MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • środa, 30 kwietnia 2014
    • Puch z topoli

       

      Na Sadowej dziś pierwszy raz w tym roku pojawił się puch z topoli, który przez otwarte okno wpadał do mieszkania. Autora pchnęło to na ścieżkę sentymentalną, a Behemota do zabawy.

       

      - Pamiętam, jak trzydzieści lat temu zdawałem do liceum, też było go mnóstwo... - zaczął pierwszy.

       

      - Ale fajnie, to lepsze nawet od myszy, bo lata w nieprzewidywalnych kierunkach! - zauważył drugi, ścigając biały strzępek.

       

      - Straszny katar alergiczny miałem. Ale podobno ten puch nie uczula, więc może reagowałem tak na pierwszy poważny egzamin w życiu – pierwszy nie dawał za wygraną.

       

      - Mam cię! - miauknął tryumfalnie drugi, kiedy wydawało mu się, że dopadł wreszcie kawałek puchu, ale nic z tego – wpił się z rozpędu pazurami w kolano pierwszego, a puszek uleciał w górę.

       

      - Aua, Behemocie, do jasnej cholery, zaraz napiszę, że ci drzwi ogon przytrzasnęły! - zagroził autor.

       

      - Sorki, autorku, nie chciałem – powiedział kot, odwracając się ogonem do przepraszanego, bo chęć upolowania zwierzyny była silniejsza od dobrych manier i współczucia.

       

      Złośliwy autor, kiedy kot chciał wykonać następny skok, chwycił go za ogon, skutkiem czego Behemot zarył mordką w poduszkę ze zdziwionym miauknięciem. Puszek zaś spokojnie odfrunął z kanapy i przyczaił się na podłodze przy dwóch swoich kolegach.

       

      Kot zbuntowany

       

      - Świnia jesteś, a nie żaden autor! Już go prawie miałem! - rzekł z wyrzutem kocur. - Wykorzystujesz swoją przewagę. Po pierwsze - jesteś człowiekiem, a po drugie - moim autorem. To niesprawiedliwe, że zawsze muszę robić to, co ty chcesz!

       

      - Niby że to ja chciałem, żebyś mi się wpił pazurami w kolano do krwi, potencjalny leku na reumatyzm? - zadrwił autor.

       

      - Pewnie, gdybyś naprawdę nie chciał, nic takiego by się nie stało, w końcu jesteś autorem. Sądząc po niektórych twoich wyborach życiowych, masz po prostu coś z masochisty – n'est-ce pas? - odgryzło się kocisko. - Poza tym: nie groź mi, bo ci poza blogiem narobię do butów!

       

      - Jesteś niekonsekwentny, kocie. Narobienie mi do butów, nawet poza blogiem, świadczyłoby o tym, że masz wolną wolę i jako autor wcale nie jestem taki wszechmocny – autor kpił dalej.

       

      - Nie zrobię tego tylko dlatego, że grozisz mojemu ogonowi przytrzaśnięciem, a dobrze wiesz, że przytrzaśniecie ogona, nawet jeśli jest jedynie literackie, boli jak cholera! Tyran! - naburmuszył się Behemot.

       

      Prawa autorskie

       

      - No dobrze, jeden do jednego, ty mnie przypadkiem podrapałeś, a ja cię przypadkiem przyblokowałem przy skoku – fałszował na zgodę autor. - Dajmy już temu spokój. Obiecuję, że nie będę nadużywał nadto swojej pozycji autora w stosunku do ciebie!

       

      - No to mogę sobie dalej polować na puch z topoli? Nie będziesz mnie już ciągnął za ogon? - upewnił się Behemot, który w gruncie rzeczy chciał jak najszybciej wracać do zabawy.

       

      - Nie, o ile nie będziesz w trakcie mnie drapał albo czegoś strącał – zastrzegł autor.

       

      Tymczasem trzy topolowe strzępki przytulały się do siebie spokojnie na podłodze.

       

      - Teraz już je na pewno dorwę! - powiedział przyczajony kot i skoczył.

       

      Puszki jakby tylko na to czekały – nim wpadły w kocie łapy, uniosły się z gracją i zaczęły wirować jakiś metr nad ziemią.

       

      - Jasny gwint! To mnie zaczyna wkurzać! Nie mógłbyś, jako autor, zrobić, żeby te cholery dały się mi wreszcie dopaść? – Behemot staczał się jako myśliwy na dno.

       

      - Mogę najwyżej zamknąć okno, wtedy przeciągu nie będzie, a ty będziesz miał większe szanse – poinformował niehonorowego myśliwego autor.

       

      - No wiesz co, nie możesz własnemu kotu zagwarantować upolowania puchu z topoli? Ty, autor tylu historii, nie panujesz nawet nad takim fragmencikiem rzeczywistości? - kota zdziwiła wyraźnie niemoc autorska autora. - Kto więc może dać mi pewność?

       

      - Pewność? Kocie, pewność mógłby ci dać jedynie jakiś Autor o wiele większy ode mnie. Ja piszę tylko historyjki, nie panuję nawet nad fragmentami wielkiej historii, chyba że dotyczą one tego, że trzeba ci coś do miseczki włożyć, natomiast nie mam żadnej władzy nad puchem z topoli – uśmiechnął się autor z pewną rezygnacją.

       

      - A kto ma taką władzę? Kim on jest? - zapytał Behemot.

       

      - Autorem całości – wyraził przypuszczenie autor.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (140) Pokaż komentarze do wpisu „Puch z topoli”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 30 kwietnia 2014 13:51
  • wtorek, 29 kwietnia 2014
    • Widziane z Zachodu

       

       

      Tylko na Sadowej!!! Tylko dla dorosłych!!! Gołe fakty!!! Naga prawda!!!

       

      Nie udało się „Gazecie Wyborczej”, udało się za to nam – autor i Behemot przedstawiają wywiad z kandydatem Europejskiej Partii Ludowej na szefa komisji europejskiej, byłym wieloletnim premierem Luksemburga Jean-Claude'm Junckerem:

       

      a. i B. : Panie premierze, dlaczego po 10 minutach przerwał pan wczoraj rozmowę z Bartoszem T. Wielińskim z „Gazety Wyborczej”?

       

       

      J. : Korzystając z okazji, chciałem serdecznie przeprosić wszystkich Czytelników z Polanii, którzy mogli opacznie zrozumieć całą sytuację i samego pana redaktora Wielińskiego. Zaszło nieporozumienie. Pomyliłem go po prostu z redaktorem Cezarym Gmyzem z „Do Rzeczy” i przestraszyłem się, że chce mnie pytać o trotyl na wraku Tupolewa, a nie chciałbym być wmieszany w spory polańsko-polańskie, wobec których Luksemburg zachowuje życzliwą ignorancję.

       

      a. i B. : Z pańskich wypowiedzi wynika, że doskonale rozumie pan zagrożenia, jakie niesie ze sobą dla całej Europy obecna agresja Putina na Ukrainie...

       

       

      J. : Oczywiście, oczywiście, ale, szanowni państwo, nie używajmy takich kontrowersyjnych określeń – agresja to zbyt mocne słowo, na razie nie mamy żadnych dowodów, że za tymi wydarzeniami stoi Rosja. Poczekajmy na powrót misji obserwatorów OBWE, która udała się na miejsce, aby sprawdzić, kim są osławione „zielone ludziki Putina”. Po obaleniu prezydenta Łukaszenki sytuacja na Ukrainie zrobiła się dosyć niejasna.

       

       

      a. i B. : Panie premierze, tych obserwatorów kilka dni temu porwały i uwięziły właśnie te „zielone ludziki”, o których pan sam mówi, że są Putina. Poza tym rządy USA i Ukrainy przedstawiły konkretne dowody, że to są żołnierze rosyjskich służb specjalnych.

       

       

      J. : Tak powiedziałem? Ups, polityk nie powinien używać takich kategorycznych określeń, to utrudnia negocjacje. Usuniemy to przy autoryzacji. A co do misji OBWE – nic nie wiedziałem o żadnym porwaniu, kanclerz Schröder, kiedy dzwoniłem do niego z urodzinowymi życzeniami, mówił mi, że Wołodia zapewnił go, że wydał „zielonym ludzikom”, z którymi absolutnie go nic nie łączy, kategoryczny rozkaz, żeby nikogo nie porywać. Może więc nikt ich nie porwał, ale, wiecie panowie, padli ofiarą tej słynnej rosyjskiej gościnności i po prostu zabalowali w tym Słowiańsku? Nie możemy tak we wszystko wierzyć Amerykanom, musimy wyciągać nauki z historii. Doskonale wiemy, że przysięgali, że w Iraku jest broń masowego rażenia, a nie było.

       

       

      a. i B. : Ale porywacze urządzili konferencję prasową i pokazali na niej zakładników z OBWE, sugerowali, że to szpiedzy. Pokazywali to w telewizji.

       

       

      J. : Co pan powie? W RTL tego nie było! Jeśli tak, to powinniśmy nadal prowadzić politykę rozumnych sankcji wobec Ukrainy!

       

       

      a. i B. : Chyba Rosji, a nie Ukrainy?

       

       

      J. : Jasne, proszę mi wybaczyć to przejęzyczenie. Off the record: przyznam się szczerze, że jako zachodni polityk, odkąd upadł ZSRR, mam problemy z tymi nazwami: te wszystkie Litwie, Łotwie, Czechie i Słowunie – człowiek musiałby mieć łeb jak Wikipedia, żeby to spamiętać.

       

       

      a. i B. : Skoro już jesteśmy przy sankcjach, jest pan przekonany, że adekwatną odpowiedzią na działania Putina, w tym zbrojną aneksję części ukraińskiego terytorium, są ograniczenia wizowe dla kilkudziesięciu polityków i oligarchów rosyjskich?

       

       

      J. : Przyznam, że sam się zastanawiałem, czy to nie nazbyt ostra reakcja. Słyszałem, że Władimir Żyrinowski strasznie się zdenerwował, kiedy dowiedział się, że nie będzie go na festiwalu filmowym w Cannes i kogoś, chyba jakąś dziennikarkę w ciąży, prawie pobił z tego powodu. Sami panowie widzą, że to nie przelewki. Z kolei Aleksiej Miller, prezes Gazpromu, wpadł w depresję, bo nie może w tym roku być na festiwalu Mozarta w Salzburgu, a wicepremier Dmitrij Rogozin nie będzie mógł czuwać nad swym psem, który miał być poddany operacji wszczepienia diamentowych ząbków w klinice weterynaryjnej w Hamburgu. Uważam, z czysto humanitarnego punktu widzenia, że z tymi sankcjami wizowymi pojechaliśmy po bandzie.

      Ale słowo się rzekło: Unia nigdy nie uzna de iure aneksji półwyspu Kolskiego przez Federację Rosyjską.

       

       

      a. i B. : Jednak jest pan zwolennikiem wprowadzenia sankcji gospodarczych w wypadku dalszej eskalacji?

       

       

      J. : Bezwzględnie. Będziemy twardzi jak Churchill i Reagan w jednym. Uderzymy w Rosję z całą mocą: w wypadku dalszej destabilizacji wschodniej Ukrainy, wprowadzimy zakaz eksportu koronek brabanckich do Rosji, rozważamy też embargo na dostawy owczego sera z Malty i ostryg francuskich – choć w tym ostatnim przypadku Budyń, przepraszam – prezydent Hollande stawia jeszcze opór. Drugi etap sankcji to już prawdziwa wojna ekonomiczna, wolałbym o tym nie mówić, żeby nie wzbudzać paniki. Uchylę jednak rąbka tajemnicy: rząd niemiecki przygotowuje program wsparcia dla firm Puma i Adidas, żeby zrekompensować im straty, jakie poniosą w związku z zakazem eksportu dresów do Rosji. I to nie będzie nasze ostatnie słowo.

