MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • czwartek, 30 kwietnia 2015
    • Ostatni kosmita

       

      Na Sadowej do autora i Behemota przyszedł sąsiad z 6. piętra, żeby oddać pożyczoną książkę - „Rozmyślania” Marka Aureliusza. Autor z jednej strony cieszył się, bo w człowieku, który oddaje książki, na pewno jest iskierka dobra, z drugiej strony nie miał ostatnimi czasy cierpliwości do cesarza-filozofa. Niewykluczone, że wynikało to po prostu ze zwykłej zazdrości o jego zarobki, stanowisko i popularność (stoicyzm autora nie jest najwyższej próby). Mniejsza jednak o to, bo nie o to chodzi.

      Pan Zenon, czyli dobry sąsiad, po oddaniu książki rozsiadł się na kanapie i milczał. Milczał jednak ewidentnie męcząc się, żeby coś powiedzieć, ale mu nie wychodziło. Milczenie stawało się krępujące.

       

      - Może i dobry z niego człowiek, ale czy aby nie świr? - małodusznie zastanawiał się autor, który, postawiony w niezręcznej sytuacji, brnął w nią dalej szaleńczo, gdyż zaproponował gościowi kawę czy coś.

       

      - Z przyjemnością! - odparł ku utrapieniu autora pan Zenon. I znowu zamilkł.

       

      W kwadrans później kawa uległa wypiciu, gospodarz paplał, Zenon nadal milczał, kot strzygł uszami, napięcie rosło jak na blogu nastoletniej znawczyni mody – najgorsze, że na ścianie nie wisiała żadna strzelba, która mogłaby wypalić w III akcie i rozładować gęstniejącą atmosferę.

       

      Nie było wyjścia, a raczej było jedno:

       

      - Panie Zenonie, o co właściwie panu chodzi? – zapytał desperacko autor. - Szalenie mi przyjemnie pana gościć, ale mam wrażenie, że pan coś chce powiedzieć, ale wydusić tego nie może...

       

      - To prawda, panie autorze-sąsiedzie kochany, nic nie ujdzie pańskiej uwadze – pan Zenon wreszcie coś wydukał z wyraźną ulgą. - Chcę panu coś powiedzieć niesamowicie, ale obawiam się, żeby pan mnie nie wziął za świra!

       

      Wyznanie Zenona

       

      - W życiu, drogi przyjacielu! Skąd ten pomysł? Proszę mówić śmiało! – powiedział autor, myśląc jednocześnie: Matko Boska!

       

      Behemot nie zdzierżył i wskoczył na kanapę, żeby nie uronić ani jednego słowa z zapowiadającej się na ciekawą chryi.

       

      - Przyszedłem się z panem, no i rzecz jasna z panem Behemotem, pożegnać. Dziś odlatuję z Ziemi na zawsze. Jestem, proszę panów, kosmitą... - pan Zenon zaczerwienił się.

       

      - Ach tak? - wtrącił autor i przeraził się nie na żarty.

       

      - Wiem, jak to brzmi, ale proszę mnie wysłuchać do końca – kosmita tym razem nie stracił rezonu i kontynuował. Kontynuował – to trzeba podkreślić – dalej. Jedynie tak można bowiem zaznaczyć moc tej kontynuacji oraz wrażenie, jakie wywarła ona na słuchaczach.

       

      Pan Zenon nazywał się w istocie Ups-aps, pochodził z odległej planety, której nazwa nic nikomu u nas nie powie, więc zachowajmy ją w dyskrecji. Twierdził, że jest skazańcem, który trafił 15 lat temu na Ziemię za karę.

       

      Rozdygotany autor zapytał, jaką zbrodnię popełnił Ups-aps, obmyślając gorączkowo plan ucieczki  przed wariatem i ratunku dla kota. Ale mu trochę przeszło, gdy pan Zenon odpowiedział, że został skazany na 25 lat pobytu na Ziemi za to, że zapomniał o rocznicy ślubu i nie kupił żonie prezentu.

       

      - To u nas jedna z cięższych zbrodni, panie autorze, innych, takich w ziemskim rozumieniu praktycznie się nie spotyka – tłumaczył kosmita. - Żona mi wybaczyła, ale sąd był bezlitosny. Dura lex, sed lex – jak to u was powiadają.

       

      Następnie wyjaśnił, że Ziemia od tysięcy lat była miejscem zsyłki dla setek tysięcy kryminalistów z całej galaktyki, którzy pokutowali tu za swe grzechy. Niektórzy nawet dożywotnio.

       

      - Co pan powie? W literaturze i pop-kulturze ciągle przewijały się podejrzenia, że kosmici są wśród nas. Okazuje się, że to nie były głupoty! - wykrzyknął już mniej przestraszony autor.

       

      - No, nie do końca te teorie były trafne, szanowny sąsiedzie, wy sobie wyobrażaliście najczęściej, że kosmici przylatują tu w celu inwazji i podboju, tymczasem każdy z nas myślał tylko o jednym – żeby stąd zwiać lub doczekać do końca wyroku – sprostował kosmita. - Pojawiały się też pomysły, że kosmitami są wybitne jednostki ludzkie, taki Leonardo da Vinci czy inna Magdalena Ogórek. To też nieprawda. Uwięziony kosmita miał zakaz robienia u was kariery. Byliśmy zwykłymi ludźmi, pracowaliśmy w szkołach, hipermarketach, na pocztach i w bankach. Najgorzej chyba mieli akwizytorzy, choć nauczycielom też nie zazdroszczę. Osobiście miałem szczęście – pracowałem w wodociągach.

       

      - Panie Zenonie, dlaczego w ogóle zsyłano was na naszą planetę i dlaczego, opowiadając o tym wszystkim, używa pan czasu przeszłego? - Behemot nie wytrzymał i zadał głośno pytanie, skądinąd nie ryzykując afery, skoro pytany facet uważał się za kosmitę – takiego gadający kot nie powinien zaskoczyć.

       

      Zwolniony z przyczyn humanitarnych

       

      - Panowie, wybaczcie szczerość, ale prawda jest taka, że w całej galaktyce jesteście uważani za najbardziej zacofane, niezdrowe, zapyziałe, nudne i prymitywne miejsce. Synonim zadupia – Ups-aps rozłożył ręce, żeby podkreślić szczerość swej wypowiedzi. - Kiedy ktoś chce w galaktyce komuś naprawdę ubliżyć, mówi: zachowujesz się jak Ziemianin! Po 15 latach wiem, że to niesprawiedliwa generalizacja i stereotyp, ale nic na to nie poradzę – wszędzie tak właśnie myślą. A czasu przeszłego używam, bo jestem ostatnim więźniem-kosmitą na Ziemi i właśnie uzyskałem przedterminowe zwolnienie. Wracam za chwilę do domu, do żony. Wszystkich innych zwolniono już wcześniej.

       

      - Gratuluję! Fascynujące! A co było tego powodem? - autor zaciekawił się jak kot.

       

      - Nieludzkie warunki odbywania kary, sąsiedzie. Ruch obrony praw istot inteligentnych od dawna twierdził, że zsyłanie przestępców na Ziemię jest niehumanitarne, że to tortury i znęcanie się. Kampania w tej sprawie trwała setki lat i wreszcie przyniosła skutek – pan Zenon nie był w stanie ukryć radości. - Galaktyczna konwencja zakazała zsyłki nowych więźniów na waszą planetę, a tym, którzy już tu trafili, skracano wyroki. Wczoraj odbyła się rozprawa sądu penitencjarnego w mojej sprawie i zapadło postanowienie o moim natychmiastowym zwolnieniu. W sumie zawdzięczam to Ziemianom, a właściwie waszej telewizji!

       

      - A to w jaki sposób? - drążył Behemot.

       

      - Czytaliście program na wielką majówkę w tym roku?

       

      - Nie, jeszcze nie – odparł gospodarz.

       

      - To poczytajcie. W każdym razie mój adwokat podrzucił to sądowi wraz z próbkami znanych i popularnych u was programów rozrywkowych, no i sąd uznał je za tortury dla każdej żywej inteligencji, a tortury są przecież w galaktyce zakazane... Za minutę odlatuję. Żegnajcie!

       

      W minutę później na trawniku przed blokiem wylądował latający spodek. Zwolniony z przyczyn humanitarnych więzień pomachał jeszcze w drzwiach autorowi i Behemotowi, którzy z opadłymi koparami patrzyli na niego przez okno.

       

      Kiedy w jakiś czas później obaj doszli już jakoś do siebie, przeczytali wspomniany przez Ups-apsa program tv na majówkę.

       

      Niestety, spodek już dawno odleciał. Z przerażeniem skonstatowali, że zostali ostatecznie i na zawsze uwięzieni na Ziemi. Pozostały "Rozmyślania". 

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (86) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatni kosmita”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 kwietnia 2015 20:06
  • środa, 29 kwietnia 2015
    • Środa: Śmierć pedałom!

       

      Skandal: ktoś podrobił w dzisiejszej „Wyborczej” felieton profesor Magdaleny Środy. Bo przecież niemożliwe, żeby to pani profesor napisała:

      „Dzielny opór, jaki stawiliśmy armii Nocnych Wilków, przejdzie na pewno do historii polskiego oręża i zajmie w niej miejsce równie poczesne jak pokonanie niemieckiego wroga, który kilka lat temu skrył się w jednym z satyrycznych pism i śmiał porównać prezydenta Lecha Kaczyńskiego do kartofla.”

       

      http://wyborcza.pl/1,75968,17831980,Nie_tedy_droga.html#ixzz3Yg0N1K5M

       

      Czuję, że zaraz pojawi się oświadczenie prawdziwej Środy, w którym przeczytamy, że ona się od Środy z „Wyborczej” odcina i ma nadzieję, że nikt normalny nie uwierzył, że szanowana obrończyni praw kobiet, mniejszości i intelektualistka wypisuje takie rzeczy. Za podrobioną Środą z kolei trzeba wysłać list gończy i złapać, a złapawszy – zedrzeć z niej maskę kupioną zapewne w sklepie ze śmiesznymi rzeczami, pod którą – kto wie? - ukaże się aryjska w 110% twarz kandydata Brauna lub poczciwa wąsem staropolskim fizys szefa jego sztabu wyborczego Wiktora Węgrzyna, „komandora” rajdu katyńskiego polskich motocyklistów. Ci panowie bowiem najgłośniej usiłują wmówić Polakom, że „Nocne Wilki” to są zwyczajni harleyowcy, niewinni jako lelije, którym trzeba pomóc i trzeba ich ochraniać przed polską „rusofobią”.

       

      Słodką tajemnicą osoby podpisującej się jako Środa jest to, w jaki sposób w jej umyśle doszło w ogóle do porównania obu rzeczy i wyciągania z tego porównania wniosków. Kiedy obóz PiS rozpętał rzeczywiście kompromitującą Polskę nagonkę na niemieckie pismo, w którym ktoś zażartował z Kaczyńskich, tzw. mainstream słusznie wyśmiał jako idiotyzm pomysł ścigania autora tekstu i wydawcy, a do braci. K. określenie „kartofle” przylgnęło na stałe. W sprawie „Nocnych wilków” tymczasem nie ma żadnych powodów do śmiechu, chyba że ktoś lubi śmiać się z tego, że:

       

       

      W takiej Finlandii, cierpiącej niewątpliwie na „rusofobię” - być może z powodu tego, że była pod rosyjskim zaborem, a potem Rosja napadła na nią zbrojnie i pozbawiła wielkiej części terytorium (podobieństwa do Polski zupełnie przypadkowe) – gang „Nocne Wilki” uznany został za organizację przestępczą. Przy czym pragmatyczni Finowie nic nie wspominali o rozbiorach, a jedynie o kryminalnej działalności tych „niewinnych motocyklistów”.

