MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • sobota, 29 sierpnia 2015
    • Psia Gwiazda

      ... czyli Wielki Pies



      Rady dla młodych poetów, którzy mnie nie czytają:

      1. 1. Na początek przyjmijcie skromne miano, bierzcie przykład z Bobika, który nie podpisuje się „Konrad”

      2. 2. Nim zabierzecie się za „Pana Tadeusza” czy choćby „Pierwszą Brygadę” - opiszcie to, co macie we własnym ogrodzie - mogą to być ziemniaki (rodzaj Kwiatów Polskich) - czy też trawnik przed blokiem, skrzynkę na balkonie

      3. 3. Nie palcie „salonów”, dopóki nie będziecie pewni, że możecie stworzyć własne (a nie będziecie nigdy), taki Bobik niczego nie podpala, a „salon” w najlepszym tego słowa znaczeniu powstał mu mimochodem

      4. 4. W poszukiwaniu natchnienia nie wpatrujcie się jedynie w sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, w ogłoszeniach drobnych również można znaleźć piekło, raj i sąd ostateczny.

      5. 5. Piszcie, co myślicie, myślcie zaś bez nienawiści

      6. 6. Nie bawcie się słowami, jeśli nie znacie ich znaczenia – żeby zostać takim szczeniakiem jak Bobik, trzeba przeżyć całe życie. Już Heraklit, bystry facet, was ostrzegał, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, także i do Skamandra, w którym Bobik moczył łapy

      1. 7. Śmiejcie się życzliwie, podnoście każdą napotkaną skórkę banana z chodnika, bo diabli wiedzą, kto się na niej wywróci

      2. 8. Nie, nie wierzcie w to, że świat jest dobry i sprawiedliwy, że wygrywa dobro i na pewno dostaniecie Nobla. Ale nie mówcie tego Czytelnikom wprost, zawsze dawajcie im nadzieję – im bardziej jesteście w rozpaczy, tym musi być ona większa.

      3. 9. Czytajcie Bobika:  http://www.blog-bobika.eu/



      Kinga właśnie odeszła, o czym na blogu poinformowała rodzina. Żadne słowa nie wyrażą mojego żalu. 

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Psia Gwiazda”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2015 16:04
  • wtorek, 25 sierpnia 2015
    • Demokracja bezpośrednia

       

      Na Sadowej autor postanowił wprowadzić demokrację bezpośrednią i od tej pory rozstrzygać najważniejsze domowe kwestie przy pomocy referendów.

      - Sadowiacy mają prawo decydować o swoim losie! – perorował, a licznie zgromadzeni domownicy (sztuk dwie) popierali go entuzjastycznie. - Wola mieszkańców najwyższym prawem! (aplauz) Na początek wypowiedzmy się w sprawie dyktatu, jaki narzucają nam obce korporacje! (spazm)

      W pierwszym referendum przy 100% frekwencji uchwalono zatem przez aklamację obniżkę opłat za media i czynsz. Stosowaną uchwałę przesłano do elektrowni, gazowni, wodociągów i administracji, ale póki co nikt nie odpowiedział. Wspólnota mieszkańców na razie cierpliwie czeka. Postanowiono, że w razie czego przeprowadzi się referendum w sprawie nałożenia sankcji na te instytucje i jeszcze bardziej obniży opłaty.

      Następnie odbyło się referendum budżetowe, w którym, również jednomyślnie, zdecydowano o konieczności podwojenia budżetu domowego, żeby zaspokoić słuszne żądania i potrzeby ogółu. Po publicznej debacie wszyscy zgodzili się z tym, że najprostszym sposobem zapewniania odpowiednich środków będzie druk własnego pieniądza, przy czym odrzucono propozycję wprowadzenia własnej waluty i postanowiono od razu na domowej drukarce produkować euro. Z kolei 2/3 wyborców opowiedziało się za tym, żeby z tymi banknotami wysyłać do kantoru Behemota (przeważył argument, że kota w razie czego nie posadzą).

      Potem przyszła pora na uregulowanie kwestii imigracji, czyli swobodnego napływu gości, którzy jedzą i piją na potęgę, zużywają wodę, mydło i czasami papier toaletowy, a prawdę powiedziawszy korzyści z nich nie ma żadnych (szczególnie z dzieci). Po wprowadzeniu opłat wizowych ruch na granicy spadł drastycznie, a już po tygodniu okazało się, że Sadowa jest o całą rolkę papieru do przodu.

      To zachęciło wspólnotę do dalszej bezpośredniej demokratyzacji. Mieszkańcy zabrali się za stosunki wewnętrzne. W kolejnych referendach zdecydowali, że: śmieci ma wynosić firma, która na nich zarabia, a nie domownicy – to oczywiste, logiczne i sprawiedliwe (pismo wysłano poleconym priorytetem, powinno już dojść); ponieważ nikt nie chce zmywać naczyń, przechodzi się na jednorazówki, podobnie z ciuchami z powodu prania; sprzątanie zaś odbywać ma się rotacyjnie – w dni parzyste autor pilnuje, żeby posprzątał Behemot, w nieparzyste pilnuje go żona; gotowanie zarzucono na rzecz importu dań gotowych (kot ma przyzwyczaić się do pizzy – taka była wola większości).

      Na razie wszystko idzie jak po maśle, tylko Behemota trzeba było uwiązać i zakneblować, bo cholerny czarnuch chciał zwiać przez okno i miauczał wniebogłosy, że mu się demokracja przestała podobać.


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Demokracja bezpośrednia”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 sierpnia 2015 16:03
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Prezydent w ruinie

       

      Ledwo pisowski prezydent objął rządy nad „Polską w ruinie”, ojczyzna nam wypiękniała, ale za to Andrzej Duda ma właśnie szansę obrócić w prawdziwe gruzy autorytet urzędu prezydenckiego i państwa. Z tekstu zamieszczonego w „Newsweeku” wynika, że jako poseł mógł dopuścił się oszustwa i przez dwa lata wyłudzać pieniądze z sejmowej kancelarii, poświadczając nieprawdę własnoręcznym podpisem.

       

      Najistotniejsze w tej chwili pytanie: czy Polska stanie na wysokości zadania i będzie w stanie osądzić pana prezydenta? Czy Polacy będą mieli w ogóle szansę na to, by usłyszeć jakiś wyrok? Jeśli nie wyjaśni się tej sprawy do końca, za prezydentem Dudą już po wsze czasy ciągnąć się będą podejrzenia. Jego autorytet w kraju i na świecie będzie żaden. Jeśli w ogóle ktoś go będzie gdzieś zapraszał, to dyskretnie będzie liczył srebrne sztućce po takiej wizycie.

       

      Józef Beck mówił: "Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor." Jeśli Andrzej Duda ma honor i poczuwa się do odpowiedzialności za Polskę, nie powinien chować się za sprawowanym urzędem, ale samemu dążyć do tego, aby poddać się osądowi.

       

      W idealnym demokratycznym państwie prawa rządzący i opozycja powinni razem umożliwić prezydentowi stanięcie przed sądem (czy Trybunałem Stanu), bo każdy wyrok w tej sprawie jest lepszy od zamiecenia jej pod dywan. Pewnie tak się nie stanie, bo koalicji nie wystarczy odwagi, a PiS przyzwoitości – jednym i drugim zaś państwowego instynktu.

       

      Inicjatywa więc realnie leży po stronie prezydenta, to on może ustąpić ze stanowiska lub być może - na ten temat musiałby się pewnie wypowiedzieć TK – samemu czasowo przekazać swe obowiązki marszałkowi sejmu. Niewyobrażalne jest bowiem sprawowanie urzędu przez kogoś podejrzanego o popełnienie przestępstwa (i nie chodzi tu o formalne postawienie zarzutów).

       

      Wszystkim, którzy się zastanawiają, czy aby sprawa dotycząca wyłudzenia „jedynie” 11 tysięcy złotych warta jest w ogóle rozmów o ewentualnym usunięciu prezydenta, pragnę uświadomić, że jest to dokładnie to samo przestępstwo, co okradanie staruszków metodą „na wnuczka”. Tak że chyba warto sprawdzić, czy zostało popełnione, czy nie.

       

      Jeśli zaś stanie się tak, jak przewiduję, czyli państwo stchórzy, a opozycja będzie bronić „swojego prezydenta”, który rzecz będzie usiłował bagatelizować, wtedy biada nam wszystkim. Spełni się wróżba mistrza Adama: Po huku, po szumie, po trudzie/Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

      Polska rzeczywiście będzie ruiną – moralną. I na to nie zaradzi nawet ewentualne zwycięstwo prezydenta w referendum, w którym większość opowiedziałaby się przeciwko stawianiu go przed sądem. Bo to takie referendum byłoby przyznaniem się prezydenta do winy. Tak samo jak unikanie sądu.