       

       

      a. i B. : A czy Unia powinna zdecydować się na ograniczenie importu towarów rosyjskich?

       

       

      J. : To zrozumiałe. Jeśli zostanę szefem komisji europejskiej, obiecuję, że wprowadzimy zakaz importu matrioszek i pamiątek po ZSRR, w tym portretów Lenina, Stalina i – słuchajcie uważnie, bo to wątek dotyczący waszego pięknego kraju – Dzierżyńskiego. To rozłoży ich gospodarkę w try miga! Być może zdecydujemy też, ale nad tym to już muszą głosować parlamenty poszczególnych państw członkowskich, o ograniczeniu importu samowarów.

       

       

      a. i B. : A ropa i gaz, panie premierze?

       

       

      J. : Nie wspominałem o tym? Co za gapa ze mnie! Mam dla was na koniec prawdziwego newsa: od przyszłego roku, w wypadku dalszych agresywnych poczynań Kremla, w Unii obowiązywać będzie całkowity zakaz sprzedaży ropy i gazu Rosjanom! Europa nie da sobie dmuchać w kaszę!

       

       

      a. i B. : Bardzo dziękujemy za rozmowę.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (79) Pokaż komentarze do wpisu „Widziane z Zachodu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 kwietnia 2014 12:38
  • poniedziałek, 28 kwietnia 2014
    • Nowe Monachium

       

      No nie da się niestety uniknąć tematu rosyjskiej agresji na Ukrainę, bo o ile to, co wyprawia Putin, jest dość czytelne, to reakcje Zachodu wprawiają w osłupienie. Nie inaczej jest z zachowaniem pana Junckera, b. premiera Luksemburga i kandydata Europejskiej Partii Ludowej na szefa Komisji Europejskiej (przypominam, że to największe ugrupowanie w PE i jest w nim PO).

      Junckera usiłował wywiadować Bartosz T. Wieliński z „GW”, ale mu nie wyszło, bo obiekt pogonił go po 10 minutach rozmowy, gdy dziennikarz delikatnie zauważył, że dotychczasowe i ewentualne sankcje UE mają na Rosję taki wpływ, jak psikanie przeterminowanym gazem łzawiącym słoniowi w dupę [redaktor W. sformułował to jakoś inaczej ;-) : http://wyborcza.pl/1,75968,15867993,Europa_nie_rozumie_Rosji__bo_nie_chce.html ], z czym pan premier nie chciał się zgodzić.

       

      Jeśli ktoś aspirujący do bycia szefem komisji europejskiej na początku co najmniej zimnej wojny Rosja-Reszta Świata ma takie wyczucie rzeczywistości (właściwie pewny kandydat), to jedyną racjonalną reakcją nawet niewierzących mieszkańców Europy Wschodniej może być modlitwa w kolejce po wizę do USA lub Kanady.

       

      Nazywajmy rzeczy po imieniu we właściwym czasie

       

      Z kolei Frank-Walter Steinmeier, ten sam minister spraw zagranicznych Niemiec, który ostatnio „nie widział Ukrainy w NATO”, oburza się na rosyjskich „separatystów” na Ukrainie za porwanie członków misji OBWE i na to, że Rosja wydaje się nie wypełniać zobowiązań zawartych w porozumieniu genewskim, jednocześnie zwracając się do Rosji pomoc w uwolnieniu zakładników. Jeszcze parę dni i pan minister ze zgrozą skonstatuje, że pan Putin to zły człowiek jest, może nawet był kiedyś w KGB.

       

      Dokładnie dwa tygodnie temu napisałem, że III Wojna Światowa już trwa. Część Czytelników puknęła się w czoło, część wystraszyła lekko, a inni nosy na kwintę pospuszczali. Tymczasem owa nowa wojna światowa trwa rzeczywiście, lecz nie ma na szczęście formy, do jakiej przywykliśmy. To konflikt nowego typu, agresja dostosowana do ery broni jądrowej, gdzie zwycięstwa nie odnosi się przy pomocy pancerników, czołgów i nalotów dywanowych, lecz „zielonych ludzików” i propagandy, cały cymes polega na tym, by po staremu opanować jakieś terytorium, ale tak, aby nie dać przeciwnikowi pretekstu do stosowania środków ostatecznych – armia przeciwnika pojawia się w sposób otwarty już po fakcie.

       

      Od dawna wielu rozsądnych ludzi przestrzega przed jakimś „nowym Monachium”, czyli przehandlowaniem przez Zachód niepodległej Ukrainy za ułudę pokoju (opisywany przeze mnie wcześniej wariant bośniacki, czyli chwilowa kantonizacja Ukrainy). Cytat o hańbie i wojnie z Churchilla robi zawrotną karierę, ale nic z tego nie wynika, przychodzi jakiś Juncker i opowiada głodne kawałki. Tymczasem jakoś nikt głośno nie mówi, że Monachium już się dokonało: porozumienie z Genewy de facto akceptuje wchłonięcie przez Rosję Krymu-Sudetów. Jedynie Marek Jurek gadał coś o „duchu Jałty”, co jest o tyle strzałem w płot, że Jałta była mimo wszystko układem między sojusznikami, a o tym nie ma mowy, analogia monachijska jest trafna, jałtańska nie. Krym nie był też dla Putina Austrią, lecz właśnie Sudetami.

       

      Putin tak właśnie rozumie Genewę – dostał Sudety, teraz chce iść na Pragę (czyli na Kijów przez Donieck i Charków) i wcale niekoniecznie musi to robić etapami, może zrobić to za jednym zamachem – w resztce Ukrainy zainstalować na przykład jakiegoś Janukowycza po „fiasku” wyborów 25 maja. Utwierdza go w tym myśleniu to, że zniesienie tych mizernych sankcji przez USA i UE warunkowane jest jedynie „zaprzestaniem wspierania separatystów”, a o Krymie znowu nie mam mowy. No dajcie spokój – wchłonięcie Ukrainy (on uważa, że to się uda łatwo, to głupie, ale on tak myśli) za cenę stosunkowo niewielkich sankcji gospodarczych? Przecież dla Putina to interes życia (a przy okazji rozszerzone samobójstwo, ale on tego nie dostrzega).

       

      Kiedy w tym roku wypada marzec, a kiedy wrzesień

       

      Przed zajęciem okrojonych i właściwie już bezbronnych Czech Hitler wezwał do siebie ich prezydenta, nieszczęsnego Emila Háchę. W nocy z 14 na 15 marca 1939 roku Hitler z Göringiem zaszantażowali go, że jeśli nie podpisze zgody na faktyczne wcielenie Czech do Rzeszy, zrównają Pragę z ziemią. Prezydent podpisał.

       

      Rozgrywka Putina jest subtelniejsza nieco, bo jego groźba wisi w powietrzu nad rządem Ukrainy, ale nie jest werbalizowana, mimo to Jaceniuk i Turczynow są postawieni w sytuacji Háchy, tyle że stres jest dłuższy, więc bardziej wyczerpujący. Również nie mają realnych możliwości stawienia skutecznego oporu na dłuższą metę i żadnych prawdziwych sojuszników, którzy mogliby przyjść z pomocą. Jednak poddawani takiej presji, jaką ta niewypowiedziana groźba wywiera, i tak zachowują się bardzo dzielnie.

       

      Ślepota Zachodu na te ewidentne analogie jest wyrazem głupoty i myślenia magicznego: jak czegoś nie nazwiemy anszlusem, to Putin nie będzie Hitlerem. Przy czym – podkreślam – Krym to nie anschluss Austrii, to zajęcie Sudetów, a Genewa to Monachium po fakcie (w rozumieniu Putina).

       

      Znamienne jest, że na te hitlerowskie porównania z wściekłością reaguje rosyjska dyplomacja – gdy któryś z niemieckich bodaj polityków użył analogii austriackiej, Moskwa rozdarła się jak złodziej złapany na gorącym uczynku. Tymczasem Putin wprowadził w Rosji de facto ustrój quasi faszystowski (z elementami czarnej sotni i sowietyzmu) i w dodatku przekonał swój własny naród, że jego agresja jest obroną Rosji przed faszyzmem właśnie. Nie ma się co zachwycać tym „sprytnym” (wyrafinowanym jak cep) manewrem – to tragedia narodu rosyjskiego i nie tylko.

       

      Stosując dalej porównanie z rokiem 1939, na razie jesteśmy jeszcze przed marcem, im później ten marzec nastąpi, tym większe szanse na uniknięcie września. Zresztą – nie wrzesień po prawdzie nam grozi najbardziej, bo taki rozwój sytuacji jest raczej nieprawdopodobny – ani Putin chce najeżdżać Polskę, ani nikt nie będzie jemu wojny wypowiadał. Nie znaczy to, że będzie super i po oddaniu Ukrainy wszystko wróci do normy. Jeśli Zachód do tego dopuści, świat zmieni się nieodwracalnie. Nikt nigdzie nie uwierzy w żadne gwarancje USA czy UE (patrz fiasko rokowań na Bliskim Wschodzie, do którego już doszło), a pieniądze międzynarodowe odpłyną nie tylko z Rosji, ale i z Europy, która stanie się prowincją, a nie centrum cywilizacyjnym, ze wszystkimi tego skutkami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (96) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe Monachium”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 kwietnia 2014 12:22
  • niedziela, 27 kwietnia 2014
    • Kanonizacja, anno Domini 2019

       

      Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”:

       

      Szanowni Czytelnicy!

       

      Jakże to symboliczne, drogie siostry i drodzy bracia w Chrystusie, że właśnie dziś – 27 kwietnia 2019 roku, dokładnie w piątą rocznicę kanonizacji największego Polaka wszech czasów Jana Pawła II na ołtarze wyniesiony zostanie błogosławiony ojciec Tadeusz Rydzyk, wielki uczeń i duchowy następca naszego Świętego Papieża Polaka w naszych sercach i umysłach, twórca ewangelii XXI wieku, niesionej konsekwentnie przez Radio Maryja, „Nasz Dziennik”, telewizje Trwam i TRWAM24.

       

      Męczeńska śmierć błogosławionego Tadeusza nie poszła na marne, żyjemy dziś w całkiem nowej Polsce, którą jemu właśnie zawdzięczamy – Polsce wreszcie katolickiej, zjednoczonej i silnej duchowo. Gdy pięć lat temu media przyniosły potworną nowinę o tym, że ojciec Rydzyk zginął w wypadku drogowym, cały kraj pogrążył się w żałobie. To, co wyglądało z początku na zwykły wypadek, okazało się ohydną zbrodnią – zamachem uknutym przez genderowsko-żydokomunistyczną masonerię feministyczną i jej męskich popleczników.

       

      Kręte ścieżki Pana

       

      Jednak nad Polską, dotkniętą tak olbrzymią stratą, Bóg zdawał się czuwać. Rozpoczął się okres prawdziwych cudów, których niewątpliwym sprawcą był podstępnie zgładzony ojciec Tadeusz. Najpierw w 2015 roku do władzy doszedł obecny Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, który już w swoim exposé, jeszcze jako premier, zapowiedział powołanie Wszechpolskiej Komisji Nadzwyczajnej do spraw Zamachu Smoleńskiego i Zbrodni Wąchockiej (jak pamiętamy, maybach ojca Rydzyka rozbił się właśnie o brzozę w miejscowości Wąchock), na której czele stanął obecny Wielki Inkwizytor Polski Antonii Macierewicz.