       

      Na takim Krymie z kolei panowie ci stanowili integralną część „zielonych ludzików”, czyli współpracowali z rosyjskimi siłami specjalnymi przy inwazji, także przemycając broń na terytorium suwerennej Ukrainy w trakcie „rajdów” (nie sądzę, aby Polacy w trakcie rajdów katyńskich wozili broń na przykład terrorystom z Kaukazu), ale nie tylko: podczas aneksji pełnili tam funkcje otwarcie policyjne. Czyli byli elementem sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej, które napadły na sąsiednie państwo.

       

      Podczas manifestacji opozycji w Rosji członkowie „NW” biją uczestników demonstracji i dosłownie wciągają ich do policyjnych „suk”. Gang i jego lider, przyjaciel Putina, wielokrotnie odznaczany Aleksandr Załdostanow, są rdzeniem organizacji „Antymajadan”, czyli w praktyce bojówek wykorzystywanych do fizycznego rozprawiania się z przeciwnikami reżimu.

       

      Wreszcie: naczelny „nocznyj wołk”, czyli wspomniany A.Z, chwalca Stalina i wróg „zgniłego Zachodu”, w rosyjskich mediach streszcza oficjalną ideologię swojej organizacji słowami: Śmierć pedałom!

       

      Mógłbym napisać o nim i „Nocnych Wilkach” więcej, ale zostawię trochę pani profesor do roboty. Choć wątpię, aby zechciała sobie zadawać trud poszukiwania informacji o rzeczach, o których pisze z taką swadą i kompletną ignorancją.

       

      Tfu, co ja się czepiam prawdziwej pani profesor? Przecież, jak już napisałem, to na pewno nie ona. To jest niemożliwe. Zaraz ukaże się sprostowanie...

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (48) Pokaż komentarze do wpisu „Środa: Śmierć pedałom!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 29 kwietnia 2015 09:39
  • poniedziałek, 27 kwietnia 2015
    • Przeciw inteligencji

       

      Na Sadowej autorowi z Behemotem coraz trudniej jest opierać się ze wszech stron napierającej na nich inteligencji. Inteligencja ta podstępnie wciska się w ich życie, całkowicie je chwilami dezorganizując. Weźmy taki, niby niegroźny, inteligentny piekarnik z kilkudziesięcioma opcjami pieczenia, grillowania i Bóg wie czego jeszcze. Otóż nikt nie jest w stanie tego obsłużyć, więc piekarnik jest, a jakoby go nie było. W sumie nie ma tego złego - gotowane podobno zdrowsze.

      Z kolei taki niewinny z pozoru a piekielnie inteligentny toster można podobno zaprogramować wieczorem, żeby rano włączył się o konkretnej godzinie. No i dobrze, pytam jednak naiwnie razem z kotem: ale po co? komu potrzebne jest planowanie tostów na 7.12 dnia następnego? dlaczego te tosty mają tkwić całą noc w tosterze?

      Na te pytania nie sposób znaleźć odpowiedzi w instrukcji obsługi – tak zakładam, bo przecież nie jestem na tyle szalony, żeby ją przeczytać, ani na tyle inteligentny, żeby ją zrozumieć.

      Mój brak inteligencji autorskiej udowodniają mi na co dzień nie tylko niektórzy z recenzentów, ale i program, w którym piszę teksty: stale mnie gnój poprawia, kiedy chcę coś napisać z premedytacją z błędem, muszę z nim walczyć i go oszukiwać. Na razie jeszcze wygrywam, ale nikt nie wie, jak długo jeszcze. Tępą purystkę korektorkę można przynajmniej opieprzyć (kiedyś w pewnym wydawnictwie ktoś taki skopał mi cały tekst, bo uznał za błąd, że napisałem dwa razy pod rząd słowo "fałszywy"), ale darcie mordy na komputer to, przyznajcie sami, żal.pl.

      W rodzinie należę do najgłupszych, bo prawie wszyscy potrafią zaprogramować kablówkę i z telefonu przenieść zdjęcie do komputera – ja oczywiście tego nie umiem. Behemot również, ale na wszelki wypadek nie gram z nim w gry komputerowe, bo jeszcze by mi dokopał.

      Pewna kochająca mnie osoba, gdy byłem chory, pokazywała mi, że w telefonie jest prosta i inteligentna opcja, dzięki której, po wykonaniu kilkunastu kliknięć, aparat będzie mi przypominał, kiedy brać leki. Coś popieprzyłem i ze zdenerwowania zapomniałem o tabletkach.

      Kiedy niedawno w towarzystwie jakiś inteligentny człowiek chwalił pomysł inteligentnych samochodów, które nie potrzebują kierowcy, wrzuciłem zjadliwie: A pasażerów? Uznał to za atak poniżej pasa. W jego oczach stałem się nie tylko durniem, ale i prymitywnym chamem.

      On nawet nie wie, że w samotności nabijam się do baniek z nosa z pomysłów na „inteligentne tkaniny o zapachu whisky”, których „kolorami można sterować przy pomocy smartfona”. Gdyby wiedział, to pewnie przestałby mi podawać rękę.

      I nie miałbym do niego w sumie pretensji, bo sam do tej pory nie odzywam się do gościa, który po 20 latach znajomości ze mną kupił sobie „Google Glassy”. Ba, w związku z ich powstaniem uważam, że nieaktualne stało się zalecenie, żeby nie bić okularników. Jak ich nie bić, skoro każdy to CIA/FSB/Mosad i Wikipedia oraz tygodnik „Wprost” w jednym? Nagra taki i potem wrzuci gdzie nie trzeba, a ty weź się tłumacz jak jaki prawnuk Sienkiewicza.

       

      W zetknięciu z wielofunkcyjnym urządzeniem, które jest jednocześnie drukarką, faksem, kopiarką i być może prasuje rękawy koszul, jestem nie tyle blondynką, co absolutnym blond neandertalem (przy neandertalu oczywiście inteligentny program natychmiast chce mnie poprawić). Robię wielkie oczy i wzywam pomocy. Inteligentniejsi patrzą na mnie z drwiną i politowaniem, jakie należą się „technologicznie wykluczonym” łajzom.

      A potem robią za mnie to, czego nie umiem.

      I kto tu jest inteligentny?;)




      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (74) Pokaż komentarze do wpisu „Przeciw inteligencji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 kwietnia 2015 13:34
  • niedziela, 26 kwietnia 2015
    • O wolności słowa



      Zostałem w komentarzach pod wpisem o Bartoszewskim wywołany do tablicy przez tych Czytelników, którzy zarzucają mi zadufanie, gadanie z cokołu i generalnie opicie się sodówką, ponieważ nie traktuję z należną atencją osób, które „mają inne poglądy”.



      Ponieważ piszą to ludzie, których szanuję, lubię i na których opinii mi zależy, czuję się w obowiązku wytłumaczyć, o co mi chodzi i skąd moja wredna „pryncypialność”. Oczywiście – im bardziej będę się tłumaczył, tym pewnie więcej „gęby” przylgnie do mej mordy, ale spróbujmy – w końcu na tym polega sens tego wszystkiego: na mniej lub jeszcze mniej udanych próbach tłumaczenia „ludzkiej treści własnej”. Z góry więc tłumaczę, że rzadko gardzę ludźmi, często za to ich „poglądami”. O ile rozumiem i usprawiedliwiam (na swój użytek) konkretnego człowieka, to nie mogę usprawiedliwiać tego samego człowieka w konkretnym kontekście. Ludziom, co już napisałem, nie należy się fałszywy szacunek, lecz sprawiedliwa ocena. Czy sprawiedliwa ocena w moim wykonaniu jest możliwa? Tak, do pewnego poziomu z pewnością tak. Dopóki bowiem poruszamy się w sferze oczywistości, czyli uznajemy, że punktem wyjścia jest zgoda, że 2+2=4, zaś inne poglądy z góry dyskwalifikują uczestnika sporu – nie jako jednostkę ludzką, ale jako wiarygodnego dyskutanta. Uczeń podający błędny wynik w szkole otrzymuje ocenę niedostateczną, tymczasem głoszenie nieprawdy przez dorosłych jest bezkarne. Jak tylko wyjdziemy z procesu edukacji, możemy gadać, że wynik dodawania dwóch do dwóch jest niekoniecznie taki, jak nam „wciskano” i pies z kulawą nogą nic nam nie zrobi, bo przecież „mamy prawo do własnych poglądów”. Dowody na to znajdujemy na okrągło w mediach. To grube nieporozumienie i niedopatrzenie.

       

      W mojej opinii, mechanizmy społeczne, które powodowały, że głoszenie pewnych „poglądów” skazywało co najmniej na niewiarygodność, a w cięższych przypadkach na cywilną śmierć, w ostatnich czasach zawodzą na całej linii. Doskonałym przykładem tej klęski jest historia z ruchem przeciwko szczepionkom – społeczeństwo budzi się dopiero wtedy, kiedy, skutkiem „tolerancji” dla nienaukowych idiotyzmów, odradzają się choroby zwalczone lata temu. Przy czym, zauważmy, media latami całymi przedstawiały obie strony sporu jako równorzędne, przyczyniając się do rozpowszechniania bzdury.

      Jestem, a właściwie stałem się, ortodoksyjnym przeciwnikiem tolerancji dla takiego postępowania. Nie stałem się nim pochopnie, zapewniam.



      Słowo słowu nierówne

       

      Wolność słowa jako wartość nadrzędna nie ma nic wspólnego z tym, że jedno słowo jest prawdą, a inne z kolei brednią. Przy czym nie mam nic przeciwko stowarzyszaniu się zwolenników tezy, że ziemia jest płaska i podtrzymują ją żółwie oraz głoszeniu przez nich tej prawdy. Jednak – jedynie do pewnego momentu. A moment ten znajduje się gdzieś w miejscu, w którym teza ta ma być czymś więcej niż niewinne kuriozum, ma być szanowanym i równoprawnym poglądem, wobec którego inne, „mainstreamowe”, są podejrzane i należy je wykluczyć z programów nauczania.

       

      Žižkowe „nowe średniowiecze”, przypuszczam, jest figurą stylistyczną, która wypływa właśnie z obserwacji procesu, dzięki któremu, w imię obrony prawa jednostki do robienia z siebie głupa, tracimy z horyzontu moralnego pewną oczywistość – idioci ewangelizują nas siłą, ściągając nas do swego poziomu, domagając się najpierw równych praw dla swoich idiotyzmów, z których za chwilę zrobią dogmaty.

      Ten proces, oczywiście, trwa od zawsze, ale nigdy jego pracownicy nie mieli aż takich możliwości technicznych – świat zdaję się do nich należeć, jeśli popatrzeć w sieć. W sposób naturalny z nisz emanuje to na mainstream. Nie wstyd już być głupcem i nieukiem. To nawet powód do dumy. To dowód odwagi.