       

      P.S.

      Podczas gdy pani premier i pani marszałek sejmu plotą koszałki opałki ( http://wiadomosci.onet.pl/kraj/burza-po-publikacji-newsweeka-ws-podrozy-andrzeja-dudy/2xmm5y ), bo ta sprawa to gorący kartofel, z rozmów pod tekstem wynika, że należy napisać suplement do komentarza red. Lisa w "Newsweeku", gdzie padają grzeczne pytania, które jednak nie wyczerpują tematu.

      Jeśli Andrzej Duda był posłem zawodowym, urlopowanym bezpłatnie z uczelni w Krakowie, to podejmując stałą pracę gdzie indziej (a tak wynika z tekstu w "N"), powinien poinformować o tym Sejm i otrzymywać stosownie pomniejszone wynagrodzenie poselskie. Jeśli bowiem pracował przez dwa lata i nie informował, to kwota "zaoszczędzona" poprzez pobieranie pełnego wynagrodzenia zamiast pomniejszonego może być traktowana w rozumieniu prawa jako wyłudzona.

      Tę sprawę może szybko wyjaśnić Marszałek Sejmu, nie trzeba czekać na Prezydenta.


       

       

       

      Miałem wracać z „wygnania” innym tekstem, ale się porobiło...

       

       

      Konstytucjonalista o odwołaniu prezydenta:

      http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/127233,odwolanie-prezydenta-niemozliwe-prawie.html

       

      O wyłudzeniach sejmowych:

      http://natemat.pl/123363,roman-giertych-podpowiada-prokuraturze-co-zrobic-z-hofmanem-kaminskim-i-rogackim-grozi-im-8-albo-nawet-12-lat

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (58) Pokaż komentarze do wpisu „Prezydent w ruinie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 22:39
  • środa, 29 lipca 2015
    • Polska - pułapka na uchodźców (1)

      część I

       

      Serce rośnie, gdy ohydnej fali nienawiści do uchodźców przeciwstawiają się nieliczni szlachetni i przyzwoici, którzy witają ich chlebem i solą. Problem w tym, że ci dobrzy ludzie, ratując honor Polaków, nieświadomie robią uchodźcom krzywdę, bowiem w Polsce mają oni chyba najmniejsze szanse na otrzymanie azylu w Europie.



      Zacznijmy od liczb. W Polsce prawo pobytu ma w tej chwili około 2 tysięcy uchodźców. W ostatnich latach wniosków o azyl jest rocznie około 8 tysięcy. W tym roku złożono ich już ponad 4 tysiące. Pozytywnie rozpatruje się 2-3% (nie tak dawno było to poniżej 1%). Uchodźca może otrzymać u nas jedną z trzech form ochrony (od najkorzystniejszej do najmniej korzystnej dla wnioskodawcy): status uchodźcy, ochronę uzupełniającą lub pobyt tolerowany – ten ostatni powinno przyznawać się, gdy z przyczyn prawnych lub humanitarnych cudzoziemca nie można wydalić do kraju pochodzenia, bo grożą mu tam prześladowania, śmierć lub uwięzienie. Zatem spośród tych 2 tysięcy uchodźców z Bliskiego Wschodu i Afryki, których gotowość Polska ostatnio zadeklarowała, co wzbudziło furię rasistów i ksenofobów, realne szanse na zamieszkanie u nas i ocalenie życia ma 60 osób. Niewielu Polaków (w tym polityków wygadujących haniebne brednie na ten temat) zdaje sobie bowiem sprawę z prostego faktu, że Polska tych uchodźców wcale nie „przyjmie”, lecz po prostu rozpatrzy ich wnioski o azyl. Żeby nie popadać w przesadę, muszę uczciwe dodać, że akurat oni mają nieco większe szanse na pozytywne decyzje, gdyż w pewien sposób zainteresowana jest nimi Unia Europejska. Syryjczycy są stosunkowo bezpieczni – dopóki trwa wojna, deportacje matek z dziećmi byłyby niemedialne, ale już Erytrejczykami nie przejmie się pies z kulawą nogą, bo o tym, co dzieje się w ich ojczyźnie, nikt nie ma pojęcia, a pan Gowin z panią Szydło nie wiedzą nawet, gdzie toto leży w tych Himalajach.

      Dla porównania: W Niemczech, gdzie wniosków o azyl jedynie w ubiegłym roku złożono ponad 170 tysięcy, pozytywnie rozpatruje się czasem i 25% z nich - najwięcej przyznaje się pobytów tolerowanych, stanowiących najmniejsze obciążenie dla budżetu, ale ratujących życie uchodźców, bo uniemożliwiających ich deportację. Statystycznie więc uchodźca ma dziesięć razy większą szansę na ocalenie w Niemczech niż w Polsce. Tak że nie tylko różnice ekonomiczne i pomoc socjalna powodują, że uchodźcy traktują Polskę jako kraj tranzytowy, a nie docelowy – złożenie wniosku o azyl w Polsce naraża ich po prostu na utratę życia – to nie jest chwyt retoryczny.

      Tylko pechowcy lub osoby absolutnie bezsilne i zdesperowane zdają się na łaskę polskiego państwa. Gdy dociera do nich, co ich u nas czeka, przeważnie uciekają dalej na Zachód (jeśli przebywają w ośrodkach otwartych, bo wiele osób umieszcza się w ośrodkach zamkniętych, czyli więzieniach, razem z dziećmi). Dlatego 80% postępowań w sprawie przyznania azylu kończy się u nas umorzeniem – wnioskodawca ucieka w trakcie postępowania przed pewnym wydaleniem. Przy tym ludzie przeważnie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że uciekając z kraju, gdzie złożyli wniosek o przyznanie statusu uchodźcy, skazują się na to, że nie zalegalizują swojego pobytu nigdzie na Zachodzie, a jeśli zostaną tam złapani, czeka ich zgodnie z europejskim prawem odesłanie do kraju, w którym przekroczyli granice UE (ich dane i odciski palców znajdują się w systemie, więc wiadomo gdzie ją przekroczyli), czyli Polski, umieszczenie w więzieniu, a potem deportacja. Uciekają jednak, bo tam mają większe szanse na przetrwanie.


      Deportować wszystko co się rusza


      Skąd bierze się tak ogromna różnica w liczbie decyzji ratujących życie uchodźcom między Polską a innymi krajami UE? Podstawowym powodem jest polska „polityka imigracyjna”, która od co najmniej kilkunastu lat sprowadza się praktycznie do tego, żeby nikogo nie wpuszczać, a wpuszczonych deportować. Dotyczy to nie tylko uchodźców, których liczba jest śladowa, szczególnie zważywszy na graniczne położenie Polski w UE (nielegalne przekraczanie granicy u nas to maksymalnie kilkadziesiąt ujawnionych przypadków rocznie), ale i legalnych imigrantów, których zniechęca się do pozostania w Polsce na wszelkie możliwe sposoby.

