MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • poniedziałek, 31 marca 2014
    • I po Krymie

       

      Co właściwie Putin uczynił Rosji, Ukrainie i światu aneksją Krymu? Jakie są długofalowe konsekwencje tego absurdalnego ekonomicznie i politycznie aktu międzynarodowego terroryzmu? Z czym przyjdzie nam się borykać przez imperialną anachroniczność rojeń prezydenta FR?

       

      Optymistycznie załóżmy, że Putin rezygnuje z planów rozbioru Ukrainy. Osobiście w to nie wierzę, bo raczej wykonuje ostatnie sondaże dyplomatyczne, czy uda mu się osiągnąć swój cel metodami „politycznymi”, czyli doprowadzić szantażem do federalizacji, a tym samym do „samorozbioru”, czy też rozpocznie się z grubsza powtórka z Krymu. Ponieważ zgody na dyktowanie ustroju na Ukrainie nikt nie wyrazi, więc inwazja jest raczej bardziej prawdopodobna. Niemniej rozważmy scenariusz „optymistyczny” - Rosja zostaje z Krymem w zębach.

       

      Rosja

       

      Krym staje się dla Rosji olbrzymim obciążeniem gospodarczym – to nie Abchazja ani Osetia Południowa, to jest 2.5 miliona ludzi – nie ma bezpośredniego połączenia lądowego z Rosją, aby zabezpieczyć strategicznie dostawy prądu, wody i gazu, potrzebne są kolosalne i długotrwałe inwestycje infrastrukturalne, budowa mostu nad cieśniną Kerczeńską to jest przy tym pikuś. W dodatku inwestycje w Rosji są 10 razy droższe niż gdzie indziej, bo korupcja i nieudolność podrażają je czasem i o 1000% - stąd może szacunki opozycji antykremlowskiej, mówiące nawet o 100 mld $. Tego, częściowo izolowana na arenie światowej, Rosja nie udźwignie.

       

      Krym jedynie chłonie środki z budżetu (pokazowo wysokie), nic nie zarabia, bo nie ma do tego możliwości, nawet turystyka nigdy się już nie podniesie do poziomu sprzed inwazji – Rosjanie mogą sobie apelować o miliony turystów „ochotników”, ale nie mają ich nawet tam jak przewieźć, że o zapewnieniu im normalnego pobytu nie wspomnę.

       

      Jakiś czas można jechać na propagandzie, która powiadać będzie, że to wszystko wina „banderowców i gejów” z UE i USA, ale u współczesnych Rosjan raczej nie przejdzie to na dłuższą metę – po fali imperialnego wzmożenia przyjdzie czas refleksji: po co jedliśmy tę potwornie drogą żabę (i kto ją nam wcisną?)? dlaczego mamy rezygnować z tej namiastki dobrobytu, którą już mamy, w imię półwyspu, na który nawet nie można pojechać? czy nam się to opłaca? dlaczego nikt na świecie nas znowu nie lubi oprócz Fidela i Mugabe? dlaczego u nas emerytury zaczęli wypłacać z opóźnieniem, a ci na Krymie dostają w terminie?

       

      Odpowiedzi na te pytania mogą kosztować Putina utratę władzy w wyborach - w najlepszym razie, bo jakikolwiek rodzaj Majdanu w Rosji zawsze może być o wiele bardziej krwawy od kijowskiego.

      Jednocześnie Krym będzie ciążył każdemu następnemu, nawet najbardziej demokratycznemu rządowi Rosji, bo żaden nie odważy się go oddać, żeby nie zostać oskarżonym o zdradę.

       

      Ukraina

       

      Stawiam brutalną tezę: jeśli nie uda się odzyskać Krymu metodami dyplomatycznymi w ciągu roku czy dwóch lat – a nic nie wskazuje na taką możliwość, Ukraina powinna sobie Krym odpuścić. To znaczy nie uznawać aneksji de iure, ale de facto.

       

      Utrata Krymu jest dla Ukrainy przede wszystkim stratą prestiżową, raną na honorze i dumie, klęską założycielską, którą nacjonaliści i populiści będą latami wypominać każdemu rządowi. To bardzo kiepska sytuacja, ale lepsza od wojny. Jeśli Zachód realnie i mądrze Ukrainie pomoże i nie dojdzie do katastrofy ekonomicznej czy wręcz humanitarnej, populiści i nacjonaliści będą utrzymywali maksymalnie obecny poziom poparcia, czyli poniżej 5%. Ukraińcy to naród wbrew opiniom praktyczny i potrafią rachować. Cieszyć się z utraty Krymu nie będą, ale i nie zechcą umierać za jego powrót do macierzy.

      Poza tym: po co Ukrainie absolutnie zrusyfikowany po kilku latach Krym? To jedynie obciążenie i wrzód na tyłku...

      Reasumując: wejście Ukrainy do Europy zostanie okupione utratą Krymu. Jeśli taki będzie zysk, każdy rozsądny rząd w Kijowie taką transakcję po cichu zaakceptuje.

       

      Tatarzy

       

      Ofiarą „geopolityki” zawsze padają najsłabsi, w tym wypadku są nimi krymscy Tatarzy, których los wydaje się przypieczętowany. Krym to wprawdzie nie Czeczenia i Rosja nie zdecyduje się raczej na fizyczną eliminację wszystkich niepokornych, ale gnębić będzie wszystkimi metodami, podzieli ich na lojalnych i „terrorystów” (prędzej czy później znajdą się i jedni, i drudzy), tych ostatnich zmusi do emigracji. Nie można przewidzieć skali zjawiska, ale potencjalnie mamy do czynienia z 200 tysiącami uchodźców, z którymi Ukraina, UE i Turcja coś będą musiały począć. To może nie będzie nowa Palestyna, ale problem na 100 lat gwarantowany.

       

      Political Fiction

       

      Na koniec scenariusz nieprawdopodobny kompletnie, ale za to zupełnie optymistyczny:

      Pod kilku latach stagnacji i biedowania za budżetowe pieniądze Rosji, których zacznie ubywać, parlament Autonomicznej Republiki Krymu rozpisuje nowe referendum i mieszkańcy sami decydują o tym, żeby wystąpić z Federacji i proszą o umożliwienie powrotu do zamożnej, demokratycznej i europejskiej Ukrainy.

      Na miejscu Ukrainy – nie śpieszyłbym się z pozytywną odpowiedzią...

       

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (89) Pokaż komentarze do wpisu „I po Krymie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 marca 2014 10:11
  • niedziela, 30 marca 2014
    • NEP(p) – Nowa Ekonomiczna Polityka piekła

       

      Na Sadowej w niedzielę, jak to pisał mistrz Bułat, „świeciło słoneczko, grała muzyka, ale od czegoś serce zamierało”, więc dla poprawy nastroju autor z Behemotem postanowili wybrać się na spacer wprost w paszczę nieuchronnej wiosny, która rozwarła się nad całą okolicą.

