MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • środa, 04 marca 2015
    • Wielkie słowa

       

      Porobiło się fatalnie, kochani. Wielkie słowa badziają się po ulicach i nikt im nie da nawet złamanego grosza, że o kopiejce nie wspomnę.

       

      Żulanlista Zdort sugeruje w napisanym guanem tekście, że polscy Tatarzy to... komórka państwa islamskiego. Pan Daniel O., Azja, pewnie by mu własnoręcznie sine ryby pod powiekami zainstalował za ten buracki hejt, ale nie będziemy się panem Danielem wyręczać. My, tzn. ja i kot Behemot, mamy własne metody odpowiedzi.

       

      Polscy Tatarzy przez setki lat skazani byli na robienie kariery jedynie w Wojsku Polskim (na urzędników ich nie brali, bo mahometanie), wnieśli w ten kraj nieproporcjonalnie wielką daninę krwi, aby z tym duractwem dyskutować, choćby we wrześniu '39 roku.

       

      Gdy stanąłem na forum w ich obronie (na szczęście poparty przez publiczność), odezwała się do mnie przyjaciółka, na poły żartem, na poły z przyganą, a w reszcie z sugestią, abym nie robił za papieża – powiedziała bowiem: Nie rób za całą Polskę!

       

      Ten komplement, niezasłużony na pewno, ale znaczący, bo w tej sprawie odezwała się jedna jedyna jeszcze osoba (Czytelnik bloga, nawiasem), natchnął mnie przerażeniem...

       

      Pisanie oczywistej prawdy w tym kraju staje się „aktem odwagi”? W dodatku nieco głupawym i nie na miejscu?

      Ja nie jestem odważny, spieprzam na ogół, w mordę daję, gdy mnie kto przyciśnie do ściany. Ale ja nie jestem „Polska”, choć na Polskę się składam.

       

      Gdzie ja, cholera, żyję?

       

      Toż gębę sobie w Polsce Polską po polsku wycierają codziennie arcypolsko ArcyPolacy i powiadają, że ja nie mam prawa do słowa Polska! Nie jestem patriotą, bo mi się mordowanie Żydów nie podoba, a UB nie jest dla mnie źródłem wiedzy! Jak IPN.

       

      Prezesa nie kocham, więc jestem syjonistą, w zamach nie wierzę, zatem jestem mason i parówkokanibal?

       

      Kto mi zaiwanił słowo Polska i sobie nim podciera dupę?

       

      I dlaczego? Jakim prawem?

       

      Nigdy się na to nie zgodzę.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wielkie słowa”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 04 marca 2015 20:25
  • poniedziałek, 02 marca 2015
    • Najpiękniejsze kobiety świata (migawki ukraińskie – cd.)

       

      85-letnia ciocia Parasia z „mojej” ukraińskiej wsi miałaby pewnie z metr sześćdziesiąt, gdyby nie to, że dziesiątki lat pracy przygarbiły ją straszliwie. Mieszka ze swoją sparaliżowaną 60-letnią córką, śmiertelnie chorą. Oprócz niej ma na głowie kurki, kaczki i ogród. W cięższych pracach pomagają krewni i dobrzy ludzie – drewna na zimę nie brakuje, a Olę prawie co niedziela udaje się czyimś samochodem zawieźć do cerkwi – raz nawet była w Poczajewie.

      Ciocia Parasia jest piękna jak anioł. Zawsze muszę przyklęknąć, żeby pocałować ją w rękę na powitanie (w tej dłoni jest ciepłe dobro, jakie biło z ręki starego już Piotra Skrzyneckiego). Jej córka Ola też krasawica, uśmiech jej nie tylko maskuje ból i świadomość śmierci, ale i niesie radość innym.  U nich zawsze wesoło.

       

      Pięknością jest moja teściowa, lat podług dokumentów 76, ale na pierwszy rzut oka ze 20 więcej, bo całe życie przepracowała w kołchozie i odchowała 13 dzieci. Za co otrzymała tytuł „Mat' Heroinia” i jakiś dodatek do emerytury, która dziś warta jest jakieś sto dolarów.

       

      Piękna jest moja żona z tej samej wsi, która nawet teraz dumnie odmawia starań o polskie obywatelstwo, argumentując: Jestem Ukrainką.

