MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • piątek, 28 lutego 2014
    • Exotic Meat of the World

       

      Na Sadowej od rana dyskutowano zawzięcie nad artykułem o skupie mięsa kociego i psiego,

      [http://wyborcza.pl/1,75478,15539956,Firma_skupuje_psy_i_koty_na_kilogramy__Na_rzez_.html – pewnie znowu trzeba uważać z tym linkiem z powodu płatnego dostępu i próbować kopiuj-wklej]

      który prowadzi w naszym kraju firma Exotic Meat Poland. Wzburzenie wszystkich lokatorów wywołała sama idea składania ofert kupna psiny i kociny schroniskom dla zwierząt:

      - Tylko ludzie są w stanie wymyślić taki horror – oburzał się słusznie Behemot, tuląc się w  przerażeniu do autora i odgrażając się, że w życiu do żadnej Korei czy innych Chin nie da się zabrać nawet po to, by obsikać z zemsty chiński mur i to nawet w wypadku oficjalnego zaproszenia przez KC Komunistycznej Partii Kotów Chin i pełnego zwrotu kosztów podróży oraz sporego honorarium. – Za Chiny Ludowe nie udam się na tę niekocią ziemię! – zarzekał się kocur.

      Autor uspokajał kota jak mógł najczulej, nie szczędząc ni pieszczot, ni smacznych kąsków i tłumaczył:

      - Nie wybieramy się tam z pewnością, a sales managerem Exotic Meat Poland Andrzejem na pewno zajmą się organy ścigania. Już oni coś wymyślą, na prokuraturę w naszym kraju zawsze można liczyć – bredził autor w intencji odstresowania kocura.

      - Możesz mi jeszcze dać waleriany? Muszę ukoić jakoś skołatane nerwy – poprosił Behemot, którego zdenerwowanie w międzyczasie ewoluowało od napadu paniki w kierunku wyciągnięcia się na kanapie.

      Autor nie miał serca odmówić.

      Wychyliwszy kilka głębszych, całkowicie już chyba odprężony kot zaczął dostrzegać także inne oburzające elementy tej niewiarygodnie oburzającej historii.

      - Swoją drogą, autorze, skandalem są również ceny oferowane przez tych kotojadów i psożerców! Dlaczego różnica między kociną a psiną jest tak niewielka? Jak można płacić za kilogram kota jedynie 2 złote więcej niż za kilogram psa? Zresztą w ogóle 12 złotych za kilogram młodej kocinki to stanowczo za mało – perorował nieco już bełkotliwie kot.

      - Behemocie, przestań bredzić, zaczynasz gadać jak jakiś koci rasista – zaoponował autor i postanowił, że więcej waleriany kot już nie dostanie.

      - Masz, miauuuu, chyba rację, miauuu! Prześpię się ciut. Przepraszam wszystkie psy, miauuuu! – odrzekł ziewając Behemot i zasnął.

      Autor zaś postanowił poszukać w sieci więcej informacji na temat niecnego procederu. Ku jego zdziwieniu w Internecie natrafił  najpierw nie na Exotic Meat Poland, ale na reklamę firmy Exotic Meat of the World:

      Skupujemy mięso białe, czarne, żółte i czerwone! Atrakcyjne ceny, odbiór bezpośrednio od klienta. Z nami taniej – unikasz kosztów pochówku!

      Zaintrygowany autor postanowił zadzwonić pod podany w ogłoszeniu numer infolinii.

      - Hau, hau, haużesz are you? Witamy serdecznie w firmie Exotic Meat of the World. Dziękujemy, że do nas zadzwoniłeś. Mam na imię Burek. W czym mogę, hau, pomóc? – odezwał się nieco ekscentryczny głos pod drugiej stronie linii telefonicznej.

      - Yyyy, ja w sprawie waszej oferty – wydukał nieco zbity z tropu dziwnym brzmieniem głosu  autor, który nie przygotował uprzednio jakiegoś wiarygodnego pretekstu do zawracania głowy firmie.

      - Wspaniale! Każdy nowy klient, że tak powiem, jest dla nas na wagę złota! W dodatku często, hau, hau, klient to nasz pan, że pozwolę sobie rozładować napięcie żartem! – zagadkowo zażartował głos.

      - To znaczy? – zapytał niepewnie autor.

      - To znaczy, drogi panie, że bierzemy każdą ilość ludziny każdego rodzaju i płacimy gotówką przy odbiorze. Zapewniamy też atrakcyjny pakiet rozrywek dla stałych dostawców, w tym  pokazy psich i kocich sztuczek, wrrrrr... – głos zachęcająco powarkiwał w słuchawce.

      - To ja się jeszcze zastanowię i potem zadzwonię – spanikowany autor czym prędzej rozłączył się i w duchu podziękował Szatanowi,  że dzwonił z zastrzeżonego numeru.

      Następnie wykasował ostatnie połączenie z telefonu i wyczyścił przeglądarkę internetową.

      - Lepiej, do diabła, żeby Behemot na lekkim rauszu nie kontaktował się z tą firmą i nie postanowił na przykład zostać akwizytorem! – pomyślał autor i czule pogłaskał smacznie śpiące zwierzątko.

       

      P.S. Z powodu powyższych wydarzeń zapowiadana przez autora wizyta egzorcysty na Sadowej zostaje przełożona na jutro.

      aut.

      P.P.S Uwaga! 

      W dzisiejszym papierowym wydaniu "Wyborczej" napisano, że numer z Exotic Meat Poland był w istocie prowokacją dziennikarską reportera "Nie".

      Autor i Behemot niniejszym solennie obiecują, że przy najbliższej okazji zrewanżują się p. Tadeuszowi Jasińskiemu, wykonawcy owej prowokacji, z całą mocą i złośliwością:-)

      (chwała Bogu, że to jednak ściema była)

      aut.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (95) Pokaż komentarze do wpisu „Exotic Meat of the World”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 28 lutego 2014 11:36
    • Papież czy Napoleon? Pączek!

       

      Dyskusja, jaka wywiązała się po publikacji “Protokołów Mędrców SION-u”, gdzie autor rzetelnie przedstawił w jaki sposób doszło do nazwania nowego placu zabaw przy Sadowej imieniem “Wadowickich, papieskich kremówek niskokalorycznych” zamiast “Kubusia Puchatka”, przyniosła obfity plon w postaci wieści znad granicy polsko-litewskiej oraz niespodziewanie została zdominowana wątkiem kulinarnym (może z powodu wczorajszego tłustego czwartku?).

      Po pierwsze: „Nie zna granic ni kordonów głupoty zew” – okazuje się, że na złość Litwinom stanowiącym w  niektórych rejonach przygranicznych 40% populacji, prawdziwi Polacy postanowili w pewnej miejscowości rzeczywiście zmienić nazwę przedszkola z „Kubusia Puchatka” na… Józefa Piłsudskiego, którego Litwini mają prawo wspominać bez sentymentu za zabranie im Wilna. Myślę, że pomysł znad granicy polsko-litewskiej znajdzie wkrótce naśladowców w innych częściach kraju i może nastąpić patriotyczna eskalacja durnoty: nad granicą zachodnią pojawią się przedszkola i żłobki imienia, dajmy na to, „Czterech Pancernych i psa” czy też „Romana Dmowskiego” lub „Ładu pojałtanskiego” albo i „Władysława Gomułki” czy „Ziem Odzyskanych”, co będzie widomym znakiem, że nie będzie „Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”, pod czym podpisze się z pewnością nie tylko eurodeputowany Protasiewicz i pan publicysta wSieci, pobity drzewiej przez Luftwaffe, Rokita Maria Jan.

      Po drugie: w dyskusji zaznaczył się podział na zwolenników kremówek i napoleonek (gdzie podziali się zwolennicy pączków?). Przy czym kremówkofile są w przewadze nad napoleonkolubami. To w sumie w kraju papieża Polaka nie może dziwić. Abstrahując od istoty tego podstawowego dziś w Polsce sporu geopolityczno-kulinarnego (żreć kremówki czy poddać się napoleonkom?), chcę powiedzieć, że włączył się weń jak zwykle wdzięcznie wielki poeta Pies Bobik. My tu na Sadowej poetów wielkich szanujemy i doceniamy, i to nie tylko w pustych deklaracjach, ale poprzez publikację:

       

      Tylko pod kremówką, tylko pod Prezesem, 
      Polak jest Polakiem, a nie jakimś biesem, 
      co na genderowych orgiach spędza dzionki, 
      wyciągając łapy do napoleonki. 

      Tylko pod pomnikiem i pod miesięcznicą 
      Naród jest Narodem, Pawłowicz dziewicą, 
      ksiądz królem przysłanym w paczce prosto z nieba 
      i w ogóle wszystko w kraju jest jak trzeba. 

      Jasne więc, że słuszna narodowo główka 
      Musi bez żenady pławić się w kremówkach, 
      aby nasza droga była całkiem gładka, 
      trzeba jeszcze wygryźć Kubusia Puchatka. 

      Na powszechne szczęście przepis taki łatwy! 
      Tylko zmiękczyć móżdżki dorosłych i dziatwy, 
      tylko strzelić małpkę, posłuchać Radyja 
      i już nam nie grozi żaden wiatr ni chryja. 

      Prawdziwym Polakom tego nie odbiorą 
      Ci, co piszą blogi wieczorową porą, 
      a jak Moskwa będzie się za bardzo starał, 
      to go PiS przerobi sprawnie na t(T)atara! 
      O! 