       

      To on właśnie, bohater naszych czasów, z Boską pomocą doprowadził do tego, że prawda zwyciężyła i jasnym się stało dla wszystkich, że wersja o zwykłym wypadku była spiskiem rządu zdrajcy Tuska, reżymowych mediów i bezpośrednich zamachowców. W czasie śledztwa wykryto, że tą samą drogą miesiąc wcześniej jechał osławiony Janusz Palikot z swym szatańskim sługą Janem Hartmanem, a z nagrań monitoringu jednoznacznie wynikało, że wieźli w aucie egzemplarz „Gazety Wyborczej”. Świadkowie zeznali, że obaj spiskowcy zatrzymali się dokładnie w miejscu, gdzie później doszło do tragedii, a jeden z nich (Palikot) ukrył się za brzozą na kilkadziesiąt sekund pod pretekstem „odcedzenia kartofelków” (tym określeniem użytym podczas wizji lokalnej Palikot bezczelnie ubliżył pamięci śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego i czci jego na szczęście żyjącego Wielkiego Brata) i wtedy zapewne zostawił tam bombę termobaryczną i nastawił zapalnik czasowy.

       

      Palikot nigdy nie przyznał się do winy, choć inwestygator Grzegorz Braun przesłuchiwał go przez miesiąc w klubie „Ronina”. Na szczęście okoliczności zbrodni dokładnie opisał i potwierdził potem pod przysięgą w sądzie drugi z zamachowców – Hartman, którego do zeznań nakłonił szybko zespół śledczy posłanek Wróbel, Sobeckiej i Pawłowicz.

      Po ujawnieniu wyników śledztwa, z ust zgromadzonych pod Jasną Górą pielgrzymów pierwszy raz wyrwał spontaniczny okrzyk „Tadeusz – santo subito!”, transmitowany na cały świat przez Radio Maryja i TRWAM24.

       

      Naród żądał dla morderców kary śmierci, a premier Kaczyński, zawsze wsłuchujący się z uwagą w głos ludu, postanowił, że trzeba spełnić prawe i sprawiedliwe życzenie Polaków. I tak doszło do kolejnego z cudów: po wprowadzeniu stanu wyjątkowego, który miał umożliwić rozprawę ze wszystkimi spiskowcami, doszło do fali terroru zapoczątkowanej przez „posłankę Grodzkiego”, który usiłował podpalić budynek Sejmu (złapano go na gorącym uczynku, gdy z papierosem dla niepoznaki i zapalniczką stał pod wejściem do hotelu poselskiego). Mimo to Jarosław Mądry nie ugiął się: Rada Ocalenia Narodowego zdecydowała o zawieszeniu konstytucji, internowaniu posłów opozycji, przywróceniu kary śmierci i wystąpieniu Polski z Unii Europejskiej, a dekret ten podpisał przy biciu w dzwony prezydent Gliński.

       

      Tak oto jeszcze raz okazało się, że zbrodnia złoczyńców za wstawiennictwem ojca Tadeusza obróciła się w dobro całej Polski.

       

      Żyjemy w Nowej Polsce

       

      Symbolicznym aktem założycielskim V RP stała się pamiętna radosna egzekucja sprawców zamachu na ojca Rydzyka, która odbyła się na Stadionie Narodowym. Hartmana, który wyraził skruchę i przyjął w więzieniu chrzest (nakłoniły go do tego trzy posłanki z zespołu śledczego), litościwie ścięto, natomiast zbrodniarz Palikot spłonął na stosie. Uczestników uroczystości i katów pobłogosławił ciepło nowo mianowany prymas Głódź wraz z kardynałem Hoserem.

       

      Wystąpienie Polski z UE pozwoliło Naczelnikowi Państwa na rozpoczęcie całkiem nowej polityki zagranicznej – doszło do słynnego spotkania Kaczyński-Putin w Katyniu, gdzie obaj przywódcy doszli wreszcie do porozumienia. Polska potępiła sankcje nałożone na Rosję przez UE i USA, a prezydent FR natychmiast zgodził się na zniesienie embarga na dostawy polskiej żywności. Wtedy też ustalono, że Polska weźmie udział w misji stabilizacyjnej w zachodnich rejonach byłej Ukrainy, gdzie zagrożone było bezpieczeństwo etnicznych Polaków. Dzięki temu w skład odrodzonej ojczyzny powróciły województwa wołyńskie i lwowskie, gdzie wraz z sojuszniczymi jednostkami armii rosyjskiej Wojsko Polskie walczy zwycięsko z banderowskim terroryzmem.

       

      W Polsce spełniły się wreszcie marzenia Prawdziwych Polaków. Ministerstwo Narodowej Katolickiej Edukacji Religijnej dba o to, by program nauczania zgodnym był z katechizmem Kościoła Katolickiego. Lewactwo, tzw. liberałowie i feministki oraz genderyści i potworki z in vitro wraz cyganami, ateistami i imigrantami pracują dla dobra ojczyzny w Obozach Pokuty. Mienie zagranicznych i wrogich Polsce firm znacjonalizowano, dzięki czemu między innymi mogę zwracać się dziś do Państwa jako redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” (nawiasem: od przyszłego tygodnia do grona stałych felietonistów powróci po czterech latach pokuty w klasztorze siostra Stokrotka – była Monika Olejnik). Polska ożywiła się gospodarczo – eksport płodów rolnych, koszyków z wikliny oraz wody święconej, czyli naszych sztandarowych produktów narodowych, wzrósł o 15% w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Na przyszły rok Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zapowiedział zniesienie kartek na mięso, cukier i buty. Krótko mówiąc: postęp i dobrobyt zawitały do Polski na stałe.

       

      I o to powinniśmy modlić się szczególnie gorąco podczas dzisiejszej kanonizacji błogosławionego ojca Tadeusza, wyniesionego na ołtarze przez kolejnego Wielkiego Polaka Papieża – Jana Pawła III, czyli do niedawna jeszcze kardynała Henryka Hosera, który na nasze szczęście objął Tron Piotrowy po ustąpieniu słabego papieża Franciszka.

       

      Szczęść Boże Polsce i Polakom!

       

      Tomasz Terlikowski

       

       

       

      P.S. Behemot po przeczytaniu powyższego splunął trzy razy przez lewe ramię i namówił do tego samego autora;-)

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (103) Pokaż komentarze do wpisu „Kanonizacja, anno Domini 2019”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 kwietnia 2014 14:33
  • piątek, 25 kwietnia 2014
    • Friendly fire*

       

      W „niepokornych” mediach roi się jak zwykle od absurdalnych tekstów godnych zjechania, które dzisiaj z właściwą mu inteligencją i świetnym poczuciem humoru rozjedzie Tomasz Piątek. Są tam przeróżne bzdety zwykłe, kurioza nieco opatrzone i spora doza prymitywnej rusofobii, a wszystko to w kaczym lub korwinowym sosie. Niech więc Piątek w piątek bierze i niesie ten swój krzyż na portalu „GW”, bo robi to z gracją, a plemię Czytelników powinno mu kiedyś pomnik postawić nie tylko za felietony, ale i za to, że wziął na siebie trud babrania się w tych nonsensach, uwalniając od tego innych – tych o słabszym foolproofie (rozumianym jako idiotoodporność) i układzie trawiennym (apeluję przy okazji, aby Piątkowi koniecznie dać dodatek za pracę w szkodliwych dla zdrowia warunkach).

       

      Tymczasem z przykrością zmuszony jestem zająć się grzechami (to są grzechy z mojego punktu widzenia, nie narzucam go nikomu) pewnych przedstawicieli „jasnogrodu”, czyli ludzi, którzy, niezależnie od drobnych różnic, stoją, jak mi się wydaje, po tej samej co i ja stronie „barykady”. Moje czepianie się rozumiem jako wyjście naprzeciw chrześcijańskiej sugestii, aby widzieć źdźbło we własnym oku – bo belkę w Oku każdy widzi. Rzecz, bez niespodzianki, tyczy oczywiście sytuacji na Ukrainie i jej skutków w Polsce i dla Polski. Przychrzanię się zatem do dwóch przypadków, które mnie zdumiewają i wnerwiają, a są symptomatyczne i bardzo niepokojące. Zacznę od najbardziej moim zdaniem kuriozalnego:

       

      Sobczak & Szpak

       

      Dwóch fajnych i dowcipnych lewicowych antyklerykałów, kabareciarzy z „Kliki” i stałych felietonistów „Angory”, raczyło w ostatnim jej numerze popełnić tekst skłamany od a do z. Niestety dostęp do niego jest płatny, więc posiłkować będę musiał się cytatami i omówieniami. Jak ktoś czuje, że musi – oto link: https://www.angora.com.pl/ .

       

      W skrócie teza tego tekstu jest taka, że media i politycy w Polsce to banda idiotów, bo popierają Ukrainę i tracimy przez to gospodarczo i politycznie na konflikcie z Rosją, podczas gdy inni słusznie myślą tylko o sobie. Cóż, z takimi poglądami można się spotkać łatwo na forum każdego medium w Polsce, a ich rozpowszechnianiem zajmują się płatni agenci wpływu Putina, dobrowolcy oraz nasi narodowcy. Szpak z Sobczakiem nie należą do żadnej z tych kategorii, mimo to śpiewają na melodię wybijaną przez kremlowskie kuranty w chórze z byłymi kanclerzami Niemiec, europejską kato- i naziprawicą oraz Żyrinowskim.

       

      Czy to jest dla felietonistów „Angory” miejsce odpowiednie? Czy czują się tam komfortowo? Wątpię. I byłbym może jedynie pokręcił głową nad tym przedziwnym przypadkiem, gdyby nie zawartość kłamstwa i złej woli w tym utworze.

       

      Piszą autorzy, że na Ukrainie nie ma żadnych masowych protestów przeciwko agresji Putina i żadnego „pospolitego ruszenia” w obronie ojczyzny (to ma dowodzić, że jesteśmy w Polsce bardziej wojowniczy i proukraińscy od Ukraińców). Panowie nie dostrzegają wielotysięcznych demonstracji na wschodzie Ukrainy za jednością i przeciw apetytom Rosji, reakcji internautów, stworzenia od zera kilkudziesięciotysięcznej Gwardii Narodowej i tysięcy Ukraińców, którzy zgłosili się do wojska na ochotnika tuż po Majdanie i agresji na Krym. Piszą za to o tym, że „coraz więcej ukraińskich żołnierzy przechodzi na stronę najeźdźcy”, co jest kłamstwem, bo jedynie na Krymie zjawisko to osiągnęło jakiś poziom wart odnotowania, a teraz są to jednostkowe przypadki. Ponieważ panowie S&S mają dostęp do mediów, zakładam, że kłamią z premedytacją.

       

      Pointa tego mniej więcej taka: oligarchowie ukraińscy, złodzieje i kutwy, chcą po prostu za cudzą kasę obronić swoje interesy i spowodować, żeby to kto inny „umierał za Kijów i Majdan”, a nasza „ślepa rusofobia” im w tym pomaga. Tu moja uwaga, którą powtarzam po raz tysięczny: niechęć do Putina nie jest rusofobią.