       

      A skoro już o żonach – piękne są żony moich przyjaciół: Oksana o dziecinnej buzi, nawet po odchowaniu dwojga dzieci, które już poszły w świat i latach czekania na męża, który pracował w Rosji, w Polsce, a teraz miesiącami w Kijowie. Z tej samotności czasem zaczynała gadać z Bobikiem, czyli kundelkiem, starym już i ślepym. Ma ślicznie wystające kości policzkowe i lekko skośne oczy (kiedyś za taką „Tatarką” zaniosło mnie aż do Moskwy, ale los sprawił, że jednak wybrałem blond Ukrainkę).

       

      Tania, wysoka i dumna, jako pielęgniarka użera się w szpitalu dla alkoholików, a oprócz tego w dwóch wsiach zasuwa jako felczerka i wzywają ją całą dobę.

      Jej mąż pogranicznik, zbyt uczciwy, żeby pracować na złotodajnym dzięki łapówkom przejściu granicznym, na piechotę gania po polach i lasach, mimo że już nie te oczy. Piękny razem postawili dom i mają piękne dzieci.

       

      Swietłana z kolei, żona Petra, to 55-letnia seksbomba, czarnobrewa blondynka, która w wieku 51-lat zamiast siąść i płakać, kiedy okazało się, że w kryzysie nie wystarcza na spłatę kredytu za mieszkanie w mieście nawet przy pomocy dorosłych dzieci, wzięła dupę w troki i pojechała do Polski, gdzie po miesiącach dosłownego głodowania znalazła świetną pracę z ubezpieczeniem i płatnym urlopem.

       

      Śliczna bez żadnego fotoszopa jest Sofija, szykowna dziennikarka telewizyjna, na której jeden telefon do kogo trzeba puszczali mnie przez granicę do Polski po zielonej linii bez żadnej kontroli. Dzięki niej znam wszystkie najlepsze knajpy lwowskie, gdzie karmią i poją doskonale, a skóry nie zdzierają.

       

      A Masza - prawdziwy diament z krainy łagodności - sprzedaje wódkę, chleb i kiełbasę w wiejskim sklepie w K. Gdybym był słynnym reżyserem (i nie był żonaty), porwałbym ją od razu do Hollywood. Razem z dwójką dzieci, żeby zabrać ich od męża pijaka i okrutnika.

       

      Przecudowna jest Olga spod Sambora z wiecznym pryszczem na nosie, od 15 lat pracująca u nas na odbudowę domu, który spłonął w wyniku wybuchu gazu. Ciągle nie może nastarczyć, bo najpierw jej córka o mało co nie spłonęła w pożarze w Polsce, a potem wyszła za mąż za chłopaka, który wyniósł ją z płomieni, więc pierwej trzeba było kupić dom młodym. A są jeszcze dwaj synowie i inne wnuki – im też trzeba pomóc.

      Wszystkie te piękności są jak z obrazka, który wygląda jakby haftowano go na świętym weselnym ukraińskim ręczniku (nieodzownym do wzięcia ślubu), który ma młodej parze zapewnić szczęście, miłość i dostatek.

      Taki obrazek z „Ukrainką z weselnego ręcznika” namalowała ostatnio gasnąca z głodu w rosyjskiej niewoli jeszcze jedna nieskończenie piękna Ukrainka, Nadia Sawczenko, i pokazała go całemu światu w telewizji, gdy rosyjski sąd przedłużał jej areszt, czym najpewniej skazał ją na śmierć.

      Napisała na nim: Urodziłam się Ukrainką i jako Ukrainka umrę.

       

       

      Rysunek Nadii:

       http://www.wykop.pl/wpis/11375220/rysunek-nadii-sawczenko-wyniesiony-dzisiaj-przez-a/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (60) Pokaż komentarze do wpisu „Najpiękniejsze kobiety świata (migawki ukraińskie – cd.) ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 marca 2015 16:08
  • piątek, 27 lutego 2015
    • Żydoautor i jego Żydokot

       

      Upłynął już ponad rok od chwili, gdy uczynne rosyjskie trolle i nasza rodzima czarna sotnia mianowali autora w internecie „żydobanderowcem” (autor dzieli to zaszczytne miano z każdym przeciwnikiem terrorystów Putina). Samo to słowo, ukute w putlerowskiej propagandzie jeszcze przed zwycięstwem Majdanu na Ukrainie, idealnie określa pochodzenie ideowe jego wynalazców – takie bezsensy są w stanie wymyślać jedynie wielbiciele bolszewików wychowanych na wzorach ochrany. To są podstawy bolszewickiej, stalinowskiej propagandy, gdzie każdy przeciwnik był faszystą, trockistą, imperialistą, plutokratą, monarchistą, impotentem i masowym gwałcicielem w jednym. Nie o logikę wszak chodzi, lecz o emocje. Metoda spotwarzania przeciwnika bez ładu i składu jest oczywiście starsza, ale skala jej użycia w ciągu ostatnich stu lat wzrosła i osiągnęła w sieci rozmiary sporej czarnej dziury.