       

      Behemot postanowił uspokoić obawy Bobika (oraz lęki własne i autora) krótkim i niewprawnym wierszykiem, który jest jednak miaukiem odwagi i piskiem bohaterstwa w obliczu nadciągającego zagrożenia zwycięstwem (tfu x 3) ciemnych sił:

       

      Nam tu na Sadowej niestraszne Tatary ani

      Stroganovy. Niech się PiS przejmuje

      Swoim bólem głowy,

      Którą szablą odbierzemy

      Jak Mickiewicz hydrze:

      Mogą się na razie

      Tylko na nas wydrzećJ

       

      http://www.blog-bobika.eu/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Papież czy Napoleon? Pączek!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 28 lutego 2014 09:11
  • czwartek, 27 lutego 2014
    • Protokoły Mędrców SION-u

       

      I

      Na Sadowej rzeczywistość przeciągała się leniwie w trybie codziennym, nie działo się nic szczególnie dramatycznego (z wyjątkiem znalezienia przez autora zaskakującej dziury w nowych skarpetkach, ale uznać tego za dopust Boży nijak nie sposób), autor zapragnął więc jakiejś rozrywki, która ucząc – bawiłaby, a bawiąc zaś – uczyłaby, byleby nieprzesadnie, bo w nauce należy zachować zdrowy umiar, jak to z używkami.

      - Behemocie, skoczyłbyś do skrzynki i przyniósł korespondencję, może tam jest już nowy numer „Wieści Osiedlowych” (szacowny i darmowy tygodnik dla mieszkańców) – zaproponował kotu autor spragniony rozrywki.

      - Jestem bardzo zajęty – odpowiedział kocur zwinięty w kłębek na kanapie, nawet przy tym nie racząc odemknąć choćby jednego ślepia.

      - Czym? – autor chciał dowiedzieć się koniecznie, ale zrezygnował, bo kocur w odpowiedzi nakrył jedynie uszy łapkami.

      Pogodzony z faktami autor  poszedł więc osobiście do skrzynki na listy i z radością odkrył, że nowy numer tygodnika istotnie już dostarczono. Na pierwszej stronie olbrzymią czcionką widniał tytuł: „Triumf demokracji, wola narodu jest święta!”. Poniżej napisano:

      „Jako jedyni w kraju przedstawiamy Czytelnikom protokół z walniętego zgromadzenia członków Spółdzielni Integracyjnej Osiedle "Nad  rzeczką” (SION) poświęconego palącej kwestii nadania imienia nowemu placowi zabaw przy ulicy Sadowej !!!”

      - „Walniętego” zgromadzenia? Chyba miało być „walnego”? Ale im się litrówka w podtytule zdarzyła – pomyślał autor, mimo to, zachęcony wyjątkowością publikacji, przystąpił do lektury sensacyjnego materiału.

      II

      Zgromadzenie członków Spółdzielni Integracyjnej Osiedle „Nad rzeczką” otworzył prezes B.Kołomorowski:

       Szanowne mieszkanki i mieszkańcy, chciałem serdecznie powitać wszystkich niezalegających z opłatami za czynsz (tu kilka osób cichcem opuściło salę obrad – red.) i życzyć nam wszystkim wszystkiego dobrego oraz owocnych obrad. Jak sama nazwa naszej spółdzielni wskazuje, jesteśmy po to, by integrować nasze grono, łączyć, a nie dzielić. Jak wielki polski dramaturg Ferdydurke powiada: Zgoda! Zgoda! A Bóg wtedy rękę poda! Kochajmy się i tak dalej! Dlatego mniemam, że sprawnie i w zgodzie przegłosujemy dziś palącą kwestię nadania imienia nowemu placowi zabaw przy ulicy Sadowej. Proszę o zabranie głosu, niejako ojca chrzestnego tego placu zabaw, pomysłodawcy jego budowy, mieszkańca Palikonia…

      Tu wtrąca się mieszkaniec Bruździński, przedstawiciel klubu mieszkańców-działkowców „Pomidorki i Szczypiorek”:

       Panie prezesie, ja chciałem w trybie ad vocem, a właściwe, że tak powiem, nie bez uzasadnionej kozery, ad voicem of całej Poland, zgłosić dodatkowy punkt obrad, żebyśmy głosowali też zmianę tego niepotrzebnego w nazwie naszej spółdzielni słowa „integracyjna” na „integrystyczna”, żeby zaznaczyć nasze chrześcijańskie korzenie!

      Prezes SION:

      Porządek obrad zamknięty, panie Bruździński, na następnym zebraniu…

      Tu z kolei wtrąca się mieszkanka Pawulonowicz (także z klubu „Pomidorki i Szczypiorek”:

      Hańba! To nie jest demokracja! Spierdalaj z tej trybuny, Kołoruski lewaku!

      Prezes SION:

      Pani Krystyno, proszę się uspokoić, bo wezwiemy pogotowie!

      (Pawulonowicz milknie. Na razie – red.)

      Zaczyna przemawiać mieszkaniec Palikoń (stowarzyszenie mieszkańców- szachistów „Szybki Ruch”):

      Mili mieszkańcy, kontynuując dalej w rozwoju myśl szacownego, wybranego w demokratycznych wyborach prezesa Kołomorowskiego, chciałbym zaproponować, żebyśmy nazwali nasz nowy plac zabaw, z którego będziemy mogli korzystać wszyscy  bez względu na różnice światopoglądowe, imieniem postaci, którą każdy z nas zna z własnej dziecinnej autopsji i wspomina z sympatią – imieniem Kubusia Puchatka!

      Prezes SION:

       Proponuję przystąpić do głosowania bez zbędnych zwłok w temacie. Kto jest za?

      Mieszkanka Pawulonowicz:

      Nie zamkniecie nam tak łatwo ust! Żądam, by wysłuchano moich naukowych argumentów przeciwko tej narzucanej nam przez komuno-unię szmacie pluszowej!

      Mieszkaniec Palikoń z drwiną:

      Proszę bardzo, stara wariatko, mieszkaniec Maciorukiewicz podrzucił ci jakieś materiały na Kubusia?

      Prezes SION:

      Panie i panowie, apeluję o trochę kóltury! Bo wezwę pogotowie! Niech już mieszkanka Pawulonowicz się wypowie, skoro musi…

      Pawulonowicz wypowiada się:

      Precz z podstępnym roznosicielem genderowej zarazy Kubusiem Puchatkiem, który pod płaszczykiem z totalitarnego pluszu wnosi do naszej polskiej kultury (kultury, prezesie Kołoruski, a nie żadnej sowieckiej kóltury) absolutnie wiadomo co. Ten transwestyta, w Anglii niby dziewczynka, a u nas chłopczyk, dezorientuje pod względem płciowym nasze niewinne dzieci, które potem zwracają się do naszego proboszcza Kukułki per „Misiu” podczas korepetycji z religii. Nie może być na to naszej zgody. Pluszowej ohydzie i genderowemu zgorszeniu trzeba powiedzieć stanowcze „NIE”.

      Dodam, że mieszkaniec Maciorukiewicz ma zeznania naocznych świadków operacji zmiany płci, jakiej przy ulicy Grodzkiej poddano niewinną angielską Winnie, żeby uczynić z niej rozpasanego „Jego Perfekcyjność Puchatkową”, brylującego potem nago niczym dziwka na wiadomej platformie podczas parad obrzydliwości! Operacji tej dokonała Irena Tuwim, znana mącicielka, Żydówka i siostra piewcy Stalina Juliana Tuwima, autora sławiącego zbrodnie komunizmu wiersza „Lokomotywa” Brzechwy.

      Z powodu powyższych naukowo potwierdzonych faktów, kompromitujących komunistyczną ideę Puchatka, jako klub „Pomidorki i Szczypiorek”, wnosimy o nadanie placowi zabaw imienia zasłużonego dla dzieci całego świata arcybiskupa Wesołowskiego!

      Mieszkaniec Palikoń:

      Jezu, niech ktoś tę babę stąd zabierze, to się w pale nie mieści!

      Tu wtrąca się pojednawczo mieszkaniec Piechotczyński (klub Niezmotoryzowanych Potomków Ofiar Pańszczyzny):

      Kochani współmieszkańcy, szanowna pani Pawulonowicz, zwracam uwagę, że zasłużony wielce arcybiskup Wesołowski jeszcze żyje, a z żyjących uhonorowaliśmy kiedyś jedynie papieża Polaka, nadając jego wielkie imię fontannie w Parku Polaków Katolików. Czy więc nadanie imienia szlachetnego kapłana placowi zabaw nie byłoby jednak pewną deprecjacją imienia Jana Pawła patronującego fontannie…

      W klubie „Pomidorki i Szczypiorek” rozpoczyna się narada. Po chwili mieszkaniec Bruździński:

      Może i tak, gadaj pan dalej, masz pan jakieś rozsądne propozycje?

      Rozpromieniony mieszkaniec Piechotczyński gada dalej:

      A jakże, myślę, że propozycja naszego klubu pogodzi naprawdę wszystkich i nie wzbudzi kontrowersji. Niechaj nazwa budzi uśmiech na twarzach naszych polskich dzieci i ich Polek-matek oraz Polaków-ojców, niechaj kojarzy się ciepło i patriotycznie! Nazwijmy go placem imienia „Wadowickich kremówek papieskich”!

