymi imigrantami”, w wielu przypadkach nie mogą ściągnąć nawet swoich najbliższych – mąż żony, żona męża, rodzice dzieci... Z kolei firmy, które chcą zatrudnić Wietnamczyków, nawet po załatwieniu wszystkich zezwoleń w Polsce, nie mogą się doczekać ich przyjazdu, ponieważ ambasada programowo odmawia wydania wizy, która kosztuje ok. 300 $, desperatom pozostaje więc zapłacenie 10 tysięcy $ ubecji, co w konsekwencji oznacza zdanie się na jej łaskę i niełaskę.

       

       

      *- http://info.wyborcza.pl/temat/wyborcza/van+anh

      ** - Ton to nazwisko, Van Anh (czytaj: "Ań") imię – Jasny Obłoczek

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (79) Pokaż komentarze do wpisu „Okiem wroga ludu*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 24 maja 2014 01:04
  • czwartek, 22 maja 2014
    • „Rudy” pod Monte Cassino


      ***** (genialny)

      Najnowsza superprodukcja Studia Filmowego IPN „Rudy” pod Monte Cassino to polski murowany kandydat do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny – pisze Maciej Pawlicki w „W Sieci”. Rzeczywiście, remake starej komunistycznej agitki zapiera dech w piersiach. Prawdziwe losy polskich pancerniaków, którzy wraz z amerykańskim czołgiem typu Sherman i psem Pelletem (angielski odpowiednik komunistycznego Szarika) ewakuują się wraz z armią generała Andersa z ZSRR, wzruszają i bawią, a efekty specjalne przewyższają produkcje z Hollywood.

      - Jako fan gwiezdnych wojen mogę tylko pozazdrościć twórcom, którym udało się przedstawić prawdziwy patriotyzm w tak nowoczesny i interesujący sposób – mówi zachwycony reżyser Grzegorz Braun. - Scena pościgu za „Rudym”, w której nasi dzielni chłopcy uciekają przed wielkim stalinowskim robotem, którym kierują zbrodniczy enkawudziści Bauman i Michnik, przejdzie do historii światowego kina niepokornego.

      Nie ma się co dziwić zachwytom znanego reżysera, ponieważ za efekty specjalne odpowiedzialny był sam Cezary Gmyz, pirotechnik z zamiłowania i społeczny konsultant zespołu posła Macierewicza do spraw zamachu smoleńskiego.

      - Zawsze ciągnęło mnie do wielkiego kina i trotylu, pragnę podziękować przy tej okazji duetowi reżyserskiemu Antoni Krauze-Ewa Stankiewicz za to, że dali mi szansę na spełnienie chłopięcych marzeń. Na planie zużyliśmy ponad 10 ton materiałów wybuchowych, wyszalałem się za wszystkie czasy – zwierza się skromny jak zwykle Gmyz, który wcielił się również w epizodzie w postać Ireny Anders.

      - Jednym z atutów tego dzieła jest to, że reżyserzy postawili na prawdziwych patriotów, a nie tylko zawodowych aktorów, Gustlik w wykonaniu Bronisława Wildsteina powala autentyzmem, zresztą zawodowcy też nie zawiedli – komentuje Piotr Semka (filmowy Göring, którego nasza dzielna załoga bierze do niewoli, niestety uwalnia go potem rosyjski szpieg zagrany przekonująco przez Pawła Deląga).

      Z filmu przebija historia, jakiej do tej pory nie znaliśmy, a z jakiej możemy być dumni.

      - Stawialiśmy na autentyzm i odkłamanie komunistycznej propagandy – mówi profesor Jan Żaryn, współautor scenariusza (wraz ze swoim synem Stanisławem) kinowego hitu. - Dla nas liczy się prawda i patriotyczny przekaz. Dlatego czasem musieliśmy brutalnie odsłonić kulisy knowań sowietów i wstrząsnąć widzem – choćby w scenie, kiedy Wanda Wasilewska po powrocie z Katynia, gdzie mordowała polskich oficerów, zostaje w nagrodę brutalnie zgwałcona przez Stalina i Berię.

      Nie tylko takich patriotycznych wzruszeń dostarcza dzieło Krauzego i Stankiewicz – nie sposób nie zapłakać, gdy Janek Kos (Jerzy Zelnik) zrywa flagę z sierpem i młotem z ruin klasztoru i zatyka na jej miejscu biało-czerwony sztandar, pies Pellet intonuje „Czerwone maki”, po czym załoga zostaje odznaczona na polu bitwy przez generała Andersa (w tej roli Jarosław Kaczyński).