      Szli, szli i szli (wszystkiego 10 minut), aż doszli do niewielkiego parku, gdzie jest staw, są kaczki, a ludzi w taką piękną pogodę nie wiedzieć czemu nie było wcale. Jedynie jakiś facet siedział na ławce, jadł owoc granatu, pluł pestkami na alejkę i głośno przy tym pomstował.

       

      - Ja się do tego kompletnie nie nadaję, do dupy taka robota! Czy ja komu co dobrego w życiu zrobiłem, że mnie skazują na taką pokutę? - brodaty jegomość kompletnie nie zwracał uwagi na otoczenie, ani na to, że w skład otoczenia weszli właśnie autor z Behemotem.

      - Ki czort? - szepnął trochę zgorszony widokiem furiata-niechluja kot.

       

      Każdy sukces musi być ukarany

       

      - Trafnie, kocie, czort jak wszyscy diabli. To Rimmon, jego atrybutem jest owoc granatu, którego pestkami właśnie śmieci dokoła - autor, troszkę oblatany w demonologii, poznał parkowego pluja na pierwszy rzut oka (troszkę ułatwiło mu zadanie to, że gość miał ogon, a z czupryny sterczały mu różki).

      Nasza dwójka z Sadowej zbliżyła się do ławeczki i grzecznie się ukłoniła.

       

      - Witaj diable Rimmonie, cóż cię sprowadza do Polski? Wszak słynny okultysta francuski de Plancy powiada w swym „Słowniku wiedzy piekielnej”, że jesteś prawomocnym ambasadorem piekła w Rosji? - zagaił autor.

      - Proszę, proszę, jacy to znawcy diabelskiej dyplomacji po parkach się pętają z czarnymi kotami pod rękę w tej Polsce – odrzekł z przekąsem diabeł Rimmon. - Jeszcze mi tu erudyci z Koziej Wólki zaczną cytować stosowne fragmenty o mnie z biblii, Miltona czy Kiplinga...

      - Bez dostępu do sieci to raczej nie da się zrobić – wtrącił szczerze Behemot. - Ale, jeśli sobie życzysz, panie diable, skoczę po laptopa, mieszkamy niedaleko.

      - Nie trzeba, nie trzeba, ale w sumie pochlebia mi, że mnie poznaliście – Rimmon łaskawie machnął ogonem, bo ręce miał zajęte: w jednej trzymał trójząb, którego używał w charakterze wykałaczki, a w drugiej kolejny owoc. - A skoro już o poznawaniu mowa: ja też o was słyszałem, wasza dwójeczka jest u nas spodziewana, he, he. Tylko nie pytajcie, kiedy tam traficie, bo to już nie nasz resort – dodał Rimmon, bo był diabelsko spostrzegawczy.

       

      - No to co z tą Polską? - wrócił do tematu autor, zrozumiawszy, że terminu wyekspediowania go z Behemotem do piekła raczej dziś jeszcze nie pozna.

      - Cholera, nawet mi nie przypominaj, autorze! Jestem wściekły, bo mi w Rosji szło ostatnio świetnie. Ludzie dosłownie pchają się tam do piekła drzwiami i oknami. Nie nadążałem z cyrografami, kopyta starłem latając od Krymu do Naddniestrza, od Czeczenii po Kamczatkę! W miesiąc wyrobiłem tyle co przez ostatnie 15 lat! - wściekał się Rimmon. - No i jaka mnie za to spotyka nagroda? Zamiast pozłocenia rogów, zesłali mnie do tej dziury nad Wisłą! Nie ma już w piekle sprawiedliwości!

       

      W piekle stawiają na jakość

       

      - To rzeczywiście przykre. A przy tym dziwne, panie Rimmonie, czyżby piekłu przestało zależeć na frekwencji? - zapytał zaciekawiony kot.

      - No właśnie! Widzę, Behemocie, że przytomny z ciebie diabełek. Panowie, powiem wam szczerze, nie zdradzając przy tym żadnych piekielnych tajemnic, bo to teraz oficjalne stanowisko Lucyfera: piekło dąży do zmniejszenia imigracji! Azazel wraz ze swoją frakcją przeforsował pogląd, że dość już mamy przypadkowej hołoty, która sama pcha się do nas na wyprzódki i w kolejkach po cyrografy wystaje na okrągło – Rimmon jął wyjaśniać sytuację polityczną w piekle już trochę spokojniejszym tonem. - Nie powiem, trochę racji w tym jest, ostatnio poziom towarzystwa w piekle piekielnie wprost się obniżył. A jak sobie jeszcze pomyślę, że już za moment czeka nas cała wieczność z wyjącym te chamskie głupoty Żyrinowskim, to i mi na wymioty się zbiera. Ale piekło to piekło, do tego jest, żeby byli tam grzesznicy. Nie można nie wpuszczać, jak się sami proszą! Taki nasz odwieczny diabelski obowiązek!

       

      - Fakt, ale ekonomicznie na surowcach też trochę oszczędzicie, mniej na ogrzewanie kotłów ze smołą pójdzie – zauważył autor. - Poza tym, skoro mówisz, że i tak tam trafimy, to z egoistycznego punktu widzenia podoba mi się ten koncept z lepszym towarzystwem. Wieczność z braćmi Karnowskimi czy posłanką Pawłowicz! Brr!

      - No właśnie ekonomia przeważyła! Jak najmniej surowców na trzymanie w cieple idiotów i debili. Słowo w słowo, autorze, powtarzasz argumenty, które przekonały szefa – diabeł potwierdzał piekielne przypuszczenia autora. - Azazel dodawał jeszcze: „Niech kretyni marzną sobie w niebie, dopieczemy aniołkom!” - tak lobbował skubaniec. Gdybyż to jeszcze wszystko... Ale nie, stary cynik i perfidny demon innowacyjny spowodował, że Lucyfer wydał zarządzenie, żeby POMAGAĆ w emigracji do nieba! Porządne, ortodoksyjne diabły nie mogą robić takich rzeczy z przekonaniem. To jest zwyczajnie niemoralne! To neguje istotę diabelstwa!

       

      - Istotnie. Wszystko na głowie ostatnio staje – autor pokręcił głową z niedowierzaniem i współczuciem. - Jak ty sobie radzisz z takim dylematem?

      - Muszę, w końcu rozkaz to rozkaz – odrzekł z westchnieniem obowiązkowy diabeł i spojrzał na zegarek. - No, moi drodzy, gadamy i gadamy, a ja już do roboty muszę, pora na mnie...

      Rimmon wyciągnął z leżącej na ławce reklamówki ornat, z wprawą włożył go na siebie, po czym chwycił ogonem dzwonek i zaczął dzwonić na niedzielną mszę.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (48) Pokaż komentarze do wpisu „NEP(p) – Nowa Ekonomiczna Polityka piekła”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 marca 2014 15:16
  • sobota, 29 marca 2014
    • Migawki ukraińskie (9): Ech, dziewczyny!

       

      Kiedy planowaliśmy ze znajomym dziennikarzem książkę zawierająca portrety imigrantów, oczywiście nie mogło w niej zabraknąć cichych bohaterek realu, czyli dziewczyn i kobiet, które od lat sprzątają w polskich domach, zmieniają pampersy polskim dzieciom i starcom, gotują Polakom obiady, myją polskie okna i kible.