      Dzieje się tak dlatego, że w sprawie cudzoziemców głos decydujący ma MSW, czyli faktycznie Straż Graniczna i inne służby mniej lub bardziej specjalne, czyli struktury, które zainteresowane są tym, aby cudzoziemców było w Polsce jak najmniej. Kierują nimi nie tylko przesłanki „racjonalne” (rzekome zagrożenie terrorystyczne, bałamutne przesłanki ekonomiczne, etc.), ale przede wszystkim ideologiczne: patron tego środowiska, od 15 lat faktycznie rządzący imigracją twórca i były szef Urzędu do Spraw Repatriacji i Cudzoziemców, obecny wiceminister MSW Piotr Stachańczyk, nawet nie stara się ukrywać, że jego celem jest utrzymanie za wszelką cenę homogeniczności etnicznej Polski. Rządy się zmieniają, a de facto rasistowska i ksenofobiczna polityka ministra S. jest zawsze taka sama, a raczej coraz skuteczniejsza, gdyż z biegiem lat poszerza on władzę podlegających mu struktur. Człowiek ten w imię swojej idée fixe (podzielanej przez jego podwładnych) nie waha się oszukiwać posłów RP z trybuny sejmowej (sprawa przesłuchiwania wietnamskich uchodźców przez wietnamską ubecję w Polsce). Polskie służby pod jego zwierzchnictwem łamią nagminnie prawa człowieka, prawo międzynarodowe i polskie. Był krótki czas, gdy bodajże za premierostwa Marka Belki część spraw imigracyjnych przesunięto w kompetencje Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, czyli wyrwano je z łap służb, ale szybciuteńko sytuacja wróciła do normy, czyli w ręce ministra Stachańczyka. Tym samym w polskiej polityce imigracyjnej przestały się faktycznie liczyć potrzeby ekonomiczne i demograficzne (o humanitaryzmie nie wspominam). Na nic zdały się wieloletnie apele Rządowej Rady Ludnościowej, postulujące poluzowanie polityki imigracyjnej, bo z Polski wyjechało prawie 2,5 miliona osób, głosy pracodawców, ekonomistów, rektorów wyższych uczelni (im zależy na zagranicznych studentach w związku z niżem demograficznym), organizacji pozarządowych i polityków, którzy dobrze wiedzą, że postępowanie państwa polskiego w tym zakresie jest nie tylko niemoralne, korupcjogenne, krótkowzroczne, ale i powoduje miliardowe straty dla budżetu oraz hamuje rozwój kraju. Ostatnia, ubiegłoroczna nowelizacja ustawy o cudzoziemcach likwiduje część absurdów imigracyjnych, ale de facto znowu zaostrza kryteria pobytu w Polsce (miliony Polaków nie mają szans spełnić wymagań, jakie stawia się imigrantom, którzy chcą pracować w Polsce) i zwiększa uprawnienia służb, czyli stanowi per saldo dokładne przeciwieństwo zmian postulowanych przez wymienione przeze mnie środowiska.

      Kwestia uchodźców to jedynie ułamek tego zagadnienia. Te kilka tysięcy osób, które docierają do Polski, to przede wszystkim Czeczeńcy, Gruzini (po wojnie w 2008 roku), a teraz Ukraińcy. Inne narodowości praktycznie się nie liczą. W trakcie postępowania w sprawie przyznania im statusu uchodźcy ludzie ci trzymani są w ośrodkach przez rok, w trakcie którego faktycznie nie są objęci żadnymi programami integracyjnymi. Polska wychodzi z założenia, że to niepotrzebne, bo przecież i tak albo zostaną deportowani, albo uciekną, więc po co marnować środki? Realnie nie są w stanie podjąć żadnej pracy, bo nie mają na to szans, o pomocy psychologicznej (ofiary wojen, terrorystów, etc.) można zapomnieć. Siedzą więc znudzeni, biedni i sfrustrowani, mają 70 złotych kieszonkowego na miesiąc, w dodatku ze znakomitą większością personelu nie są się w stanie dogadać, bo oni nie mówią po polsku, a personel tylko po polsku (czemu urzędników imigracyjnych i funkcjonariuszy SG nie naucza się żadnych języków obcych?). Potem cała Polska się dziwi, że mający przewagę liczebną Czeczeńcy usiłują narzucać muzułmańskie zasady postępowania innym uchodźcom. A kto zadbał o to, żeby im pokazać, że tak w Europie nie można? Kto prowadzi jakąkolwiek edukację kulturową wśród nich? Oczywiście nikt, najwyżej jakieś NGO-sy.  System z założenia nie dba o żadną integrację i edukację, bo służy do wydalania uchodźców, a nie do tego, żeby się uchodźca adaptował do polskich warunków. W Polsce nie do pomyślenia są sytuacje z Niemiec, gdzie państwo wsłuchuje się w postulaty największych organizacji przedsiębiorców, którzy żądają, aby młodzi uchodźcy, niezależnie od wyników postępowania uchodźczego, otrzymywali z automatu pięcioletni pobyt, pod warunkiem trzyletniej nauki zawodu (język to oczywistość) i dwuletniej pracy w wyuczonym zawodzie. W Niemczech PEGIDA to oficjalnie bojkotowani i zwalczani przez państwo ekstremiści, w Polsce językiem tych ekstremistów mówią bez wstydu politycy aspirujący do najwyższych stanowisk. Z kolei państwo stara się nie mówić językiem PEGIDY, ale praktycznie realizuje jej cele. U nas o losie uchodźcy czy imigranta decyduje urzędnik lub funkcjonariusz SG, którego jedynym celem jest pozbycie się jak największej liczby uchodźców z kraju. Nie ma mowy o jakimś racjonalnym myśleniu czy empatii: uchodźca/imigrant to jest wrogi problem, nie człowiek. Tego typu sytuacja sprzyja postawom ksenofobicznym i rasistowskim, czego dowodem była słynna sprawa internetowego hejtu, którego autorem był strażnik graniczny – pisał różne kawałki o „czeczeńskim ścierwie”, sąd w Białymstoku (a jakże) go uniewinnił, uznając, że takie rzeczy nie są przejawem nienawiści. To tylko wierzchołek góry lodowej bezprawia w Polsce.

       

      Jak się pozbyć uchodźcy?

       

      Tajemnicza różnica między tym, że w Niemczech uzyskuje ochronę 25% wnioskodawców, a w Polsce czasem 3%, nie bierze się też stąd, że do nas przyjeżdżają sami terroryści i oszuści, lecz stąd, że Polska chce ich wyrzucić, a nie uratować. Po pierwsze przy ocenie wniosku nie kierujemy się faktyczną sytuacją w kraju pochodzenia uchodźcy, czyli na przykład na Kaukazie jest pokój i nie ma terrorystów, ludzie nie giną w zamachach, a struktury siłowe Federacji Rosyjskiej to harcerze przeprowadzający staruszki przez ulice, Wietnam i Kuba to oazy praworządności i demokracji, gdzie nie ma więźniów politycznych, prześladowań opozycji, a na pewne grupy etniczne nie urządza się polowań w dżungli (Wietnam). Generalnie zaś chodzi przede wszystkim o to, że „nie daje się wiary” opowieściom uchodźców, bo nie mają na ich potwierdzenie żadnych „dowodów”. Taki głąb jeden z drugim ucieka bowiem z kraju bez zaświadczenia wystawionego przez rząd lub terrorystów, że chcą go zabić lub przynajmniej sponiewierać

      W ten sposób mamy problem z głowy: na 2 tysiące wniosków o status uchodźcy złożonych przez Wietnamczyków przez ostatnie 10 lat pozytywnie rozpatrzono 2, wielu z tych, których deportowano, zniknęło w wietnamskich obozach i więzieniach; Kubanka, której ojca zabiła bezpieka Castro i która napisała książkę demaskującą reżim, otrzymała zaś odpowiedź: „To, że zabito jej ojca, nie znaczy, że jej też grozi jakieś niebezpieczeństwo, nic nie wiadomo o tym, żeby na Kubie prześladowano kogokolwiek za krytyczne publikacje o rządzie” (ją udało się wybronić przed deportacją dzięki interwencji pewnej znanej osobistości). Palestyński grafik komputerowy, który zwiał z Libanu, gdzie miejscowy wywiad biciem chciał go zmusić do współpracy? „Zmyśla!” Kurd, którego więziono i torturowano w Turcji za działalność polityczną (nie terrorystyczną)? „Subiektywne poczucie bycia opozycjonistą nie wystarczy do otrzymania statusu uchodźcy” (ciupasem odstawiony po deportacji do tureckiego więzienia). Uchodźca z Nigerii, który ledwo przeżył podróż statkiem w kontenerze do Europy? „Jego opowieść jest niewiarygodna z powodu braku szczegółów krajobrazowych”. 9-osobowa rodzina z Inguszetii, która uciekła do Polski po tym, jak w zamachu bombowym straciła jedno z dzieci? „Akt zgonu dziecka WYGLĄDA na sfałszowany” (Polacy tak się spieszyli z deportacją tej rodziny, że lekarze nie zdążyli za darmo wszczepić kilkuletniej dziewczynce implantu, który sprawiłby, że zaczęłaby słyszeć – może to i lepiej, bo głucha nie usłyszy wybuchów, które mogłyby ją stresować).