      Na sali oklaski. Jednak mieszkanka Obecka, znana dietetyczka z „Pomidorków i Szczypiorku”, zgłasza poprawkę:

      Dobrze, ale w trosce o zdrowe odżywianie naszych pociech, proponuję nazwę uzupełnić o słowo „niskokalorycznych”. Niechaj ku powszechnej radości plac nazywa się placem „Wadowickich, papieskich kremówek niskokalorycznych”!

      Na sali wiwaty. Uchwała przyjęta zostaje przez aklamację (mieszkańcy z „Szybkiego Ruchu” zmyli się przed głosowaniem).

      W narodzie zapanowała długo wyczekiwana zgoda. Demokracja zwyciężyła.

      III

      Gdy Behemot się obudził, zobaczył, że autor siedzi bez ruchu w fotelu z gazetą w ręku i oczami w słup. Wyglądało to na stan stuporu percepcyjnego, którego przyczyną była zapewne głęboka depresja poznawcza.

      - Autorze kochany, co ci? Mogę jakoś pomóc? – zaniepokojony kot wskoczył na kolana autora i przymilnie otarł się o jego pobladłe policzki. – Chcesz, przyniosę ci wody…

      - Nie. Przynieś spirytusu – wyszeptał ledwo żywy autor.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (89) Pokaż komentarze do wpisu „Protokoły Mędrców SION-u”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lutego 2014 10:50
  • środa, 26 lutego 2014
    • Fafik - zapomniana ofiara UB

        

      I

      Gdy w lipcu 1988 roku wylądowałem Iłem 62. (złośliwcy nazywali je nie bez podstaw latającymi trumnami) enerdowskiego „Interflugu” w Addis Abebie, podczas kołowania na lotnisku rzucił mi się w oczy widok sowieckich żołnierzy w mundurach jak z Afganistanu i mnogość wojskowych samolotów z zaopatrzeniem dla reżymu Mengystu Hajle Marjama. W kraju trwała wojna domowa, którą komuchy etiopskie miały za niecałe trzy lata przegrać. Kto by w to jednak uwierzył, widząc tę potęgę militarną? – te wszystkie helikoptery bojowe i „doradców” z kałachami, czołgi i armaty? Nie wiedziałem również, że za 11 miesięcy komuna upadnie w Polsce, że potem upadną Sowiety... Sierpniowa fala strajków jeszcze się nie zaczęła, o okrągłym stole nikt nawet nie marzył (przynajmniej ja).

      Z lotniska odebrał mnie ojciec, lotnik misji ONZ, która pomagała zwalczać w ogarniętej wojną Etiopii straszliwą klęskę głodu. Główna baza polskich lotników położona była na dalekiej prowincji, jednak od czasu do czasu ojca obowiązki szefa wzywały do stolicy, gdzie z powodu oszczędności miał kwaterę w ambasadzie Polish People’s Republic – państwa, które również miało zniknąć z areny międzynarodowej już wkrótce. Ambasador, pocieszna figura, warta osobnego tekstu, niezbyt lubił polskich pilotów i ich bezpartyjnego szefa, doił ONZ jak mógł, żądał pieniędzy za byle co, ale i tak był tańszy od Etiopczyków.

      Ambasada mieściła się przy Bole Road – ulicy prowadzącej z centrum do lotniska międzynarodowego, dwa spore budynki położone w pięknym ogrodzie. W pierwszym, lepszym, mieszkał ambasador i „elita”, w drugim, pełnym karaluchów, reszta pracowników i goście. Mieliśmy zamieszkać w drugim.

      Gdy wygramoliłem się z wielkiej terenowej toyoty (zakochałem się w niej od razu), podbiegł do mnie olbrzymi płowy pies, wielkie bydlę rozmiarów cielaka, gdyby o nim w Polsce i Europie coś wiedziano, miałby w kieszeni rolę Saby w każdej ekranizacji „W pustyni i w puszczy” oraz  potwora w „Psie Baskerville’ów”. Ojciec z lekkim niepokojem patrzył, jak olbrzym staje na tylnych łapach, przednie kładąc mi na ramionach, a sympatyczną mordę ma na wysokości mojej. To był właśnie Fafik, pies-stróż na żołdzie PRL-u. W nim też zakochałem się od pierwszego wejrzenia. A Fafik wyczuł to momentalnie.

      II

      Mentalność i, hm, rozum miał  Fafik - bądźmy szczerzy – absolutnie szczeniackie. Kiedy za dnia spuszczano go z uwięzi (a zdarzało się to od czasu do czasu, zazwyczaj jednak biegał wolno nocą, by strzec ambasady), radośnie hasał po ogrodzie i w ciągłym zdumieniu psiego dziecka zaczepiał ogromnego starego żółwia (żółw reagował po żółwiemu – chował się w skorupie i przeczekiwał Fafika), pełniącego rolę ekologicznej kosiarki do trawy; po psiemu żebrał o jedzenie i dawał się pieścić. Po prostu był to olbrzym o gołębim sercu, którego sprytne koty ambasadzkie, potrafiące z kuchni w ciągu kilku sekund ukraść pięciokilowy kawał wołowiny, pokonywały w każdym starciu jednym machnięciem łapy. Frajer psi na 100%.

      Jednak swymi rozmiarami Fafik wzbudzał u wielu strach, szczególnie wśród tych, którzy go nie znali. Miał też swoją obsesję – nie znosił pijanych. Gdy po nocy jakiś naprany wracał do ambasady, Fafik obszczekiwał go straszliwie i potrafił napędzić niezłego stracha. Poza tym – jak to pies – nie lubił ludzi złych i fałszywców. Dlatego społeczność ambasady była w kwestii psa podzielona na zwolenników i podstępnych wrogów, knujących przeciwko psiemu lobby i samemu Fafikowi, z czego szczęśliwy na co dzień pies nie zdawał sobie zupełnie sprawy.

      W każdej ambasadzie są współpracownicy tajnych służb, a w peerelowskiej to już na bank być musieli, zwani byli potocznie ubekami i  stanowili znaczącą grupkę wśród niewielkiego stosunkowo personelu. Ciekawe jednak, że w sprawie Fafika ubecy wcale nie tworzyli wspólnego frontu, a i Fafik nie wszystkich z nich zajadle obszczekiwał. Jednak nie da się ukryć, że to właśnie P. junior, powszechnie brany za głównego ubeka, był Fafika najbardziej zajadłym wrogiem. Już nie pamiętam, czy Fafik ugryzł samego P. juniora, czy poszarpał sukienkę jego żony, a może jedno i drugie? – w każdym razie konflikt był zażarty i miał krwawe źródło.

      III

      Gdybyśmy kiedykolwiek szukali przykładu prawdziwego „resortowego dziecka” a la Kania i spółka, to P. junior byłby spełnieniem marzeń całej trójcy autorów ohydnego paszkwilu: był synem wiceministra Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z czasów stalinowskich, który po 56. roku uniknął więzienia i załapał się do dyplomacji, gdzie zrobił ambasadorską karierę i wkręcił do resortu swego synalka.  Nie chcę go tutaj demonizować, bo P. junior nie był żadnym ubeckim oprawcą, był po prostu szujowatym funkcjonariuszem reżymu, który pod maską dobrych jak na PRL manier i uprzejmych nieraz gestów wobec zwykłych ludzi (ale tylko takich, którzy w jego mniemaniu „coś znaczyli”), krył mentalność aparatczyka i takie również postrzeganie świata, w gruncie rzeczy standardy moralne miał po ojcu, dojrzewającym wśród masy bezrobotnych podczas darwinowskich czasów wielkiego kryzysu przed wojną. Gdy zaczęły się sierpniowe strajki, P. junior drżał ze strachu i obawiał się ewentualnego powrotu do kraju (nikt go tam zresztą nie wzywał), bo bał się, że ktoś tam go może na latarni powiesić. Ten strach, którego nie potrafił nawet porządnie zamaskować, sprawiał mi wyjątkową satysfakcję: puszczałem wieczorami głośno „Kwadrans z Jackiem Kaczmarskim” z Wolnej Europy i gęba wykrzywiała mi się w radosnym uśmiechu. W każdym razie nie brałem juniora P. poważnie, lecz raczej go lekceważyłem – jak to głupi gówniarz.

      IV

      Wiele miesięcy później okazało się, że to lekceważenie było niesłuszne, a ja sam byłem durniejszy w swej młodzieńczej niefrasobliwości od Fafika. Wróciłem do Polski, rozpoczęły się obrady okrągłego stołu, Etiopia stawała się coraz mniej realnym wspomnieniem, w kraju działy się rzeczy niosące zapach wolności. O pięknym psie z ambasady w Addis Abebie pamiętałem oczywiście z sentymentem, ale przecież nie zajmował mi głowy na co dzień. Przynajmniej do chwili, kiedy z Afryki nie powrócił mój ojciec. Po jakimś czasie oczywiście w rozmowach przywołana została postać olbrzyma z ogrodu.

      - Co tam z Fafikiem? – zapytałem o starego kumpla.

      Ojciec zmieszał się nieco, pomilczał, nie chciał chyba psuć nastroju, ale w końcu powiedział:

      - Fafika już nie ma. P. go otruł po twoim wyjeździe.

      Muszę powiedzieć, że miałem i bez tego dosyć powodów do nienawidzenia ubecji i systemu, ale wtedy gotów byłem – ten jeden raz w życiu – udusić gnoja gołymi rękami, przegryźć mu gardło i rozszarpać. Nigdy tego P. nie zapomnę i nigdy mu otrucia Fafika nie wybaczę, tego może być pewien.