      Nie chcieliśmy wtedy epatować szokującymi szczegółami, nie chodziło o tworzenie czegoś w guście „wyznań sprzątaczek” (takich książek kilka powstało), zresztą każda z bohaterek – każda – wprawdzie opowiadała o bardzo różnych rzeczach, ale zastrzegała przy tym, żeby pisać tak, aby nie można było nieszczęsnych Polaków-pracodawców zidentyfikować. Były po prostu lojalne ( nie chciały też roboty tracić, ale to nie był argument podstawowy).

      „Projekt” nie wypalił, książki nie ma (powstała chyba jakaś podobna w zamyśle), ale żal mi trochę materiałów już zebranych w formie notatek, a poza tym okazją do ich odkurzenia jest tekst, jaki ukazał się w ostatnich „Wysokich Obcasach” (dodatek do „Wyborczej”) pod tytułem „Dziewczyny z Ukrainy” :

      http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,15694572,Ukrainki_w_Polsce__choc_jestesmy_tu__organizujemy.html

      Przedstawiam niektóre z tych anegdotek, zmieniając imiona i niektóre okoliczności – zgodnie z umową.

       

      Lesia

       

      Co mnie pognało po 50. do Polski? Kredyt na mieszkanie. Dolar skoczył do góry i już z mężem i trójką dorosłych dzieci nie mogliśmy na Ukrainie zarobić na spłatę rat. Wyszło, że tylko ja mogę pojechać za granicę do roboty, reszta nie może się ruszyć a to z powodu dzieci, a to z powodu pracy.

      Zimą przyjechałam, do szwalni w Jankach. Oczywiście na czarno. Nikt inaczej nie pracował.

      Na hali było 5 stopni. Za tydzień dawali 100 złotych. Nie doczekałam, bo dostałam gorączki 40 stopni z tego zimna i przytomność straciłam. Kazali się wynosić, żebym tam im przypadkiem nie umarła.

      Potem była szwalnia gdzieś w Ząbkach, ciepło i normalne warunki, ale normy takie, że po odliczeniu opłat zostawało 50 złotych za tydzień.

      Próbowałam w pierogarni – właścicielka powiedziała, że da 80 złotych za dzień, jeśli będę ręcznie lepić ponad 200 pierogów na godzinę. To się nie da zrobić. Jej metoda była taka, że codziennie przyjmowała jakąś durną Ukrainkę na darmowy dzień próbny, chętnych nie brakowało.

      Siostra cioteczna, która tu od lat pracuje, w końcu wkręciła mnie na sprzątania. Odżyłam. Mam 150 złotych czasem za dzień. Pracuję już legalnie, to znaczy mam fikcyjną umowę z firmą, gdzie odprowadzam ZUS i podatki. Do końca kredytu jeszcze dwa lata.

       

      Kasia

       

      Ja też „kredytowa”, mieszkanie ciężko chorego syna trzeba spłacić, no i dwie córki na studiach. Jedna już Polsce. No mam szczęście – załapałam się na gosposię u bogatych. Uczciwie na umowę zatrudnili, to znaczy za najniższą stawkę, ale płacą mi do ręki 2 tysiące. Zasuwam od rana do wieczora, sprzątam i gotuję dla pięcioosobowej rodziny. Każdemu muszę ugotować co innego. No i muszę wyprowadzać na spacer świnkę morską na smyczy, a 10-letniemu synowi państwa po każdej kupie muszę pupę wycierać, bo on sam się brzydzi. Poważnie, nie rób takich oczu. Nie rzucę tej roboty, nie mogę. Nie jest źle. Nawet mam płatny urlop.

       

      Sonia

       

      Jak się ma troje dzieci i dwoje wnucząt, to się ma trzy sprzątania dziennie. Rzadko mam wolne niedziele. Wyciągam i 300 złotych w dzień, ale nie pamiętam, kiedy sobie coś ostatni raz kupiłam. Normalka. Najbardziej nie lubię sprzątać w mieszkaniu, które znajomy Polak studentom wynajmuje. Bardak kompletny. Za przeproszeniem, żeby do toalety nie trafiać z gównem? Takiego brudu w życiu nie widziałam, ja rozumiem – młodość, ale jak można w czymś takim żyć?

      Wszystko zarobione idzie na Ukrainę. Wiesz, tam się nam chałupa spaliła – gaz wybuchł. Muszę postawić ją od nowa. Mnie zresztą ogień prześladuje, córka w pożarze ciężko ranna była. Zięć też. Sama muszę poddać się operacji, ale nie mam czasu. Wiem, wiem, ciągle mnie gonisz do tego szpitala, ale wiesz, może w przyszłym miesiącu...

       

      Swieta

       

      Ja to do Polski jak królowa przyjechałam, miał się ze mną Polak żenić. Uciekałam przed byłym mężem, straszny pijak, a po Afganistanie miał po prostu świra, rzucał się na mnie i dziecko z nożem. A Polak starszy, poważny gość, bogaty, z domem i firmą. Ale na miejscu zamknął mnie domu, zabrał paszport (niby miał pobyt i ślub załatwiać), a potem zaczął się nad moim synem znęcać, kazał jeść z miski dla psa na wycieraczce, powiedział, że do szkoły nie ma co chodzić (na początku chodził), bo go deportują. Próbowałam popełnić samobójstwo, już mi było wszystko jedno. Odratowali. Potem zebrałam się w sobie, w końcu jednak mam syna, nie mogłam się poddać. Uciekłam. Poszłam pracować do szwalni, ale nie jako prosta szwaczka, umiem robić komputerowe wykroje i takie tam.

      Ten „mój” Polak mnie wyśledził i doniósł na straż graniczną. Zamknęli mnie w areszcie. Z sądu mnie przyjaciółka z pracy wyciągnęła i taka jedna fundacja. A szwalnia padła w kryzysie.

      Co teraz? Nie wiem, znowu pracy nie mam. Myję okna na budowach dorywczo. Idę na rozmowę kwalifikacyjną do firmy odzieżowej, która szuka pracowników do swojego chińskiego oddziału. Nie mamy co wracać z synem na Ukrainę. On nawet nie mówi po ukraińsku, zaniedbałam, wstyd, ale trudno. Na razie przeżyliśmy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (54) Pokaż komentarze do wpisu „Migawki ukraińskie (9): Ech, dziewczyny!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 29 marca 2014 17:16
  • piątek, 28 marca 2014
    • Tekst bez autora

       

      Na Sadowej autor zbierał się do wyjścia, bo miał coś ważnego (podobno) na mieście do załatwienia.

      - Behemocie kochany, nasz stały codzienny recenzent miauczał wczoraj coś o tym, że w ostatnim tekście było cię za mało, dlatego zostawiam ci włączony komputer, pisz, dziecinko, ale pamiętaj na wszelki wypadek, żeby z puszczaniem poczekać na mój powrót – mówił autor. - No i może zajęty pisaniem zanadto psocić nie będziesz...