       

      Panowie, na te wasze insynuacje patrzy z nieba „Niebiańska sotnia” - ponad stu poległych i zamęczonych nieraz torturami na śmierć ludzi, którzy zginęli za wolną, demokratyczną i europejską Ukrainę. Nie ma w nich wśród nich żadnego oligarchy, bo oligarchowie dogadują się w dużej części z Putinem.

       

      Sąsiednie państwo pada ofiarą najazdu mocarstwa, które jeszcze 25 lat temu uważało Polskę za kolonię, a przedtem wymazało ją na 123 lata z mapy, a dwóch panów twierdzi, że powinniśmy z agresorem handlować i mieć w dupie Ukrainę. Tego się nie da skomentować. To haniebne, drodzy panowie. I głupie, że zęby bolą, bo absolutnie sprzeczne z polską racją stanu.

       

      P.S. Stopień mojego wkurzenia na obu autorów jest ogromny, bo ich lubię.

       

      Daniel Passent

       

      A właściwie Bronisław Łagowski, bardzo ceniony przeze mnie filozof, którego Passent obszernie cytuje w felietonie „Ukraiński kac” sprzed dwóch tygodni (sam Łagowski pisze w „Przeglądzie”). Otóż pan profesor zadaje niby racjonalne i mieszczące się w granicach przyzwoitego cynizmu pytanie: Chciałbym usłyszeć od prezydenta i premiera, czy rewolucja kijowska należy do sukcesów czy porażek polsko-szwedzkiej polityki wschodniej?

       

      W czym moim zdaniem tkwi fałsz? W tym, że profesor zakłada, że Majdan ma cokolwiek wspólnego z naszą polityką wschodnią. To jest właściwie potwierdzenie tezy kremlowskiej propagandy, że Polska, Szwecja i Litwa (przy wsparciu CIA oczywiście) przygotowywały i doprowadziły do „przewrotu” i obalenia „legalnie wybranego” prezydenta Janukowycza. Że traktujemy Ukrainę „jak prowincję, o którą trzeba walczyć z Rosją”. Być może myślą tak niektórzy politycy i publicyści, ale to nie ma żadnego przełożenia na rzeczywistość. To medialna blaga, choroba "geopolityków" podwórkowych.

       

      W mojej opinii pan profesor myli się absolutnie: Polska polityka wschodnia nie miała żadnych aspiracji przeciągania Ukrainy dokądkolwiek, bo zwyczajnie, nawet ze Szwecją i Litwą, nie mieliśmy na to sił. Pomijając to, że w istocie wcale taki zamiar nie leżał u podstaw tej polityki, która akceptowała status quo i uznawała bandytę Janukowycza za partnera i prezydenta godnego traktowania z szacunkiem, z którym negocjuje się ewentualne zbliżenie Ukrainy z UE. Minister Sikorski wprost potępiał „jagiellońskie ambicje”, a dyrdymały PiS to hucpa na krajowy rynek – nikt nigdzie na świecie tego poważnie nie traktował, jedynie Misza S. i rosyjscy spece od propagandy robili z tego jakiś użytek. Z kolei Ameryka w ogóle nie myślała o Ukrainie, to nie jej rewir, została w to wciągnięta przez Rosję (Obama długo bronił się przed zajęciem jednoznacznego stanowiska). Polskie działania ograniczały się do mizernej pomocy szkoleniowej dla NGO-sów z Ukrainy, które miały tam budować zręby społeczeństwa obywatelskiego, które samo z siebie zaczęło stawiać opór coraz bardziej opresyjnej dyktaturze worów Janukowycza. Majdan był czysto ukraińskim tworem, który zaskoczył nie tylko cały świat, ale i samych Ukraińców. Gadanie o „polskiej polityce wschodniej” to gadanie o duchach.

       

      Dlaczego więc przyczepiłem się do lubianego przeze mnie Passenta, skoro polemizuję z wycieraczki sprzed domku szanownego i również lubianego profesora Łagowskiego? Bo Passent wydaje się być przez Łagowskiego przekonany. Również pyta, czy nam to było potrzebne. To pytanie nie ma sensu, bo nie mieliśmy na to wpływu, a teraz mamy taką, a nie inną sytuację, w której naszą racją stanu jest popieranie Ukrainy w konflikcie z agresorem.

       

       

      * http://pl.wikipedia.org/wiki/Bratob%C3%B3jczy_ogie%C5%84

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (128) Pokaż komentarze do wpisu „Friendly fire*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 25 kwietnia 2014 11:51
  • czwartek, 24 kwietnia 2014
    • Ukraina: Bośnia czy Czeczenia?

       

      Żadna analogia historyczna nie jest trafna w 100%, ale za to takie analogie są wygodne w użyciu i obrazowe, przemawiają do wyobraźni. Stąd tytułowe pytanie. Moim zdaniem dzisiaj (podkreślam – dzisiaj, o tej konkretnej godzinie) na Ukrainie możliwe są z grubsza tylko takie dwa scenariusze rozwoju wydarzeń w perspektywie średniodystansowej: bośniacki lub czeczeński, co jest wyborem między dżumą a cholerą.

       

      Scenariusz bośniacki byłby „tryumfem realpolitik” i „zwycięstwem zdrowego rozsądku”. Zakładałby zgodę Kijowa na bezczelne żądania Ławrowa i napisanie konstytucji ukraińskiej na Kremlu. W efekcie otrzymalibyśmy sezonowe państwo kantonalne, w którym tliłaby się nieustanna wojna domowa, a w poszczególnych jego częściach do władzy – zgodnie z logiką kryzysów – doszłyby siły radykalne o przeciwstawnych znakach. Twór ten byłby w części kolonią Rosji, a części „zachodniej” rodzajem Kosowa (ekonomicznie na garnuszku instytucji międzynarodowych, które dawałby jedynie kroplówkę, żeby nie wspierać prących do konfliktu nacjonalistów, ale żeby jednocześnie wszystko nie poszło się paść i nie obróciło w katastrofę humanitarną).

       

      Skąd bierze się siła Putina?

       

      Nie ma sensu enty raz pisać, skąd się bierze wewnętrzne poparcie dla Putina, lepiej kilka zdań o tym co mu sprzyja na arenie międzynarodowej – postaram się jednak nie powtarzać rzeczy już napisanych i nie używać zanadto komunałów.

       

      No to pierwszy z nich: Putin silny jest słabością Zachodu.

       

      Unia Europejska znajduje się w najgorszym od lat kryzysie ideologicznym, powodowanym w wielkiej części przez kryzys ekonomiczny. O ile w latach 90. „brunatny front” zjednoczonych nacjonalistów i prawicy antyunijnej nie miał szans przebicia się do szerszego elektoratu, o tyle teraz warunki ma wspaniałe. Wszyscy na Unię narzekają, kraje południa są wkurzone, bo im nie podoba się „dyktatura Merkel”, czyli zachowują się jak pacjent wściekły na lekarza, który ratuje mu życie, ale każe przy tym przestrzegać diety. Z kolei północ nie chce łożyć na „leni z południa”, co jest przejawem prymitywnego egoizmu i głupoty, bo w obecnym świecie jeden chory pacjent zaraża drugiego – nie ma tak, że „Grecja zdechnie, a nam Niemcom (Polakom, Francuzom...) nic do tego”.

      Putin podsyca te egoizmy jak może od dawna. Symbolicznym początkiem była budowa gazociągu „Nord Stream”, teraz mamy wariant „South Stream”. Jakże wymowne jest kierowanie przez Kreml listów do głów państw, a nie do UE jako całości.

       

      Polityka Putina, zakładająca dezintegrację UE, wydaje się skuteczna. Krótkowzroczny egoizm poszczególnych państw i uzależnienie ich od rosyjskich surowców (uzależnienie na własne życzenie, z wygodnictwa i głupoty) blokują nawet zastosowanie sankcji gospodarczych wobec Rosji, z którymi Putin zapewne liczył się już zajmując Krym, a to, że ich nie ma, jest dla niego zaskakującym bonusem i powodem do jeszcze większej pogardy dla „zgniłej demokracji liberalnej”.

       

      I coś w tym jest, bo UE rzeczywiście cierpi na kryzys przywództwa, problemem nie są wybujałe ambicje Niemiec, lecz raczej ich kompletny brak (delikatnie to kiedyś zauważył Sikorski). Nikt w Europie nie chce brać na siebie ciężaru odpowiedzialności za całość (a Merkel nie chce brać go więcej niż musi). Kwitnie myślenie kategoriami interesów narodowych – kryzysy nie doprowadziły do większego zjednoczenia, lecz rozbicia, stąd chęć ucieczki z potencjalnie tonącego statku takiego Camerona. Statek nie zaczął jeszcze naprawdę nabierać wody, bo nawet nie wypłynął na morze, a wszyscy już w kapokach i gotowi do wejścia do szalup. Statek panikarzy. Tak to wygląda.

       

      Zatem obecnie UE jest strukturą absolutnie niezdolną do prowadzenia dialogu z Putinem. Nie jest dla niego żadnym partnerem – co on po swojemu pokazuje. I nie ma się co dziwić.

       

      Właściwie nie ma już obecnie żadnych szans na wariant „ucieczki do przodu”, czyli jak najszybszego pogłębienia integracji plus otwarcia się na dwa kraje, które dałyby UE cywilizacyjnego, geopolitycznego, ekonomicznego i kulturalnego rozpędu, czyli na Ukrainę i Turcję. Unia przegapiła swój czas.

       

      Wobec powyższego, UE nie ma w tej chwili żadnych sił, żeby przeciwstawić się skutecznie agresji Putina. W najlepszy razie może zacząć popierać wariant „bośniacki”, aby opóźnić nieuniknione.

      Myślę, że nawet jeśli Bruksela zdecyduje się na jakieś sankcje gospodarcze wobec Rosji, to będą one symboliczne. Żeby misia nie drażnić. Miś wprawdzie ma to gdzieś i i tak się odwinie, żeby pokazać, że nie wolno mu podskakiwać, ale po „realpolitikach” spłynie to jak plwocina w deszczu.

       

      Amerykańskie désintéressement

       

      Obama to facet z laptopem, a Putin to facet z łomem. W zwarciu bezpośrednim łom jest niestety skuteczniejszy.

       

      Amerykę jako obrończynię „demokracji i wolności” skompromitował Bush junior. Marzeniem Obamy było możliwie jak najszybsze wyplątanie się z kabały, w jaką jego poprzednik wpędził kraj i świat. Chciał też odzyskać trochę dobrej opinii, ale spadek po Bushu (wojny, Guantanamo, etc.) oraz niezdecydowanie i niechęć do angażowania się w „nieobowiązkowe” wydarzenia na świecie  (typu arabska wiosna) oraz brak konsekwencji jedynie niechęć świata do USA pogłębiają.

       

      Paradnie wypada na tym tle rosyjska propaganda, która wszędzie widzi spiskujące Stany Zjednoczone, gdy tak naprawdę one jak ognia unikały jakiegokolwiek angażowania się w cokolwiek na Ukrainie. Obama został wciągnięty na siłę w konflikt, który go nic strategicznie nie obchodził. Jego obecne działania powodowane są koniecznością przeciwdziałania agresji Putina, która burzy ład światowy, obowiązkiem odgrywania „obrońcy wartości demokratycznych i i naczelnego ich strażnika” oraz wyborcami ukraińskiego pochodzenia. Amerykańska administracja naprawdę „zresetowała” stosunki z Putinem po Gruzji i nie działała aktywnie w przestrzeni postsowieckiej o ile nie miało to związku z Afganistanem (a teraz ze spieprzaniem z Afganistanu).