      Czeczeńcy w ogóle są u nas nielubiani i niechciani, więc długie lata nasze służby pracowały, żeby się ich pozbyć. Ochroniarz Dudajewa z okresu pierwszej wojny czeczeńskiej (czyli żaden jeszcze islamista, tylko czeczeński patriota, których tak namiętnie swego czasu wspierała polska prawica), któremu rosyjski pocisk urwał nogę, dostał odmowę, bo Polacy stwierdzili, że kłamie na temat swoich wojennych przejść, mimo że miał ze sobą nagrania, na których widać, że ochraniał prezydenta swojego kraju. Jako bezdomny walczył o prawo pobytu, utrzymując się zimą z odśnieżania dachów, nie miał nawet protezy, chodził o kulach; nie wiem, czy mu się udało zostać. Jeszcze lepiej „poradziliśmy” sobie z czeczeńskimi rodzinami. Przyjeżdżało do nas małżeństwo z dziećmi, prawdziwe ofiary wojny, niejednokrotnie ojcowie tych rodzin walczyli na wojnie z Rosjanami. Odwoływali się od negatywnych decyzji do upadłego, upierdliwi byli bardzo, zaś z powodów „medialnych” ciężko było taką rodzinę odsyłać w łapy Kadyrowa lub FSB. Znalazła się i na to rada. Mąż i ojciec otrzymywał niewinnie brzmiące wezwanie do urzędu, mówił rodzinie, że za kilka godzin wraca, tymczasem na miejscu dowiadywał się, że Polska nie uznaje ślubu, jaki zawarł z żoną zgodnie z regułami islamu, bo nie ma na to żadnych rosyjskich dokumentów, więc według prawa jego żona i dzieci to są obce mu osoby, w związku z czym podlega natychmiastowej deportacji, mimo tego że procedura w sprawie jego rodziny nie została zakończona. Tym sposobem omijano prawny zakaz rozdzielania rodzin. O tym, że mąż został deportowany, żona dowiadywała się, gdy udało mu się dodzwonić już z Białorusi. Siłą rzeczy więc „dobrowolnie” rezygnowała z ubiegania się o status uchodźcy i wyjeżdżała z dziećmi do męża.

      Na tym bezprawiu przyłapano przed kamerami TVN-u szefa Urzędu do Spraw Repatriacji i Cudzoziemców, który twierdził, że Polska nigdy nie rozdziela rodzin, a w tym samym momencie do działaczki pozarządowej stojącej obok zadzwonił z zagranicy deportowany w ten sposób uchodźca. Pan Rogala, lekko zmieszany, obiecał sprawę „wyjaśnić”, czego oczywiście nigdy nie zrobił.

      Szczytem hańby natomiast jest postępowanie wobec uchodźców z Ukrainy, których było jedynie ponad 2 tysiące, a żadnemu z nich Polska nie przyznała prawa pobytu, mimo że uciekli z Krymu lub Donbasu (nazywani przez media "uchodźcami" Polacy z Donbasu, których prawie 200 przyjęliśmy do tej pory, nie są w rozumieniu prawa uchodźcami, lecz jak wszyscy posiadacze karty Polaka w każdej chwili mogli i mogą złożyć wniosek o stały pobyt w Polsce). W innych krajach europejskich odsetek pozytywnych decyzji w sprawie Ukraińców sięga około 20%, jedynie Polska nie przyjęła nikogo.

      Bezprawie wobec uchodźców w Polsce ma nie tylko wymiar praktyczny, ale i systemowy, gdyż od decyzji negatywnej uchodźca ma prawo odwołać się do sądu, ale to odwołanie nie wstrzymuje jego deportacji. To jeden z kuriozalnych elementów polskiego ustawodawstwa, który stoi w rażącej sprzeczności z podstawowymi zasadami prawa.

       

      Los uchodźcy w Polsce

       

      Powyżej przytoczyłem przykłady bezprawia, które znam z autopsji (jedynie historię Kurda znam z mediów), a pragnę podkreślić, że ja się właściwie nigdy serio nie zajmowałem uchodźcami, lecz imigrantami, tuszę więc, że specjaliści od uchodźców mogliby powiedzieć o wiele więcej. Myślę jednak, że i te „anegdoty” wystarczą, żeby udowodnić fakt, że Polska jest krajem wrogim uchodźcom (o imigrantach napiszę w części II) nie tylko na poziomie internetowego czy politycznego hejtu, ale systemowo i z premedytacją.

      Świadczy o tym także los tych nielicznych, którzy mimo wszystkich przeciwności zdobędą u nas prawo pobytu. Oprócz nielicznych wyjątków, uchodźcy ulegają u nas społecznemu wykluczeniu, są dyskryminowani na rynku pracy, choćby z powodu wyglądu, wykonują najgorzej płatne prace lub są bezrobotni, 40% dotyka bezdomność, są klientami pomocy społecznej, która – jak wiadomo – nie jest w stanie pomóc skutecznie nawet Polakom. Nawet jeśli są wykształceni, nie mają finansowych możliwości, aby nostryfikować swoje dyplomy lub uprawnienia, nie otrzymują w tym względzie żadnej pomocy od państwa, nie ma też żadnych państwowych realnych programów integracyjnych, są po prostu zostawieni sami sobie. To nie jest efekt wieloletnich zaniedbań, ale skutek świadomych działań, które miały i mają nadal „bronić” nas przed „zalewem obcych”.

      Te działania są nad wyraz skuteczne – oficjalnie mieszka u nas mniej niż 1% cudzoziemców (jakieś 175 tysięcy ma czasowe karty pobytu), czyli razem z Rumunią mamy najmniejszy ich odsetek w Europie. Wprawdzie nieoficjalnie mamy dzięki tej „polityce” kilkusettysięczną armię pozbawionych wszelkich praw nielegalnych imigrantów (których nawet nie umiemy policzyć, także dlatego, że są biali i nie odróżniają się od nas wyglądem), ale ze statystyk minister Stachańczyk może być dumny i słusznie otrzymuje ordery za swoją propaństwową działalność. Gdyby jednak policzyć koszty, jakie ponosimy jedynie z tytułu leczenia nieubezpieczonych - bo nielegalnych -  cudzoziemców, okazałoby się, że afera SKOK-ów może mieć konkurencję.



      Wszystkim uchodźcom na świece należy życzyć tego, żeby nie trafili przypadkiem do Polski.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (89) Pokaż komentarze do wpisu „Polska - pułapka na uchodźców (1)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2015 18:42
  • piątek, 17 lipca 2015
    • "Mein Kampf" - program ludzkości

       

      Zamęt rośnie w siłę. Zamęt staje się siłą. Im bardziej rośnie, tym ludzie bardziej pragną porządku. Im większy zamęt, tym upragniony porządek jest gorszy i bardziej niesprawiedliwy, gdyż w zamęcie prostackie rozwiązania są najłatwiejsze do zaakceptowania dla większości. W zamęcie prostactwo uwodzi tłum złudną prostotą, która pomija konsekwencje. Prostactwo zawsze jest takie samo: zakłada, że wystarczy kogoś zniszczyć, żeby wszystkim było lepiej. Prostactwo zawsze dąży do eliminacji zła poprzez mianowanie jednostek i grup jego przyczynami. Prostactwo nie rozumie, że nie ma prostych rozwiązań, że każda ludzka interakcja wymaga natężenia uwagi i „odrębnego postępowania”, że ludzkie prawo podobne jest w swej skuteczności do packi na muchy używanej do łowienia kwarków, a na pewnym poziomie natura zła i dobra to dualizm kwantowo-korpuskularny.

      Fakt jest jak Kot Schrödingera – jednocześnie martwy i żywy, przy czym znaczenia przypisywane tym stanom wynikają jedynie z natury obserwatora, a nie z samego faktu. Spacerowicz uroni łzę na widok padłej pod drzewem wiewiórki, drzewo się „ucieszy”. Fakty są zawsze obojętne. To my nadajemy im ładunek ujemny bądź dodatni, wartość, na ogół ze względu na to, jaki mamy do tego stosunek. A on sam jest funkcją okoliczności, z których się składamy. Tyle że to nie usprawiedliwia w żaden sposób zła, które czynimy: mamy świadomość, czyli odpowiedzialność. Mimo że nasze wybory są determinowane poza nami, sami mamy na nie wpływ niewielki, my ich dokonujemy.

      Rzecz nie w prymitywnej relatywizacji, wnioski żartownisiów typu „szukajmy pozytywnych stron holokaustu” są nieuprawnione. Swoją drogą, wszelacy rasiści i totalitaryści zawsze starają się „racjonalizować” swoje zbrodnie, żeby przekonać większość do uznania ich za konieczne, czyli na pewnym poziomie Żydzi (Cyganie, pedały, muzułmanie, liberałowie, Kowalscy, etc.) są złem wcielonym i niejako metafizycznym, ale poza tym roznoszą tyfus, kradną, porywają chrześcijańskie dzieci na macę i mają pieniądze, które nam pożyczyli, a nas nie stać, żeby spłacać procenty, poza tym są brzydcy, no i to terroryści – to są argumenty racjonalne, przemawiające do rozumu, dopiero potem do emocji. Kłamliwe, ale racjonalne.