      Kot zrobił średnio obrażoną minę, bo nie lubił zostawać sam, a tej uwagi o psoceniu nie czyni się dorosłym kotom. Autor nie kontemplował jednak kociej miny i po prostu wyszedł.

       

      W kotka i myszkę

       

      - W ogóle nie zwraca uwagi na moje nastroje. Już ja mu pokażę! - pomyślał Behemot. - Zacznę pisać dziennik! A jeśli dziennik, to trzeba wzorować się się na najlepszych, czyli, jak ta moja autorzyna mówi – na Gombrowiczu!

       

      Kocur zaczął pisać Gombrowiczem:

      07.01 – Miau!

      07.02 – Miau!

      07.03 – Miau!

       

      - No nie, co on w tym Gombrowiczu widzi? Ile tak można? Podrobiłem tyle, ile mogłem, a dalej nic nie łapię. Dziennik jest za ciężki do pisania! - westchnął Behemot. - Lepiej się w coś pobawię lżejszego – może grecka tragedia? Coś o kotach i myszach? Ajschylos?

       

      Nad wodami i lądem, jak żagiel skrzydlaty,
      Bezszelestnym i cichym ścigałem go kotem,
      Wreszcie tu go dopadłem, skrytego serożercę.
      I roześmiały się do mnie opary krwi mysiej.

      - To mi wychodzi lepiej – zrecenzował się kot i natychmiast zapragnął dopaść jakiegoś czytelnika, który by to potwierdził.

      - Myszkin, serojadzie, gdzie jesteś? Chodź się pobawić! - zawołał do Księcia Myszkina, czyli mysza zimującego na Sadowej.

       

      Myszkin zjawił się dość szybko, bo wolał – mimo pewnego zaufania do kota – żeby Behemot nie wpadł na pomysł przyniesienia go do komputera w ząbkach.

      - Kryminał! – orzekł po przeczytaniu kociego kawałka książę.

      - Jaki kryminał? Przecież ja niczego nie plagiatuję, to zabawa! - obruszył się kot, który zaczynał poznawać minusy bycia autorem.

      - Nie w tym sensie, kocie, ech. Był taki kryminał Joe Alexa, gdzie ten fragment był mottem – grzecznie wytłumaczył arystokrata. - Żeby pisać, trzeba więcej czytać...

      - Ja dużo czytam! Codziennie. Co prawda przeważnie o sobie i to jednego autora – Behemot był kotem prawdomównym.

      - Powinieneś poszerzyć nieco swoją „Mapę i terytorium”, bo świat nie składa się jedynie z Ludzi i myszy oraz ciebie – poradził Myszkin.

      - Phi, granice mojego świata są granicami mojego języka, a tego, sam przyznasz, nigdy w pyszczku nie zapominam, więc świat mam całkiem spory – kocur zaczynał myśleć, żeby się na Myszkina obrazić.

      - Drogi, kocie, zrobisz jak zechcesz, a teraz wybacz, muszę się szybko pakować, bo mam zaraz myszolot do Szwajcarii, wracam na kurację, bo mnie ta niedawna inwazja złych myszy na lodówkę nerwowo wykończyła – książę najwyraźniej zamierzał udać się szybko w jakieś bezpieczne miejsce.

      - Ty też mnie opuszczasz! - Behemot porzucił myśl o obrazie na korzyść poczucia opuszczenia.

      - Muszę, kotku – pa, pa! - pożegnał się Myszkin.

       

      Fika pstryka w nos

       

      - Nie ma tego złego – pomyślał kocur, kiedy już zamknął drzwi za Myszkinem. - Przynajmniej chata wolna i zadzwonię do Fiki (znajomej kotki z sąsiedztwa – nieobecny aut.). Może pofikamy ciut, wszak marzec trwa w najlepsze!

      Niestety Fika oświadczyła przez telefon, że z powodu pięknej pogody postanowiła na weekend zabrać swoich państwa na daczę i na żadne fikanie nie ma dziś czasu.

      - Podła, podła, pewnie ma tam jakiegoś jurnego wiejskiego kocura! - przeklinał i jęczał żałośnie i niesprawiedliwie Behemot, ale już po odłożeniu słuchawki.

      Ze smutku i nudów wskoczył na parapet, żeby popatrzeć na podwórko. Ptasi świergot rozpływał się wprost w oszalałym wiosennym słońcu, oczywistym było, że lada dzień pojawią się pierwsze listki, a niedługo też bazie, którymi kot lubił bawić się w dzieciństwie.

       

      Na podwórku nie było nikogo oprócz czarnoskórego ojca z czekoladowym synkiem w wieku lat może już i 5. Przychodzili na placyk pograć w piłkę tylko wtedy, kiedy nie było nikogo innego. Tak było od chwili, kiedy chłopczyk nauczył się chodzić. Ojciec z czułością i delikatnością puszczał piłkę do roześmianego synka, który kopał ją w tym roku znacznie sprawniej i celniej niż w zeszłym.

      - Zupełnie jak ja z autorem – wzruszył się Behemot. - Zawsze bawimy się sami!

       

      Wtem rozległ się zgrzyt klucza w zamku, co oznaczało, że nieobecny do tej pory autor właśnie wraca do domu.

      - Do diabła, nigdy nie wywołuj autora z lasu! Muszę skasować te moje wypociny, żeby ich nie zobaczył – pomyślał kot i skoczył z parapetu wprost na biurko tak niezdarnie, że wdusił ENTER.

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (61) Pokaż komentarze do wpisu „Tekst bez autora”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 28 marca 2014 13:06
  • czwartek, 27 marca 2014
    • Pan na Słodyczy (prawo much)

       

      Na Sadowej cisza jak makiem zasiał, bo autor wraz z Behemotem pojechali z wizytą do Pana na Słodyczy. Majątek Słodycz leżał od stolicy w sam raz na wiosenny wypad sobotnio-niedzielny: ani za daleko, ani za blisko, ani za bardzo na wchód, ale i nieprzesadnie na zachód, niby na południe, ale też i na północ. Okolica płaska, ale płaskość jakby pofałdowana; tak że człek idąc prostą niby drogą, dostawał zadyszki jak przy wspinaczce. W ogóle z włościami tymi spraw była dziwna, zatrącała o zjawiska nadprzyrodzone, eksperymentum owe, od ćwierćwiecza trwające, czasem celem peregrynacji towarzystwa z Sadowej się stawało, bo i czekano ich tam z radością, gościną i utęsknieniem, po części wynikającym z prawdziwej przyjaźni, a po części z prawdziwej wiejskiej nudy, która – jak wiadomo – wyje czasem jak pies w studni.