       

      Biblia pauperum do potęgi tysięcznej. Taki jest obecnie świat. Koran pauperum, Budda pauperum, filozofia pauperum... Ilość informacji uniemożliwia pojęcie ich sensu. Podpis autora myśli został zastąpiony „kodem kreskowym” - nie jest ważne co, ale gdzie ktoś pomyśli i publikuje. Nie treść definiuje produkt, lecz miejsce sprzedaży. To morduje jakość. Wyklucza spór o sens. Tym bardziej, że sens się nie liczy, liczy się „wydźwięk”.

       

      Popatrzcie sobie na współczesne „polemiki” polityczne i ideologiczne – ich treści są mantrami z kategorii wycieczek osobistych, o meritum nie ma mowy. Dawno przeniosło się to na inne dziedziny, więc w coś wierzymy lub nie, bo ktoś jest stąd lub stamtąd, więc ma rację lub jej nie ma z racji pochodzenia, a nie z racji posiadania racji.

      W rezultacie tracimy czas na wyrażanie oburzenia wobec tego, że, jak w Bizancjum, ktoś należy do stronnictwa „niebieskich” lub „zielonych”, nie widząc, że nasz „spór” jest pozorny, nie dotyczy realiów, lecz emocji. Niczego w ten sposób nie wymyślimy nowego, żyjąc ideami przebrzmiałymi, kłótnią między ikonoklastami a czcicielami ikon. Żenada. Strata czasu.

       

      Lenistwo niesie zgubę

       

      W tym tłumie coraz mniej istotnych enuncjacji, głupot mimowolnych i tworzonych z premedytacją, tracimy poczucie kierunku, zmysł moralnej orientacji. Jak zwykle w takich cyrkumstancjach, powstaje tęsknota za prostotą i jasnością – stąd sukcesy „populistów” i totalitarystów, którzy niewolę sprzedają w opakowaniu prawdziwej wolności. Człowiek jest z natury leniwy, a nawet pracowici nie ogarniają wszystkiego i czasem chcieliby jakichś „wartości bezwzględnych”, dlatego kupa ludzi nabiera się na proste rozwiązania, a demokrację traktuje jako ustrój, w którym należy im się respektowanie ich praw poprzez ograniczanie praw innych - „mniejszości” przeważnie. Przy czym konia z rzędem temu, kto wytłumaczy sensownie, dlaczego związki partnerskie zabijają katolickie rodziny, skoro katolicy ich nie zawierają, a przynajmniej teoretycznie nie powinni. Dlaczego postawa, której zwolennicy mówią, że każdy ma prawo do szczęścia i równych praw, ma być gorsza od postawy, której głosiciele uważają, że inni powinni postępować tylko tak, jak myślą oni, bo inaczej świat się rzekomo skończy?

       

      W moim rozumieniu sytuacja jest groźna, a brak reakcji na usiłowania nadania dowolnej bredni i prawom Newtona tej samej rangi jest skrajną nieodpowiedzialnością.

       

      Pogląd, że obu postawom należy się identyczny szacunek – to kłamstwo i iluzja.

       

      Iluzje zaś, wszczepiane w rzeczywistość, zawsze są zabójcze.

       

      Dlatego osobiście nigdy nie zamierzam udawać, że szanuję poglądy tych, którzy piszą bez zastanowienia i krytycznej analizy, bez znajomości rzeczy i refleksji.

       

      Tego proszę się po mnie nie spodziewać. W imię żadnych wyższych racji nie zawrę „kompromisu” z brednią.

       

      Są tacy, którzy muszą to robić, bo spokój społeczny jest wartością bardzo ważną. Mam luksus do nich nie należeć. Dlatego wchodzę na cokół z transparentem: „2+2=4”. Tu i teraz moja racja jest najmojsza.

      Jerzy Stuhr śpiewał wprawdzie w słynnym songu, że: „śpiewać każdy może”, ale dodawał : „stoję przy mikrofonie, niech mnie który przegoni”.

      Tekst ten napisał Jonasz Kofta, którego inne słowa niechaj posłużą mi za pewne usprawiedliwienie mojej „pryncypialności”: Czy świat się wiele zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni?




      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (82) Pokaż komentarze do wpisu „O wolności słowa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 kwietnia 2015 13:16
  • sobota, 25 kwietnia 2015
    • Na śmierć Władysława Bartoszewskiego

      Oprócz zasług powszechnie znanych, Władysław Bartoszewski miał u mnie, żuczka małego i niegodnego, zasługi szczególne: podpisał się kiedyś jako pierwszy pod apelem do Prezydenta o nadanie polskiego obywatelstwa Ton Van Anh, wietnamskiej opozycjonistce, dziennikarce i niestrudzonej działaczce na rzecz praw człowieka, której groziła deportacja do komunistycznego Wietnamu i wtrącenie do więzienia, ponieważ tamtejsze władze uważają ją za "wroga ludu". Apel był skuteczny.

      To, co czytam w internecie po śmierci tego wielkiego człowieka, napawa mnie wielkim smutkiem, rozgoryczeniem i strachem, a także wściekłością i pogardą dla nienawistników.

      Dlatego napisałem ten wierszyk:

       

      "Winni"


      Tego, że ich zamknęli w kacecie.

      Tego, że ich wypuścili.

      Tego, że przeżyli i walczyli.

      Tego, że dostali Krzyż Walecznych

      z Londynu i Orła Białego z Warszawy.

      Tego, że ratowali ludzi, a bydłem

      nazywali bydło bez względu na

      narodowość.

      Tego, że byli przyzwoici. Że

      nie zdradzali ani nie donosili.

      Mówili mądrze i odważnie:

      Tak – tak. Nie – nie.

      I prawdą było tak, i prawdą

      było nie.

       

      Tego im motłoch nie wybaczy.

       

      Wy, którzy myślicie, że bajką

      jest opowieść o Sodomie i Gomorze,

      patrzcie z bojaźnią w niebo.

      Umarł sprawiedliwy.

      Nikt nie wie, ilu ich zostało.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (56) Pokaż komentarze do wpisu „Na śmierć Władysława Bartoszewskiego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 25 kwietnia 2015 15:11
  • czwartek, 23 kwietnia 2015
    • Ofiary systemu

       

      Kończył się czerwiec, przed białym domkiem w małej wsi pod Szydłowcem kwitły pięknie malwy. Ze środka patrzył na nie przez okno 95-letni pan Józef, który leżał w łóżku dłużej niż zwykle, bo czuł się fatalnie z powodu upałów. Do kwiatka podleciał właśnie śliczny wielki trzmiel - widząc to, pan Józef uśmiechnął się i umarł.

       

      W trzy dni później dom pana Józefa odwiedziła wnuczka, która natychmiast zadzwoniła po pogotowie ratunkowe. Karetka przyjechała dopiero po godzinie, bo wezwań do ofiar upału była cała masa. Wnuczka nie dowierzała ekipie, że pan Józef nie żyje już kilku dób i nie da się mu w żaden sposób pomóc.

       

      - Nawet nie zaczęli go reanimować – płakała pani Halinka, gdy potem relacjonowała przeżyty koszmar przed kamerą lokalnej stacji telewizyjnej. Na pomysł wezwania mediów wpadała do spółki z mężem. Postanowili, że nie można odpuścić okrutnym lekarzom, którzy nie uratowali kochanego dziadka Józefa.

       

      Traf chciał, że dramatyczną relację z tych wydarzeń obejrzał w telewizji powiatowy szef PiS. Szczególnie wstrząsnęła nim wypowiedź dyrektora pogotowia, który usiłował wmówić widzom, że wszystko odbyło się zgodnie ze sztuką lekarską i prawem, a biegły potwierdził, że pan Józef skonał co najmniej 72 godziny przed przyjazdem karetki.

       

      - Nie wierzę temu draniowi, jego żona jest z PO! - podzielił się podejrzeniami ze swoją żoną, która na pewno nie była z PO, i wysłał oburzonego maila z linkiem do materiału do centrali partii.

       

      Powiedzmy sobie szczerze, że gdyby nie sezon ogórkowy, nawet tak zdolny młody profesjonalista jak rzecznik M. nie zwróciłby na tego maila uwagi. Ale zwrócił. Bo był zdolny do tego, żeby przejść siebie samego. Poza tym nie działo się nic innego godnego uwagi.

       

      Wkrótce w prawicowych, niepokornych i patriotycznych portalach internetowych pojawiły się pierwsze teksty na temat karygodnej postawy „opanowanej przez platformerską sitwę służby zdrowia w powiecie szydłowieckim” (w kilka godzin później mainstream zauważył sprawę, na początek nieśmiało i krótko, pisząc o „tragicznej śmierci emeryta pod Szydłowcem”), skutkującej „śmiercią niewinnego emeryta-patrioty”.

       

      Nie zabijajcie nas!

       

      Następnego dnia w patriotycznej gazecie ukazał się obszerny reportaż z Szydłowca i wsi, w której „jak w soczewce możemy obejrzeć zbrodnicze skutki antypolskiej polityki ludobójstwa na Polakach, którego dopuszcza się antypolski rząd, w biały dzień skazując na śmierć patriotycznych emerytów” (to cytat z anonimowego mieszkańca). W odredakcyjnym komentarzu postawiono ważkie i odważne pytania, między innymi na temat roli pani premier, która przecież, co powszechnie wiadomo, była zamieszana w służbę zdrowia w Szydłowcu. Znany niepokorny komentator i felietonista nie oskarżał wprost, ale podawał suche fakty: Nawet jeśli „lekarki z Szydłowca” nie da się o tę zbrodnię oskarżyć wprost, to ona właśnie ponosi polityczną i moralną odpowiedzialność za nią, bo to ona stworzyła i popiera układ, który do niej doprowadził.

       

      Komentarz wspierały dwa krótkie wywiady. W pierwszym pewien były minister z PiS apelował do rządu: Przestańcie nas mordować! W drugim pewien aktualny biskup mówił spokojniejszym tonem, że życie ludzkie jest wartością największą, a in vitro, feministki, gender oraz konwencja antyprzemocowa zbierają właśnie swoje krwawe żniwo. Dopiero po tej publikacji rozpętało się prawdziwe piekło.

       

      Stado wozów transmisyjnych wyruszyło z Warszawy na polowanie do Szydłowca i w okolice. Pani Halince zasychało w gardle i kręciło się w głowie od masy wywiadów i „setek” kręconych taśmowo przez wszystkie telewizje. Dyrektor pogotowia udzielił trzech wypowiedzi, ale potem uciekł z placówki przez okno od tyłu i wkrótce policja rozpoczęła jego poszukiwania. Powiatowy szef PiS cztery razy w ciągu dnia musiał zmieniać koszulę, bo pocił się niemiłosiernie podczas nagrań w pełnym słońcu, podczas których występował w garniturze i pod krawatem, chociaż było ze 35 stopni w cieniu. Autor pierwszego materiału o panu Józefie trafił wieczorem do samej Moniki Olejnik, która w „Kropce nad i” gratulowała mu dobrej roboty i nominowała do „Grand Pressa”.

      Wcześniej w „Faktach” prokurator generalny obiecał, że obejmie śledztwo specjalnym nadzorem.