       

      Behemot-przechera, zawsze skłonny do zabawy na cudzy koszt, zaczął mnie niedawno judzić (!), że skoro my, polscy Słowianie z elementami litewsko-germańskimi (Behemot stanowczo twierdzi, że też pochodzi z Wielkiego Księstwa, ale w przeciwieństwie do mnie papierów na to nie ma żadnych), jesteśmy tak usilnie zachęcani do stania się Żydami i banderowcami w jednym, to zwykła grzeczność zobowiązuje nas do tego, aby się choć na moment zjudeizować i zbanderyzować.

       

      - Dajmy ludziom choć odrobinę satysfakcji, niech tak nie cierpią, stać nas na to! – ze swadą przekonywał mnie, robiąc sobie jednocześnie mini kipę z pięty (proszę wybaczyć, ale tak było) czarnej skarpetki. Przy okazji usiłował zamiauczeć „Czerwoną kalinę” (hymn UPA), ale to wychodziło mu już gorzej od kipy.

       

      - A konkretnie? Jak mamy to zrobić, hę? Może cię na początek obrzezać, kocie? - zjadliwie ripostowałem.

       

      - Nie, nie! - przeżegnał się nieco niewprawnie i z kilkoma błędami, acz gorliwie, Behemot – Co to, to nie! To ma być proces odwracalny i chwilowy! A jak, to już twoja w tym głowa, jesteś wszak autorem, autorze!

       

      Ech, no to lu...

       

      Dzień z życia żydobanderowca

       

      Budzi się toto późno, opuchłe i poczerwieniałe od wczorajszej rozpusty i jej wenerycznych skutków oraz koszernego sznapsa, w pościeli w runy SS („Galizien”) i gwiazdki Dawida. Złym głosem (bo to zło wcielone) natychmiast woła swego żydokota: Śniadanie!

       

      Czarci pomiot już gna w ukłonach z czarką wypełnioną krwią chrześcijańskich niemowląt, pozyskanych przez niego nocą, która zastępuje żydoautorowi poranną kawę.

       

      - Świeża aby? - pyta obrzydliwiec.

       

      - Jawohl, herr sturmbannführer Autor, po prostu cymes! - zapewnia służalczo pejsaty kocur w drodze do kuchni po tosty z macy.

       

      Po śniadaniu i ablucjach potwór w ludzkiej skórze naciąga haftowaną ukraińską koszulę i siada do komputera, aby na forum wypuścić pierwszą serię zatrutych komentarzy żydobanderowskiej propagandy, które trafiają w serca niewinnych polskich pacholąt narodowych, urażając ich uczucia religijne i patriotyczne.

      Gdy tylko zacznie mu stawiać zdecydowany opór kilku naraz kulturalnych patriotów, pisząc o tym, że jego babcia za okupacji z Niemcami puszczała się za pieniądze jako pięciolatka, wycofuje się chyłkiem, rzucając szyderczy i chamski cytat z Maleńczuka: Putin chuj!

       

      Chichocząc złośliwie, żydoautor wychodzi na miasto, zatruwać studnie i pluć na godło. Obmierzłą gębę kryje pod kapeluszem, jakie kiedyś nosiło gestapo, za pazuchą ma siekierę, którą, wzorem upowskich rezunów, atakuje w zaułkach zabłąkane mohery, ponieważ chce pozbawić ojca Rydzyka ich rent i emerytur.

       

      W czarnych lateksowych rękawiczkach zrywa polskie flagi (gdy akurat jest święto narodowe), a pod szkołami podstawowymi rozdaje dzieciom lizaki w kształcie tryzuba, co ładniejsze dziewczęta wyciąga do parków, aby tam pokazać im symbol szczęścia.

       

      Nie omieszka po drodze pomodlić się w synagodze, obrzucić ciepłym spojrzeniem siedziby Fundacji Batorego i Szklanej Masońskiej Piramidy na Czerskiej, a złym okiem rzucić klątwy na gmach ambasady FR przy Belwederskiej (te przydechłe świerczki są dowodem, każdy może je zobaczyć).