       

      Wywoływanie duchów

       

      Pan na Słodyczy, kiedy tylko hordy bolszewickie opuściły kraj, opuścił miasto i nabył mająteczek, aby uczynić w nim gospodarstwo agroturystyczne z elementami rekonstrukcji historycznej. Pan Hipolit, bo tak na imię miał nasz ziemianin, mawiał: „Ja w czasy przyszłe pójdę tak, że czasy przeszłe wskrzeszę, a zobaczycie, że to słuszne i godziwe!” - na co powszechnie pukano się w czoło, ale i tak jeżdżono do niego dla rozrywki, co dawało Panu niezły grosz. Pomysł był prosty, ale - jak powiadają medialne ciocie płci obojga – kontrowersyjny (fuj), polegał na tym, aby stworzyć replikę ziemiańskiego dworku wraz z folwarkiem, dając współczesnym mieszczuchom okazję do bywania w świecie umarłego ziemiaństwa. Jeśli nie na salonach, to przynajmniej w saloniku.

       

      - Obaczysz, kochany autorze, duch poddaństwa wiecznym jest, jak i duch arystokracji! - tak mówił przed laty pan Hipolit do autora, który wprawdzie wątpił, ale grzeczniej niż inni.

      - Ba! Ale jakże je wywoływać będziesz? Przecież tam był PGR, a szlachta jeno widywana w telewizorze! - pytał autor z troską.

      - Bardzo prosto, rybeńko ty moja – pieniędzmi! Robotę dam miejscowym. I to dam im ją szybko, żeby nie przyzwyczaili się do tego, że bez roboty można żyć. To moja dziejowa szansa! - tłumaczył pan Hipolit. - Sam zaś stanę się szlachcicem właśnie takim z telewizji. Będę karykaturą Pana, bo tego pragną „poddani” i goście!

      - Tylko nie zaczynaj się bratać z parobkami, bo ci jeszcze gębę który obije i chałupę ci spalą. Wskrzeszaj, że tak powiem, z umiarem – żartował autor.

      - Parobczaków nie ruszę, stworzę ich, ale dam im spokój, ale dziewkom folwarcznym nie przepuszczę, uprzednio pouczywszy o antykoncepcji – odpowiedział poważnym tonem Pan na Słodyczy.

       

      Dziw nad dziwy – udało mu się co do joty. Miejscowa ludność, której elementy obsadzono w dobrze płatnych rolach, bawiła się tym widowiskiem, a z czasem, jakoś tak mimowolnie i nawet bez przekąsu, zaczęła mówić o „naszym dworze, naszym państwie”, czym wprawiała co przytomniejszych przyjezdnych w osłupienie. Nie lada udział w tym procesie miał miejscowy ksiądz dobrodziej, którego pan Hipolit korumpował sutymi biesiadami, kapliczkami przydrożnymi oraz dotacją na naprawę kościelnego dachu. Proboszcz odwdzięczał się propagowaniem z ambony idei „starych dobrych czasów” i okazywaniem publicznie przyjaźni panu Hipolitowi.

       

      W małym dworku

       

      25 lat później autor wraz z Behemotem wygramolili się z pociągu na stacyjce odległej od Słodyczy o 3 wiorsty z małym hakiem, gdzie na peronie powitał ich stary Maciej, woźnica pana Hipolita, człek nieco trunkowy, ale dusza szczera i wierna.

      - Witam wielmożnych panów! - Maciej uradowany autentycznie widokiem starych znajomych rzucił się całować autora po rękach, a kota po łapach.

      - Macieju, Macieju, czy aby ze spiżarki naleweczki za dużo dziś nie ubyło, czy może już zupełnie rola ci się z życiem myli? - autor żartobliwie pogroził palcem woźnicy.

      Maciej uśmiechnął się tylko pod wąsem i zabrał bagaże do powozu.

      - Macie tu 10 rubelków, dobry człowieku, za fatygę. Ale po drodze do sklepu nie zajeżdżaj, dopiero potem – mrugnął okiem autor.

      Woźnica i pasażerowie odbyli drogę do dworu w doskonałych humorach.

      Na ganku gości oczekiwali państwo: pani Dżesika, trzecia żona pana Hipolita (dwie poprzednie uciekły do miasta), 20-letnia piękność wywodząca się z dobrej mieszczańskiej rodziny z pobliskiego miasta powiatowego Czkaj, oraz rzecz jasna sam gospodarz, człek w wieku odpowiednim dla ziemianina - z twarzą jeszcze pana Andrzeja Kmicica, ale tuszą już pana Zagłoby.

       

      - Witajcież moi mili! Jakże się cieszymy z wizyty! - Hipolit ucałował gości z dubeltówki, a pani Dżesika z wiatrówki, czyli nieco powściągliwiej. - Odświeżcie się po podróży i prosim na obiad!

      Przy obiedzie z 24 dań (cóż począć – post) wesoło rozmawiano o tym i owym, żartowano z caratu, omawiano ceny żywca i świński kryzys, a pani Dżesika wdzięcznie bawiła gości i męża plotkami z „Tańcząc z gwiazdami” czy może „Gotując z gwiazdami” - nieistotne. Następnie pani domu udała się na drzemkę, Behemot pomyszkować po okolicy, a panowie na koniak i cygarko do biblioteki.

      Tu mina pana Hipolita stała się jakaś poważniejsza, słowotok ustał. Pan na Słodyczy koniak sączył w milczeniu, a cygara ściął ze smutnym uśmiechem kata.

      - Panie gospodarzu, cóżeś tak spochmurniał? Kachny z kuchni nie przydybałeś na kradzieży cukru z kredensu i okazji do obłapki nie było, czy może to was Dżeskia przydybała i stąd ta poobiednia migrena? - autor starał się grubiej rozbawić zasmuconego Hipolita.

       

      Prawo much

       

      - Nie w tym rzecz, acan, nie pora na krotochwile. Nie chciałem przy obiedzie, ale teraz, kiedyśmy sami, mogę ci wyznać co mnie trapi. Otóż, drogi przyjacielu, zmieniło się strasznie z muchami – rzekł ponurym głosem Hipolit.

       

      Tu musimy wyjaśnić czytelnikowi, że nasz ziemianin ze Słodyczy miał jedną niewinną manię, mianowicie muchy. Zaczęło się wieki temu, gdy przeczytał, że prawdziwy szlachcic całymi dniami zajmował się właśnie tłuczeniem onych, więc – wcielając się w rolę – zaczął je tłuc zapamiętale, powiadając przy tym „wszystko zło z much”. Zaczął zgłębiać wiedzę o muchach, poznawać ich biologię i zwyczaje, historię i rolę w ekosystemie. O muchach wiedział właściwie wszystko: znał nawet ich polarne odmiany, potrafił sypać anegdotami o tym, jak nękały wyprawy na bieguny Amundsena i Scotta, a ich południowe krewniaczki o mało co nie pożarły Kolumba i rozbiły w pył armię Kambyzesa. Był autorem bardzo szanowanej w środowisku historycznym książki „Klęska Hitlera w Rosji, czyli udział stalinowskich much w pokonaniu Wehrmachtu”. Praktycznie zaś zakładał w domu moskitiery, spryskiwał co się dało środkami na owady i używał poza tym zwykłej packi, z którą się na co dzień nie rozstawał (nawet zimą). Jego wiedza i doświadczenie pozwoliły mu po latach badań sformułować słynne prawo Hipolita ze Słodyczy: Niezależnie ile much utłuczesz, ich liczba na danym terytorium jest stała. Twierdzenie to miało swoje konsekwencje także poza naukami biologicznymi i praktyczną agronomią – było przedmiotem dyskusji filozofów i intelektualistów całego świata (rzecz jasna tych, którzy je poznali). Przy czym sam odkrywca prawa stał na stanowisku, że muchy trzeba tłuc mimo wszystko.