       

      Tak naprawdę USA nie mają jednak żadnych żywotnych interesów na Ukrainie. Dlatego, jeśli nastąpi rosyjska inwazja, również nie będą licytować się z Putinem. Obama nie użyje żadnych militarnych argumentów w tej rozgrywce. Nie pogrozi nawet palcem (każde zaskoczenie w tej kwestii będzie miłe, ale go nie będzie: minimalne dostawy broni nic nie zmienią).

       

      W Ameryce również zwycięży „realpolitik”, czyli zacznie się (o ile już się nie zaczęło) naciskanie na Kijów, żeby przyjąć w jakiejś formie ideę federalizacji – wspomniany wariant bośniacki.

       

      Wariant czeczeński

       

      Nad tym wariantem nie ma się co rozwodzić. Putin myśli, że jest w stanie zdławić opór Ukraińców i że tak naprawdę żadna Czeczenia mu nie grozi, bo jednak na dłuższą metę Ukraińcy nie będą chcieli bić się z Rosją i to taką, która zagwarantuje im emerytury, silną władzę (bezpośrednią lub przez jakiegoś miejscowego bandytę w typie Kadyrowa) i spokój jak za ZSRR (spokój łagrowy). Liczy się z oporem „banderowców”, ale sądzi, że jest w stanie go pokonać. Nie liczy się w każdym razie serio z oporem całego narodu, liczy na jego zmęczenie Majdanem i pragnienie stabilizacji. Nie rozumie siły i autentyzmu pragnienia wolności i zmiany w znacznej części społeczeństwa.

       

      Do Putina nie dociera, że Ukrainę stracił i że ona nie podziela jego sowieckich sentymentów. Uważa, jak każdy pracownik sowieckich „organów”, że to jakiś spisek kliki, agentów i prowokatorów, a naród da się zapędzić do domów propagandą, jeśli tylko obalić i wyłapać „kontrrewolucjonistów”.

       

      Prawdopodobnie powyższe rojenia w połączeniu z tym, że zdaje sobie sprawę z tego, że Zachód nie przeciwstawi mu się realnie, spowodują, że pójdzie na całość. Według jego wizji – częściowo słusznej – nikt nie stoi mu na drodze do marzeń. I wcale nie musi zgadzać się na opóźniający marsz do imperium scenariusz bośniacki, lecz brać jak swoje wszystko co leży na stole.

       

      Cud

       

      W wywiadzie dla białoruskiego portalu Adam Michnik powiada, że gdyby był realistą, powiedziałby, że Ukrainę może uratować już tylko cud. Cudów jednak nie ma, o czym A.M. dobrze wie. Upadek komuny i ZSRR też nie były cudami, lecz efektem dających się przewidzieć i jakoś tam stymulować procesów. Obecnie nie mamy (my, popierający Ukrainę) żadnego realnego wpływu na jedyne na świecie ośrodki władzy, które dysponują rzeczywistymi możliwościami zapobieżenia dezintegracji Ukrainy i tragedii ukraińskiego narodu, bo nie jesteśmy w stanie ich przekonać, że stanowcze działania leżą w ich interesie. Że straty taktyczne są niczym wobec start strategicznych.

       

      Gdzie zatem leży upragniony cud? Owszem, cud jest potencjalnie możliwy i leży w samej Rosji i na Ukrainie. Obecny rząd ukraiński, ochrzaniany za „bezczynność” wobec „separatystów”, nie kieruje się tchórzostwem ani słabością. Ma doskonałe rozeznanie w sytuacji w kraju i nie składa się ani z Rymkiewiczów, ani z generałów Okulickich i Pełczyńskich (oni forsowali pomysł powstania w Warszawie), którzy gotowi są postawić na szali fizyczne istnienie milionowego miasta i elity narodu w z góry przegranym boju (w każdym razie bez odpowiedniego rozpoznania i żadnych gwarancji sukcesu).

       

      Jednak ci sami ludzie, gdy staną w obliczu niczym nie maskowanej inwazji rosyjskiej, znajdą się przed jasnym wyborem: bić się czy ratować naród przed wojną kosztem niewoli. Wydaje mi się, że obie postawy mają swoje uzasadnienie, ale Ukraińcy sami zdecydują za nich i będą chcieli się bić. Ten opór, jego skala i siła, a także długotrwałość, mogą być decydujące.

       

      Mimo wszechogarniającej propagandy, Rosjanie nie pałają nienawiścią do Ukraińców, a Ukraińcy do Rosjan. Nie wiadomo, jak się zachowają w sytuacji, gdy zostaną zmuszeni do strzelania do siebie przez Putina. Jakim szokiem okaże się potencjalnie krwawa inwazja dla samych Rosjan i jak na ten szok zareagują. Czy wystąpią przypadki bratania się żołnierzy jak podczas I Wojny Światowej? Czy w Rosji nie dojdzie do kolejnej „rewolucji lutowej”, a chłopcy na froncie nie zaczną dezerterować i wracać do domów? I czy po drodze nie zahaczą o Kreml?

       

      Byłby to zaiste cud. Niestety krwawy i potwornie kosztowny. Od konieczności błagania o takie cuda - wybaw nas Panie.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (75) Pokaż komentarze do wpisu „Ukraina: Bośnia czy Czeczenia? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 kwietnia 2014 13:06
  • środa, 23 kwietnia 2014
    • Wizytówka Putina

       

      Na Sadowej autor z Behemotem śmiali się wprawdzie z partactwa rosyjskiej propagandy, według której biednych „separatystów” pozabijał na Ukrainie Prawy Sektor, czego dowodami miały być znalezione w całkowicie spalonych samochodach nietknięte wizytówki szefa PS Dmytro Jarosza (z błędem ortograficznym, fałszywym telefonem i adresem) i dolary (prawie jak na „konferencjach prasowych” o złapanych szpiegach amerykańskich z czasów Soviet Union), ale też zdawali sobie sprawę, że grupa docelowa tej hucpy pojęcia nie ma o tym, że to hucpa i zresztą nie chce go mieć, bo swoje wie, a takie rzeczy mają ją jedynie utwierdzać w tym, w co i tak już wierzy.

       

      - No jednak partactwo porażające, przecież mogli te dane wziąć z internetu i nie wypisywać na wizytówce głupot, a dolary chociaż okopcić – kot partactwa nie znosił jak skisłego mleczka, a może i bardziej, bo partactwo potrafiło samo się wszędzie wciskać, a mleczko siedziało w miseczce.

       

      - Ale niestety skuteczne. Idiotów nie brakuje ani u nas, ani u nich. „Nasi” łykają pęknięte parówki i pozgniatane puszki po piwie, które robią „pijuuuu-bziu!”, jako dowody na zamach smoleński, co, sam przyznasz, jest raczej dowodem, że nie zna granic ni kordonów kretyństwa zew. Ludzie wierzą w najbardziej idiotyczne historie, jeśli tylko potwierdzają one ich poglądy i oczekiwania – wywodził autor.

       

      - I w tym cała nadzieja! - ziewnął jakoś od czapy kocur i poszedł spać.

       

      Wkrótce potem słodki sen ogarnął i autora. Ranek okazał się już nie tak słodki, bo wdarło się weń wycie policyjnych i strażackich syren.

       

      Na żywo z Sadowej

       

      - Co za cholera? - autor przecierając oczy wygramolił się z łóżka i wyjrzał przez okno. Wokół sklepu pani Basi rozciągnięto policyjne taśmy, a funkcjonariusze odganiali nielicznych gapiów. Sam widok mógł budzić zdziwienie, ale jeszcze bardziej dziwiło, że Behemot nie wskoczył dawno na parapet, żeby skontrolować sytuację, tylko spał jak zabity w koszyku.

       

      Nie było jednak czasu dziwić się jeszcze bardziej kotu, skoro na zewnątrz następowała dalsza eskalacja dziwności: do klatki weszła ekipa strażaków w kosmicznych strojach ratownictwa chemicznego, a na parking zajechało auto z napisem „patrol rozminowania”, z którego wysiadło czterech saperów i ruszyło do odciętego od świata sklepiku. W ciągu następnych kilku minut dziwności jedynie przybywało, bo zjawiły się również telewizyjne wozy transmisyjne, a reporterzy rzucili się na dowodzących akcją oraz miejscową ludność.

       

      Autor uznał, że lepiej nie wychodzić na dwór, żeby samemu nie wpaść w łapy jakiegoś dziennikarza, a i tak pewnie więcej dowie się włączając telewizor, niż gdyby samemu usiłował zdobyć jakieś informacje od sąsiadów. I był to strzał bez pudła, bo w pudle leciała właśnie relacja na żywo z Sadowej.

       

      Dziennikarka przesłuchiwała akurat panią Basię, właścicielkę sklepiku.

       

      Pierwsza dziennikarka: Co się właściwie stało?

       

      Pani Basia: No nic takiego, chyba jakieś żule się włamały mi do sklepu.

       

      P.d. : Coś zginęło?

       

      P.B. : Wie pani, to już drugie włamanie, ukradli tym razem butelkę wina owocowego „Granat”.

       

      P.d. : Czyli używali broni?

       

      P.B. : Jakiej broni? Nic nie wiem, tylko nabrudzili, stłukli szybkę w okienku od zaplecza i pozostawiali jakieś swoje graty, bo pewnie byli pijani.

       

      P.d. : Co zostawili konkretnie, pomoże to w ich identyfikacji?

       

      P.B. (drżąc) : Nie wiem, nie wiem, jakieś coś w pokrowcu z napisem po rusku „Iskander”, trochę rubli i kopiejek oraz wizytówkę...

       

      P.d. : Pani się nie boi, czyja to była wizytówka?

       

      P.B. (z płaczem): Putina, Jezusie, boję się, że nas wszystkich pozabijają!

       

      P.d. (patrząc w kamerę): Jak sami państwo widzicie, wszystko jasne! „Zielone ludziki” Moskwy dotarły do Warszawy!

       

      - W mordę separatysty! - jęknął autor.

       

      Tymczasem P.d. dopadła już policjanta dowodzącego akcją.

       

      P.d. : Ze sklepu skradziono granat, na miejscu zabezpieczyliście rosyjską rakietę „Iskander”, rosyjską walutę i wizytówkę prezydenta Putina. Czy ujęto już odpowiedzialnych za to żołnierzy rosyjskiego specnazu?

       

      P.d.a. : Wyjaśniamy sprawę, na temat znalezionych na miejscu przestępstwa przedmiotów możemy wypowiadać się dopiero po tym, gdy zbadają je biegli eksperci. Nic nie wiem o żadnym specnazie, pani redaktor.

       

      P.d. : Niech pan nie żartuje, społeczeństwo ma prawo wiedzieć!

       

      P.d.a : Pani redaktor szanowna, powiem szczerze: nie wiem, czy to prawdziwe ruble, bo rubli w życiu na oczy nie widziałem, nie wiem też, co jest w pokrowcu z napisem „Iskander”, bo strach był otwierać – dlatego wezwaliśmy saperów. Mogę potwierdzić jedynie, że faktycznie znaleźliśmy wizytówkę Putina.

       

      P.d. : Dziękuję bardzo! To mi wystarczy za cały komentarz do tej dramatycznej sytuacji!

       

      Broń biologiczna?