       

      Jeszcze tylko wpada na chwilkę do zakonspirowanego w ambasadzie Ukrainy lokalu Mosadu na Szucha po instrukcje i może wracać do domu, żeby dalej pluć i podjudzać do wojny z miłującym pokój Putinem na forum „Wyborczej” i blogu.

       

      Żydokot czeka już z obiadem: zwykle są to koszerne schabowe i sałatka z „rukoli” (pocięty w paski ruski Kola z kapustą kiszoną).

       

      Następnie spiskuje korespondencyjnie i namawia za pośrednictwem rosyjskich portali społecznościowych sklepowe w Noworosji, obiecując im małżeństwo i wyjazd na zachód, aby sikały do kwasu chlebowego, którym raczą się niepijące siły pokojowe Federacji Rosyjskiej, zaciekle broniące pokoju w Donbasie i chcące zaprowadzić pokój w całej Ukrainie. Co z tego jednak, skoro nie mogą, bo Kreml twierdzi, że ich wcale nie ma? Czy w takich warunkach można walczyć o pokój?

       

      To moralne dno oddaje się potem pijaństwu i rozpuście, na które wydaje codziennie minimum 30 srebrników.

      Około północy, zadowolone z siebie bydlę kładzie się spać w wiadomej pościeli, a żydokot poprawia mu czule poduszeczkę tak, żeby umieszczony na niej „wilczy hak” ochotniczego batalionu Ajdar nie zadrapał go w głowę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (72) Pokaż komentarze do wpisu „Żydoautor i jego Żydokot”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 21:36
  • wtorek, 24 lutego 2015
    • Nasza jest noc (migawki ukraińskie cd.)

       

      Jedną z konsekwencji posiadania ukraińskiej żony i ukraińskich przyjaciół jest to, że co jakiś czas ktoś prosi, żeby go zameldować w mieszkaniu choć na miesiąc, bo bez tego w polskich urzędach nic nie da się załatwić - ani odebrać karty pobytu, ani samochodu zarejestrować. Polacy, u których Ukraińcy mieszkania wynajmują, nie chcą nikogo meldować, gdyż boją się nie tyle tego, że obcokrajowiec im się zalęgnie prawnie w lokalu, co nie chcą płacić podatków od zysku z wynajmu.

       Z samochodami jest tak, że pół zachodniej Ukrainy jeździ już na polskich numerach, bo cła powodują, że importowane auta to towar luksusowy. Koszt byle złomu, który w u nas kupić można za trzy tysiące złotych, tam wzrasta do 10 tysięcy, ale dolarów. Skutkiem tego ceny przedpotopowych „kopiejek” nie spadają poniżej dwóch tysięcy baksów, a po drogach jeżdżą samochodowe zombie jak na Kubie (lecz mniej odchuchane na ogół). Żeby koszmarnego cła uniknąć, Ukraińcy masowo rejestrują kupione na zachodzie auta w Polsce. Wprawdzie teoretycznie obecnie takim autem trzeba co pięć dni przekraczać granicę, żeby cła nie naliczyli, ale mało który to robi, bowiem wystarczy komu trzeba posmarować, aby podróże odbywały się jedynie na papierze.

       

      Sierioga, kumpel z Równego, zadzwonił do mnie jakoś wczesną jesienią.

      - Zamelduj chłopaka, proszę! Auta z Niemiec sprowadza, mój plemiennik, na miesiąc chociaż!

      Zgodziłem się niechętnie, bo zawracanie głowy, a faceta nie znam. Ale dobra – Sierioża szczera dusza, a jego dziczyzna – palce lizać!

      No i zgłosił się telefonicznie parę dni później ten plemiennik Sieriogi. Umówiliśmy się pod urzędem dzielnicy.

       

      - Kurwa! Tylko nie to! - taka, żeby nie skłamać, była moja pierwsza myśl na widok jego i jego, jak się okazało, żony.

      Stanęła bowiem przede mną karykatura ruskiego bandziora: szczupłe, małe, czarne jak Czeczeniec, nieogolone w skórze za tysiąc baksów, palce w sygnetach i pierścieniach, na szyi łańcuch ze złota, na którym spokojnie można by nie krowę, ale byka trzymać.

      Doskonałym uzupełnieniem była ona: wysztafirowana jak wiejska dziewucha na wesele, blond kudły do pasa w lokach, tipsy jak sierpy i sztuczne futerko w jadowitej czerwieni, makijaż, Boże przebacz, przydrożny.