      Skoro uznajemy za coś przykrego, ale naturalnego i koniecznego wybicie całego pogłowia zwierząt na jakimś terytorium, żeby zapobiec zarazie, skoro „kwarantanną” obejmujemy w wielu przypadkach i ludzi (także z powodu ich rasy, religii bądź poglądów, nie tylko z powodu choroby), to znaczy, że zawsze można nas oszukać i nakazać eksterminację niewinnych w imię obrony ludzkości (rodziny, osiedla, miasta, narodu, rasy). Któż w dzisiejszym świecie i na jakiej podstawie zakaże rozpowszechniania „odkrycia”, że określona grupa ludzi nie roznosi śmiertelnej dla ludzkości choroby? Muzułmanie roznoszą terroryzm jak kiedyś Żydzi wszy, pedały, lesby i lewaki ogólnie infekują genderem, czyli są jak banderowcy, którzy miliony polskich embrionów przybijali podczas Powstania Warszawskiego do drzwi stodół na Wołyniu, Cyganie zaś kradną, bo mają to we krwi. Każdy z tych „poglądów” ma wyznawców, każdy rości sobie prawo do bycia diagnozą serio, za każdym stoją „osobiste doświadczenia”, „prawda” indywidualna, a potem zbiorowa. Bezdomni są sobie winni, alimenciarze to milionerzy, którzy kosztem dzieci na czarno dorabiają się milionów i mieszkają w rezydencjach przepisanych na rodziców, alkoholicy i narkomani są chorzy, ale to nie są prawdziwe choroby, leczyć to można homoseksualizm, a hormony to występują w seksaferze, a nie w naszych organizmach, frankowicze to burżuje, politycy to kurwy, kurwy to są oni, oni to nie my, a nam zabierają pracę imigranci (przede wszystkim pakistańscy w Londynie), dlatego nie mamy perspektyw: mąż to pijak, żona bladź, dzieci biorą dopalacze, ksiądz pedofil, strażak podpalacz, a lekarz łapówkarz.

      Jak do władzy przyjdzie PiS, będziemy hurtem lepsi. Zło się wypleni samo ze strachu przed karą śmierci, autor schudnie, Behemot przestanie się szlajać, powstaną z martwych żołnierze wyklęci, Jaruzelski zaś pośmiertnie palnie sobie w łeb (uprzednio zabiwszy jako zombie Urbana), złodzieje oddadzą łupy, matki przestaną dusić noworodki, a ich partnerzy zaczną dostrzegać, że były przedtem w stanie błogosławionym, a nie zgrubiały, bo żarły czipsy i piły piwo, w ogóle spłynie na „pcie” obie oświecenie, które każe widzieć związek między tym, że się pierdolą bez zabezpieczenia a ciążą (to nie jest jasne dla wielu Polaków, którzy myślą, że jak na stojąco, to dzieci z tego nie ma), Chrystus zejdzie na ziemię pod rękę z Kukizem i zamiast dopalaczy ludzkość będzie konsumować komunikanty. Nawiasem, darmowa porada dla ustawodawców: jak już zakażecie wszystkich substancji „psychoaktywnych” (cukier!), to nie zapomnijcie o powietrzu, bowiem oddychając w określony sposób, można się skutecznie nawalić (w życiu nie miałem takiego odlotu, jak w trakcie sesji „świadomego oddychania”, wóda wali jak młotek, tlen jest boski).

       

      Pani Szydło chce z Polski zrobić drugą Norwegię – media cytują jakąś nastoletnią idiotkę, która ma prawo głosować, ale pojęcia nie ma, że to ma być drugi Watykan, a nie żadna Norwegia (co to jest Watykan i dlaczego on jest zły? - używam pojęć, które są dla większości niezrozumiałe, w końcu Watykan to papież, a papież to JP II, potem sami antypapieże). Władyka z Janickim w „Polityce” konstatują z przerażeniem, że ludzie w ogóle nie myślą, nie pamiętają, nie wyciągają wniosków i kompletnie nic nie wiedzą, że nie można dokonać żadnej rzetelnej analizy sytuacji, bo ta wymyka się logice. Totalitarysta wrzeszczy, że liberał to Hitler i Stalin, a wolność wyboru to przymus i nikt z nim nawet nie polemizuje, sezonowi idole polityczni proponują rzeczy, które są zabójcze dla swych elektoratów, a elektoraty popuszczają z zadowolenia, gdy słuchają obietnic, które doprowadzą do ich niewoli, petryfikacji biedy i w konsekwencji anihilacji. Niby zawsze tak było, ale to nie do końca tak.

       

      Ludzkość znajduje się w momencie kluczowym dla istnienia swojego i całej planety. Powoduje to jej masa, jej potrzeby i konieczność ich zaspakajania. Rzekoma konieczność – dodajmy, bo szereg „potrzeb” ludzkości wynika z uzurpacji, z przesytu – zapewnienia nam określonego standardu życia jest nieprzytomnym błędem w założeniu. Aspiracje ludzkości zawsze były wygórowane, ale w żadnym z pism uznawanych przez religie za święte nie stoi, że każdy musi mieć samochód, lodówkę (to urządzenie do marnowania żywności), klimatyzację i skończyć MIT. Nasze dążenia do „lepszej przyszłości dla naszych dzieci” od pewnego czas stały się dla tych dzieci zabójcze. Przesadziliśmy. Cywilizacja zżera środowisko naturalne i moralne (jest moim zdaniem coś takiego, właśnie przejawy moralności – czyli świadomego dbania o dobro innych, bez nadziei na zysk bezpośredni i świadomość zasięgu swoich działań – to rożni nas od zwierząt, które też bywają dobre, ale są nie potrafią myśleć w skali planety), Ziemia zaczyna przypominać skalne wysepki, na których gnieżdżą się miliony ptaków – wszystko tonie w guanie, przetrwały tylko te gatunki, które tym gównem się żywią. Jesteśmy jak wirusy, zabijamy to, dzięki czemu żyjemy. Na końcu będę krówki, świnki, pająki i muchy oraz pieski i kotki (które dzięki nauce nie gryzą, nie drapią, nie srają i nie powodują alergii – śmierć niezależnym Behemotom! Kot ma być ma być czysty, nie polować i zawsze w humorze do głaskania).

       

      Nie chodzi o żadną zafajdaną ekologię, o żadną tam „harmonię”, chodzi o umiar. O powstrzymanie pychy. Doprawdy trudno pojąć, czemu przeciętny wyborca PiS ma być koroną stworzenia, gdy patrzę na mojego niemodyfikowanego genetycznie kota, który nie morduje ptaszków, gdy nie jest głodny; może dlatego, że ideologiczny głód mordu nigdy nie może być zaspokojony, a kot bywa syty? Święte księgi ludzkości to czysty i dosłowny rasizm. Wywyższając ponad miarę człowieka, prowadzą do jego zagłady, ale wcześniej gwarantują zagładę innych gatunków i ją usprawiedliwiają. Człowiek miarą wszechrzeczy – ta bezczelna sentencja mogła się wymsknąć Protagorasowi circa 2,5 tysiąca lat temu, gdy człowiek dopiero zaczynał swoją karierę, dziś powinna być interpretowana jak „Mein Kampf” Hitlera.

      Marzenie o szczęściu ludzkości, które ludzie w sobie noszą, w praktyce nie różni się od lebensraumu i rasizmu Adolfa, powoduje bowiem nieuniknioną zagładę reszty mieszkańców świata.

      Ludzkość i jej kultura są nazistowskie w samym założeniu, tak samo jak „cywilizacja” mrówek, bakterii czy wirusów.

      Człowiek istotnie może stać się „koroną stworzenia”, jako jedyny gatunek, który jest świadomie zdolny zmieniać naturę w wielkiej skali. Nie chodzi o zawracanie biegu rzek i wyprawy w kosmos. Chodzi o to, że jako jedyny może świadomie postąpić wbrew własnym instynktom, które każde stworzenie w konsekwencji prowadzą do samozagłady – jedynie człowiek bywa planowo zdolny do samoograniczenia, ale samobójczo temu niechętny.

       

      Eritis sicut dii – powiada Pismo. To przekleństwo właśnie się spełniło. Dopadło nas – ludzkość – niestety w wieku nastoletnim, czyli już wiemy, że robimy źle, ale to nas nie powstrzymuje.