       

      Autor nie zdążył nawet nastawić wody na kawę, bo druga dziennikarka maglowała już panią Leokadię, doskonale pełniącą obowiązki dozorczyni na Sadowej.

       

      D.d. : Dlaczego tu przyjechali specjaliści od ratownictwa chemicznego?

       

      P.L. : Ja nic nie wiem, paniusiu kochana, ja tylko wiem, że jakiś chuligan w nocy narobił Kowalskim na wycieraczkę.

       

      D.d. : Jak do tego doszło?

       

      P.L. : Złociutka, mnie przy tym nie było. Ja to tylko znalazłam i zadzwoniłam do nich do drzwi, żeby ich uprzedzić, bo mogliby przez przypadek wdepnąć. Strasznie toto śmierdziało, fuj!

       

      D.d. : I co było dalej?

       

      P.L. : Normalnie: Kowalska chciała posprzątać, ale jej mąż znalazł wsuniętą pod drzwi wizytówkę i żeśmy się wszystkie wystraszyli, więc na policję zadzwonił.

       

      D.d. : Czyja to była wizytówka, że tak się wystraszyliście?

       

      P.L. : Tego tam, z telewizji, ruskiego głównego, znaczy – Putina.

       

      D.d. : Dziękuję bardzo!

       

      Autor pobiegł do kuchni, prawie by potknął się przy tym o koszyk śpiącego Behemota, włączył czajnik i zdążył wrócić w sam raz na rozmowę z szefem strażaków.

       

      D.d. : Może pan potwierdzić, że to terrorystyczny atak chemiczny?

       

      S.S. : Nie mogę.

       

      D.d. : A może pan powiedzieć, że to broń biologiczna?

       

      S.S. : Nie mogę.

       

      D.d. : To co pan może powiedzieć widzom spragnionym informacji?

       

      S.S. : Że to strasznie capi. Musimy to zabrać do laboratorium. Przepraszam, muszę wracać do roboty.

       

      Nastąpiła przerwa na reklamę, podczas której autor wreszcie zrobił kawę, a Behemot wreszcie wstał. Gdy wysłuchał streszczenia wydarzeń, jedynie uśmiechnął się szelmowsko i powiedział, że musi obejrzeć w telewizji dalszy ciąg.

       

      Globalna ofensywa „wizytek”*

       

      Na ekranie pojawił pojawił się napis „Breaking News!!!”, a pani z wyraźnymi mimo makijażu wypiekami poinformowała:

       

      - Biały Dom oświadczył przed chwilą, że Secret Service bada sprawę tajemniczego wydarzenia, do jakiego doszło w nocy w siedzibie prezydenta USA. W nocy ktoś miał strącić z parapetu doniczkę z ulubioną pelargonią Michelle Obamy na podłogę, a kapcie samego Baracka Obamy miały zostać spryskane jakąś nieznaną substancją chemiczną. „Śledztwo w toku. Uznajemy to potencjalnie za próbę ataku terrorystycznego. Mogę potwierdzić, że na miejscu służby odnalazły wizytówkę prezydenta Federacji Rosyjskiej pana Putina. Na obecnym etapie przestrzegam jednak wszystkich przed wyciąganiem pochopnych wniosków” - oświadczył rzecznik White House Jay Carney. Nieoficjalne do tej pory przecieki z Berlina mówią również o tym, że dzisiejszego ranka kanclerz Angela Merkel znalazła podobną wizytówkę za wycieraczką swojego auta. Także w Londynie doszło do zamieszania, gdy królowa miała znaleźć taką samą wizytówkę rano w swojej pościeli. Proszę państwa, z całego wprost świata płyną informacje o odnajdywaniu wizytówek prezydenta Putina w różnych miejscach i głosy oburzenia na rosyjskiego przywódcę...

      Tu nastąpiła przebitka z konferencji prasowej ministra Ławrowa w Moskwie, ale pokazano tylko, jak pan minister pokazuje dziennikarzom środkowy palec.

       

      - Wszystko zgodnie z planem! Wiedziałem, że światowe koty nie zawiodą! - cieszył mordkę Behemot. - Możesz już ściszyć.

       

      - Że co? Co idzie zgodnie z planem? Jakim planem, do cholery? Ty maczałeś łapy w tej aferze z wizytówkami Putina? - zaczął pytać zdumiony autor.

       

      - Oni pierwsi zaczęli z wizytówką tego dzwońca Jarosza, a ty mi powiedziałeś słusznie, że u nas też pełno takich, którzy na głupotę reagują jak ja na walerianę. No więc postanowiłem obudzić świat za pomocą głupiej propagandy! Przecież nie tylko Kreml ma na nią monopol! - tłumaczył kot. - Sam wiesz, że wszystkie mądrości i ostrzeżenia nie skutkowały, Zachód był tak naprawdę bierny, dopiero teraz zrobiła się afera i wszyscy potępiają Putina jednogłośnie!

       

      - Ale jak? Jak ty zdołałeś sam to wszystko zrobić? - autorowi, że tak powiem, opadła kopara.


      - Przecież mówię, że nie sam, sam jedynie u nas w okolicy, druknąłem na naszej drukarce te wizytówki i narobiłem bałaganu w sklepie. Tego wina „Granat” nawet nie ukradłem – schowałem w pomidorach, pani Basia potem znajdzie – wyjaśnienia Behemota sporo wyjaśniały. - Ruble wziąłem te twoje pamiątkowe z szuflady, przecież to nawet nie miało wartości jednego dolara. A resztę obgadałem ze znajomymi kotami z całego świata przez skype'a, a one już wiedziały, co trzeba robić dalej. Do rana wszystko załatwiałem, dlatego spałem tak długo.


      - A rakieta „Iskander”? - autorowi po koparze opadły i ręce.


      - Genialne, prawda? To twoja stara rakieta tenisowa z piwnicy, na pokrowcu napisałem „Iskander” cyrylicą! - kocur był z siebie najwyraźniej bardzo zadowolony.


      - No a to na wycieraczce u Kowalskich? - autor nie mógł dojść do siebie po poznaniu prawdy.


      - Nie mówmy o tym, autorze. Cel uświęca środki – lekko zmieszał się Behemot.

       

       

      * nie chodzi o siostry wizytki, „wizytka” to po rosyjsku wizytówka:-)

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Wizytówka Putina”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 23 kwietnia 2014 12:49
  • wtorek, 22 kwietnia 2014
    • Copyright by Sadowa

       

      Na Sadowej autor z Behemotem zastanawiali się nad kwestiami ostatecznymi, ale w ujęciu praktycznym. Dręczyło ich pytanie: co mogą zostawić w spadku swoim potomkom? Wprawdzie Behemot do żadnych potomków się nie przyznawał, ale ich istnienia bądź zaistnienia w przyszłości nie wykluczał. Zgodzili się, że progenitury nie uraduje raczej spadek w postaci zastawy stołowej, pościeli i debetu lub kocich zabawek i kociego kocyka, a książki oraz używana kuweta sytuacji mogą nie polepszyć. Obaj chcieli rzetelnie osłodzić swoje zniknięcie z tego padołu spadkobiercom, a nie ich wnerwiać i obarczać obowiązkiem segregacji odpadów oraz spłatą zadłużenia.

       

      - Nie chcę iść na łatwiznę i zacząć odkładać suchą karmę dla dzieci, poza tym – gdzie to trzymać? - kotu od myślenia aż marszczyło się futerko na czole.

       

      - Jeśli zostawiłbym w spadku jedynie wielką literaturę, to moje dzieci mogą skończyć na ulicy – biadolił z kolei autor.

       

      Autor z Behemotem rozważają wypchanie się

       

      - Ba, mogą nawet nie zechcieć do pogrzebu dołożyć, nie wspominając już nawet o wykupie kwatery na dłuższy okres! - zgodził się Behemot.

       

      - Co robić, co robić...? - martwił się autor, który za cholerę nie wierzył w zyskowność swojej „wielkiej literatury”.

       

      - Wiesz, ja to mogę przynajmniej zapisać swoje piękne truchło za drobną opłatą jakiemuś taksydermiście, który mnie po zgonie wypcha i opchnie jakiemuś wielbicielowi kotów, któremu nie chce się po żywych kotach sprzątać, ale w twoim wypadku to odpada nie tylko z powodów estetycznych, ale i z powodu rozmiarów – kto ma miejsce na trzymanie w domu takiego pogrubiałego autora? Chyba nawet żadna z twoich byłych nie jest aż tak rąbnięta, żeby w twoje wypchane zwłoki chcieć dla rozrywki rzucać lotkami i jeszcze za to zabulić? - spekulował kocur. - Zresztą wypchanie tak „wielkiego” autora byłoby zbyt kosztowne – ile by trzeba wydać na same pakuły?

       

      - Tego bym nie był taki pewien – autor wyraził brak stuprocentowej pewności w kwestii losów swojego potencjalnie wypchanego cielska. - Myślę jednak, kochany kocurku, że źle kombinujemy, trzeba wymyślić coś genialnie prostego, co na pewno będzie miało zbyt w przyszłości i po prostu zastrzec prawa autorskie. Niechby biedactwa żyły z tantiem!

       

      - Ale co by to miało być? Abstrahując już od tego, że nasze najgenialniejsze pomysły raczej mało chwytają, to co w obecnych czasach daje gwarancję dochodu? Na jaki produkt mielibyśmy postawić? Na jakiej dziedzinie skupić swe genialne umysły? - Behemot mnożył pytania podstawowe jak kocięta, których rzekomo nie miał.

       

      - Kotku, jest coś w naszym kraju, na co zawsze jest nieustające zapotrzebowanie, jest dziedzina, w której Polacy są specjalistami i zachłannymi konsumentami... - wydawało się, że autor wpadł na jakiś genialny pomysł.

       

      - Jaka? Gorzelnictwo? Zapomnij, państwo ma monopol! - machnął łapą kot. - A pieniądze ze sprzedaży naszych wizerunków na butelki byłyby raczej żadne. Kto chciałby pić „Behemotówkę”, żeby potem widzieć białe myszki. Albo „Autorówkę” z gębą, która wróżyłaby mu, jak będzie wyglądał the day after?

       

      - Kocie, nie chodzi mi o alkohol, ale o pomniki. Bez pomników Polacy żyć nie mogą. Pomnikomania i pomnikofilia u nas to nałóg i sport narodowy. I one nigdy nie zaginą, prędzej będziemy mieć drugiego papieża Polaka! - wyjaśnił autor.

       

      - No, no, w sumie masz rację: pomniki papieża idą jak świeże bułeczki, ale i tak już ich dużo i kanon jakby ustalony... Co tu nowego wymyślić? - zastanawiał się Behemot.

       

      - Spoko, kocurze, po pierwsze - po kanonizacji będzie nowa fala pomników papieża, pod drugie – nie samym papieżem Polak żyje, idzie moda na pomniki śp. pary prezydenckiej. Państwo Kaczyńscy coraz śmielej upamiętniani są w polskich miastach i miasteczkach, a wypadku zwycięstwa PiS w następnych wyborach można będzie liczyć na wprowadzenie ustawowego obowiązku stawiania ich wszędzie i finansowanie z budżetu – rozmarzył się autor. - To żyła złota. Do tej pory panuje w tych sprawach całkowita dowolność i bezhołowie, co ma fatalne nieraz skutki estetyczne i polityczne. Myślę, że stać nas na opracowanie kilku koncepcji artystycznych takich monumentów, aby zapanował w Polsce pewien ład estetyczny, moralny i przestrzenny. Prawa do nich zastrzeżemy i będziemy brać opłaty licencyjne, nie tylko zostawimy to w spadku potomkom, ale jeszcze za życia nachapiemy się kasy za konsultacje!