      - Jak ja mam się pokazać z nimi w urzędzie? - pomyślałem, a na głos już twardo mówiłem: Ona nie wchodzi z nami, zapnij kurtkę pod szyją i z palców to pościągaj, bo, przepraszam, ale wyglądasz jak ruski gangster z filmów.

      - Pan się nie boi, ja major milicji, ale już na emeryturze – odpowiedział ze śmiechem. - Walik jestem!

      - Dobra, nie traćmy czasu – odrzekłem, myśląc jednocześnie: Jak ty jesteś major milicji, to ja jestem kardynał Dziwisz. Żeby się tylko jakoś z tego wyplątać...

       Chciał potem mi zapłacić za meldunek, ale odmówiłem – dziękował i obiecywał, że się jakoś zrewanżuje. Ja zaś miałem nadzieję, że kiedy już odbierze za jakiś czas dokumenty z ubezpieczalni, które przyjdą pod mój adres, zobaczymy się ostatni raz.

       

      Miesiąc później wpadł po drodze z Niemiec po papiery. Gnał kolejne auto na sprzedaż. Zajechał wieczorem. Kiedy wręczyłem mu kopertę, pokazał mi dokument milicyjnego emeryta.

      - Widziałem, że mi nie wierzysz – zarechotał.

      Byłem akurat sam w domu (nie licząc Behemota), więc od słowa do słowa postanowiliśmy, że przenocuje, bo zmęczony, a na zmęczenie przyniósł z auta francuski koniak.

      - Dla ciebie wiozłem – uśmiechnął się major o twarzy gangstera, na widok której Patryk Vega wyrzuciłby z obsady Pitbulla Marcina Dorocińskiego, a i oszczędziłby na kostiumach.

      Zakąszaliśmy koniaczek śledzikiem, jak to kulturalni ludzie, a on snuł opowieści o strzelaninach z gangsterami w Kijowie. O ranie, jaką odniósł i o tym, że ledwo uszedł z życiem.

      - Moja Wierka nie mogła tego wytrzymać, a i ja miałem dosyć, jak przeszedłem dwa lata temu na emeryturę, odżyliśmy. Potem zrobił się Majdan, a potem wojna. Boję się strasznie tej wojny, bo czuję, że swój limit szczęścia wyczerpałem – mówił major.

      - Dawaj, Walik, za wasze szczęście! - podsumowałem opowieść toastem.

      Stanęło na tym, że mu zrobię nowy meldunek, bo potrzebował go jak cholera – samochodami dorabiał do emerytury, której realna wartość spadła przez ostatni rok o połowę.

       

      Na początku lutego zadzwonił do mnie z Ukrainy z pytaniem, czy przyszło już ubezpieczenie drugiego wozu.

      - Jest, towariszcz major! – roześmiałem się do słuchawki – Przyjeżdżaj!

      - Rano będę – powiedział.

       

      Ale nie przyjechał. Wzruszyłem ramionami i nie przejąłem się za bardzo. Ale jakiś tydzień później spróbowałem zadzwonić na jego komórkę - poczta. Wyleciał mi potem z głowy. Aż do wczoraj.

       

      W nocy obudził mnie domofon. Klnąc jak diabli pod nosem, wyskoczyłem z łóżka szybko, żeby reszta domowników też się nie obudziła. Było tuż przed trzecią.

      - To ja, Wiera od Walika, od majora, po ubezpieczenie – usłyszałem.

      - Już wychodzę! (co za chamstwo o tej porze ludzi budzić – ja wam pokażę!)

      Ubrawszy się w com tam miał, wylazłem na parking przy domu, gdzie stał mercedes na ukraińskich blachach z włączonym silnikiem. Obok stała ona – w swoim koszmarnym czerwonym sztucznym futerku.

      - Przepraszam, Walik nie żyje. Komórka jego zgruchotana. Nie miałam Waszego numeru, tylko adres na potwierdzeniu zameldowania – tłumaczyła Wierka – Zabrałam się z bratem do Niemiec, przejął biznes po Waliku. Dlatego tak późno...

      - Jak? Kiedy?- stęknąłem.

      - Kiedy do Was jechał, w nocy miał wypadek. Pod tira wjechał. Przynajmniej go nie zastrzelili... - wzięła kopertę i wsiadła do samochodu.

      Poczłapałem do domu.

      Omiotłem spojrzeniem sylwetkę pod kołdrą i czarny futrzany kłębek w koszyku. W głowie ni stąd ni zowąd zadźwięczała melodia: Nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic...