      Rzecznik rządu milczał. Opozycja komentowała. Nazajutrz pojawiły się żądania powołania komisji śledczej i zapowiedzi wniosku o wotum nieufności. W tabloidach zaś eksperci ad hoc powołanego zespołu do spraw „zbrodni szydłowieckiej” anonimowo twierdzili z przekonaniem, że wyniki sekcji pana Józefa są ewidentnie sfałszowane.

       

      Seryjny zabójca

       

      Sondaż, którego wyniki wskazywały na 5% spadek poparcia dla rządu, spowodował, że rzecznik wydał wreszcie krótki komunikat, w którym powiedział, że nie będzie komentował insynuacji i należy wstrzymać się do końca śledztwa.

       Sąd odrzucił wniosek o tymczasowe aresztowanie załogi karetki.

       

      Odpowiedzią była publikacja w niepokornym tygodniku „Do Odrzeczy”, gdzie opisano patriotyczną przeszłość pana Józefa (jego kuzyn był żołnierzem wyklętym, a cioteczny dziadek został niewinnie skazany przez komunę za udział w pogromie kieleckim) oraz że miał pożyczkę w SKOK-u – to wszystko wyjaśniało.

       

      Powiatowy PiS zażądał referendum w sprawie odwołania burmistrza i od razu ogłosił, że obywatelską kandydatką partii w przyśpieszonych wyborach będzie pani Halinka (już kupiła sobie nową garsonkę). Pogrzeb pana Józefa zmienił się w wielką patriotyczną demonstrację. Sam prezes przyjechał i mówił o „niesłychanej zbrodni, która mogła zostać dokonana”. Rząd skontrował prezesa obecnością kompanii honorowej wojska polskiego i honorową salwą. Sama jednak pani premier: „tchórzliwie uciekła na jakieś negocjacje do Brukseli” - tak podała niepokorna telewizja.

      Dyrektor pogotowia został odnaleziony w lesie – sam się powiesił, przynajmniej tak mówiła prokuratura.

       

      W sejmie wniosek o odwołanie rządu upadł, ale kampania samorządowa pani Halinki rozwijała się z powodzeniem. Ponieważ mediosefera nie znosi próżni, gdy zaczęły się sejmowe wakacje i posłowie rozjechali się po świecie, niestrudzony rzecznik partii M. zorganizował w Warszawie konferencję prasową kandydatki na burmistrza Szydłowca pod samym Pałacem Kultury i Nauki. Z okazji tego wydarzenia, żeby nie przeszkadzać kandydatce i mediom, robotnicy wstrzymali na kilka godzin planowy remont elewacji. Pani Halinka szykowała się właśnie do wygłoszenia na scenie swojego hasła wyborczego, gdy na oczach dziennikarzy i setek obiektywów spadł jej na głowę kawał tynku. Trup na miejscu.

       

      Na youtube wydarzenie to obejrzało w ciągu doby 6 milionów widzów, ale afera nie nie rozwinęła się pomyślnie, gdyż najlepsi komentatorzy i politycy wybyli na urlopy.

       

      Praca wre

       

      W redakcji „sCieci” bracia K. napisali wprawdzie wstrząsający artykuł, gdzie zwracali uwagę na to, że już Bułhakow, doprowadzony do śmierci przez Stalina, pisał, że „cegła nikomu przypadkiem nie spada na głowę”, ale czuli, że w taki upał wołają na puszczy.

       

      Nerwowo zastanawiali się nad tym, co dalej i z czym, kiedy sekretarka przyniosła im kawę i najnowszy numer tabloidu „Śmakt”, gdzie na pierwszej stronie nie było nic o pani Halince, ale o tragicznej śmierci 6-letniego chłopca, który zjeżdżał na rowerku z górki i rozbił się o drzewo na oczach rodziny.

       

      „Rowery niosą śmierć” - głosił tytuł. Wstrząśnięta dyżurna pani psycholog kraju zwracała uwagę na konieczność wprowadzenia zakazu sprzedaży „tych dwukołowych narzędzi niosących śmierć” dzieciom i młodzieży do lat 18.

       Brat spojrzał w oczy bratu i już obaj wiedzieli, co trzeba zrobić. Fotoedytor dostał krótki rozkaz: znajdź fotkę Komorowskiego na rowerze!

       

      W tym samym czasie we wsi pod Szydłowcem trzmiel znowu upajał się nektarem z malw posadzonych przez pana Józefa.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (41) Pokaż komentarze do wpisu „Ofiary systemu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 kwietnia 2015 19:51
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
    • Cisza

       

      Z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, z dnia na dzień ubywało ludzkich głosów. Robiło się coraz częściej tak cicho, że wyraźnie można było słyszeć własne myśli. Problem w tym, że niewypowiadane na głos myśli też stawały się nieme, nieistotne i właściwe o niczym, więc nie bardzo było komu i po co ich słuchać.

       

      Ustawa o wolności osobistej i szacunku dla innych dopuszczała słuchanie muzyki jedynie w słuchawkach, ale mało kto pisał teksty piosenek, bo było to zbyt kosztowne, a darmowych słów zrobiło się tak niewiele, że wszystkie piosenki były do siebie podobne jak dwie krople wody. Z kolei stare piosenki pełne były słów, których przeciętny słuchacz nie rozumiał i nawet nie chciał rozumieć, bo nie były mu do niczego przydatne. Konstytucyjne prawo do zachowania milczenia gwarantowało wszystkim pełną wolność od językowych stereotypów i bezpieczeństwo przed językową przemocą.

       

      Prawo własności słowa

       

      Słowa będące prywatną własnością można wypowiadać tylko za stosowną opłatą: powszechny system audiomonitoringu, zwany w starych czasach niesprawiedliwie podsłuchem, działa doskonale, więc biedniejsi nie śmieją kraść cudzej własności, wiedząc doskonale, że każdy taki czyn zagrożony jest grzywną, którą z całą bezwzględnością wyegzekwuje w razie czego komornik. Prywatyzacji uległy i ochronie podlegają przede wszystkim nazwy produktów i wytwarzających je korporacji, wypowiadane jedynie w reklamach, klienci zaś nie muszą wymawiać ich wcale, bo zakupów dokonuje się w samoobsługowych megemarketach lub przez internet – wszędzie tam widnieją po prostu wygodne do naciśnięcia ikonki z poszczególnymi towarami, więc nie ma potrzeby używania słów.

       

       Rozwiązanie to gwarantuje korporacjom i ich akcjonariuszom, że ich cenne mienie nie zostanie użyte w kompromitującym kontekście lub padnie ofiarą niekonstruktywnej krytyki czy zamachu terrorystów lingwistycznych. Jak pies konsumuje, to nie szczeka – dobrego wychowania uczy się już od małego. Ponieważ wszyscy na okrągło coś konsumują – na przykład leżący na kanapie konsument konsumuje produkt wielkiego koncernu meblowego – milczenie stało się elementem zdrowego trybu życia, zalecanego przez terapeutów z prawem do leczenia w uproszczonym języku migowy, który zastąpił mowę w codziennych kontaktach międzyludzkich.

       

       Ponure przepowiednie pięknoduchów i zawodowych narzekaczy o upadku kultury i sztuki nie spełniły się: sprzedaż książek i gazet obrazkowych rośnie, a do kin masy walą na najczęściej nieme filmy drzwiami i oknami. Dostęp do starych, przegadanych dzieł literatury, ułatwiają stypendia fundowane przez właścicieli praw do spuścizny po poszczególnych autorach, a badacze i studenci odpowiednich kierunków, jeśli przekonująco umotywują swoje wnioski, mogą liczyć na dofinansowanie ze strony państwa.

       

      Społeczeństwo jest zadowolone, bo ma więcej wolnego czasu, którego nie traci na zbędne lektury i dzielenie włosa na czworo: treści przedstawiane mu są w formie obrazów, na których wszystko jest jasne, na pierwszy rzut oka wiadomo, kto jest dobry, a kto zły, gdzie stoimy my, a gdzie ZOMO.

      Najzamożniejsi mogą mówić tyle, ile dusza zapragnie, bo ich na to stać, ale nie bardzo chcą się publicznie wypowiadać, żeby nie drażnić milczącej większości. Przedstawiciele najbogatszych mediów mogą posługiwać się służbowymi kartami słowokredytowymi, gwarantującymi swobodną wypowiedź, ale szefowie dyskretnie na nich naciskają, aby ograniczać wydatki. W najbardziej komfortowej sytuacji są politycy od posła wzwyż – mają językowy immunitet, zapewniający im całkowitą i bezpłatną wolność słowa w granicach prawa.

       

      Słowa już nie zabijają

       

      Oprócz słów sprywatyzowanych, istnieją słowa prawnie zakazane przez państwo. Dotyczy to przede wszystkim takich, które związane są z przemocą, przekleństw, określeń mogących urazić kogoś bezpośrednio lub godzić w jego uczucia, itp. - katalog podlega stałej aktualizacji przez parlament.

      Wśród licencjonowanych historyków nowego pokolenia toczy się cały czas spór, czy pierwsze nowożytne ograniczenia w przestrzeni językowej zostały wprowadzone przez osoby i firmy prywatne w związku z ochroną własności intelektualnej , czy też jak najbardziej w drodze demokratycznych procedur przez państwo.

       

      Siwiuteńki jak gołąbek autor uważa ten spór za dość jałowy, bo wprawdzie użycie pewnych słów w pewnych kontekstach było karalne już za czasów jego młodości, ale z drugiej strony pamięta wyraźnie, że w 2015 roku, poszukując w internecie pewnego wiersza, natknął się w sieci na komunikat następującej treści:

       

      Gałczyński Konstanty Ildefons

      Dlaczego ogórek nie śpiewa

      Treść wiersza została usunięta w związku z otrzymanym powiadomieniem o następującej treści...
      Szanowni Państwo,
      Niniejszym zwracamy się o usunięcie z Państwa portalu/strony internetowej wszystkich utworów autorstwa K.I. Gałczyńskiego. Autorskie prawa majątkowe do tych utworów przysługują w całości na mocy umowy licencyjnej z dnia 4 marca 2014 r. Wydawnictwu (nazwa) Ani Wydawnictwo ani spadkobiercy K.I. Gałczyńskiego nie wyrazili zgody na zamieszczenie utworów tego autora w Państwa portalu/Państwa stronie internetowej. W związku z tym rozpowszechnianie przez Państwa wspomnianych utworów jest bezprawne i stanowi naruszenie prawa. Podstawę żądania usunięcia stanowi art. 79 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych, zgodnie z którym uprawniony, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, może żądać od osoby, która naruszyła te prawa zaniechania naruszania.
      Z poważaniem,
      Redakcja Literatury Polskiej
      (nazwa wydawnictwa)

      ( http://www.wiersze.annet.pl/w,,7742 )

       

      Jednocześnie, co również stary autor pamięta, a co potwierdza jego siwy jak on sam kot Behemot, w tym samym czasie toczyła się dyskusja o zakazie mowy nienawiści. Los zrządził, że po jesiennych wyborach tamtego roku, które wygrało Prawo i Sprawiedliwość, nastąpił niespodziewany finał dysputy: partia rządząca zgodziła się na skierowanie projektu ustawy opozycyjnej mniejszości w tej sprawie do komisji, gdzie nadano mu zaskakujący dla projektodawców kształt.