       

      Koncepcje autorskie i Behemocie

       

      Autor z Behemotem wzięli się natychmiast do pracy i już po godzince mieli gotowy szkic koncepcji pomników, jakie można wystawiać w całej Polsce bez wstydu, a nawet z pewną dumą. Postanowili natychmiast opublikować go na blogu, żeby potem nie było gorszących sporów o pierwszeństwo z artystami bliskimi PiS.

       

      Pan prezydent Lech Kaczyński bez małżonki:

       

      a) Kaczyński na Kasztance (klasyczny - à la słynny obraz Wojciecha Kossaka oraz warianty: Kaczyński na Kasztance goni bolszewika, hitlerowca lub Palikota – albo wszystkich naraz, dla wielbicieli zwierząt i pacyfistów wersja: Kaczyński daje Kasztance kostkę cukru)

       

      b) Kaczyński pod Grunwaldem – wariant klasyczny: Kaczyński z dwoma nagimi mieczami, w wersji pod polską ambasadą w Berlinie, dla lepszego zrozumienia wśród tubylców, nagie miecze mogą zostać zastąpione przez dwa obrane kartofle

       

      c) Kaczyński przyjmuje hołd pruski – pani Erika Steinbach w błagalnej pozie korzy się przed majestatem i wręcza mu symboliczne klucze co najmniej do miasta Görlitz

       

      d) Kaczyński przyjmuje hołd ruski – prezydent Putin w worku pokutnym ofiarowuje Polsce klucze do Kaliningradu oraz Abchazję i Osetię Południową

       

      e) Kaczyński w Powstaniu Warszawskim – wersja klasyczna: prezydent niszczy małpką z benzyną niemiecki czołg; wersja dla dzieci i młodzieży: Kaczyński jako mały Powstaniec bierze do niewoli oficera SS o twarzy Tomasza Lisa

       

      f) Kaczyński łagodny: Kaczyński głaszcze kota brata, siedząc na tronie IV R.P.

       

      Pan prezydent z bratem:

       

      a) Kaczyński doradza bratu: Kaczyński pokazuje bratu wyciągniętą w przyszłość dłonią, gdzie wykopać kanał w Mierzei Wiślanej. Brat skrzętnie notuje

       

      b) Kaczyński ostatni raz rozmawia przez telefon z bratem – oczywiste nawiązanie do Nowego Testamentu

       

      c) Kaczyńscy, czyli symboliczny chrzest Polski – Roman Dmowski i Józef Piłsudski trzymają obu braci do chrztu, którego dokonuje rzecz jasna Jan Paweł II

       

      d) Bracia jako symbol uczciwości dla młodych pokoleń Polaków: Jacek i Placek oddają niebu ukradziony przez Tuska księżyc

       

      Para prezydencka:

       

      a) Kaczyńscy „Pożegnanie Ojczyzny” - Kaczyński w mundurze ułana cmoka na pożegnanie małżonkę, przygląda się temu z boku radosna Kasztanka

       

      b) Kaczyński z małżonką „Prawdziwi Polacy” - Małżeństwo Kaczyńskich rusza do Powstania Warszawskiego: oboje w mundurach z epoki, on ze stenem w dłoniach, ona – Matka Polka z opaską sanitariuszki na ramieniu i małą Martą na rękach (uśmiechnięta dziecina bawi się granatem)

       

      c) Kaczyńscy w domu, scena rodzajowa: pani Maria pakuje mężowi do reklamówki drugie śniadanie i stoperan, pan prezydent zmywa po śniadaniu (ulubiony pomnik feministek z PiS)

       

      d) Kaczyńscy „spotkanie z Papieżem Polakiem” - para prezydencka na premierze filmu „Karol - człowiek, który został papieżem”

       

       

       

       

      - No i co, autorze, myślisz, że wystarczy? Że z praw do tych pomysłów nasze dzieci będą mogły żyć godnie i bezpiecznie? - zapytał wyczerpany robotą umysłową Behemot.

       

      - Kocie, jestem tego pewien, możesz natychmiast zabrać cię za robienie kociątek – zapewnił go dumny autor.

       

      P.S. Poddaję się, nie mam nic tu do roboty. Człowiek się stara Czytelników jakoś rozbawić, kombinuje, główkuje, a okazuje się, że braku wrodzonego talentu żadna ciężka praca nie zastąpi. Zakasowała mnie bezlitośnie pani Anna Fotyga dzisiaj:

      "Gdyby rządziło Prawo i Sprawiedliwość, a przede wszystkim gdyby prezydentem był Lech Kaczyński, najprawdopodobniej nie doszłoby w ogóle do takiej sytuacji, jaką mamy. (...) Nie mam wątpliwości, że polityka zagraniczna śp. Lecha Kaczyńskiego była czynnikiem stabilizującym Europę, szczególnie Europę Środkowo-Wschodnią" - stwierdziła Anna Fotyga w wywiadzie dla "Do Rzeczy", pytana o to, czy gdyby PiS był u władzy, nie doszłoby do aneksji Krymu.

      Mogę tylko miauknąć po cichu, że gdyby Behemot był prezydentem, Polska byłaby od Bałtyku po Pacyfik, benzyna byłaby za darmo, a Putin tańczyłby na rurze (nie chodzi o gazociąg).


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (57) Pokaż komentarze do wpisu „Copyright by Sadowa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 kwietnia 2014 11:42
  • poniedziałek, 21 kwietnia 2014
    • Szkarłatna nić Ariadny

       

      I

       

      Nazywam się Likomedes, byłem królem wyspy Skyros. Niektórzy z was pewnie przynajmniej o mnie słyszeli, bo zachowały się na mój temat niezbyt pochlebne wzmianki w greckiej mitologii. Powiem wam szczerze: nigdy nie zabiegałem o żadną sławę, tym bardziej złą. Gardzę osobnikami pokroju tego szewca-idioty Herostratesa, który dla rozgłosu spalił jeden siedmiu cudów świata – Artemizjon w Efezie. Zawsze pragnąłem pokoju i nie znosiłem wojny, wszelka przemoc mnie brzydziła, a herosów uważałem za awanturników, którzy pod pozorem walki ze złem zaspakajają swoje osobiste potrzeby (żądzę mordu, gwałtów i krwi oraz pragnienie popularności i podziwu tłumu jeszcze gorszych prymitywów), przyczyniając się właściwie zawsze do powstania jeszcze większego zła niż to, które z taką pompą i okrucieństwem zwalczali, rzekomo w imię jakiegoś dobra podejrzanej przeważnie konduity.

       

      W historii wspomina się mnie przy okazji dwóch wydarzeń: po pierwsze – na mym dworze w dziewczęcym przebraniu ukrywał się przed wzięciem udziału w wyprawie na Troję Achilles, po drugie – zabiłem herosa Tezeusza. Z obu powodów mam dość złą prasę, a historycy i artyści, uznawszy mnie za małostkowego zazdrośnika i być może wielbiciela młodzieńców przebranych za dziewczęta, przemykają nad mą postacią czym prędzej, w ogóle nie próbując wniknąć w szlachetne intencje, jakie mną powodowały.

       

      W starożytności byłem wielkim statystą, niestety zapoznanym. Moje królestwo było niewielkie i nie miało ani sił, ani żadnego strategicznego znaczenia, a takim królestwom, jestem o tym głęboko przekonany, powinno zależeć przede wszystkim na utrzymani status quo. W naszych czasach byle wróżbita potrafił wyczuć atmosferę, w której dojrzewała gotowość świata do konfliktu, mającego przybrać formę wojny trojańskiej i zniszczyć stary porządek, torując drogę jakimś potworom na miarę Aleksandra, Cezara czy całej plejady pomniejszych zbrodniarzy w typie Karola „Wielkiego”. Dlatego powziąłem swój prawdziwie wielki plan zapobieżenia tej niepotrzebnej nikomu tragedii i realizowałem go konsekwentnie korzystając z każdej okazji i nie uchylając się od żadnego poświęcenia. To przemożne pragnienie pokoju uczyniło ze mnie mordercę. Nie da się ukryć, że niestety poniosłem klęskę, fiaskiem skończyły się me zamysły, na nic zdały się wyrzeczenia, zawiodłem jako polityk i jako ojciec.

       

      II

       

      Kiedy zgodziłem się na tę farsę z ukrywaniem Achillesa wśród kobiet, o co błagała mnie jego matka Tetyda, przerażona tym, że jej syn zginie w nadchodzącej wojnie, której według wyroczni Achajowie nie mogli wygrać bez udziału młokosa przebranego w damskie ciuszki, nie przewidziałem, że zanim Odyseusz swoim podstępem doprowadzi do ujawnienia naszego podstępu, młody heros zbałamuci mi córkę, a owocem tego związku będzie bękart Neoptolemos, bezwzględny zabójca króla Troi Priama. Sami przyznacie, że trochę mi nie wyszło. Cóż, tak to jest w polityce – raz na wozie, raz pod wozem.

       

      Podobnie rzecz miała się z Tezeuszem, którego zmuszony byłem zepchnąć ze skały do morza. I nie zrobiłem tego, klnę się na wszystkich Bogów, z zazdrości o sławę tego rzezimieszka, lecz w przeczuciu, że może odegrać wielką i szkodliwą rolę w nadchodzącym konflikcie starego z nowym. Przyznaję, byłem do niego uprzedzony już wcześniej, od tej historii z Minotaurem na Krecie. Żeby wam wytłumaczyć, dlaczego nie pałałem do Tezeusza sympatią i uważałem za niebezpiecznego burzyciela ładu w całym rejonie morza Egejskiego i nie tylko (bruździł także w Tracji, Scytii i nawet w samym Hadesie), muszę przede wszystkim odkłamać mit o nim, jaki wśród następnych pokoleń utrwalili propagandziści „nowych czasów”

       

      Tezeusz udał się rzekomo na Kretę po to, aby zabić Minotaura, któremu Ateny corocznie musiały składać ofiarę z siedmiu dziewic i siedmiu młodzieńców, a ów „potwór” miał ich pożerać żywcem. Wszystko to blaga, kłamstwo i oszustwo. Labirynt wprawdzie istniał naprawdę i rzeczywiście mieszkał w nim Minotaur, ale nie był żadnym krwiożerczym potworem, lecz rektorem uczelni zwanej Labiryntem (prawdą jest również, że podczas inauguracji roku akademickiego nosił rogatą maskę byka, co dało podstawy do późniejszych insynuacji), w której młodzież z Aten i nie tylko pobierała nauki z łaski wielkiego Minosa. Król Krety, najbardziej cywilizowanego ówcześnie mocarstwa, ufundował po prostu stypendia dla niezamożnej młodzieży, żeby prawdziwa wiedza i wyższa kultura mogły stać się dostępne dla achajskich barbarzyńców.

       

      Tymczasem w Atenach - w tych czasach były zwykłą wiochą w porównaniu ze wspaniałym Knossos - przejęli władzę nacjonaliści, których drażniła kulturalna dominacja Krety. Propagowali wyższość ateńskości i nawoływali do tego, aby zaprzestać wysyłania młodzieży „na pożarcie dekadenckiej kulturze minojskiej”. Rozsiewali ohydne plotki i podburzali lud. Tezeusz, ze swoją głupotą i wieczną ochotą do łupieżczych wypraw, spadł „prawdziwym Ateńczykom” jak z nieba. Namówili go do „misji uwolnienia ateńskich zakładników”, którym miała w Labiryncie grozić straszliwa śmierć. Głupek łyknął całą historię jak gęś kluskę, bo kadzili mu przy tym okropnie i naobiecywali niestworzonych rzeczy.