       

      - Ostatnio zdobyłem niezbite dowody na to, że moje, znane ci dobrze prawo nie odpowiada rzeczywistości. Ilość much bowiem zauważalnie wzrasta. Mam wrażenie nawet, że im więcej ich tłukę, tym ich więcej przybywa. Tobie pierwszemu to mówię – wyznał gospodarz.

      - Znając ciebie, nie chodzi o ukrycie porażki i urażonej nią dumy naukowca przed światem. O cóż więc chodzi? Czego się obawiasz? - zapytał autor.

       

      Hipolit i Autor ruszają w bój

       

      - Konsekwencji, konsekwencji, mój drogi! Jeśli liczba much rośnie, to odwieczne prawo natury zostało zakłócone, nie możemy być już pewni niczego. To poza tym podłe stworzenia, „wszystko co złe z much”, dążą do panowania nad światem! - Hipolit wyglądał na szczerze przejętego.

      - Dajże spokój, może to jakaś lokalna anomalia, może po prostu ktoś gnojówki do stawu wylał, albo w okolicy padło jakieś zwierzę i jeszcze go nikt nie znalazł – autor chciał jakoś pocieszyć przyjaciela.

      - Nic z tych rzeczy, autorze, dyskretnie sprawdziłem – to dzieje się na całym świecie. Zebrałem dane. Jeszcze ich, jak mówiłem, nie opublikowałem, ale to mój obowiązek. Prawda jest ważniejsza od sławy. Będę musiał ostrzec ludzkość – Hipolit zawsze wyżej cenił rzetelne wykonywanie obowiązków od wielkiej sławy, która przecież jest jedynie żartem. - Najdalej za tydzień w „Przeglądzie Muchołapa” daję tekst o tym. Świat dowie się o zagrożeniu.

       

      - Słusznie, przyjacielu, słusznie. Tymczasem jednak, żeby jedynie nie teoretyzować, daj mi jakąś packę na muchy. Nie zostawię cię samego – oświadczył autor, do którego dotarły konsekwencje najnowszego odkrycia Hipolita.

      - Tuś mi brat! - wykrzyknął z radością Pan na Słodyczy.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (50) Pokaż komentarze do wpisu „Pan na Słodyczy (prawo much)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 marca 2014 15:11
  • środa, 26 marca 2014
    • Dziewczynka aktualnie bez zapałek

       

      Na Sadowej pojawiła się znana powszechnie z literatury Dziewczynka z zapałkami.

      - Co cię tak naprawdę sprowadza, Dziewczynko? - zapytał autor, kiedy już napili się kawy, zjedli po ciasteczku i poplotkowali o znajomych postaciach.

      - Wiesz, autorze, nie śmiej się i nie bądź zły, ale stówę chciałam pożyczyć. Zabrakło mi na zapałki – odparła rozbrajająco szczerze Dziewczyna z zapałkami (aktualnie bez). - Jakoś bez nich nie czuję się sobą. Nie mogę się odnaleźć w społeczeństwie.

      - Do diabła, istotnie poważny problem, wyobraźmy sobie, że Królewna Śnieżka nie miałaby krasnoludków – wtrącił się Behemot, który musiał się wtrącić. - Albo żeby Aladyn nie miał lampy!

      - Albo żeby kot miał knebel zamiast butów, co się zaraz stanie - jakem markiz de Karabasz! - autor dyskretnie zwrócił uwagę kocisku, żeby się przymknęło. - Dziewczynko, jak do tego mogło dojść? Przecież ty zawsze byłaś bardzo rozsądną Dziewczynką z zapałkami? Jakaś tragedia? Niespodziewane wydatki?

       

      Książę wyjechany

       

      - A skąd, autorze, ty mnie znasz z dobrej strony, zawsze zorganizowana, z towarem w swoim punkcie handlowym, twardo stałam na pewnym gruncie ubogiej bizneswoman – westchnęła Dziewczynka aktualnie bez zapałek i zaczęła opowiadać. - Ale ostatnio zaczęłam mieć marzenia, wzrosły mi aspiracje, zrozumiałam, że muszę coś zrobić, żeby z tej płynnej ponowoczesności nie zostało mi samo „po”. No i - idiotka stara, a nie tam żadna Dziewczynka - zaczęłam realizować wszystkie swoje potrzeby. Poleciałam dla wygody blokami reklamowymi w telewizji: kupowałam wszystkie te kremy i balsamy, żeby być piękną i młodą, tabletki, suplementy i leki, żeby być zdrową i sprawną, telefony, komputery i nowe auto, żeby iść z duchem czasu i móc lepiej uczestniczyć w teraźniejszym świecie. No i po miesiącu dupnęło tak, że nie mam już nawet na zapałki. Najgorsze, że zapłaciłam już za dodatkowe szkolenia w sprawie ich sprzedaży, które również wydawały mi się niezbędne...

      - Oj, niedobrze, niedobrze. Ale tutaj przydałby się raczej jakiś książę z bajki, a nie niezbyt zamożny autor – autor starał się znaleźć jakieś rozwiązanie. - Może twoja babcia, jeśli książę ma obecnie inne zajęcia i chwilowo jest bez gotówki, coś by pomogła?

      - Pewnie będę musiała ze staruszką pogadać, ale tak nie chciałam jej martwić... A książę z bajki ma tyle roboty, że w ogóle już nic nie robi, bo mówi, że i tak by nie podołał – z rezygnacją stwierdziła Dziewczynka aktualnie bez zapałek.

      Dopiła kawkę i pożegnała się z autorem i Behemotem, obiecując, że wpadnie jak tylko się jej polepszy.

       

      Lepiej już było

       

      - Ileż nieszczęścia na tym świecie, ileż biedy, nawet mi się serce ściska, Diabeł mi świadkiem! – Behemot zaczął paplać natychmiast po wyjściu Dziewczynki aktualnie w drodze po fundusze na zapałki. - Weźmy te niepełnosprawne dzieci i ich rodziców, bezdomnych i tych z kredytami, którzy mogą stać się bezdomni oraz samotne matki i samotnych ojców, autorów, którym ni cholery nie płacą, głodujących i miliarderów, którzy żyją w potwornym strachu przed tym, że staną się milionerami oraz nieszczęśników, których nie stać na większy telewizor... Ilość nieszczęścia, autorze, staje się niewyobrażalna.