      Projekt ostateczny referowała posłanka Pawłowicz, która grzmiała z trybuny sejmowej, że odtąd: „Żaden chuj-komuch nie nazwie mnie już głupią pizdą nawet prywatnie pod groźbą kary więzienia, więc nie będę musiała już mówić do niego: spierdalaj!”. Chcąc nie chcąc, wysoka izba przyjęła ustawę jednogłośnie, skuszona obietnicą posłanki. Oprócz przekleństw i wyzwisk, na liście językowych prohibitów i nakazów znalazły się sformułowania typu: „Boga nie ma”, „Jarosław Kaczyński jest niski”, „Polska zajęła Zaolzie”, „in vitro”, „katastrofa smoleńska” (prawidłowo: zamach smoleński), „pedofilia w kościele”, a słowo „tęcza” od adresu „Plac Zbawiciela” musiały oddzielać co najmniej trzy wersy, etc., itp.

       

      Nie wylewajmy dziecka z kąpielą

       

      Ku wielkiej uldze narodu, rządy PiS skończyły się już po roku strasznym skandalem: koalicyjny minister sprawiedliwości Ziobro padł ofiarą nieudanej prowokacji służb specjalnych w tzw. „aferze wyrokowej” (miał przyjąć łapówkę za uniewinnienie Palikota skazanego za posiadanie wibratora, ale pieniądze do niego nie dotarły) i trzeba było rozpisać przedterminowe wybory. Ale nowa koalicja nie chciała zniesienia ustawy językowej.

       

      - Nie wylewajmy dziecka z kąpielą, forma jest dobra, trzeba jedynie zmienić treść – apelowała tym razem posłanka Senyszyn, co jest o tyle dziwne, że sama spędziła przedtem 6 miesięcy w klasztorze reedukacyjnym za publiczne użycie nazwy „Krytyka Polityczna”. Parlament unieważnił więc starą listę, a przyjął nową, gdzie zakazano z kolei takich rzeczy jak: „Polak-katolik”, „Papież Polak”, „Pola Negri” (cholera wie, dlaczego - chyba chodziło o rasizm), „Żyd”, „gej” (niepotrzebna klasyfikacja), „zamach smoleński” (prawidłowo: katastrofa z winy Kaczyńskich), a z rozpędu wpisano też na listę sformułowanie pani poseł o wylewaniu dziecka z kąpielą - jako ewidentnie zachęcające do przemocy domowej.

       

       Nastąpiły potem kolejne rządy i kolejne parlamenty, do których autor z Behemotem nie mieli już cierpliwości, a które twórczo rozwijały katalog słów groźnych i szkodliwych, a więc zakazanych.

       

       Na starość obaj nasi bohaterowie bardzo się zradykalizowali, szczególnie po wyroku zakazującym im pisania bloga, który według sądów licznych instancji godził w wartości chrześcijańskie, islamskie, buddyjskie, kulturę narodową, dobre imię województwa Warmińsko-Mazurskiego, cześć Emilii Plater i dobra osobiste działkowców z Przasnysza (syf i malaria – podsumował niecenzuralnie pewien sędzia w jednym z uzasadnień, za co miał potem postępowanie dyscyplinarne).

       

      Wolne słowo!

       

      Autor i Behemot, pozbawieni możliwości pisania, biedni, a więc milczący ze strachu przed komorniczą egzekucją lub uwięzieniem w domu spokojnej starości dla niedostosowanych społecznie byłych blogerów, zajęli się z przekory działalnością wywrotową. Część niewielkiej emerytury i zasiłku na kota wspólnie przeznaczali na zakup farb w sprayu. Nocami, po cichu, przebrani w czarne stroje (czarne wyszczupla – łudził się autor) i w czarnych kominiarkach (obaj), ruszali w miasto, aby na murach i płotach malować wywrotowe hasła. Czasami wypisywali rzeczy poetyckie, takie jak cytat z „Opowieści dla przyjaciela” Poświatowskiej: „Cisza, przyjacielu, rozdziela bardziej niż przestrzeń. Cisza, przyjacielu, nie przynosi słów, cisza zabija nawet myśl”, a czasem zgrabne aforyzmy w typie Leca: „Nic nie mija bez echa, nawet cisza”.

      Najczęściej jednak, płoszeni przez nocne patrole policji i straży językowej, ograniczali się do rewolucyjnego hasła: „Dupa, dupa, dupa!”, za które groziło trzy lata ciężkich robót w Biedronce.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (72) Pokaż komentarze do wpisu „Cisza”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 16:06
  • poniedziałek, 20 kwietnia 2015
    • Ajpod srajpod*

       

      … czyli autor w obronie Macierewicza

       

      Proszę państwa, tak nie można. Dajcie człowiekowi żyć. Pan Antoni stał się obiektem żartów tak powszechnym, że niedługo wygryzie z dowcipów babę, która przychodzi do lekarza. Baba na bezrobociu, a Macierewicz byczy się w szpitalu – nie o taką Polskę walczyłem. Apeluję: odpieprzcie się od pana Antoniego, nie chodźcie na łatwiznę, spróbujcie iść na przekór trendom i pośmiać się z tych, którzy śmieją się z niego. Na pochyłe drzewo każda mainstreamowa koza skacze, ale spójrzmy kozie głęboko w oczy i zapytajmy: czy to ładnie, kozo, tak skakać? Co masz, kochana kozo, za uszkami? Pamiętajmy, że skakała kózka, skakała, dopóki jej ucha nie urwali – czy jakoś tak. W kontekście zamachu na smoleńską katastrofę nie wystarczy powiedzieć: wysoki jak brzoza, a głupi jak koza, bo to nie jest żaden argument. Dlaczego pan Antoni ma się znać na katastrofach lotniczych? na wybuchach? na brzozach satelitarnych? Gdyby się na tym wszystkim znał, zatrudniliby go w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, a przecież tam nie pracuje. Więc o co te pretensje?

       

      „Nutki wolą...

       

      … tańczyć solo, ale wiedzą do re mi fa sol la si, że to pachnie samowolą i że chór najlepiej brzmi” - pisał Wysocki, a jego diagnoza jest ciągle aktualna. Dopadła mnie ta melodia przy lekturze felietonów i komentarzy na temat smoleński. Rocznica + rok wyborczy + nowy odczyt nagrań z kokpitu spowodowały, że piszą o tym wszyscy. Jak wszyscy, to ja nie – generalnie mam taką ambicję, bo szkoda mi czasu na wałkowanie oczywistości. Dwieście pięćdziesiąty tekst na temat Smoleńska, nawet jeśli pisany jest z zapałem i świeżością Hartmana (świeżością stosunkowo świeżo upieczonego felietonisty, który ma rzadką i dobrą manierę nazywania rzeczy po imieniu), jest potrzebny jak wspomnianej kozie Tupolew. Ale czasem tematu powszechnego uniknąć się nie da.

       Tu w komentarzach pojawiły się ostatnio insynuacje, że ja jestem dobrym człowiekiem. Jakże się mylisz, droga @ju-li1! To pozór, w istocie jestem jak zły żul, który wyczekuje pod monopolowym sklepem z wysokoprocentowymi tekstami, żeby natłuc jakiegoś Bogu ducha winnego autora, który ośmiela się wystawiać swe produkty w oknie na widok publiczny. Przy czym, jako zawodowy banderowsko-żydowsko-cyklistyczny degenerat, nie rzucam się na silniejszych (jeszcze taki odda), ale na słabszych – słabsi mnie osobliwie pociągają. Niemniej minimum jakiejś przyzwoitości posiadam, dlatego rzadko bijam tych chorych na "niepokorność" z „prawicy”, najbardziej lubię lać „swoich”. To z wyrachowania, bo ja leję w celach leczniczych, a u pierwszych na kurację za późno, dla drugich jest jeszcze nadzieja.

       

      Zatem stoję ci ja dziś pod tym sklepem, rozglądam się w poszukiwaniu ofiary, ziewam jak Smok Wawelski na uroczystościach rocznicowych, tracę już nadzieję na rozrywkę, aż tu patrzę – idzie redaktor Jacek Krywko z „Gazety Wyborczej”. Idzie i głośno boleje nad swym losem...

       

      http://wyborcza.pl/1,75968,17778235,Jak_posel_Macierewicz_wciagnal_mnie_w_smolenska_mgle.html

       

      Bolejący nad swym losem głośno – spytajcie wiktymologów – sami pchają się na ofiary. Grzech nie skorzystać.

       

      Dziecko nowych technologii we mgle

       

      Nad czym tak redaktor K. boleje? Ano nad tym, ze Macierewicz wciągnął go w smoleńską mgłę. Niecny czyn ten nastąpił z powodu tego, że poseł nie pojmuje tekstu i na podstawie mylnej interpretacji skierował doniesienie do prokuratury, że biegli, którzy sporządzili uzupełniony stenogram z wiadomego kokpitu, popełnili fałszerstwo. Wiadomo – nikt zdrowy na umyśle nie chciałby się znaleźć w jednej, tym bardziej smoleńskiej, mgle z posłem M. sam na sam, więc Krywko się opiera. Usiłuje się wyrwać z mgły i rąk posła. Wyrywa się tak desperacko, że w obronie, jego zdaniem, koniecznej chwyta się brzydko, żeby nie powiedzieć: jak hipokryta oraz źle wychowany nieuk.

       

      Wyjaśnijmy, że inkryminowany materiał był wywiadem ze światowej sławy specjalistą w dziedzinie akustyki, który ukazał się tuż po publikacji uzupełnionych stenogramów i dotyczył w sumie szczegółów technicznych metod badawczych, nie odnosił się w żaden sposób do treści stenogramów i jej nie podważał, lecz został opatrzony na internetowej stronie „GW” wyjątkowo niefortunną zajawką, na widok której każdy fan zamachu czuł przyjemne mrowienie w odpowiednich strefach ciała. Po co K. ten wywiad zrobił? Pewnie czuł jakiś przymus moralny, a może i odpowiedzialność za kraj. Jak wszyscy o nagraniach, to on też, ale profesjonalnie i technicznie. Tymczasem wyszła – za przeproszeniem – kolejna rozgotowana parówka, którą zespół Antka połknął i przetrawił na ente doniesienie do prokuratury.

       

      K. dziwi się temu niepomiernie. Tłumaczy, że nie to miał na myśli i nie to napisał, a już zupełnie się nie spodziewał, że z niego zrobią parówkę. Czyli – rżenie głupa.

      Prześledźmy ten proces dokładnie, pokonajmy cały przewód pokarmowy od wejścia do wyjścia, a nawet – idźmy kawałek dalej śladami parówki.

       

      Krywko zaznacza, że obce mu są polityczne wojny starych dziadów, że należy do pokolenia, które za PRL-u chodziło do przedszkola i że na pierwszą komunię dostał komputer, a nie rower. Pierwsze ma go uniewinnić od ewentualnych zarzutów współpracy z SB, drugie zaś pokazać, że 66-letni Macierewicz jest człowiekiem zacofanym technologicznie, dziadygą z epoki rowerów i zegarków „Pobieda”. Nieporadność redaktora, polegająca na tym, że myśli, iż przedszkole go uchroni przed zarzutami o resortowe pochodzenie, rozczuliłaby chyba samą redaktor Kanię, gdyby miała okazję go „zlustrować” po swojemu. Z kolei budowanie związku między znajomością techniki a wiekiem obraża wielu noblistów starszych od Macierewicza, żeby nie wspomnieć o takim zwykłym profesorze Żyliczu, rocznik 1923, który na temat katastrofy wypowiada się nad wyraz kompetentnie. Krótko mówiąc: 31-letni gówniarz suponuje bezczelnie, że ludzie po 60. nie mają pojęcia o czymś bardziej technicznie skomplikowanym od roweru. Co to jest za argument? To nie jest żaden argument. A ściślej: przejaw bezczelnego poczucia wyższości gówniarza nad staruchami.