       

      Na miejscu szczęście mu sprzyjało: rozkochał w sobie królewnę Ariadnę, która - zdradzając swój lud - istotnie dała mu kłębek nici, żeby kretyn nie zgubił się podczas wypełniania misji w wielkim gmachu Labiryntu (przypuszczam, że przedtem bywał jedynie w „pałacach” królów na kontynencie, które przy Labiryncie zdawały się najwyżej szopami na narzędzia rolnicze) oraz zapoznała z systemem ochrony uczelni. Dzięki pomocy zdrajczyni, bandzior Tezeusz rozsiekał bezbronnego Minotaura podczas wykładu na oczach przerażonych studentów, a Ateńczyków, którzy wcale nie chcieli wracać z furiatem do domu, związał i zawlókł na okręt, gdzie czekała już nań bez pamięci zakochana córka Minosa.

       

      III

       

      Heros”, bawidamek i erotoman, już w trakcie rejsu powrotnego znudził się wdziękami upadłej królewny i kombinował tylko, jak się jej pozbyć. Okazja trafiła się podczas postoju na Naksos, gdzie Tezeusz wszedł w układ z Dionizosem, który Ariadny zapragnął i zaproponował za nią zbójowi trzy amfory wina. Ten zgodził się bez wahania na tę podłą transakcję, ale żeby nie wyjść w oczach opinii publicznej na skończonego łajdaka, poprosił Boga, aby ten oszołomił i uśpił winem nieszczęsną dziewczynę, co miałoby stworzyć wrażenie, że to nieodpowiedzialna alkoholiczka i porzucenie jej na wyspie jest moralnie usprawiedliwione.

      Zakochana Ariadna podsłuchała spiskowców i postanowiła zemścić się na podłym kochanku. W sumie zresztą, gdy poznała już jego koszmarny charakter, perspektywa zostania kochanką Dionizosa nie była dla niej najgorsza.

       

      - Ale ty, Tezeuszu, na tym dobrze nie wyjdziesz, skorom dała ci raz nić, która uratowała ci życie, teraz zabiorę ci twoją własną, co przyniesie ci ból i cierpienie – rzekła mściwa niewiasta.

       

      Nim udała się na ucztę, gdzie miała zostać podstępem upojona, wyciągnęła nitkę ze szkarłatnego żagla, który wpływając do ateńskiego portu Tezeusz miał kazać wciągnąć na maszt na znak zwycięstwa, a następnie przywiązała ją drzewa oliwnego. Gdy okręt ruszył w morze, żagiel zaczął się pruć i po dopłynięciu na miejsce nie został z niego nawet zdatny do użytku strzęp. Kiedy ojciec Tezeusza ujrzał, że syn powraca bez umówionego sygnału tryumfu, popadł w rozpacz i rzucił się w odmęty. Zemsta się dokonała.

       

      IV

       

      Spacerując któregoś dnia brzegiem mego niewielkiego królestwa, natknąłem się na fragment szkarłatnej nici Ariadny, który morze wyrzuciło mi wprost pod stopy. Gdy wziąłem go w dłonie, wszystko stało się dla mnie jasne i oczywiste. Wiedziałem już, że muszę tego zbrodniarza i handlarza żywym towarem zlikwidować. Czekałem cierpliwie na jego wizytę. Trzymałem wszak w ręku część nitki jego przeznaczenia, przyczaiłem się jak pająk w środku sieci utkanej z opowieści, że król Skyros Likomedes czci i wielbi wielkiego herosa Tezeusza i marzy o spotkaniu z nim, aby obsypać go zaszczytami i złotem. Wiedziałem, że te bajki dotrą do niego prędzej czy później i że na pewno skorzysta z okazji nażarcia się i napicia na koszt swego wielbiciela, bo taki ma już charakter.

       

      No i nie pomyliłem się. Przybył wreszcie, żarł i pił bez opamiętania na mój koszt, opowiadał głodne kawałki o swych „bohaterskich” czynach, a ja udawałem, że słucham z zachwytem. Rankiem zaproponowałem mu spacer nad morze, do którego zachęciłem go kłamstwem, że nasze powietrze doskonale leczy kaca. Gdy znaleźliśmy się wreszcie sami na szczycie skalnego urwiska, strąciłem go bez chwili wahania w przepaść. Istnienie „herosa” jedynie na chwilę upamiętniła fontanna morskiej wody, którą wzbił w drodze na dno.

       

      Jednak moje szczęście długo nie trwało, ktoś musiał nas podglądać na urwisku i zaczęły się plotki. Zaś kult herosa zaczął rozwijać się na mojej własnej wyspie, a jego duch ku memu utrapieniu wziął udział w zdobyciu Troi przez Achajów. Tak więc znowu poniosłem klęskę i moje szczere poświęcenie poszło na marne. Ilion padł, upadł z nim stary porządek, a ja sam – okrutny żart Bogów – musiałem szukać schronienia przed wściekłymi mścicielami Tezeusza w Tezejonie, czyli świątyni poświęconej właśnie temu, którego zamordowałem, która stanęła tam, gdzie dokonałem morderstwa i z biegiem lat stała się tradycyjnym miejscem azylu dla zbiegłych niewolników i niewypłacalnych dłużników.

       

      Po setkach lat kult Tezeusza stracił wyznawców, świątynia popadła w ruinę, a ja i moja historia jesteśmy już tylko szeptem wiatru, wiejącego po dziś w miejscu pradawnej zbrodni, która na nic nikomu się nie zdała.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Szkarłatna nić Ariadny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 kwietnia 2014 17:10
  • niedziela, 20 kwietnia 2014
    • Christos Woskries!*

       

      Na Sadowej i nie tylko w tym roku Wielkanoc wypadała w tym samym terminie co w kalendarzu prawosławnego Wschodu, więc od rana autor odbierał telefony ( sam, kutwa cholerna, żałował pewnie pieniędzy, co ukrywał pod maseczką „nie będziemy zawracać ludziom głowy w święta” ) od znajomych i przyjaciół z krain tamecznych i wysłuchiwał tradycyjnej formuły powitalnej: Christos Woskries! Zgodnie z obyczajem odpowiadał na nią: Waistinu Woskries!** A mówił tak z szacunku dla tradycji oraz z powodu swojego niefanatycznego ateizmu, podmywanego niecnie przez zakłada Pascala i absolutną czasem bezradność wobec ludzkiego gatunku.

       

      Po śniadaniu przerywanym życzeniami przyszedł czas na fotel i papierosa. Nadmieńmy przy tym, że autor zwykł był z tego fotela wygłaszać nieraz kaznodziejskim tonem uwagi do pozostałych lokatorów Sadowej, na co oni reagowali różnie: czasem puszczali mimo uszu lub uśmiechali się wyrozumiale i machali ręką (lub łapą), innym razem robili po prostu głośniej telewizor albo okazywało się nagle, że koniecznie muszą do miasta. Dziś nie było jednak zmiłowania, święta to wspaniały czas dla starych zrzęd – trudno je wtedy kulturalnie olać, a uciec od razu na spacer nie można, bo obżarty brzuch ciąży. Świadomy tego wszystkiego autor z uśmieszkiem zaczął więc wygłaszać swoje niedzielne uwagi:

       

      - Zaiste w to воскресенье*** Christos Woskries, ale tym razem jakby nie sam. Przy okazji zmartwychwstały jakieś dawno nieobecne w naszych okolicach paskudniki: nacjonalizm, wojna, totalitaryzm, fanatyzm, nienawiść i łeż podły, a wszystkie one poprzebierane w ornaty i na nabożeństwo za ojczyznę ogonami dzwonią – ględził, a obżarta i przykuta obżarstwem do kanapy publika chcąc nie chcąc słuchała. - Dzwonią tak głośno, że od tego hałasu umy**** ludziom w wodę się zmieniają, w sam raz na jutrzejszy lany poniedziałek, żeby mieli czym bliźnich polewać! Oj, podczas tegorocznego tradycyjnego zstąpienia do piekieł w Wielką Sobotę „Panbucek” pewnikiem drzwi nie domknął i cała ta zaraza na świat wychynęła na naszą niechybną zgubę. Jak prostaczków nie straszą genderem, to banderowcami, jak nie banderowcami, to żydowskimi faszystami, jak nie żydostwem, to szczepionkami, a jak nie nimi, to GMO, co to wirusa ebolę na wygubienie narodów po świecie roznosi, a sieją to wszystko feministki-komunistki, Marksa kochanice! Jak tu ma być człek spokojny i trawić Boże dary, kiedy głupstwo tryumfujące z każdego kąta wSieci wyziera !?

       

      Behemot ziewnął, dokończył oblizywanie łapki i wzruszył ramionami bezobciachowo.

       

      - Autor, przestań marudzić choć dzisiaj, bo mamy radosne święto. Był ten Chrystus czy nie był, zmartwychwstał czy nie, rzecz wtórna i nie do rozstrzygnięcia – kwestia wiary, że tak powiem, ale pocieszyć się można i nie trzeba jak zwykle ponurej wieszczby nam tu jak co dzień wysłuchiwać. Radujmy się trochę chociaż, nawet jeśli do radości powody kruche! – kocur ganił autora bez specjalnego respektu. - Co będzie, to będzie. Na moje nie jest jeszcze tak źle. Te paskudniki, o których opowiadasz, nie od wczoraj ani dzisiaj na świecie – stale są obecne. Stale nie tylko my obaj się z nimi użeramy, ty piórem, ja pazurami. Po co o tym gadać i dzisiaj? Jutro też jest dzień. I potem też dni jak co dzień. A dziś nas zaprosili w gości przyjaciele z Ukrainy. Weź coś na zgagę, żeby nie zatruwać im świąt, ale trochę w ten czas niepewny dodać otuchy i rozbawić. Ubieraj się, zamiast ględzić. Ja tam chcę iść do nich jak najszybciej, bo, jak wiesz, czeka tam na mnie kotka Liza. Krótko mówiąc: dupa w troki.

       

      Autor pomyślał chwilkę, podrapał się po pokrytym krótką sierścią łbie, zrezygnował z ochrzanienia kota (chrzanem przejadł się wcześniej) i rzekł:

       

      - No dobra, kocie, dosyć smęcenia na dzisiaj, idziemy świętować. Na pohybel głupstwu, na przekór...

       

      - Autorze! - przerwał mu kocur.

       

      - Tak? - autor nie lubił, gdy mu się przerywało.

       

      - Ty nie gadaj, tylko rób! - zauważył kot.

       

      - Aha! - autor dostrzegł, że kot ma odrobinę racji. - W porządku, już się zbieramy!

       

       

       

      * Chrystus zmartwychwstał

      ** Zaprawdę zmartwychwstał

      *** woskriesienije to również niedziela

      **** umysły, rozumy

       

      P.S. Autor i Behemot naprawdę lezą w gości, wrócą o przyzwoitej porze, a Szanownym życzą miłego świątecznego dnia:-)

      aut. i B.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (84) Pokaż komentarze do wpisu „Christos Woskries!*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 kwietnia 2014 13:38