      Ale dobrze wiedziałem już wtedy i sadzę tak do tej pory, że P. junior nie zabił psa dlatego, że był ubekiem i synem ubeka, lecz dlatego, że miał po prostu podły charakter i był złym człowiekiem.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Fafik - zapomniana ofiara UB”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 26 lutego 2014 11:08
  • wtorek, 25 lutego 2014
    • Polski Majdan

       

      I

      Na Sadowej wieczorkiem, ponieważ  w telewizji akurat nie puszczali żadnego horroru, autor wszedł na swój ulubiony par excellence  kanał internetowy „wPotylicę.pl”,  który nigdy nie zwodził w sprawie dostarczania mocnych wrażeń wielbicielom political fiction. W grupie młodych i obiecujących autorów wyróżnia się tam wyobraźnią i uroczą młodzieńczą dezynwolturą intelektualną (wyjątkowo nieżyczliwi określają tę dezynwolturę mianem młodzieńczej głupoty i dojrzałej nad wiek hucpy) Stanisław Żaryn, przedstawiający się skromnie jako politolog i publicysta. Ów dobrze rokujący twórca wydaje się na pierwszy rzut oka nie tylko duchowym synem swego ojca - znanego profesora historiogrozofii Jana Żaryna. Tata z pasją uprawia alternatywną historię, syn zaś alternatywną teraźniejszość. Jak to powiadają: Niedaleko spada jabłko na łeb od jabłoni.

      Beletrysta Żaryn tym razem przedstawił wiernym czytelnikom obraz Polski, którego istotę oddaje zdanie: Niszczenie kolejnych obszarów wolności i swobód oraz patologizacja życia publicznego w Polsce za rządów Donalda Tuska jest coraz poważniejsza. Choć praktyka rządzących kieruje ich w tę samą stronę, w jaką podążał Janukowycz (zanim zaczął zabijać)… 

      Wydawać by mogłoby się, że Żaryn jakże trafne porównywanie Tuska do Janukowycza niepotrzebnie osłabia delikatnym napomnieniem samego siebie: „zanim zaczął zabijać”, ale z nawiązką odbija to sobie przytaczając liczne przykłady analogii-patologii ukraińsko-polskich. Czegóż tam nie ma: zbieranie danych statystycznych przez GUS jasno pokazuje, że mamy do czynienia z podstępnym Gustapo; przesunięcie środków z OFE do ZUS po imieniu nazwane jest skokiem na kasę, za którą Tusk kupi sobie lada dzień boisko do haratania w gałę wielkości Monaco i postawi na nim złoty galeon, który w polskim wydaniu zapewne będzie szyderczym złotym Tupolewem; rozważany zakaz spotów wyborczych wszystkich partii w telewizji publicznej jest po prawdzie szykanowaniem opozycji; same zaś wybory w Polsce dokonywane są przez rosyjskie serwery, a przeciwnicy systemu są „ostro atakowani, zwalniani z pracy, czy wsadzani do więzień” - niestety Żaryn(syn) nie podaje żadnego  przykładu ofiar Tuska, ale zapewne wynika to jedynie z jego wstrzemięźliwości i niechęci do epatowania czytelnika tanimi chwytami – pozostawia nam po prostu pole dla naszej własnej wyobraźni, niczym najwięksi twórcy takich dzieł jak „Rosemary’s Baby”.

      - Mocna rzecz! – powiedział autor po przeczytaniu ostatniego zdania Żaryna, które brzmiało: Dawka środków znieczulających, jaką podano polskiemu społeczeństwu, jest – jak widać – całkiem pokaźna...

      Autor uznał, że dawka  może być jednak niewystarczająca i zaaplikował sobie sporą dozę waleriany, żeby móc zasnąć po lekturze wstrząsającego tekstu. Na wszelki wypadek napoił też walerianą Behemota, który nie miał nic przeciwko, mimo że Żaryna nie czytał.

      II

      Rankiem lokatorów Sadowej obudził jednoczesny wybuch jazgotu za oknami i dzwonek do drzwi. Behemot wskoczył na parapet popatrzeć, a zaspany autor poszedł otworzyć.

      - Dzień dobry, szanowny panie! – wypowiedziała postać odziana w kufajkę z biało-czerwoną opaską na ramieniu i z kaskiem do jazdy na rowerze na głowie.

      - Szatanie, zaraz mnie poprosi o suchy chleb dla konia – przemknęło przez głowę przecierającego oczy autora.

      - Czy szanowny pan nie może jakichś zbędnych starych opon? Bardzo by się nam przydały – postać zaskoczyła autora kompletnie.

      Przetarłszy wreszcie oczy, autor dostrzegł, że kufajka jest kuloodporna, na opasce widnieje również znak Polski Walczącej, a niewyraźna do tej chwili postać to poseł PiS Ryszard Czarnecki.

      - A po co panu, do diabła, opony? I to o 6.00 rano, kiedy normalni ludzie jeszcze śpią! – autor nie krył złości.

      - Opony potrzebne są dla Ojczyzny i jej obrońców. Urządzamy właśnie wzorem Ukraińców Majdan i mamy zamiar pokojowo obalić krwawą dyktaturę Tuska – wyjaśnił niezrażony niechętnym powitaniem poseł, chowając przy okazji za plecami kij bejsbolowy. – Obowiązkiem każdego patrioty jest wsparcie rewolucji. Jeśli nie ma pan w domu opon, mogą być konserwy i chleb, byle nie suchy. Chyba jest pan patriotą? – na koniec Czarnecki zapytał w swym mniemaniu retorycznie.

      - Nie, nie jestem o 6.00 rano żadnym patriotą! Nie trzymam w domu opon, a żadnej konserwy nie wpuszczam za próg! – gospodarz rozsierdził się nie na żarty. – A w ogóle to „Spieprzaj, dziadu!” – wrzasnął autor, cytując tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, i trzasnął drzwiami przed nosem posła,  nim do końca zdał sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji tego pochopnego czynu.

      Dzwonek już nie zadzwonił, ale harmider za oknem trwał dalej. Zdenerwowany autor poszedł zobaczyć, co też tam się wyprawia. Na parapecie siedział Behemot z rozdziawionym pyszczkiem.

      Na podwórku uwijało się kilkadziesiąt osób. Jedni rozstawiali namioty, inni budowali barykadę z kartonów wyciągniętych ze śmietnika i sprzętów z pobliskiego placu zabaw (została jedynie huśtawka, na której, wesoło pogwizdując, bujał się prezes Kaczyński), płonęły dwa ogniska, na których gotowano strawę; przy jednym prym wiodła posłanka Pawłowicz, która w kucharskiej czapie mieszała wielką łychą w kociołku i śpiewała „Rozszumiały się wierzby płaczące”, przy drugim rej wodził poseł Brudziński, który z kolei śpiewał „Pierwszą Brygadę” z naciskiem na ostatni, nieoficjalny wers. Bracia Karnowscy znosili chrust, aktorka Łaniewska z wielkim czerwonym krzyżem na kamizelce kuloodpornej otwierała punkt medyczny – pewnej zawadiackości dodawał jej przekrzywiony moherowy beret z kevlaru. Rozradowana Ewa Stankiewicz biegała po całym placyku i kolejno solidaryzowała się ze wszystkimi, filmując przy okazji.

      Kiedy oczom przyglądającym się temu wszystkiemu w zdumieniu lokatorów ukazał się Antoni Macierewicz w panterce z piłą mechaniczną w dłoni, który najwyraźniej zamierzał ściąć jedyną podwórkową brzozę na opał, Behemot nie wytrzymał:

      - Nie wiem, autorze, jak ty, ale na twoim miejscu zadzwoniłbym natychmiast do Putina, żeby potem nie było za późno. Niech nam tu przyśle Tamańską dywizję pancerną. Uczmy się na błędach Janukowycza. Bądźmy mądrzy przed szkodą – apelował kot.

      - Chyba masz rację – odrzekł poważnie zaniepokojony autor.

      III

      Nim jednak autor sięgnął po telefon, na scenie politycznego od rana podwórka przy Sadowej pojawiła się dozorczyni, zażywna i na co dzień pozornie niegroźna  pani Leokadia (w rzeczywistości tajna agentka GRU w stopniu pułkownika). Agentka zrzuciła maskę życzliwej ludziom „cieciowej” i uzbrojona w miotłę z furią uderzyła na Majdan w trakcie organizacji.

      - Zwijać mi ten majdan! Żadnej rewolucji dzisiaj nie będzie! – krzyczała podczas ataku.

      Wynik starcia był wiadomy z góry. Doskonale wyszkolona w Moskwie, sprawna fizycznie i zajadła czekistka Leokadia w mig poradziła sobie z niedoszłymi powstańcami. Politycy PiS uciekali w popłochu przed zabójczymi razami miotły, niepokorni redaktorzy ukryli się krzakach i doczołgali się do włazu do kanału. Nie minęło nawet pięć minut i Lokadia wróciła do swojej przykrywkowej postaci -  jakby nic się nie stało, z uśmiechem na twarzy zamiatała spokojnie resztki śmieci po Majdanie.

      - A to ci dopiero, ależ profesjonałka! – Behemot aż klasnął z radości  łapami.