       

      Dlatego właśnie red. K. otrzymuje ode mnie rysunek Mleczki, z którego pochodzi tytuł mojego wpisu, na ten temat:

      * http://vignette3.wikia.nocookie.net/wykopedia/images/2/24/Ajpod.jpg/revision/latest?cb=20090707064850&path-prefix=pl (sorki, czemuś nie łapie, trzeba kopiować albo "ajpod srajpod" wpisać w wyszukiwarkę)

       

      Dzieckiem w kolebce czytywał „New York Timesa”

       

      Pokrzywdzony przez M. tak mocno zaznacza swoją młodość i to, że absolutnie nie uczestniczy w sporach „ojców i dziadów”, że aż popada w śmieszność. Z jednej strony wypomina Macierewiczowi czarno-biały podział świata, gdzie TVN i „GW” to samo zło, z drugiej strony pisze, że dla niego wzorem profesjonalizmu jest „New York Times”. Rozumiem zatem, że jego własna gazeta nie jest godna przywoływania jako wzór, a przyszły redaktor, po otrzymaniu na pierwszą komunię komputera, oddawał się lekturze „NYT” i „Washington Post”. Kto wie – może i tak było, redaktorze Krywko, ale gdyby pan był nieco bardziej zorientowany w historii, która działa się już za pańskiego życia, a od której tak się pan „odcina”, to wiedziałby pan, że takie oświadczenia bywają zabawne, choćby przez skojarzenie z słowami Wałęsy, który przysięgał, że wychował się na paryskiej „Kulturze”.

       

      Wykorzystany brutalnie, niewinny i zdziwiony Krywko deklaruje, że rozumie i popiera ideę zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, że „nie widzi w niej niczego szalonego” (w tych jego słowach nie ma ironii). I tego już święty, a ja święty nie jestem, by nie wytrzymał. Ja już nie wspomnę o tym, że postać Antoniego Macierewicza, co najmniej od chwili przedstawienia swojej oszczerczej wobec tysięcy niewinnych „listy agentów” w 1992 roku, jest symbolem fanatyka, który fakty ma za nic oraz dobro państwa i jednostek zawsze poświęca dla korzyści politycznych – to mogło pierwszej naiwnej Krywce umknąć, gdyż w „NYT” o tym pewnie nie pisali. Ale przez pięć ostatnich lat redaktor chyba był w Polsce i śledził „dokonania” poselskiego zespołu? Jeśli tak, to chyba sobie zdaje sprawę z tego, że nie chodzi jego twórcom i uczestnikom o żadną prawdę, lecz o to, by mieć machinę do miotania pocisków w politycznych wrogów. Pociski te robią: Piijiii, bziuuu!”, co brzmi równie wiarygodnie jak dziecinne tłumaczenia Krywki, że on tylko napisał, a wiadomo, że „redaktor pisze, a diabeł teksty nosi” (do prokuratury).

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (49) Pokaż komentarze do wpisu „Ajpod srajpod*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 kwietnia 2015 16:59
  • niedziela, 19 kwietnia 2015
    • Europa myśli po rosyjsku

       

      Wolny świat przegrywa wojnę propagandową z Rosją. Co więcej – nie widzę żadnych realnych szans na zwycięstwo. Mimo pozornego ożywienia w kwestii zwalczania kremlowskiej propagandy totalnej, brniemy od klęski taktycznej do katastrofy historycznej. To nie retoryczna przesada, bo stawką w tym konflikcie są dusze Europejczyków, jest kształt polityczny, gospodarczy i kulturowy kontynentu, a właściwie świata. Taką wartość ma Ukraina, najważniejszy obecnie teatr „wojny cywilizacji”, ważniejszy strategicznie, twierdzę z głębokim przekonaniem, od efemerycznych kalifatów czy innych Korei Północnych, będących w gruncie rzeczy, patrząc obiektywnie, członkami tej samej wielkiej koalicji antywolnościowej, godzącej w sens i osiągnięcia cywilizacji Zachodu, ale słabszymi od autorytarnej, atomowej i imperialnej Rosji Putina (oczywiście w perspektywie historycznej nie słaba i anachroniczna Rosja może być zwycięzcą, lecz Chiny i ich „way of life”, ale na razie mniejsza o to).

       

      Farsa zmienia się w dramat

       

      Od listopada 2013 roku (początek Majdanu) trwa ofensywa rosyjska we wszystkich rodzajach mediów, która ma narzucić kremlowski punkt widzenia, zohydzić Ukrainę i dezawuować oraz zastraszać każdego przeciwnika Putina. Służą temu oficjalne media rosyjskie, sponsorowane politycznie i finansowo media zachodnie i legiony trolli publicystycznych, politycznych oraz piszących komentarze na forach internetowych.

      Rosyjski przekaz, płynący do zachodniej opinii publicznej, w odróżnieniu od przekazu wolnych mediów, jest spójny i jasny. Jego atrakcyjność polega na tym, że odwołuje się do prostej jak cep zasady: Nasza jest dobra, wasza być gejonaziżyd. Jego twórcy nie dzielą włosa na czworo i nie przejmują się faktami, każda bzdura jest dobra, ilość informacji przechodzi w jakość (bo innych nie ma). Na forach zaś dąży się do wyeliminowania wszelkimi sposobami opinii przeciwników, choćby poprzez właśnie ilość komentarzy prorosyjskich (wprost lub obiektywnie) – na wielu polskich po prostu nie ma już innych postów, są tylko takie.

      Jak powszechnie wiadomo, stoją za tym istne „fabryki trolli”, zajmują się tym przemysłowo tysiące opłacanych przez Kreml mieszkańców Rosji i Europy, a dorzucić do tego trzeba masę ochotników – pożytecznych idiotów i wielbicieli zamordyzmu, którzy w sieci są nadreprezentowani i aktywniejsi od „normalnych”.

      Na początku było to nawet zabawne – wysyp wielbicieli Armii Czerwonej i Stalina, szczególnie w Polsce, był zjawiskiem tak absurdalnym, że aż śmiesznym. Rozsądek podpowiadał – to się u nas nie może udać, to za prymitywne i zbyt oderwane od historii, od faktycznego nastawienia opinii publicznej. Tymczasem podobnym językiem nagle zaczęli mówić politycy, jedni w wersji „soft”, czyli „nie bądźmy rusofobami, bądźmy realistami i pilnujmy własnych interesów”, albo „hard”, czyli „Putin ma rację” lub „Ukraina najbardziej nienawidzi Polski, to nasz wróg” (absurd, kłamstwo i ohyda, wypowiedziane głośno przez JKM, ale i inni to mówią, prawie nikt z tym nie polemizuje).

       

      Osobnym nurtem jest „ruch na rzecz pokoju i niezaangażowania”, spełniający rolę podobną do sponsorowanych przez Sowiecję inicjatyw „antywojennych” z czasów zimnej wojny. Działanie tego typu ułatwia powszechne trwanie kłamstwa na temat konfliktów typu Korea czy Wietnam, gdzie w pamięci przeciętnego odbiorcy to USA były agresorem, a nie ZSRR (to wielki sukces propagandy sowieckiej, teraz mamy powtórkę z rozrywki – na tej samej zasadzie przerabia się konflikty współczesne, z ukraińskim na czele). Tymczasem było dokładnie odwrotnie, ale to już trzeba wiedzieć, wiedza zaś to towar okrutnie deficytowy, w dodatku i tak ma mało amatorów.

      Rząd zachowuje się „politycznie”, czyli z jednej strony coś tam robi na rzecz Ukrainy (inna sprawa to realność, skuteczność i sens tych działań, w dodatku faktycznie niektóre z nich są antyukraińskie – postępowanie z uchodźcami, polityka i praktyka wizowa, dostęp do rynku pracy, regulacje dotyczące wysyĸi darów typu kamizelki czy hełmy, etc.), a z drugiej wypuszcza harcowników typu Schetyna, który prowokuje na poziomie wpisów na Onecie gadaniem o wyzwalaniu Oświęcimia przez front ukraiński, co szanującemu się szefowi MSZ nie uchodzi (w porównaniu z tym sztubackim numerem, opowieści rozbiorowe Sikorskiego miały głęboki sens i realne podstawy), z trzeciej zaś pani premier konsekwentnie małpuje pana Chamberlaina w wersji Matka Polka z XXI wieku, trując na okrągło o tym, że „pokój zawsze lepszy jest od wojny”. Ostatnio zrobiła to w Bolonii na grobach żołnierzy Andersa. Niepomna, że czasem, mimo naszych najszczerszych chęci, ktoś ma nasze pokojowe nastawienie w dupie i po prostu na nas napada. Skutkiem właśnie takiej sytuacji jest cmentarz, na którym swe szlachetne banały wypowiadała do żyjących jeszcze ofiar agresji Hitlera i Stalina, które walczyły po ucieczce z „nieludzkiej ziemi” w II korpusie. Donieccy „separatyści”, droga pani premier, grożą zajęciem tych samych ziem, które wtedy należały do II RP, a dziś do wolnej Ukrainy.

       

      Zatem mamy do czynienia z olbrzymimi sukcesem kremlowskiej „narracji”: nie mówimy właściwie o zagarnięciu Krymu, ciągle „zbieramy dowody na obecność wojsk rosyjskich w Donbasie”, gdzie „konfliktu nie można rozwiązać militarnie” (a niby dlaczego? Rosja walnie w nas rakietą? g... prawda), dozbrojenie ofiary napaści w broń służącą do obrony jest „kontrowersyjne i ryzykowne”... i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Za to straszy się ukraińskim nacjonalizmem i UPA, co jest o tyle zabawne, że kandydat żydowskiego pochodzenia na prezydenta Ukrainy Rabinowicz zgarnął więcej głosów od naczelnych „faszystów” razem wziętych, gdyż on sam miał 2.25%, a Tiahnybok ze Swobody 1.3, natomiast szef Prawego Sektora Jarosz 0.7 - to pokazuje prawdziwą skalę „banderyzmu”, o którym bredzą na okrągło kremlowskie pacynki (Rabinowicz traktował swoją kampanię z pewnym dystansem – uruchomił stację radiową, w której opowiadał dowcipy...).