      Po sukcesie „Rudego” pod Monte Cassino twórcy filmu zapowiedzieli już, że wkrótce ruszą zdjęcia do Rudego II, czyli dzieła opowiadającego o tym, jak dzielna załoga naszego czołgu pomogła wygrać braciom Kaczyńskim Powstanie Warszawskie.

      - To będzie prawdziwa bomba – zapowiada Antoni Krauze.



      Rudy” pod Monte Cassino – produkcja Studio Filmowe IPN

      reżyseria: Antoni Krauze i Ewa Stankiewicz

      scenariusz: Jan Żaryn & Stanisław Żaryn

      zdjęcia: Ewa Stankiewicz

      muzyka: Paweł Kukiz i zespół Konkwista 88

      w rolach głównych:

      Janek Kos – Jerzy Zelnik

      Mary „Foxy” - Halina Łabonarska

      George Saakaszwili – ks. Dariusz Oko

      Gustlik – Bronisław Wildstein

      Czereśniak – bracia Karnowscy

      pies Pellet – kotka Fiona




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (47) Pokaż komentarze do wpisu „„Rudy” pod Monte Cassino”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 maja 2014 21:29
  • środa, 21 maja 2014
    • Czarna magia

       


      Na Sadowej często padamy ofiarą czegoś w rodzaju fluktuacji kwantowej (przekładając topornie na ludzki język: pewne obiekty pojawiają się w miejscach, gdzie ich nie było), ale w skali makro. Proceder ten jest uprawiany nie tylko przez przedmioty martwe - skąd się biorą okulary w lodówce? - albo solniczka w pościeli? - lub pasta do zębów w uchu? - ale i przez byty ożywione jak najbardziej, czyli Behemota przede wszystkim.

      Oto bowiem o godzinie dajmy na to z grubsza 17.31 autor widzi doskonale kota na kanapie i idzie do łazienki, żeby wrzucić coś do pralki (otwartej w celu wietrzenia), a w pralce znajduje kota z kanapy. Lub sytuacja odwrotna w pewnym sensie: autor, tu godzina jest zupełnie obojętna, nigdzie nie widzi Behemota, podnosi się z fotela, żeby sięgnąć książkę i siadając z powrotem powoduje straszny miauk, bo okazuje się, że kot leży na fotelu. Przy czym kocia mina świadczy o tym, że kocisko spało tam już dobry kwadrans.

      O wydarzeniach banalniejszych, typu odnalezienie kota w worku z gazetami przeznaczonymi do wyrzucenia tuż przed wyrzuceniem go do śmietnika, nie ma nawet co wspominać – to zwykła, wcale nie kwantowa codzienność. Także obecność kota - który NA PEWNO wyszedł na dwór - w piekarniku wcale nie musi świadczyć, że zamknął go tam jakiś sadysta Schrödinger lub autor chciał kocisko upichcić lunatykując.

      Ludzie małej wiary powiadają autorowi często i z jakimś tępawym uporem, że te wszystkie „efekty specjalne” to po prostu wynik niedoskonałości obserwatora - suma jego nieuwagi, która jest w tym wypadku eleganckim synonimem sklerozy, wady wzroku oraz nadmiaru zielonej herbaty, która, jeśli spożywać ją w nadmiernych ilościach, powoduje podobno nacisk pęcherza na obszary mózgu odpowiedzialne za widzenie.

      Na ogół zresztą te wszystkie farmazony głoszą osoby, które w życiu słowa z Behemotem nie zamieniły, a jeśli nawet same mają psa czy kota, to z nim nie rozmawiają, lecz jedynie do nich mówią. Cechą szczególną takich ludzi jest to, że, choćbyś włożył okulary i niczego nie pił z wyjątkiem lecytyny, nie sposób na ich ubraniach znaleźć ni psiego, ni kociego kłaczka – jakby całe ich życie w towarzystwie zwierzątka upływało na usuwaniu z siebie śladów jego istnienia. Jest w tym coś, przyznajcie sami, podejrzanego i nieludzkiego.

      Autor, jako realista magiczny, dobrze wie, że nie wszystko da się wytłumaczyć zasadami fizyki, sklerozą i ślepotą. Czasem, kiedy patrzy na Behemota, który wyleguje się na stojących na półce książkach, doskonale widzi, jak kot staje się księgą, by za moment księga stała się kotem.



      http://moon5.files.wordpress.com/2012/10/czarny-kot1.jpg

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (86) Pokaż komentarze do wpisu „Czarna magia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 21 maja 2014 12:33