      Uspokojony autor, zamiast alarmować Putina, z ulgą wysłał doń telegram:

      Sire, l’ordre règne à Varsovie.

       

      ( http://wpolityce.pl/dzienniki/blog-stanislawa-zaryna)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (70) Pokaż komentarze do wpisu „Polski Majdan”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 11:09
  • poniedziałek, 24 lutego 2014
    • Masturbacja w ruchu (narodowym) I

       

      Na Sadowej zrodził się pomysł urządzenia prawdziwie lewackiej orgii. Autora naprowadziła nań znaleziona w prawicowych portalach informacja, że Światowa Organizacja Zdrowia zaleca masturbację (i to już w przedszkolu).

      - No, no… skoro sama WHO tak mówi, to coś musi być na rzeczy, w końcu oni chyba się na tym znają – autor podzielił się wieścią z niepokornych mediów z Behemotem, który również był w podobnym nastroju, gdyż przedwiośnie zwiastowało już przybycie emocjonującego marca.

      Postanowili  natychmiast, że tak powiem, wspólnie przelecieć inkryminowany raport, ale, ku wielkiemu rozczarowaniu, nie znaleźli w nim nie tylko żadnego słowa zachęty, ale i nawet jednej praktycznej wskazówki (wyjaśnijmy, że lewackie orgie na Sadowej zazwyczaj polegały na lekturze pornografii intelektualnej).

      - Będziemy musieli sobie poradzić sami – westchnął Behemot. – Prawica zawsze robi z igły widły, ale żeby ich podniecał opis zalecenia uświadamiania różnic między chłopcem a dziewczynką w wieku przedszkolnym, to już chyba nadmiar wyobraźni…

      - Mnie to też jakoś nie bierze – wyznał autor. – Nie każdy jest tak wrażliwy pod tym względem jak ksiądz Oko czy posłanka Kempa.

      Dwójka napaleńców postanowiła jednak nie poddawać się i ruszyła w sieć, by znaleźć prawdziwie hardkorową lekturę, łączącą w sobie elementy sadyzmu i masochizmu w stosownych  proporcjach – niosącej ekstazę: łzy szczęścia i bólu, przerażenie i orgazmy tak szczytujące, że jakieś tam bredzenie na Mont Blanc to przy tym pierwsza masturbacja gimnazjalistki tomikiem Tuwima. I tak trafili na stronę:

       

      http://ruchnarodowy.org/

       

      - Ci przynajmniej muszą być w ruchu – zauważył  kot zbereźnik. – Jest jakaś nadzieja na zabawę.

      - Jesteśmy w ogródku! – wyszeptał skrajnie podniecony autor.

      Zabrali się za czytanie. Autor wtrącał od czasu do czasu obsceniczne i cyniczne uwagi lubieżnego satyryka, czyli satyra, który nie tylko się z gąską witał, ale wszedł z nią w intymną konfidencję.

      Na stronie dostępnej dla każdego (w tym dla prokuratury) znaleźli od razu ekscytującą pod względem prawnym informację:

       

      Dotacje

      Najłatwiejszym sposobem na wsparcie naszej organizacji jest dotacja w krypto-walucie Bitcoin. Pozwala to na bezpieczne przesłanie środków pieniężnych, bez ryzyka i kontroli ze strony lewackich rządów i banków.

      Nasz adres:
      1BiCenJVwWi76KYwgjgo5orD5eaU5GK1xv

       

      Toż to żywcem kodeks karny! – powiedział autor i zacytował:

       

      Art. 255.

      § 1. Kto publicznie nawołuje do popełnienia występku lub przestępstwa skarbowego, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

      A także kodeks wykroczeń… – kot nie chciał być gorszy i również zacytował:

      Art. 56

      § 1. Kto bez wymaganego zezwolenia lub wbrew jego warunkom organizuje lub przeprowadza publiczną zbiórkę ofiar, podlega karze grzywny. 

      Następnie obaj przeszli do lektury komentarzy.

         BenedyktDariusz .

      Krzysztof Bosak jest tym w Ruchu Narodowym czym są Cejrowski i Marek Jurek na Chadecji. Jurek obchodzi święta Chanuka i agituje do udziału w żydowskich wojnach, a Bosak widzi potrzebę wprowadzenia płatnego szkolnictwa i „prywatyzacji” szpitali. Takich Bosaków, Kowalskich, Zawiszy, Holoherów, Ziomkiewiczów, Winnickich mamy wielu. Przepraszam za porównanie, ale grają na tych szlachetnych, patriotycznych, ale pustych polskich łbach jak Jankiel na gromadzących się w jego karczmie cymbałach

      (I tam Żydzi? – zdziwił się kot filosemita i postanowił wysłać Markowi Jurkowi kartkę z okazji najbliższej Chanuki)

        Emanuel

      Polske,Ojczyzne Ojcow odwiedzam raz w roku.Polska ma dobra i zdrowa zywnosc,tylko tak przykro jest…ze kupuje sie to za posrednictwem zagranicznych posrednikow !!!

      (Brrr! – wzdrygnął się autor na myśl o portugalskich łapach bezczeszczących polską kaszankę mającą trafić do Biedronki)

         Monika

      żeby Polska byłą Polską!

      (Pan Jan Pietrzak się wpisał… jaki skromny - pod pseudonimem – rzucił wzruszony Behemot)

       Irek

      Musimy razem odebrać Polskę z rąk łajdaków, wypędzić zdrajców i odebrać nakradzione mienie i to się stanie już wkrótce. Pan Jezus nas prowadzi drodzy rodacy

      (To Pan Jezus-Żyd prowadzi narodowców do wyborów do europarlamentu? – zapytał naiwny i niewierzący kot)  

         White

       Wielka Polska Narodowa. Precz z lewactwem i żydokomuną!

      (To chyba o nas! – powiedziało się kotu i autorowi jednocześnie)

             Rafał

       Jak macie zamiar walczyć z potęgą Żydostwa i lewactwa ?

      (Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – skomentowało cierpko piekielne kocisko)

              grzech

      witam
      Chciałbym się dowiedzieć jaki jest wasz stosunek do Eurokoryta z Brukseli, trucia obywateli (opryskiwanie nieba, szczepionki, żywność) bo jest to istotna sprawa z punktu widzenia obywatela i jego położenia?
      Dlaczego w polecanych jest niepolskie PiS?

      (No, ten to na pewno nie był ani szczepiony, ani pryskany – autor wyraził przypuszczenie graniczące z pewnością)

           Roberto

      Brawo, startujcie do wyborów ,czas skończyć z deprawacją Polskich dzieci przez lobby pederastów, oraz ze zniewoleniem Polski przez urzędasów ze spedalonej unii.

      (Ho, ho, ho! I oni z tego ruchu narodowego chcą iść do Brukseli prosto w łapy spedalonych pederastów? Co za odwaga! – pochwalił kot)

            tomek

      A co z meczetem w warszawie??

       (Na jutro będzie gotowy! – zapewnił Behemot)

            Alicja

      Kocham Was!!!

       (Nam tak nie piszą – stropił się zazdrosny kot)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Masturbacja w ruchu (narodowym) I”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 lutego 2014 03:16
    • Masturbacja w ruchu (narodowym) II

       

      Sebi

      Polska dla Polakow, Niemcy dla Niemcow, Anglia dla Anglikow……wypier…..c wiec na swoje!

       (To raczej nie emigrant – orzekł autor)

        edward

      czas najwyższy aby zjednoczyc polską prawicę i oczyścic kraj z żydostwa

       (Behemot ziewnął)

         jeremi

      Tak powinno być gdybyśmy byli zjednoczeni nigdy by nam Kresów nie odebrali.

        Daniel

      Trzeba Kresy odebrać siłą – wypowiedzieć wojnę Ukrainie. Później siłą zająć Litwę (gdzie Polacy są poniżani), a na końcu zająć się Białorusią.

       (Ambitne chłopaki! A co z Chinami? – autora poniósł nieco patriotyzm)

        Michał

      Witam z tej str Michał popieram was i cieszę się że w końcu znalezli się POLACY którym zależy na POLSCE pewnie nie wszystkim się spodoba to co napiszę ale tak właśnie myślę i uważam POLSKA DLA POLAKÓW A ŻYDZI DO PIEKARNIKA !!!!!

       Tu Behemot przytoczył znowu stosowny fragment kodeksu karnego:

       Art. 256. Propagowanie faszyzmu lub totalitaryzmu

      § 1. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
       

      RycerzMisio

       Niech Bóg wam błogosławi!

       (Misio-antysemisio – szydził autor)

      Lędzian 

      może oni zwrócą uwagę na zdrajców z Bilderberga i Illuminatów  

       (Fan Dana Browna? – zgadywał kocur)

          Przemek_33lata_architekt

      (…)
      MASAKRA
      totalna ciemnota w tym narodzie…pisze się i mówi że na PO głosują osoby z wyższym wykształceniem   śmiech…jest dokładnie odwrotnie w większości jest to motłoch telewizyjny łapiący się na tą całą papkę medialną, bojący się wyjść z tłumu i odstawać od „zachodu”. Zakompleksiony, dający sobie wmówić wszystko tłum wstydzący się swojej WIARY i POLSKOŚCI. Masakra

      (No co tu gadać – masakra! – zgodzili się niecni blogerzy)

        krakuskolonia

      Trzeba skonczyc z zydostwem, polaczyc sily prawicowe i obnazyc sklad sejmu, senatu rzadu itd. Przede wszystkim musimy miec media. Do tego trzeba tworzyc partie, placic na nioa sköladki z ktorych powinno sie prowadzic propagande partyjna, pokazywac jak zydostwo przeniknelo struktury wladzy i administracji itp., itd….