       

      Gaszenie pożaru szklanką wody

       

      Jak na to reaguje UE? Już półtora roku od rozpoczęcia wojny propagandowej, kiedy straty są właściwie nie do odrobienia, nasz Tusk zapowiada walkę na tym froncie i powołanie zespołu do spraw komunikacji, który ma dać odpór łgarstwom Putina. Jednocześnie mówi, że w ogóle nie ma mowy o utworzeniu jakiejś telewizji, która odkłamywałaby w spójny sposób te łgarstwa, a zespół będzie powstawał do czerwca br. pod kontrolą pani Mogherini, szefowej dyplomacji UE. Będę niesprawiedliwy, ale to trochę tak, jakby na czele komisji Laska, zajmującej się zwalczaniem kłamstw oszołomów smoleńskich, postawić Antka M. Pani M. nie jest może agentem Kremla, ale to gołąbek pokoju, który ma gdzieś Ukrainę, zależy jej na „normalizacji” stosunków, a nie na żadnej konfrontacji informacyjnej czy ideologicznej z putinizmem (jest Włoszką, patrzy na południe, nie na wschód). Poza tym sam sens istnienia takiego zespołu, którego bronią będę jedynie – jak można zrozumieć – komunikaty do mediów, jest wątpliwy, to samo robią ochotnicy w sieci, i to pewnie skuteczniej od biurw unijnych, a na pewno szybciej od nich i taniej.

       

      Deklaracja Tuska, że o powołaniu żadnego odpowiednika RT, czyli jakiejś Europe Today, nie ma mowy, ucina drogę do skutecznej walki UE z rosyjską propagandą nie tylko na naszym terenie, ale i w samej Rosji, gdzie ludzie stumanieni są tysiąckrotnie mocniej. O tego typu stacji marzyły, doskonale widzące jej potrzebę, kraje bałtyckie, zagrożone bezpośrednio, a także Ukraina i wielu Polaków, Rumunów czy Skandynawów. Sytuacja wygląda tak, że ci, którzy by chcieli i być może pokonali strach przed odwetem Putina, nie mają na to pieniędzy, a ci, którzy mają pieniądze, za nic nie chcą go prowokować. Wszystko więc zostaje po staremu, czyli w rękach istniejących mediów publicznych i prywatnych, dla których zwalczanie rosyjskiej propagandy nie jest żadnym priorytetem.

      Pozostaje wierzyć w zapewnienia „naszego człowieka” w Brukseli, czyli Jerzego Pomianowskiego, dyrektora Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji, który ostatnio zapewniał, że Unia będzie wspierać media już istniejące w walce z propagandą. Już sobie to wyobrażam: powstanie kilka filmów dokumentalnych, które zgarną może i jakieś nagrody, ale puszczane będą w godzinach nocnych na kanałach tak niszowych, że normalny człowiek w życiu ich nie zobaczy.

      Swoją drogą: Polska stworzyła Biełsat, stację walczącą z reżimem Łukaszenki, a Europa nie jest w stanie zrobić niczego nawet w takiej skali dla Rosji.

      Dwoma słowami: dupa zbita.

      Rosja może sponsorować jawnie skrajne partie polityczne, destabilizujące poszczególne kraje UE i dążące do jej osłabianie, jeśli nie wręcz likwidacji, może przy pomocy mediów szerzyć kłamstwa i wzniecać nienawiść, a my mamy grzecznie to łykać, żeby misiu się nie denerwował, bo jeszcze nas zje, robienie kupy na środku salonu mu wybaczymy - w imię pokoju jako takiego.

      To gorsze niż zbrodnia, to błąd.

       

      Ameryka pozorna

       

      W mitologii kremlowskiej zły duch to USA. Amerykanie zrobili Majdan, atakują Rosję i tylko czyhają, żeby zakazać żreć tarankę i kiszoną kapustę, zagarnąć rosyjskie bogactwa naturalne, czyli złoto, diamenty, ropę, gaz, rudy metali oraz ładne Rosjanki. Bardzo chciałbym, żeby tak było (z wyjątkiem taranki i kapusty), ale to bzdura do kwadratu. Amerykanie nigdy właściwie nie mieli żadnego planu, żeby cokolwiek robić w Rosji po upadku komuny. Najbardziej by chcieli, żeby tam było normalnie i spokojnie, żeby się przestrzenią postsowiecką nie martwić, mieć w Rosjanach rozsądnych partnerów. Żeby Rosja była silna, ale przyjazna, żeby dołączyła do państw „cywilizowanych”. Skończyło się na pobożnych życzeniach, bo działań w tym kierunku żadnych nie podjęto. I tak nadszedł rok 2008, w którym Putin na szczycie NATO w Bukareszcie pokazał kły (szantażując rozbiorem Ukrainy w przypadku jej przyjęcia do paktu), a w kilka miesięcy później dokonał faktycznego rozbioru Gruzji na stałe. Potem przyszedł Obama i „zresetował”, na co Putin zajął Krym i zaczął Donbas.

      Obama za wszelką cenę chce uniknąć konfliktu z Rosją, jego gesty poparcia dla Ukrainy są minimum przyzwoitości, w żaden sposób nie zagrażają Putinowi, wręcz ułatwiają mu rozgrywkę. W gruncie rzeczy sankcje i pomoc „militarna” to gesty dla zachowania twarzy, a nie realna i skuteczna pomoc Ukrainie. Ten problem spadł mu na głowę zupełnie niespodziewanie (nikt nie spodziewał się Majdanu, nikt – dziwne, bo przecież była zapowiadana – nie przewidział agresji rosyjskiej). Do tej pory właściwie pokutuje w USA marzenie o „finlandyzacji” Ukrainy, o czym, bez pojęcia o realiach, jeszcze rok temu gadali Kissinger z Brzezińskim (przeszło mu chyba na szczęście). Teraz już trochę na to za późno, niemniej praktyczna obstrukcja działań republikanów w tym zakresie jasno pokazuje, o co chodzi – o trzymanie się z daleka, w miarę możliwości.

       

      Jednak ktoś, kto pokłada w republikanach jakieś specjalne nadzieje w tej kwestii, nie powinien ulegać złudzeniom – zmiana polityki, obawiam się, byłaby jedynie symboliczna, nie zaś strategiczna.

      Nie ma planu amerykańskiego, tak jak nie ma unijnego.

       No to może chociaż propaganda? - zapyta ktoś obeznany z historią Wolnej Europy/Radia Swoboda, która przecież do dziś działa na ćwierć gwizdka w Pradze. Może Amerykanie odważą się zbudować medium na jej fundamentach, które będzie zdolne podjąć się pokonania neobolszewickiej sieczki, jaką robi się ludziom z mózgów w Rosji i na Zachodzie?

      Wolne żarty, a nie Wolna Europa, szanowni państwo, w Ameryce też nikt nie chce „prowokować” Rosji. Nawiasem, Zeman chyba osobiście eksmitowałby taką instytucję z Czech, gdyby zaistniała, żeby zrobić dobrze swojemu koledze Wołodii.

       

      Marzenia ściętej głowy

       

      Załóżmy optymistycznie, że UE przeznaczy jakieś fundusze na granty na walkę z kremlowską propagandą i że będą one dostępne dla mediów, twórców i NGO-sów. Wiecie na czym w Polsce polega problem z grantami unijnymi? Oprócz licznych wad samego systemu grantowego, jest i cymes w postaci „sektorowości”, czyli fundusze płynące dla organizacji zajmujących się działaniami w poszczególnych dziedzinach kontrolowane są przez odpowiednie ministerstwa. I tak: organizacja zajmująca się obroną praw człowieka przed naruszaniem ich przez państwo jest pod kontrolą państwa, które może pod tysiącem pretekstów biurokratycznych finansowanie przerwać lub opóźniać, niszcząc w ten sposób organizację. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że pieniądze dla obrońców praw więźniów dysponowane są przez służbę więzienną, a dla broniących praw imigrantów i uchodźców – przez straż graniczną, która stara się ich wywalić i nie nie wpuszczać – u nas to norma. Można przypuszczać, że takie granty trafiłyby pod nadzór MSZ-u, więc działania „obywatelskie” musiałby współgrać z linią aktualnego rządu, co grozi parodią. Z przykładami takich numerów mieliśmy do czynienia, gdy granty na „politykę równości płci” dostawały organizacje „walczące z genderem”.

       

      Ale dobrze, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Tyle że ilość takich środków gwarantuje, że nie da się z tym nic sensownego zdziałać – za takie grosze nie zrobi się przecież ani medium, ani think-tanku, ani tym bardziej fabryki „antytrolli”, która zwalczałaby całodobowe fabryki przeciwnika. Nie da się nawet zrobić sieci ochotników, bo do tego potrzebna jest instytucja z budżetem na lata, a nie grant wart 100 tysięcy złotych.

      Rozsądne byłoby chyba, żeby samo państwo asygnowało jakieś liczące się kwoty na obronę swoich obywateli przed wrogą propagandą – ja w każdym razie nie słyszałem, żeby ktokolwiek na ten temat choćby myślał.

      Pozostaje liczyć na pieniądze prywatne, na to, że dysponentom wielkich niepublicznych pieniędzy w rodzaju amerykańskich fundacji czy „szurniętych” miliarderów przyjedzie do głów, żeby coś z tym pasztetem zrobić, czyli sypnąć groszem. Może przy wsparciu niektórych polityków? Jakiś publicysta „Wyborczej” pół żartem pisał jakiś czas temu, żeby amerykańską broń Ukrainie dostarczał Katar, który Rosję ma w głębokim poważaniu, a my mielibyśmy „czyste ręce”. Zatem wizja Saudów czy emira Bahrajnu finansujących walkę z Putinem, prowadzoną przez niezależne organizacje, na które nie mają politycznego wpływu, jest co najmniej kusząca. Tyle że w obecnych realiach fantastyczna.

       

      Na razie pozostaje chałupniczo pisać prawdę. Ostatecznie – póki co nie wiąże się to z jakimiś strasznymi kosztami. Chyba że człowiek nazywa się przypadkiem Niemcow i po nocy szlaja się po Moskwie, ale przecież nikt nas do tego nie zmusza...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (57) Pokaż komentarze do wpisu „Europa myśli po rosyjsku”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 kwietnia 2015 15:15
  • piątek, 17 kwietnia 2015
    • Syn Romea i Julii

       

      Im dłużej żyję, tym bardziej nabieram przekonania, że jedynym sensowną działalnością dla mnie jest to, co Gombrowicz w Dzienniku opisał na przykładzie odwracania poprzewracanych na plecy żuków, czyli ratowanie życia bezradnym żyjątkom. Gombrowicz miał problem z porzuceniem żuków, których była nieskończoność, żeby nie zginąć samemu. To dylemat każdego niosącego pomoc – proporcje. Jeśli pomaga się ludziom rozłożonym przez życie na łopatki, jak to jest w moim przypadku, bywa jeszcze gorzej, bo żuk z bliska okazuje się Gregorem Samsą z „Przemiany” Kafki. Przy czym nie chodzi tu przede wszystkim o wstręt, jaki czasem wynika z wielkości liczby poddanych przemianie (w bezradnych i potrzebujących) - wszystko bowiem w wielkich liczbach może być wstrętne, męczące i groźne, czy jest to obóz uchodźców, czy schronisko dla zwierząt pełne ślicznych piesków i kotków – lecz o bezradność. Podkreślmy – moją, a nie tych, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, lecz o tym nie wiedzą. Oni mają nadzieją. Natomiast ja mam pewność, że są już skazani, że NIE DA SIĘ im pomóc. A już zupełnie do luftu, kiedy niby dałoby się, ale się nie daje.