      - Prawdę mówiąc, kochany kocie, większość z tych nieszczęść nie jest obiektywnie żadnymi nieszczęściami, choć subiektywnie cierpienia są straszne – na paplanie kota autor odpowiedział paplaniną w swoim guście. - Przy pewnej liczbie mieszkańców planety nieszczęśników zaczyna przybywać lawinowo. To dość prosta zależność. Może trzeba jakoś zmienić pojęcia szczęścia – wynająć do tego jakąś agencję reklamową? - bo wydaje mi się, że jego głodu nie zaspokoi żadna liczba nawet darmowych pralek, aut i telewizorów.

      - Nadzieja w tym, że ludzie potrafią zachować się jak nasza znajoma Dziewczynka aktualnie w drodze po fundusze na zapałki – kot miał nadzieję i ją bezwstydnie okazywał. - To znaczy opamięta się w porę i nie przehula wszystkiego w imię aspiracji prowadzących do niczego.

      - Masowe opamiętanie? Nie liczyłbym na to, kocie. Ja mam osobiście nadzieję,że Dziewczynki i Chłopcy bez zapałek nie zdenerwują się i nie zaczną odbierać ich sobie w imię prawa do spełniania swych usprawiedliwionych marzeń i aspiracji, żeby potem użyć ich do podpalania świata. Największe nieszczęścia, Behemocie, zawsze dzieją się, gdy ktoś uważa, że ma święte prawo do bycia szczęśliwym, a przy tym pojęcia nie ma, że jego szczęście to bujda i oszustwo – odrzekł autor.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (58) Pokaż komentarze do wpisu „Dziewczynka aktualnie bez zapałek”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 12:12
  • wtorek, 25 marca 2014
    • Ostrożnie z zabawkami

       

      Na Sadowej autorowi podczas mycia wypadła z ręki kryształowa szklanka, w dodatku – tak to bywa z rzeczami udającymi jedynie martwe – nie wpadła do zlewu, ale złośliwie poleciała na podłogę. Dźwięk rozbitego kryształu oraz specyficzne słowa, którymi autor skomentował zaistniałą sytuację, ściągnęły na miejsce katastrofy Behemota.

      - Ale z ciebie niezdara, autorze! - rzucił kot na widok widoku w kuchni. - Tak nawiasem: kto to widział, żeby mleko pić z kryształu? Ja piję ze zwykłej miseczki i nic przy tym nie tłukę. To chyba przedostatnia z kompletu była?

      - Nie denerwuj mnie, kocurze, lepiej przynieś zmiotkę i szufelkę! - autor był zły jak sto diabłów, czyli o 99 więcej od codziennej normy.

       

      Kot zastanawiająco poruszył ogonem (zastanawiał się nad jeszcze jakąś złośliwostką), ale ujrzawszy, że autor następny komentarz kota może potraktować ścierką, posłusznie wypełnił żądanie.

      Autor wziął się za sprzątnie, natomiast Behemot życzliwie wspierał go w tym zbożnym dziele obserwacją, bo chciał jak najszybciej odzyskać dostęp do znajdujących się w kuchni własnych naczyń z jedzeniem i piciem (których zawartość trzeba było zresztą wymienić, bo przecież jakieś okruchy szkła kotkowi mogłyby zaszkodzić).

       

      Przy czym autorzysko nie tyle się tym wszystkim zmęczyło, co niepotrzebnie nawściekało i nastrój miało przez to podławy, w guście takich nastrojów, w których wypomina się kotom i ludziom rzeczy dawno minione i to całkiem w dodatku niepotrzebnie. Między nami – można zamiast tego robić milion zupełnie pożyteczniejszych i przyjemniejszych rzeczy.

       

      Co też kot przyniósł?

       

      - Czy ja, koteczku mój jedyny, zjadliwie komentuję twoje przyzwyczajenia? Czy wypominam ci na przykład, że masz zwyczaj układania się akurat na najlepszych swetrach, kiedy chcesz uciąć sobie drzemkę? - autor ze złośliwą miną zapytał Behemota.

      - Zdaje się, że właśnie mi wypominasz – zauważył kot. - Wypominanie poprzez podkreślanie niewypominania to banalny chwyt...

      - Albo jeszcze lepsze w twoim przypadku: znoszenie przez ciebie do domu czego popadnie – kontynuował autor, który nie zwrócił uwagi na upomnienie w sprawie banalnego wypominania. - Pamiętasz może – tak à propos rozbijania szkła - że kiedyś przytargałeś do domu znaleziony zimą na podwórku okruch z rozbitego lustra, o którym mowa w „Królowej Śniegu” Andersena? Tego lustra, z którego każdy najdrobniejszy nawet fragment powoduje, że stajesz się złym i nieczułym?

      - Oj, przecież nic się nie stało! - zaprotestował kot. - Położyliśmy cholerstwo na kaloryferze i się roztopiło. Sam potem wytarłem z tego wodę!

       

      - Powiedzmy, powiedzmy... Trochę gorzej było z przywleczonym przez ciebie kawałkiem otchłani, rzekomo należącym do Pascala – autor nie ustawał w przypominaniu sobie rzeczy, które powinny ulec dawno zapomnieniu. - Schowałeś go sobie w betach i po kryjomu się nim bawiłeś. Powiedziałeś mi o tym dopiero, kiedy się wystraszyłeś, bo otchłań po kilku dniach powiedziała do ciebie „Prawda jest tutaj!”. I to głosem Nietzschego...

      - Głupi byłem, faktycznie, ale potem przeprosiłem! - tłumaczył Behemot. - A tyś bardzo mądrze wrzucił ten kawałek otchłani do ubikacji, więcej go nie widzieliśmy.

       

      Jeśli kocur liczył, że jednym komplementem przerwie tyradę autora, to się przeliczył, bo na przerwanie autor nie miał jeszcze ochoty.

       

      Happy end

       

      - No i jeszcze twój popisowy numer z obrazem Malewicza „Czarny Kwadrat”! - tyrada trwała w najlepsze. - Nie przyszło mi do głowy, Behemocie, że zaczniesz włazić do niego z ciekawości. Pamiętasz, a pamiętasz na pewno, jak bolało, kiedy okazało się, że został ci w środku kawałek ogona? Musiałem ci go potem dopisać z powrotem, a Malewicza wynieść do piwnicy i zastąpić go na ścianie angielskim sztychem z Etiopii!

      - Dobrze, już dobrze! Proszę, przestań, autorku mój jedyny! - znękany kot ogłaszał kapitulację bezwarunkową. - Nie będę już czepiał się głupio twoich nawyków! Pij sobie mleko i ze złotego kielicha, co zresztą nam chyba nie grozi, ale spokojnie pij je z tej ostatniej kryształowej szklanki. Zrozumiałem!

       

      - No i o to chodziło. Poza tym: możesz się dziś zdrzemnąć na tym moim ulubionym swetrze. Tak naprawdę w ogóle mnie to nie rusza, kocie – odparł autor.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (67) Pokaż komentarze do wpisu „Ostrożnie z zabawkami”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 marca 2014 15:24
  • poniedziałek, 24 marca 2014
    • Niderlandów też nie damy

       

      Na Sadowej pochmurno, w ogóle chmury nad tą częścią świata zebrały się i wiszą. Może jeszcze nie są to „Czarne chmury”, ale tłuste i wstrętne. Kapie z nich deszcz łgarstwa, ohyda jakaś – coś w guście oleju silnikowego z ruskiego czołgu. Fuj!