      (Jezusie, obnażyć cały sejm i senat? Kto by zniósł ten widok? Znowu masakra – zaniepokoił się autor)

        Artur

      Gdzie moge kupic wasz sztandar:)?

      (Nie w realu – doradził kot jak umiał)

         bimber

      Pierwszy raz jestem na Waszej stronie. Już mam dość tego motłochu, ledwo wiążę koniec z końcem naprawdę ciężko pracując, a tu dalej doją człowieka, chyba aż umrze. Sami złodzieje na stołkach, nastawieni aby doić Polaka jak krasulę. Jestem z Wami. Zrozpaczony Polak.

      (Jak nie chcesz, żeby cię doili, nie stój w oborze – szyderczy kot doradzał dalej)

          CHROBRY GŁOGÓW

      WITAM PISZE Z GŁOGOWA NA DOLNYM SLASKU GDZIE SPOLECZENSTWO W 100% POPIERWA RUCH NARODOWY MOZECIE NA NAS LICZYC,ODZYSKAJMY NASZE PANSTWO JAK ZROBILI TO NASI DZIADOWIE.

      (Na Dolny Śląsk się nie wybieramy?- upewnił się kot)

            Robert

      (…) interesuje mnie tylko i wyłącznie by wyrwać moją kochaną Polskę ze szponów bestii i będę o to walczył. Czołem Wielkiej Polsce!

       (Tu kocia bestia uśmiechnęła się ironicznie)

      xpg

      Panowie, tworzycie nową organizację. Proponuję żeby zacząć od sprawdzania pochodzenia żydowskiego i nie przyjmować tych ludzi. Inaczej wasz ruch nic nie zmieni, będzie dalej to co jest. A ja na was nie zagłosuję. Dajcie jakiś sygnał że robicie taką selekcję, informacja nie musi być na pierwszych stronach gazet bo was zjedzą. Niech będzie jakaś informacja żebyśmy wiedzieli że to idzie w tym kierunku. Ci co się interesują dotrą do niej.

      (Kotku, ty na pewno nie jesteś Żydem, możesz się do nich zapisać – oznajmił autor Behemotowi)

            LEON

      Popieram ten ruch z całego serca. Strzeżcie się wrogów którzy wmontują Wam swoich
      ludzi z precyzyjnymi zadaniami rozpracowania Was profesjonalnie, to są silne bezwzględne struktury; Zawsze będziecie czuć ich oddech na szyi, będą Was kontrolować i Wami sterowac, a gdybyście im zagrazali, będą strzelać i inicjować samobójstwa. Strzeżcie się kretów i śpiochów w Waszych szeregach. Pozdrawiam
      A L

      („Profesjonalne , silne i bezwzględne struktury” położyły instynktownie swe zbrodnicze łapy na kaburach, postanowiły zaraz coś zainicjować…)

              

      Wesoła zabawa autora i Behemota mogłaby potrwać dłużej, ale nie potrwała, bo im się znudziła.

      - Co robimy z tym pasztetem? – zapytał kot.

      - Drukujemy i co lepsze kawałki wysyłamy do prokuratury – zdecydował autor.

       

      W godzinkę później Behemot z pokaźną kopertą potruchtał na niedaleki przystanek pocztowego dyliżansu, który zabierał korespondencję z Sadowej i nie tylko. Na przystanku stał jakiś facet w kominiarce i nerwowo rozglądał się dokoła.

      - Witam pana posła, a co też pan, panie Robercie, wybaczy pan kocią ciekawość, przy niedzieli wysyła? – kocur zagadnął wesoło i bezczelnie.

      - Jak pan mnie poznał? Przecież jestem w kominiarce! – przeraził się poseł Biedroń.

      - Po czerwonych skarpetkach! Nie pamięta pan, że pani poseł Anita Błochowiak z komisji Rywina mówiła, że czerwone skarpetki noszą tylko… wie pan. A poza tym z kieszeni wystaje panu immunitet z imieniem i nazwiskiem. Trochę brudny i wymiętolony, powinien pan go trochę szanować – kot wytłumaczył i doradził niezbyt grzecznie.

      - Boże, to nie ja zszargałem immunitet! To dwaj listonosze z prywatnej firmy pobili mnie wraz z nim, kiedy otworzyłem im furtkę! – tłumaczył się poseł Biedroń. – Właśnie wysyłam pismo w tej sprawie do prokuratury. A kominiarkę włożyłem, bo posłanka Pawłowicz doradziła mi, żebym nie epatował publicznie swoimi skłonnościami, to po mordzie nie będę dostawał.

      - Ech, panie pośle, współczuję z całego serca, ale niech pan zdejmie lepiej tę kominiarkę, bo jeszcze pana za terrorystę-genderystę wezmą – współczująco tym razem poradził Behemot.

      Jakiż czas jeszcze pogadali o polityce, gdy zza rogu wyłonił się pocztowy dyliżans. Poseł oddał swoją kopertę i zniknął błyskawicznie pożegnawszy się z kotem.

      Behemot zaś postanowił zamienić dwa zdania z załogą dyliżansu.

      - To na kiedy dotrze moje pismo? – zapytał.

      - Na greckie kalendy – odparł woźnica.

      - Eee, a długo jeszcze do nich? – kocisko nie było zbyt mocne w rzymskim kalendarzu.

      - Jakiś ruski miesiąc! – odkrzyknął woźnica i pogonił rumaki strzeliwszy z bata. – Dalejże, na Berdyczów!!!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Masturbacja w ruchu (narodowym) II”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 lutego 2014 03:13
  • niedziela, 23 lutego 2014
    • Przestroga dla Ukrainy

       

      Wczorajsze zwycięstwo ukraińskiej rewolucji dało mi szczęście i radość. Cały dzień spędziłem to ekscytując się, to denerwując. Z niecierpliwością czekałem na przemówienie na Majdanie uwolnionej dzięki Bogu Julii Tymoszenko, do której mam stosunek bardzo pozytywny.

      Pisałem już, że Ukraina jest wyjątkowo bliska memu sercu, a Majdan jest dla mnie rzeczą osobistą – jego sprawa jest moją sprawą, jego walka – bojem mych przyjaciół i rodziny. Ale pisałem również, że moja miłość do Ukrainy nie jest ślepa. Pozwala mi widzieć również wady i potencjalne zagrożenia, jakie niesie zwycięstwo, a raczej to, co z nim Ukraina zrobi. Nie będę teraz poruszał kwestii kruchości tego zwycięstwa – bo bez pomocy ekonomicznej Zachodu jest ono kruche i może nie przetrwać kilku nawet miesięcy (dobrze analizuje sytuację i apeluje o gotówkę stary i mądry wyjadacz „Zbig” Brzeziński), lecz skupię się na wrażeniach z przemówienia Julii T.

      1.     Julia jest politykiem z krwi i kości. Swój trzyletni pobyt w więzieniu, do którego została wtrącona przez krwawego tyrana Janukowycza po pokazowym procesie w stylu stalinowskim i na podstawie stalinowskiego w duchu prawa, okupiła cierpieniem i odcięciem od rzeczywistości ukraińskiej. Jedno i drugie, i trudno ją za to winić, próbuje przekuć w swoje atuty. W broń polityczną.

      Nie ma co wypominać, ale trzeba jasno powiedzieć: widok zrujnowanej tiurmą i pozbawionej makijażu męczennicy na wózku inwalidzkim był polityczną demonstracją wykalkulowaną na zimno, przy czym w żaden sposób nie dezawuuje to ogromu cierpień, jakich była premier Ukrainy rzeczywiście doznała.

      Wygląd i treść miały ludziom na Majdanie i przed telewizorami mówić: patrzcie, oto ja, prawie mnie zabili, ale oto jestem, w dodatku jestem skromna i proszę o wybaczenie za to, że kilka rzeczy może i kiedyś zepsułam, lecz teraz już słucham głosu narodu i po tym pokajaniu gotowa jestem nim rządzić jako prezydent.

      Majdanowi się to nie bardzo spodobało, mi również. Aczkolwiek dalej sądzę, że nie ma obecnie nikogo lepszego, kto nadawałby się potencjalnie na głowę ukraińskiego państwa.

      2.     W przemówieniu stale przewijał się motyw oddawania czci bohaterom poległym za wolną Ukrainę (J.T. wizytę na Majdanie rozpoczęła od chwili na barykadzie na Hruszewskiego, gdzie padło najwięcej ofiar) i tym, że winniśmy im wieczną pamięć. Słusznie. Lecz przy okazji padały łatwe do rozszyfrowania wezwania do zemsty nie tylko na winnych zbrodni funkcjonariuszach reżimu i ober zbrodniarzu Janukowyczu, lecz całej formacji. Padały słowa o braku wybaczenia (nie były oczywiście kierowane wprost i nie judziły jawnie, ale ich ton był jasny).

      Oczywiście można tu mówić, że J.T. (i Jaceniuk też) po prostu starała się wczuć w nastrój tłumu, dzielić z nim uczucia i w ten sposób powodować jego z nią identyfikację emocjonalną, żeby przygasić nieco chęć krwawej zemsty, jaką ludzie całkowicie zrozumiale odczuwają. Ale ja w to wątpię. Myślę, że Julia nienawidzi szczerze i nie wiem, czy jest w stanie nad tym zapanować. Oddzielić urazy od interesu państwa i narodu.