       

      Zbieg okoliczności

       

      Oczywiście, można, może to nawet rozumne, pomagać komuś w godzinach urzędowania, żyć z rozsądnym dystansem do nieszczęść imigrantów i uchodźców, szczególnie nielegalnych, czyli najbardziej wykluczonych spośród wykluczonych. To jednak teoria. W praktyce się nie daje. Każdy ma jakiś próg wytrzymałości. Kiedy kilka lat temu mój próg został przekroczony, musiałem tę robotę rzucić, żeby nie oszaleć, nie wspominając już o tym, że wyżyć z tego trudno, chyba że jest się przy okazji rentierem.

      Pamiętam, że zaczęło się od tego, że do Polski trafiło dziecko wymagające natychmiastowego przeszczepu wątroby (na Ukrainie nie było i pewnie nadal nie ma realnej możliwości przeprowadzenia przeszczepów, jeśli nikt z rodziny nie może być dawcą). Trzeba było się śpieszyć, ale problem polegał na tym, że akurat cały kraj wzruszał się historią polskiego kilkulatka, który również potrzebował przeszczepu wątroby i całe współczucie media skierowały na niego, ludzie słali dary i pieniądze dla jego rodziny. Nie istniały zatem obiektywne warunki, aby pies z kulawą nogą wspomniał w mediach o małym Ukraińcu, który czekał na ratunek w szpitalnej sali, sąsiadującej dosłownie przez ścianę z pokojem, w którym od rana do wieczora kłębiły się ekipy telewizyjne sprawozdające omal na żywo szczęście polskiego chłopca i jego rodziców, dumę i ofiarność lekarzy, dobroć społeczeństwa. Na przeszczep dla cudzoziemca nie było po prostu pieniędzy i nijak ich zebrać w potrzebnym czasie się dało. Taki pech, nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

      Zaznaczam, że do absolutnej większości lekarzy w Polsce nie mam żadnych pretensji, bo w 9 na 10 przypadkach ratują czyjeś życie bez oglądania się na koszty i ponoszą potem tego konsekwencje.

       

      Każdy ma swoje priorytety

       

      Ale bywa i tak, jak w sprawie, po której opadły mi ręce na długie lata. Oto niedługo po historii z wątrobą zadzwonił do mnie zdesperowany konsul ukraiński i poprosił o pomoc, bo ordynator oddziału jednego z podwarszawskich szpitali powiedział mu, że jeśli natychmiast nie zapłaci 50 tysięcy złotych za pobyt nieubezpieczonej Ukrainki, to „przywiezie ją karetką i wyrzuci pod ambasadą”. Kobieta jakiś czas wcześniej została przejechana przez samochód w drodze do, jak myślała, legalnej pracy, ale pracodawca oszczędził na jej ubezpieczeniu i podatkach. Konsul, przyzwoity człowiek, był w sytuacji okropnej: z jednej strony nie chciał wywoływać skandalu, choć był na ordynatora-szantażystę wściekły, z drugiej nie miał żadnych możliwości zapłacenia za pacjentkę, ani prawnie, ani fizycznie, bo jego niewielki budżet w całości wyczerpywała wysyłka nieubezpieczonych zmarłych na Ukrainę.

      Namówiłem natychmiast ekipę telewizyjną z dużej stacji, żeby pojechała ze mną do szpitala. Dla nich taki temat to była gratka. Ordynator pobladł na widok kamery i poprosił mnie samego do gabinetu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, nie chciał zostać bohaterem wieczoru, którego cała Polska znałaby z tego, że starszą panią na wózku inwalidzkim zostawił na ulicy pod ukraińskim konsulatem. Chciał się dogadać, pytał, czego oczekuję. Wytargowałem odroczenie wyrzucenia jej ze szpitala do momentu, kiedy znajdziemy inne miejsce, gdzie mogłaby dojść do siebie. Zgodził się z ulgą. Ekipa nie była zachwycona „układem”, bo wolałaby rozerwać ordynatora na strzępy, ale przejmowałem się tym umiarkowanie. Kwestia priorytetów.

      To jednak wyczerpało mnie kompletnie, wolałem zabrać się jedynie za sprawy legislacyjne, nie mieć do czynienia z żywymi ludźmi, nie patrzeć ofiarom i ordynatorom w twarz.

      Zbieg okoliczności spowodował bardzo niedawno, że znowu musiałem zająć się pracą „na pierwszej linii”. No i mam, co chciałem. Czyli kolejną porcję życiowych historii .



      Kucharz w piekle

       

      Kiedy piszę te słowa, pewien wietnamski kucharz w średnim wieku nie może spać ze strachu przed Strażą Graniczną, która wpadła z kontrolą do baru, gdzie legalnie pracuje i zatrzymała go „do wyjaśnienia”.

      Kucharz ma papiery w porządku, zezwolenie na pracę ważne jeszcze rok, przed Wojewodą Mazowieckim toczy się właśnie postępowanie o przedłużenie jego czasowego pobytu o następny rok, firma płaci podatki i ubezpieczenie. Mimo to strażnicy, korzystając z jego strachu i nieznajomości prawa, dali mu alternatywę: albo podpisze zgodę na „dobrowolne” opuszczenie Polski w ciągu 30 dni, albo go zamkną w areszcie deportacyjnym. Podpisał. Akurat był prima aprilis, ale pieczątka zobowiązująca do wyjazdu w paszporcie Wietnamczyka jest całkowicie serio.

      Oczywiście, kiedy tylko znalazł się na wolności, zaczął szukać pomocy, a my mu napisaliśmy wszystkie stosowane odwołania i czekamy na ich efekt. Z naszego punktu widzenia sprawa jest bezdyskusyjna. Odwołanie do SG i Urzędu do spraw Cudzoziemców poszły listami poleconymi i dla przyśpieszenia tempa faksem. Bo facet jest w rozpaczy, boi się o swój los, wpatrując się w pieczątkę w paszporcie, popada w coraz głębszą depresją, jego pracodawczyni się o niego niepokoi, ale przecież potrzebuje sprawnego pracownika.

      Dlatego kilka dni temu zadzwoniłem do stosownej jednostki SG i kulturalnie poprosiłem o kontakt z osobą, która rozpatruje odwołania. Oczywiście nikt mnie z nią nie połączył, ale zapisano mój numer telefonu i obiecano, że pani, jeśli uzna za stosowne, do mnie zadzwoni. Do tej pory nie zadzwoniła, a kucharz smaży się w piekle niepewności.

       

      Granice miłości

       

      Prawdziwa miłość pokonuje wszystkie przeszkody jedynie w bajkach. W rzeczywistości niejedną miłość wykańczają na amen przepisy Unii Europejskiej, a szczególnie ich interpretacja w Polsce. Otóż jest u nas ze 30-40 tysięcy Wietnamczyków, z czego lekko licząc połowa nielegalnie. Pewien długoletni wiceminister MSWiA, który de facto tworzył i nadal tworzy w praktyce politykę imigracyjną (polegającą na tym, żeby, wbrew zaleceniom demografów, ekonomistów i uczonych innych dziedzin, nikogo do nas nie wpuszczać), ma jakąś antywietnamską fobię, którą wyraża publicznie słowami: „Żadnego małego Hanoi u nas nigdy nie będzie!” (sami Wietnamczycy nie pchają się masowo do Polski, więc gadki o jakimś Hanoi dowodzą jedynie obsesji urzędnika). Właśnie skutkiem jego działań jest, że Wietnamczycy w Polsce nie dostają praktycznie nigdy statusu uchodźcy politycznego, a jedynie ci, których tożsamości nie da się ustalić przez rok, otrzymują tzw. pobyt tolerowany. Człowiek taki nie ma żadnego dokumentu podróży, więc nigdy nigdzie nie może się z Polski ruszyć. Niewielu udaje się otrzymać ten wymarzony i przeklęty jednocześnie pobyt tolerowany, bo trzeba rok odsiedzieć w więzieniu dla uchodźców, a ich tożsamość starają się w tym czasie ustalić służby specjalne, konkretnie bezpieka komunistycznego Wietnamu, która hula po „ośrodkach dla uchodźców” za zgodą i błogosławieństwem polskiego rządu (obojętnie jakiego, PiS czy PO), wyławiając opozycjonistów.

      Pewien wietnamski Romeo nie miał o tym wszystkim pojęcia, kiedy prawie siedem lat temu wyjechał do polskiego raju, obiecując swojej dziewczynie, która akurat zaszła w ciążę, że ściągnie rodzinę, jak tylko się urządzi. Kiedy jego Julia wydawała ich syna na świat, Romeo gnił właśnie za kratami w „polskim ośrodku dla uchodźców”. Wszystko wytrzymał, dostał pobyt tolerowany, ale ze swoją dziewczyną ani synem połączyć się nie mógł w żaden sposób – nie ma żadnego paszportu, Polska nie uznała go nawet za „bezpaństwowca”. Z kolei ona nie miała szans na otrzymanie polskiej wizy. Syn rósł (teraz to śliczny 6-latek), a Julia i Romeo popadali w coraz większą desperację. W końcu ona nie wytrzymała i, nic nie mówiąc swojemu mężczyźnie, zdecydowała się na nielegalną podróż do Polski, dzieciak został u dziadków. Dziewczyna, jak każdy Wietnamczyk w takiej sytuacji, musiała skorzystać z pomocy  przestępców organizujących przerzut ludzi przez zieloną granicę (odbywa się to za zgodą opłaconych funkcjonariuszu wietnamskich, a i pewnie rosyjskich, bo bez ich współpracy rzecz jest niewykonalna, a trasa wiedzie przez Moskwę), zaciągając u nich dług, który będzie musiała spłacić. Wpadła w ręce łotewskich pograniczników i trafiła do tamtejszego ośrodka dla uchodźców. Tyle dobrego, że nie siedzi w więzieniu.

      Sytuacja jest taka: on nie może do niej pojechać na Łotwę (o jej wyprawie dowiedział się dopiero niedawno), a ona ze strachu przed gangsterami i unijnymi służbami w ogóle nie mówiła do kogo i dokąd chciała się dostać. Zatem jej wniosek o nadanie statusu uchodźcy pozbawiony jest właściwie podstaw. Dopiero w ubiegłym tygodniu via ambasada skontaktowaliśmy się z łotewskim urzędem imigracyjnym, więc nie wiemy na dobrą sprawę (odpowiedzi jeszcze nie ma), czy wezmą pod uwagę okoliczności, które podnosimy, czyli rzeczy ujęte między innymi w Konwencji Rzymskiej.

      Czy Romeo i Julia będą mogli połączyć się w Polsce? Zobaczymy. Szanse są nieco większe niż na 6 w lotto.

      Osobną kwestią jest to, czy i kiedy będą mogli połączyć się ze swoim dzieckiem.

      Wszystkich tych kłopotów można by uniknąć, gdyby polskie władze uznały wcześniej Romea za bezpaństwowca i wręczyły mu tzw. paszport genewski lub po prostu wydały wizę matce jego syna.

      Dzięki obsesji jednego człowieka w Polsce troje ludzi z jednej rodziny jest nieszczęśliwych w trzech różnych krajach, nie mogą się połączyć ze sobą, płaci za to Łotwa, a zarabiają jedynie wietnamscy gangsterzy i ubecy. Można Polsce pogratulować. 

      Aha, gdybyście nie wiedzieli - syn Romea i Julii ma na imię Gia Bao.

      Myślę, że Szekspir by się z tego ucieszył.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Syn Romea i Julii”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 17 kwietnia 2015 00:10