      Za głupotę i zbrodnie nie pójdziemy do poprawczaka ani więzienia. Kara za pychę i głupotę jest jedna. Natura wykona na nas wyrok śmierci bez mrugnięcia okiem. Ona nie dba o życie, życie to wartość tylko w rozumienia człowieka, po którym nikt nie będzie rozpaczał, wszechświat (ani Bóg) to nie Diogenes.

       

       

      Czytelnicy, którzy przebrnęli przez te zapiski autora, już rozumieją, a przynajmniej przeczuwają, czemu autor nie chce dzielić się ostatnio swoimi przemyśleniami z innymi ;)

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (68) Pokaż komentarze do wpisu „"Mein Kampf" - program ludzkości”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lipca 2015 20:52
  • niedziela, 05 lipca 2015
    • Zmarł Jacek Mojkowski

      Z wielkim smutkiem przyjąłem tę wiadomość, bo znałem go osobiście. Miałem zaszczyt w latach 90. napisać jakieś drobiazgi pod pseudonimem do "Polityki" i to właśnie on je oceniał, zawsze rzeczowo i profesjonalnie. Miał rzadką umiejętność wykazywania młodemu autorowi jego indolencji w sposób, który nie tylko nie był obraźliwy i nie powodował spalenia się ze wstydu, ale dopingował do poprawy i uczył, jak unikać błędów. Był doskonałym fachowcem i ujmującym człowiekiem, polskie dziennikarstwo poniosło olbrzymią stratę. Ludzi takiego kalibru nie można nikim zastąpić.

      Przez ostatnie lata szefował "Forum", co dla tego tytułu było czymś wspaniałym, mnie jednak brakowało go choćby na łamach "Polityki".

      http://www.polityka.pl/opolityce/1625093,1,jacek-mojkowski-19542015.read

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Zmarł Jacek Mojkowski”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lipca 2015 13:46
  • piątek, 03 lipca 2015
    • Wielka sława to nie żart:)

       

      Żarty żartami, ale o sławę trzeba dbać – z tego właśnie założenia wychodzili autor z Behemotem, gdy przyjęli zaproszenie do programu telewizji drugośniadaniowej, w którym mieli wywiadować ich redaktor Conchit Terlikowski (baba bez brody) i redaktor Kraśko (facet bez niczego).

      Korzystając ze statusu gwiazd in spe, autor i kot postawili telewizji twarde warunki: fotel ma być miękki, kuweta w pobliżu, woda nie z kranu, paluszki świeże, a bilety na tramwaj wypłacone z góry. Dwójka naszych bohaterów postanowiła wykorzystać występ w popularnym wśród wagarowiczów i bezrobotnych zwolenników PiS programie do wygłoszenia swoich jakże istotnych uwag o naturze ludzkiej, geopolityce, sztuce, roli zespołu Weekend w kulturze i polityce jako takiej. Behemot nawet zaczął pisać sobie wystąpienie, ale męczył się biedak z pół godziny i nie wyszedł poza początek: Kocia mać!

       

      Będziemy improwizować. W tym jesteśmy najlepsi! - pocieszył go autor i zapakował go do koszyczka. - W wywiadzie im tak wygarniemy, że Kukiz nam da podwójną jedynkę na liście kandydatów do sejmu z Warszawy!

      Co racja, to racja. Niech wyborca ma dwie alternatywy! – zgodził się uwolniony od męki twórczej kot. - Ale i tak mnie wybiorą, autorze. Spójrz na siebie! Kto by chciał coś takiego pogłaskać?

       

      Nie wiem, nie wiem, ale jak zapomnę koszyczka w tramwaju, to wybiorą cię najwyżej na bezdomnego kota tygodnia... - westchnął autor, który ubolewał nad tym, że pamięć już nie ta.

       

      Aha – zamilkł kot.

       

      W studiu (dla starszych: w studio)

       

      Była kolejka. Przed autorem i kotem stał młody Sthur z wielbłądem, którego miano symbolicznie przybić na wizji do drzwi stodoły (się pani redaktor filmy i Sthury pomyliły), za nimi Linda z trzema yorkami (promocja filmu Psy 3). Panowie chcieli z grzeczności przepuścić Marylę Rodowicz wraz Małgośką i grupą Cyganów, których było im żal, ale stanowczo im odmówiono, bo – jak zaśpiewali szczęśliwi Cyganie: „Niech żyje bal!” Tylko koni nikt nie żałował, bo narobiły na korytarzu.

       

      Prawie jak u Felliniego – szepnął autor kotu.

       

      Cicho, Ginger! Nie truj!- miauknął Behemot w odpowiedzi, gdyż właśnie zaprzyjaźniał się jutubowym psem-pająkiem Wardęgi, który miał ostrzegać telewidzów przed kleszczami, ale dopiero za godzinę.

       

      Jestem Fred! - oburzył się autor.

       

      Pan Flinstone? - uradowała się urocza gimnazjalistka, zwyciężczyni konkursu na miss gimbazy, która miała wystąpić dopiero jutro, ale z nudów przyjechała już tydzień wcześniej.

       

       A skąd, młoda damo. Jestem rycerz Don Quijote de la Viagra! - wydyszał na jej widok autor, co spowodowało czkawkę u kota.

      Uroczym pogawędkom kres położyła do pewnego stopnia ubrana hostessa, która zaprosiła na wizję obu naszych bohaterów: Pan Behemot z kotem autorem na plan!

       

      Kurwa mać – westchnął autor.

       

      Sorry, takie mamy media – Behemotto czkał bawiąc się znakomicie.

       

      I poszli szaleni zażarci

       

      Nie bardzo było jednak czym „zabijać i mścić”, bo wszystko było z papieru. Nawet dziennikarze.

       

      Sprzedaliście ponad milion płyt! - przywitał gości redaktor Kraśko.

       

      To nie oni! To ci potem – syknął Conchit Terlikowski.

       

      Kurde! - odsyczał Kraśko.

       

      Dziękujemy naszym fanom – Behemot nie dał się zapędzić w koci róg.

       

      Ale... - bąknął autor.

       

      Ale nie o to nam chodzi – wrócił do gry Kraśko, rzuciwszy okiem do notatek. - Wasz blog, promujący rozsądek i przyzwoitość, nie wygrał wyborów na prezydenta! Czy odbieracie to jako osobistą klęskę?

       

      Oni promują gendera, herezję i syf, koleżko – uprzejmie wtrącił Conchit Terlikowski. - Przegrali, bo to lewacki chłam!

       

      Ale, ale ... - zaciął się autor.

       

      Ale ich przesłanie jest humanistyczne! Nie chcą mordować nawet antysemitów! - Kraśko był niczym Tomasz Mann.

       

      Mann to przeżydek! - kontrował Conchit. - Najpierw Mann, a potem Brecht, na koniec Gorki!

       

       

      My na słodko – zdążył wtrącić Behemot.

       

      Ale.... - pisnął autor.

       

       

      Wasz czas minął – szepnęła prawie ubrana hostessa. Kraśko uśmiechnął się na pożegnanie, Terlikowski zaś rzucił z uśmiechem podczas przerwy na reklamy: Byliście świetni!

       

      W tramwaju do domu była klimatyzacja.

       

      Coś jednak osiągnęliśmy – powiedział kotu autor.

       

      Niby co? - prychnął Behemot.

       

      Znowu nas zaproszą! - odpowiedział autor.

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „Wielka sława to nie żart:)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lipca 2015 22:18
  • czwartek, 02 lipca 2015
    • Ukrainka rodzi Polaków

      Pan Tomek ma karton

       

      (Pamięci Hani Mostowiak, którą zabiły kartony:)

       

      55-letnia Galina Jaszczyszyn z Ukrainy do dziś nie wiedziałaby, że pracuje w Polsce na czarno, gdyby nie to, że w robocie o mało co nie straciła oka. Gdy doszło do wypadku, pracodawca nie udzielił jej pierwszej pomocy ani nie wezwał pogotowia. Puścił ją do domu i poradził, żeby, jeśli już koniecznie musi, sama poszła do szpitala, ale broń Boże nie wspominała, że jest zatrudniona u niego w sklepie.