      A podstawowym interesem narodu, poza oczywiście ukaraniem zbrodniarzy Janukowycza i jego samego, jest teraz budowanie zgody i zasypywanie podziałów – to najlepsza metoda przeciwko tym, którzy wspierają separatystów i zdrajców Ukrainy.

      Tymczasem ja byłem świadkiem kładzenia fundamentów pod nowy historyczny mit założycielski. Mit nadto jednostronny i prosty, by ofiarom spoczywającym pod nim było wygodnie, poza tym pod tymi fundamentami nie ma miejsca dla wszystkich Ukraińców, także tych, którzy na Majdanie nie byli, a to źle. Ludzie nie ginęli za Ukrainę nienawiści, lecz za Ukrainę miłości i zgody, Ukrainę europejską, praworządną i demokratyczną. Tylko taki mit wyda zdrowe owoce. Inne zatrują naród na lata. Dlatego trzeba uważać na mity. Jeśli źle wybierzesz, konsekwencje mogą być straszne.

      Jak wiadomo, prawda to zawsze pierwsza uciekinierka z obozu zwycięzców. Dlatego życzę z całej duszy Majdanowi, aby prawda była na nim obecna jak najdłużej. Majdan powstał, by walczyć o prawdę i w jej imię się bił. Prawda mieszkała w każdym z namiotów Majdanu. I niech tak zostanie.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (198) Pokaż komentarze do wpisu „Przestroga dla Ukrainy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 lutego 2014 11:24
  • sobota, 22 lutego 2014
    • Julia wolna! Janukowycz ustąpił!

      Julia Tymoszenko została wreszcie uwolniona z więzienia. I to także głosami deputowanych partii Regionów. W tej chwili to najważniejsza osoba na Ukrainie. W ostatnich rozmowach z Ukraińcami za każdym razem pojawiał się refren: Ech, gdyby Julka była na Majdanie... Mówili to nawet ci, którzy niespecjalnie ją popierali. 

      W niej olbrzymia liczba Ukraińców pokłada wielkie nadzieje. Może stać się "mężem opatrznościowym" ojczyzny. Wszystko w jej rękach: albo zmieni się w boginię osobistej zemsty, albo w boginię wolności. Małość lub wielkość. Niewielu ludzi w historii może świadomie dokonać takiego wyboru. Ona stoi dziś przed nim. Życzę jej, aby zrobiła to mądrze. Życzę jej i Ukrainie szczęścia i rozwagi. A poza tym: cieszę się ogromnie!

      P.S.

      W chwilę później telewizja podała, że Janukowycz podał się do dymisji (jeszcze tego nie da się potwierdzić na 100%). Majdan wygrał bitwę z tyranem. Teraz zaczną się prawdziwe schody: Zachód musi pomóc ekonomicznie, bo inaczej wojna będzie przegrana. Ten moment szczęścia będzie wyjątkowo krótki, już od dziś trzeba brać się za budowanie nowej - wolnej, demokratycznej i praworządnej Ukrainy. 

      P.P.S Dementi rzeczniczki J.T. - Julia jeszcze w więzieniu. Można dostać palpitacji. Mam nadzieję, że za chwilę zdementują dementi:-)))

      P.P.P.S. Dementują też ustąpienie Janukowycza ( to nic - zaraz go wierchowna rada odwoła:-)))

      Dzień, cholera,dementi się robi, nie usuwam mimo to wpisu, niech zostanie na pamiątkę mojej głupiej radości, niech zaraz wszystko się spełni...

      Zaraz zabraknie mi "p". Jacyś zdrajcy w  Charkowie chcą dzielić Ukrainę, to - mam nadzieję - pajacowanie chwilowe, nie mają na to siły.

      Ten czymś naćpany tchórz i morderca, który nawet boi się powiedzieć gdzie udziela wywiadu, myśli chyba, że Putin przyśle mu armię. Co za żenujący psychopata. 

      No, Julka już wolna naprawdę, a Janukowycza odwołali:-)))

      wystarczyło poczekać, niczego nie oglądać i w ten sposób rok życia sobie oszczędzić, a nie denerwować się na blogu:-)

       

      Pierwsze przemówienie J.T. na Majdanie nietrafione. Za dużo o cierpieniu, za mało o świetlanej przyszłości. Wokół wielkie zdjęcia pięknej Julii, na scenie sponiewierana więzieniem i podróżą starsza pani na wózku. Ludzie chcieli nie tego. Trzy lata odcięcia od świata i choroba zrobiły swoje. Lekarze i wizażyści, do roboty. Nadal Julka jest osobą, która ma szansę zostać prezydentem Ukrainy, bo reszta (no, Kliczko ma potencjał) to nie ten format...

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (62) Pokaż komentarze do wpisu „Julia wolna! Janukowycz ustąpił!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 22 lutego 2014 13:45
  • piątek, 21 lutego 2014
    • Operacja „Shrek” (raport Behemota)

       

      I

      Na Sadowej rankiem słoneczko musnęło autora delikatnie. Muśnięty autor obudził się i ze zdziwieniem zobaczył, że Behemot już nie śpi, lecz zapamiętale wali w klawiaturę komputera. Nim  leżący w łóżku autor zdążył  ubrać swe zdziwienie chociażby w werbalny szlafrok i założyć mu werbalne kapcie, kot nacisnął ENTER i…

      - No, autorze, gotowe! – oznajmił głosem Einsteina, który właśnie sformułował ostateczną wersję teorii względności i był z tego bardzo kontent.

      - Śniadanie? – zapytał autor z nadzieją, jednocześnie uświadamiając sobie, że tym razem nadzieja na pewno okaże się matką głupiego – koty nie robią śniadań autorom.

      - Jak to co? Raport rzecz jasna. Chyba nie myślałeś, że całą noc nie spałem tylko po to, żeby ci rano zrobić śniadanie? Zajmowałem się poważnymi sprawami, ratowałem kraj! – kot potwierdził przeczucie autora.

      -  A od kiedy śniadanie dla ciebie jest sprawą niepoważną? – mruknął autor, wkładając przy tym kapcie rzeczywiste miast werbalnych.

      - Od momentu kiedy dowiedziałem się, że Ojczyzna ginie! – oznajmił Behemot, a minę miał przy tym taką, że gdyby ubrać go w rozerwaną koszulę, wyszedłby – wypisz wymaluj – Rejtan. Jednak kot nie miał żadnej koszuli, jak to kot.

      - Behemocie, moje ty diabelskie skaranie, daj mi napić się kawy, zanim stracę cierpliwość. Skąd ci przyszło do głowy, że ojczyzna ginie? Kto ci takich rzeczy naopowiadał, biedny zwierzaku? – wyjęczał autor w drodze do łazienki.

      - Myszy mi powiedziały – oznajmił z grobową miną kocur. – A ja im wierzę. Nikt nie kłamie, jeśli stawia się go przed alternatywą: albo mówisz prawdę, albo cię zjem!

      - Szatani wszystkich krajów – łączcie się! Czy ty już kompletnie oci…? - koniec ostatniego wyrazu zagłuszyło litościwie trzaśnięcie łazienkowych drzwi.

      Po ablucjach i przy kawie autor odzyskał nieco ze swej zwykłej cierpliwości i powiedział Behemotowi, że zapozna się z jego raportem, ale najpierw zrobi sobie kanapkę z serem, żeby nie czytać na głodniaka.  Okazało się jednak, że sera w lodówce nie było, choć wieczorem był tam jak najbardziej.

      - Nie mogłem tylko straszyć pożarciem, musiałem mieć dla Myszy również jakąś marchewkę – wyjaśnił kocur autorowi, który zmuszony został do zrobienia sobie kanapki bez sera, który stał się marchewką dla Myszy.

      - No, pal diabli ser, lecimy z tym raportem, kotku Behemotku – podsumował sytuację autor.

       

      Raport Behemota

       

      Do: Ludowy Komisariat Lewackiej & Genderowej Propagandy

      ul. Sadowa 302 A mieszkanie nr 50

      kot pocztowy: 666

      Diabli Wiedzą Gdzie

      Komisarz Autor – do rąk własnych

       

      W wyniku działań operacyjnych wpadłem na trop spisku mającego na celu zniszczenie Narodu Polskiego, ostateczne zrobienie ludziom wody z mózgu oraz kompromitację Polski na arenie międzynarodowej poprzez doprowadzenie do wyboru na stanowisko prezydenta RP osoby nieodpowiedzialnej, bez wyższego wykształcenia i w dodatku mającej krew niewinnych ofiar na wąsach.