       

      - Autorze, Władymir Wolfowicz Żyrinowski przysłał nam faksem propozycję – zagaił Behemot.

       

      - To my odbieramy pisma od bandytów? - spytał nieco zdziwiony autor. - Trzeba będzie jakichś techników koniecznie wezwać, żeby ten problem rozwiązać... Byle swołocz już do nas pisze!

       

      - Co poradzisz, mój drogi, adres powszechnie dostępny, ale spojrzałbyś przynajmniej. W ogóle cię nie rusza „co też kot przyniósł”? - kot wyraźnie chciał autora zachęcić do lektury pisma od bandyty.

       

      - Nie, kochany kocie, nie chcę, a i ty łapy umyj. Możesz mi krótko zreferować, potem wywal do śmieci – odparł bezlitosny autor.

       

      - Ech, ogólnie pan Wowa zachęca nas do rozbioru Ukrainy. Powiada na poważnie – tak mu się chyba wydaje - żebyśmy wzięli kawałek. Nawet spory – zreferował kot i zaczął kombinować. - Myślę, że można mu w zamian zaproponować wzorem Zagłoby Niderlandy...

       

      - Kocie, skąd właściwie to pismo? - autor chciał się koniecznie upewnić przed daniem ostatecznej odpowiedzi.

       

      - A z Dumy Państwowej Rosyjskiej Federacji, Wowa tam robi za wiceprzewodniczącego – wytłumaczył kocur. - Już Lenin zwracał uwagę na problem kadr, ja go przecież tam nie zatrudniałem...

       

      - Jeszcze tego by brakowało, żebyśmy musieli zatrudniać wiceprzewodniczących rosyjskiego parlamentu! Mamy swoje do roboty! - oburzył się pokazowo autor.

       

      - No to co z tym pismem? Coś odpowiadamy? Dyplomatycznie i kurtuazyjnie? Coś trzeba chyba miauknąć, skoro piszą z parlamentu – Behemot koniecznie chciał okazać, że jest kotem dyplomatycznym i kurtuazyjnym.

       

      - A odpisz, odpisz, kochany, nawet mi się stosowny tekst przypomniał, żadnych Niderlandów nie będziemy dawać! - roześmiał się autor. - O, masz tu Brassensa, śpiewał ten utwór Zespół Reprezentacyjny:

       

       

       

      Jego dynastia mocno tkwi
      W siodle, które dźwigamy my

      Nie poradzisz nic, bracie mój,
      gdy na tronie siedzi chuj

      Buntu nie boi się władca ten,
      Co by z powiek spędzał mu sen

      Nie poradzisz...

      Ja, ty, ona, my, wy, oni, on
      Wszyscy liżemy mu dupę wciąż

      Nie poradzisz...

      Długo panował nam perski szach
      Chomeini też runął - trach!

      Nie poradzisz...

      W dalekiej Etiopii zdarzył się fakt,
      Że Negus, król królów, też z tronu spadł

      Lecz nie poradzisz...

      A i w Hiszpanii każdy to wie
      Że stary Franco nie ostał się

      Lecz nie poradzisz...

      Pewnego dnia obudzi nas huk
      Brytyjska korona poleci na bruk

      Lecz nie poradzisz...

      A czy mieszkańcy Tokio i Kioto
      Nie rzekli „koniec!” do Hirohito?

      Lecz nie poradzisz...

      Więc nie rwij włosów i nie załamuj rąk
      Pomęczysz się jeszcze nie jeden rok

      Bo nie poradzisz nic, bracie mój,
      gdy za chujem idzie chuj!

       

      Behemot przepisał, włożył do koperty i poprosił o pieniądze na znaczek.

       

      - Aż rok mamy się męczyć, autorze? - zapytał w drzwiach.

       

      - Może rok, może dwa. W każdym razie chuja w końcu trafi szlag – odparł filozoficznie autor.

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (63) Pokaż komentarze do wpisu „Niderlandów też nie damy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 marca 2014 12:15
  • niedziela, 23 marca 2014
    • Miś "Kolabo"

       

      Na Sadowej trwała feta (no, bez przesady, raczej zwykła gouda) z powodu odzyskania dostępu do sieci, ale miało to i swoje złe strony, bo autor z Behemotem zaczęli czytać zaległe gazety.

       

      - Nie uwierzysz, autorze, ale Miś K. z listy Platformy Obywatelskiej kandyduje do parlamentu europejskiego... - rzucił kot mimochodem.

       

      - Behemocie, nie ze mną te numery, dzisiaj nie pierwszy kwietnia – odparł autor, który myślał, że kot się wygłupia. - Nie uwierzę w takie rzeczy, prędzej już w tych banderowców, co to okupuję Krym i się Moskwa przed nimi broni... Przecież Miś K. na PO pluł ile wlezie!

       

      - Autorze, to nie dowcip, PO naprawdę dała pierwsze miejsce na liście kandydatów w Lublinie Misiowi K. - zarzekał się Behemot. - A ja nawet onego Misia lubię, bo pamiętasz, że kiedy pracował w kancelarii śp. cesarza Lecha II, zachował się porządnie i uratował troje dzieci, o co zabiegaliśmy w sojuszu z wieloma osobami. Miś pomógł i okazał się wtedy człowiekiem inteligentnym, co w naszych czasach ma znaczenie...

       

      - Kocie, on tego nie zrobił z dobrego serca, ale z powodu chęci wykorzystania tego w mediach – zaoponował autor.

       

      - Ale uczynił obiektywne dobro! - wypalił Behemot, który był, mimo swego piekielnego charakteru, częścią tej siły, która... (wszyscy znają ten cytat z Fausta, to co go będę pisał do końca).

       

      - Tak, dobro było obiektywne, ale – zapewniam – gdyby mógł w tym samym celu uczynić zło, to uczyniłby je bez wahania – cierpliwość autora była bezgraniczna (przynajmniej zdaniem samego autora).

       

      - Ten twój pryncypializm jest durnowaty! - kotu ze złości aż ogon znieruchomiał. - Zachowujesz się podobnie do tych głuptasów, którzy w proteście przeciwko Misiowi K. rezygnują z kandydowania z listy PO. I obiektywnie tym samym osłabiają siły dobra!

       

      - Behemocie, zapamiętaj na całe życie to, co ci teraz „pryncypialnie” powiem: dobro obiektywne nie istnieje. Zawsze jest subiektywne. Zło, które mimochodem czyni dobro, nie przestaje być złem – autor nie rezygnował.

       

      - Czemu jesteś taki uparty? - zapytał kocur, któremu opadły łapy i uszy.

       

      - Bo już się o tym przekonałem – odrzekł z przekonaniem autor.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (223) Pokaż komentarze do wpisu „Miś "Kolabo"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 marca 2014 11:27
  • sobota, 22 marca 2014