       

      - Spadł mi na głowę wielki karton, tak nieszczęśliwie, że ostrym rogiem wbił się w oko. Dosłownie oślepłam z bólu. Musiałam krzyczeć, bo ludzie przybiegli – opowiada Gala, która doskonale mówi po polsku, bo jej zmarły przed dwoma laty mąż był z pochodzenia Polakiem. - Całe życie przepracowałam jako sprzedawczyni, trzy miesiące zostały mi do emerytury, a tu taka głupia historia. To był 28 czerwca, niedziela, nie pamiętam, jak dotarłam do domu, nie wiedziałam nawet, jak i gdzie do tego szpitala, nie miałam sił na nic, padłam na łóżko i w końcu zasnęłam.

       

      Galina mieszka razem z innymi Ukrainkami w wynajętym mieszkanku na warszawskim Bródnie. Następnego dnia koleżanki przestraszyły się na jej widok, bo oko opuchło i zaropiało. Zrobiły jej prowizoryczny opatrunek. Zdecydowały, że bez szpitala się nie obejdzie. Najbardziej doświadczona w sprawach urzędowych Olga, która w Polsce mieszka już od prawie 15 lat, postanowiła, że po drodze zajadą do pracodawcy Gali, żeby wziąć jakiś papier, który świadczyłby, że kobieta jest ubezpieczona.

       

      - Pan Tomek, jeden z właścicieli, nie chciał mnie nawet na początku wpuścić na zaplecze, kazał mi zamknąć drzwi z drugiej strony, a potem, kiedy Olga powiedziała, że pójdziemy zgłosić sprawę na policję, krzyczał, że on ma takie znajomości na policji, że jeszcze popamiętamy – opowiada Galina. - Byłam przerażona i obolała. W końcu zaczęłam go prosić, żeby mi tylko wypłacił 1600 złotych za ostatni miesiąc i ja pojadę na Ukrainę. Wtedy powiedział, że nie ma takich pieniędzy, może mi dać 500 złotych, a resztę mi wyśle. Wzięłam, bo nie miałam ani grosza. O mój adres nawet nie zapytał.

       

      Kobiety prosto ze sklepu pojechały na ostry dyżur do szpitala Praskiego, gdzie Gali udzielono wreszcie fachowej pomocy, wypisano receptę i surowo przykazano w ciągu dwóch dni udać się specjalisty, bo taki uraz może doprowadzić nawet do utraty oka. Po wykupieniu leków Galinie nie zostało nawet na powrót do domu, o wizycie u specjalisty nie ma nawet co gadać.

      Jej przyjaciółka postanowiła jednak nie kapitulować i zwrócić się z prośbą o interwencję do autora niniejszego tekstu, którego poznała przed laty jako działacza pozarządowej organizacji pomagającej imigrantom i dziennikarza.

       

      W pogoni za panem Tomkiem

       

      Następnego dnia umówiliśmy się z dziewczynami pod Delikatesami przy Młodzieńczej. Pana Tomka nie zastaliśmy. W sklepie zaś całkowicie ukraiński damski personel prywatnie Galinie współczuł, ale numeru telefonu szefa bronił jak niepodległości. Kierowniczka zmiany, która ma szczęście pracować tam od już 5 chyba lat, znienawidzona przez niższy personel z powodu tego, że nie pozwala pracownicom z krótszym stażem wychodzić do toalety ani usiąść na chwilę na pupie, gdy nie ma ani jednego klienta, twardo nie chciała podać nie tylko nazwiska pana Tomka, ale nawet nazwy jego firmy. Niestety jej wysiłki na nic się nie zdały, bo od zaplecza parkował firmowy samochód, którym ze sklepu dowozi się zakupy klientom korzystającym z zakupów przez internet, z wielkim napisem: Jartom24.pl. Kierowniczka zamknęła się w toalecie, żeby zadzwonić do pana Tomka i przekazać mój numer telefonu oraz prośbę o kontakt.

      Tymczasem wujek Google poinformował mnie o tym, że do właścicieli Delikatesów należą co najmniej dwa podobne sklepy w okolicy. Oczywiście zatrudnia się tam Ukrainki (to już stwierdziłem osobiście).

       

      Uprzedźmy nieco fakty: pan Tomek nie zadzwonił do mnie ani tego dnia, ani nazajutrz, ani w dwa dni później. Nigdzie go nie można było znaleźć, ani firmie, która mieści się w sklepie przy Samarytanki 5, który jest akurat w remoncie i z wyjątkiem robotników nie ma tam nikogo, ani w tej, która z kolei mieści się na działce, na której stoi ruina wiejskiej chałupy. Pozostałe sklepy działają, niedaleko Młodzieńczej pan Tomek ma dom, w którym wynajmuje kwatery Ukraińcom, ale sam przepadł jak kamień w wodę. Pewnie szuka Galiny, żeby poznać adres, pod który ma wysłać jej resztę wynagrodzenia. Nie można wszak wykluczyć, że to uczciwy i porządny biznesmen, który jedynie przez fatalny zbieg okoliczności przez trzy miesiące po tym jak wziął od niej paszport i obiecał, że wystawi jej oświadczenie o zamiarze zatrudnienia, które czyniłoby jej pracę legalną, nie podpisał z nią żadnej umowy i nie płacił podatków.

       

      Żeby pomóc wyjaśnić to ewentualne nieporozumienie, zwróciłem się do Państwowej Inspekcji Pracy, która być może (do tej pory nie odpowiedziała) zajmie się jego wyjaśnieniem. Za zatrudnianie ludzi na czarno grozi w Polsce do 30 tysięcy złotych grzywny, a w pewnych przypadkach nawet kara pozbawienia wolności. Okręgowy Inspektorat Pracy na pewno ma ode mnie większą siłę przebicia, a pan Tomek nie będzie mógł nie umówić się na spotkanie z kontrolerami.

       

      Pan Tomek pokazuje palucha

       

      Galina Jaszczyszyna padła ofiarą jednego z tysięcy polskich pracodawców, którzy czerpią zyski z zatrudniania cudzoziemców na czarno. Formalnie obcokrajowiec spoza UE musi otrzymać zezwolenie na pracę od właściwego wojewody, ale w przypadku obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdowy, Federacji Rosyjskiej i Ukrainy istnieje możliwość wystawienia oświadczenia o zamiarze zatrudnienia przez pracodawcę, które załatwia się automatycznie w Powiatowym Urzędzie Pracy (urząd po prostu potwierdza pieczątką na formularzu, że dana firma istnieje i chce zatrudnić cudzoziemca), na podstawie tego oświadczenia cudzoziemiec otrzymuje wizę ważną rok, podczas którego 6 miesięcy może pracować bez zezwolenia na pracę.

       

      Tego typu rozwiązanie zostało wprowadzone jeszcze przez rząd PiS w 2007 roku w zbożnym zamiarze ułatwienia pozyskiwania pracowników ze wschodu polskim przedsiębiorcom oraz podejmowania pracy obywatelom państw postsowieckich. Zakładało ono, że jeśli polski pracodawca będzie chciał przedłużyć zatrudnienie cudzoziemcowi, w ciągu tego pół roku wystąpi o zezwolenie na pracę, a jednocześnie łatwiej będę mieli ci, którzy potrzebują pracowników sezonowych.

      Problem w tym, że nie przewidziano wszystkich konsekwencji w zamierzeniu mądrego i potrzebnego prawa. W praktyce bowiem powoduje ono, że do Polski co roku przyjeżdża ok. 200 tysięcy samych Ukraińców- ponad 90% ludzi, których polscy pracodawcy zatrudniają bardzo często na czarno, oszczędzając na podatkach, ubezpieczeniu i płacach, gdyż Ukrainiec czy Mołdawianin nie ma wyjścia i zgodzi się na pracę nielegalną, bo u siebie nie znajdzie żadnej. Po upływie ważności wizy pracownik taki staje się nielegalnym imigrantem. Ponieważ praca w Polsce na czarno jest jedynym źródłem utrzymania dla niego i rodziny, cudzoziemiec godzi się na to i tym samym staje się w 100% zależny od dyktatu pracodawcy. Zaproszenia są wystawiane przez firmy-słupy.

       

      Od początku rosyjskiej agresji na Ukrainę sytuacja jedynie się pogarsza, ponieważ ponad milion Ukraińców jeździło do pracy w Rosji, a kryzys i wrogość między oboma narodami znacznie ograniczyły możliwości czasowym emigrantom zarobkowym, co spowodowało zwiększenie wyjazdów do Polski. Załamanie kursu hrywny i zapaść gospodarcza Ukrainy powodują z kolei, że pracobiorcy z Ukrainy godzą się masowo na płace, których Polak nawet nie rozważa. Bo nie tylko to za mało na utrzymanie rodziny, ale i dlatego, że wyjechało z Polski ok. 2 milionów fachowców, a ci, którzy pozostali, nie są „mobilni” (czyli nie stać ich na przeprowadzkę).