      Jak już wspominałem w poprzednim meldunku, od pewnego czasu prowadziłem intensywne rozpoznanie wpływowego i dobrze poinformowanego środowiska Myszy żoliborskich, czyniąc z nich pożyteczne kontakty operacyjne. Wykazując inicjatywę w terenie, postanowiłem zmienić owe kontakty operacyjne w tajnych współpracowników z prawdziwego zdarzenia. Zastosowałem klasyczną metodę kija i marchewki, grożąc Myszom, że w wypadku odmowy nawiązania współpracy je zjem, jednocześnie obiecując im wymierne korzyści materialne ( w tym celu pozwoliłem sobie zabrać z lodówki 35 dekagramów sera żółtego typu Gouda) w razie podjęcia pozytywnej decyzji. Brawurowa akcja pod kryptonimem „Ser albo śmierć” zakończyła się moim pełnym sukcesem: Myszy zgodziły się zostać TW, a po konsumpcji sera dodały, że za więcej to i kredyt mogą podżyrować. Już pierwsze pozyskane od nich informacje okazały się mieć kolosalne znaczenie dla losów Państwa i Narodu. Oto wstrząsająca relacja Myszy z wydarzeń do jakich doszło w żoliborskim domu Jarosława K. (pseudonim „Prezes”) z udziałem wymienionego „prezesa”, Adama L. (pseudonim „Wiceprezes”) oraz jeszcze jednej osoby, o której za chwilę (nadmieniam, że jedna z Myszy zapłaciła życiem za zdobycie tych informacji):

      - Zdecydowałem, że po wyborach będę premierem, Adamie. Mamy więc problem: kto zostanie prezydentem? – prezes przechadzał się tam i z powrotem po pokoju.

      - Może profesor Gliński? To już przecież sprawdzony i wierny kandydat na prezydenta wielu rzeczy. Ta kandydatura sama się wysuwa na czoło! – rzekł wiceprezes wpatrzony w prezesa jak w zbawcę.

      – Adamie, sam się, wybacz, puknij w czoło! Profesor aż przebiera nóżkami, żeby zostać znowu moim kandydatem na kandydata na cokolwiek. Jego zapał i wierność są podejrzane! Powiem ci w zaufaniu, że ja nie mam do niego zaufania: tuż przed słynnym wystąpieniem w Sejmie, kiedy to ukazałem go narodowi na tablecie, dwa razy mi się drań zawiesił. Podejrzewam, że chciał dodać do programu coś od siebie. Skreślam go absolutnie. Nie wspominając już o tym, że ten tablet nadszarpnął nieco autorytet profesora... stracił w sondażach od kiedy pewna sieć sklepów z elektroniką wykorzystała jego wizerunek w kampanii reklamowej pod hasłem „Dla idiotów” – prezes machnął ręką.

      - No to może…yyyy, ten, yy… – wiceprezesowi w nikt najwyraźniej nie chciał przyjść do głowy. – Mam: Rymkiewicz! Poeta! Kochamy go, on kocha nas! Ciebie kocha! On wierny! On szanowany! On! Najpierw prezydentura, a potem Nobel! – podniecił się Adam L. uszczęśliwiony tym, że ktoś w końcu mu do głowy jednak przyszedł.

      - Poeta. I łachmyta. W dodatku stary dziad. Gotów nam spieprzyć w zaświaty w trakcie prezydentury –  prezes gorzko skwitował pomysł wiceprezesa. – Gdzie mu tam zresztą do prawdziwie wielkich poetów… takiego Kornela Ujejskiego, który w kontekście Kainów pisał o tym, że „inni szatani tam byli czynni”? Przyznam w sekrecie, że zachwycam się Rymkiewiczem jedynie na pokaz, prywatnie brzydzą mnie te jego krwawe wypociny. Jak słyszę o tych zakrwawionych fotelach, mam ochotę poprosić Wojewódzkiego, żeby wysłał tam jakieś ukraińskie sprzątaczki – wyznał zdegustowany Rymkiewiczem i Wojewódzkim Jarosław K.

      - No to kto? – wiceprezes przyznał się do bezradności i jednocześnie podkreślił wiarę w nieomylność prezesa.

      - Ech, Adamie, czasami tęsknię za Kurskim, jak na was wszystkich patrzę – prezes spojrzał na Adama z politowaniem. – Tobie polotu nie wystarczyło nawet do skorumpowania Renaty Beger! (Adam L. zaczerwienił się ze wstydu) - Ale muszę cię pochwalić, że z tymi poetami to masz dobre przeczucie, dobrze kombinujesz – prezes od nagany przeszedł do łaskawości. (Adam L. pokraśniał tym razem z zadowolenia i zamerdałby ogonem, gdyby go tylko miał.)

       – Otóż, mój drogi, tak naprawdę moim ulubionym poetą jest szkocki wieszcz James Macpherson, twórca największej literackiej blagi XVIII wieku, czyli „Pieśni Osjana”. Ten utwór Macpherson przedstawił zdumionemu światu jako tłumaczenie oryginalnych średniowiecznych legend celtyckich, które rzekomo odnalazł. W istocie sprzedał całej Europie za ciężkie pieniądze pod szyldem średniowiecznego oryginału swoje własne patetyczne, patriotyczne i nieznośnie sentymentalne wypociny! Genialne i skuteczne. Położył podwaliny pod patriotyzm rodem z tancbudy, sentymentalny jak chora na syfilis śpiewaczka, która na ulicy pieje „O mój rozmarynie” ku wzruszniu gawiedzi. A nie muszę chyba tłumaczyć, że taki rodzaj patriotyzmu jest nam ideowo bliski i wkrótce będzie obowiązywał w całym kraju. Dlatego właśnie rozpoczniemy operację nazwaną na cześć Macphersona „Pieśń Osjana”, w wyniku której zniszczymy do końca dobry gust, wypromujemy kłamliwą szmirę i ogłupimy wszystkich ze szczętem. Wprawdzie zapiekłym wrogiem i demaskatorem oszustwa Macphersona był słynny ówczesny angielski intelektualista  doktor Samuel Johnson (taki ichni Hartman – wyjaśnił  prezes wiceprezesowi w nawiasie), lewak i trockista, który bezczelnie twierdził, że patriotyzm to ostatnia deska ratunku łajdaka, ale nam lewactwo nie straszne! – prezes mówił jak w wieszczym uniesieniu.

      - Geniuszu, zbawco, oświeć mnie: co to znaczy i kto ma być w takim razie tym prezydentem? – porywająca wizja Jarosława K. rzuciła Adama L. na kolana, z których nie śmiał się podnieść.

      - Już tłumaczę, głuptasku  - prezes uśmiechnął się wyrozumiale. – Potrzeba nam prezydenta budzącego pozytywne emocje wśród większości Polaków i Polek, z dobrą reputacją, z patriotyzmem najwyższej próby, takiego, który będzie mi wierny i gotów będzie walczyć w mojej obronie zębami i pazurami. I ja takiego kandydata mam. Wpadłem na niego dzięki Macphersonowi właśnie, który to geniusz hucpy wymyślił także i spopularyzował imię… - tu prezes zawiesił głos i wskazał na swą kotkę, która właśnie pożerała dopadniętą za fotelem mysz - … FIONA! (Fiona zastrzygła uszami, ale dalej nie odrywała się od zdobyczy)

      Widząc oznaki zdumienia na twarzy wiernego Adama L., prezes wyjaśnił:

      - Ech, nieuku, wiem, że tobie Fiona kojarzy się najwyżej ze Shrekiem. Tymczasem to kotka z wybitnie patriotycznej i zasłużonej rodziny. Jej przodek zginął w Powstaniu Warszawskim (prezes pominął okoliczność, że ów przodek został zeżarty przez głodnych powstańców). Ciemny lud kupi tę bajkę o kocie w powstańczej opasce. Zobaczysz, że Fiona wygra w pierwszej turze, będzie jeszcze lepiej niż poprzednio! W dodatku zapewnia nam głosy wszystkich kociarzy i kociarek. Jest naszą odpowiedzią na gendera i animal studies.Tak że, Adamie, nie myśl za dużo, tylko ściągnij tu zaraz naszych niepokornych redaktorów, niech natychmiast wSieci rozpoczną puszczanie kociej muzyki – prezes zakończył przemówienie kategorycznym poleceniem.

      Adam L. chwycił za telefon.

      Nie muszę chyba tłumaczyć, komisarzu autorze, co nas czeka w wypadku powodzenia planu prezesa. W najlepszym razie poniewierka na emigracji, w najgorszym reedukacja w obozie pracy lub rozstrzelanie.

      Dlatego ośmielam się proponować tajną operację „Shrek”, która zneutralizuje skutki podstępnej „Pieśni Osjana” prezesa. Plan jest taki: zbliża się marzec, Fiona będzie skłonna do romansów. Omotam ją swym czarem i zaproszę na romantyczny spacer. Następnie zaproponuję wspólny wypad do kociego Spa „Mrunia” w Ciechocinku, gdzie kamery nagrają nasze igraszki. Zdjęcia sprzedamy „Faktowi” za pieniądze, które powinny pokryć uprzednie wydatki i jeszcze coś zostanie.  Po publikacji kompromitujących zdjęć Fiona będzie spalona, a Polska uratowana.

      Wsiegda gatow

      Behemot, kot Czapajewa I rangi

       

      II

      - I co ty na to, autorze ?– zapytał kot skłonny bez wahania poświecić swą reputację dla Ojczyzny w ciechocińskim Spa.

      - Nie bądź taki agent Tomek, Behemocie, nie będziesz szalał z Fioną po żadnych „Mruniach” w Ciechocinku. To niemoralne i za drogie – pryncypialnie stwierdził autor. – A relację Myszy opublikujemy na blogu, to powinno pokrzyżować plany prezesa.

      - Ech… - westchnął na to kocur, który zrozumiał, że będzie musiał poświęcić się dla Ojczyzny o wiele mniej słodko niż planował.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (36) Pokaż komentarze do wpisu „Operacja „Shrek” (raport Behemota)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lutego 2014 12:19