      Dlatego w polskich fabrykach i sklepach pojawia się coraz więcej Ukraińców, którzy przyjeżdżają pracować za 8 i mniej złotych za godzinę. Spora część z nich jest zatrudniana świadomie przez Polaków bez umowy i ubezpieczenia. Płacimy za ten „biznes” my – podatnicy: za leczenie, za odszkodowania, nawet za pogrzeby ofiar wypadków. Panowie Tomkowie pokazują nam środkowego palucha. Ich zyski kosztują nas setki milionów złotych rocznie. Jednocześnie niektórzy podnoszą krzyk, że cudzoziemcy zabierają Polakom pracę. Której Polacy nie chcą i nie mogą podejmować, bo bezrobotna matka z Mazur nie pojedzie pracować z takie stawki w Warszawie.

       

      Ukrainka – matka Polaków

       

      Dlaczego tak się dzieje? Wróćmy do pani Galiny Jaszczyszynej z Borysławia w obwodzie lwowskim, która jako sprzedawczyni zarabiała na Ukrainie 1200 hrywien miesięcznie, czyli niecałe 220 PLN, a na emeryturze, do której brakuje jej 3 miesiące, otrzymywałaby 163 złote. Pamiętajmy przy tym, że ceny żywności są na Ukrainie czasem nawet wyższe niż w Polsce.

       

      - Akurat na rachunki i mieszkanie mi to wystarczy – mówi Gala, która i tak ma szczęście, bo jej dorośli synowie w czasie wojny z Rosją, wyposażenie w karty Polaka, dostali pracę na rosyjskiej Syberii, gdzie mogą „kosić” po 500 baksów miesięcznie, więc nie dadzą mamie umrzeć z głodu.

       

      Jej Borysław to sławne miasto, prawie 40 tysięcy mieszkańców – przed wojną w granicach II RP, niedaleko Drohobycza, urodziła się tam Marta Lipińska, świetna aktorka, znana z radiowej roli pani Elizy w „Panu Sułku jedynym” i Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Polsce, dyżurny i mądry komentator stosunków polsko-żydowskich.

       

      W tym mieście Galina chciała na cmentarzu postawić swemu zmarłemu mężowi Polakowi pomnik na cmentarzu. Chciała odłożyć 1800 złotych na porządny grób.

       

      - On był jeden, więcej facetów nie chcę, chcę świętego spokoju - tłumaczy Gala.

       

      Po to pojechała pracować do Polski, gdzie oszukał i okradł ją pracodawca Polak. Zakrwawioną, półprzytomną i prawie ślepą okradł z tego, co u niego zarobiła, a potem kazał jej wracać do domu – do „banderowców”.

       

      Wnuczka Gali, śliczna 18-latka, ma w tym roku rozpocząć studia w Lublinie (tam nie ma Elbanowskich) , też ma kartę Polaka, jak jej tata i zmarły dziadek. O tym, co się stało kochanej babci, jeszcze nie wie, bo Gala nie chce martwić na razie rodziny. Babcia według polskiego prawa nie jest Polką, jedynie Polaków rodziła. Taki paradoks.

       

      - Myślałam, że w Polsce jest Europa – mówi Gala i płacze, chociaż wie, że to szkodzi jej uszkodzonemu oku. Chce wracać do domu. Na razie nie ma za co.

       

      _____________________________________________________________________________________________________________

       

      Chuj  - bohater tego tekstu ma zakładniczki, czyli pracownice z Ukrainy, które zostałyby pozbawione środków do życia i deportowane, gdybym doniósł o tym Straży Granicznej.

      Dostałyby zakaz wjazdu do UE na lata, mimo że są ofiarami przestępstwa. Dlatego Polska chroni wyzysk i właścicieli niewolników.

      Taka jest banalna prawda.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (90) Pokaż komentarze do wpisu „Ukrainka rodzi Polaków”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lipca 2015 19:30
  • czwartek, 25 czerwca 2015
  • poniedziałek, 22 czerwca 2015
    • Na Worobiowych Wzgórzach

       

      Burza przeminęła już bez śladu i przerzucona łukiem ponad całą Warszawę trwała na niebie wielobarwna tęcza (zaraz ją zdemontują), piła wodę z rzeki Wisły. Wysoko na wzgórzu, między Biedronką a całodobowym monopolowym, widać było dwie ciemne sylwetki. Autor i Behemot, absolutnie bez żadnych tam czarnych rumaków, jeden w butach od Deichmanna, a drugi boso (kot w butach to bajka), patrzyli na rozpościerające się nad rzeką miasto, całe w rozpryskach słońca, pobłyskującego w tysiącach zwróconych ku zachodowi okien, na piernikową basztę Pałacu Kultury i Nauki.

       

      Nie było z nimi Wolanda, Korowiowa, Azazella, tym bardziej Mistrza i Małgorzaty, którzy całkiem zwyczajnie nie istnieli. To zresztą nie ostatnia niesprawiedliwość na tym świecie, z którą trzeba się pogodzić, choć nie zaakceptować.

      Autor pobiegł na skraj wzgórza, nie wlókł się za nim po ziemi żaden czarny płaszcz, bo go zwyczajnie nie miał. W pierwszej chwili zakradł się do jego serca smutek i żal, ale niebawem ustąpiły one słodkiemu niepokojowi, cygańskiemu podnieceniu włóczęgi.

       

      Nic nie jest na zawsze!... Zrozumże to – wyszeptał autor i oblizał suche, spękane wargi. Zaczął uważnie przysłuchiwać się temu wszystkiemu, co działo się w jego duszy. Wydało mu się, że podniecenie minęło, przekształciło się w poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, ale i ono było nietrwałe, przeminęło, zastąpiła je nie wiedzieć czemu wyniosła obojętność, a tę z kolei – przeczucie wiekuistego spokoju.

       

      Przerwał to znudzony Behemot: Pozwól mi, autorze, gwizdnąć na pożegnanie przed jazdą.

       

      Jako się rzekło, nie było żadnego Wolanda, który by się temu sprzeciwił, ani Małgorzaty, która by się wstawiła za kotem. Autor zaś po prostu machnął ręką, mając w pamięci słowa tej, której nie ma: Pozwól mu, niech gwizdnie. Ogarnął mnie smutek przed daleką drogą. Prawda, messer, że taki smutek jest czymś naturalnym nawet wtedy, kiedy człowiek wie, że u kresu tej drogi czeka go szczęście? Niech on nas rozśmieszy...

       

      Behemot włożył łapę do ust, odął policzki i gwizdnął.

       

      I tu zachodzi następna niezgodność z oryginałem Bułhakowa, ponieważ żaden koń nie stanął dęba, w zaroślach nie osypały się z drzew suche gałązki, w powietrze nie wzbiły się stada wron i wróbli (te to już całkiem serio nie istniały), żaden słup kurzu nie ruszył w kierunku rzeki, a tym samym żadnemu z pasażerów tramwaju rzecznego nie spadła ani jedna czapka.

       

      To był gwizd, nie przeczę – protekcjonalnie powiedział autor – przyznaję, że to był gwizd, ale jeśli mam być obiektywny, gwizd to był bardzo przeciętny.

       

      Nie jestem przecież niszowym blogerem – godnie odparł napuszony Behemot i niespodziewanie puścił oko do Czytelnika.

       

      Ano, spróbuję i ja, zobaczymy, czy jeszcze umiem – powiedział autor, zatarł ręce, podmuchał w palce.

       

      Ale uważaj, uważaj - rozległ się z fikcji surowy głos Wolanda – bez numerów z uszkodzeniem ciała.

       

      Messer, proszę mi wierzyć – powiedział do fikcji autor i położył rękę na sercu – dla żartu, wyłącznie dla żartu...

       

      Nagle wyciągnął się jakby był z gumy, ułożył wymyślnie palce prawej dłoni, skręcił się jak śruba, a potem rozkręcił i gwizdnął.

       

      Tego gwizdu Małgorzata nie usłyszała. Podobnie jak 99% słuchaczy i widzów:)

       

       

       

      P.S.

      Autor rzecz jasna w sposób autodepresyjny i patetyczny przerobił w tym wpisie rozdział „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. W ten sposób przygotowuje się do "Epoki ryb";) i pragnie podziękować publiczności - za cierpliwość. Napisów nie będzie.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (37) Pokaż komentarze do wpisu „Na Worobiowych Wzgórzach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 czerwca 2015 18:30