       Cichutko położyłem się z powrotem spać razem z całą Europą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Nasza jest noc (migawki ukraińskie cd.)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lutego 2015 17:11
  • poniedziałek, 23 lutego 2015
    • Antysemici do gazu...

       

       ...gdyby taki napis pojawił się serio na murze albo te słowa byłyby gdzieś skandowane publicznie, byłbym wściekły i oburzony, natychmiast zgłosiłbym rzecz organom ścigania, bo zachęcanie do zbrodni jest nie tylko etycznie niedopuszczalne, ale i karane z mocy prawa. Używam tych okropnych słów jako prowokacji do tego, abyśmy zaczęli zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji w jaką brniemy od lat, a końca nie widać.

       

      Nikt u nas nigdzie nie pisze tak o antysemitach (wymyśliłem to kiedyś jako koszmarny żart, który pewnie nie mnie jednemu przyszedł do głowy), ale o Żydach jak najbardziej. Tymczasem zdarzają się prokuratury, które nie tylko namalowaną swastykę uznają za symbol szczęścia, ale i stadionowe przyśpiewki o gazowaniu wykonywane przez kilka tysięcy osób naraz interpretują jako element miejskiego folkloru i nie chcą wszczynać postępowań.

       

      Rzecz nie dotyczy jedynie Żydów, bo i Arabów, Murzynów, Cyganów, Rosjan i oczywiście Ukraińców, homoseksualistów - kogo tam komu chora wyobraźnia podsunie jako wroga najgorszego.

       

      Polska Rzeczpospolita Hejterska

       

      Wśród ludzi mego pokolenia wielu ma doświadczenia z demonstracji za komuny, podczas których nader często krzyczeliśmy do rzucających w nas gazem i pałujących zomowców „Gestapo!”. Uważaliśmy, że mamy rację. Ale czy ją mieliśmy? Obiektywnie nie za bardzo. Represje za późnego PRL-u nie wytrzymywały porównania z byle południowoamerykańską dyktaturą.

       Oczywiście, gdy bandzior w milicyjnym mundurze tłukł mnie po głowie kolbą pistoletu, krzyczałem z ustami pełnymi krwi i potrzaskanych zębów „Gestapo!” i byłem przekonany, że mam rację jako cholera.

      A nie doznałem nawet ułamka takiego lania jak Rulewski czy inni autentyczni bohaterowie tamtych lat, nikt mnie żadną ścieżką zdrowia nie pędził, a i zabić serio nawet przez chwilę nie chciał (choć przypadki chodziły po ludziach, jak wiadomo).

       

      Już w momencie powołania rządu Mazowieckiego zrozumiałem, że muszę wyrzec się mojego krzyku „Gestapo!”, jako odpowiedzi na cały system i wszystkich jego funkcjonariuszy, bo w kraju nienawiści nie da się żyć, będzie ona zatruwać i rujnować życie nie tylko „im”, ale i mnie.

      Podobnie myślało wielu innych, budujących najpierw okrągły stół (jak m.in. Jarosław Kaczyński), a potem pilnujących, aby do linczu na przegranych nie doszło. Winnych skazywać jak najbardziej, ale nie stosować odpowiedzialności zbiorowej.

       

      Państwo, które wtedy powstawało z gruzów po komunie zostało jednak skalane rysą nienawiści u samego zarania, bowiem już w 1993 roku podczas pamiętnej demonstracji przeciwko Wałęsie wykopany przez niego z kancelarii Kaczyński palił kukłę „Bolka” - kładąc tym samym podwaliny pod nowe, równoległe państwo: Polską Rzeczpospolitą Hejterską (choć to ostatnie słowo jeszcze nie istniało). Wcześniejsza „wojna na górze” była niewinną rozgrzewką.

      Od tego wiedzie linia prosta do słynnego „oni stoją tam, gdzie stało ZOMO” tegoż po raz trzeci Kaczyńskiego, do tego żeby reakcję na średniowieczne hurtowe obelgi nazywać bezczelnie „przemysłem pogardy”, a każdą krytykę lub wytknięcie ignorancji wodza „ bezprzykładnym aktem nienawiści”.

      Generalnie Kaczyński (którego nazwiska używam także jako symbolu pewnej formacji, nie tylko politycznej, ale i emocjonalnej) dalej drze się „Gestapo!”, gdy inni chcieliby przestać wrzeszczeć, a zacząć rozmawiać. Tyle że żadna rozmowa od dawna nie jest już możliwa. I święty Bartoszewski nie wytrzyma bowiem tego potoku plugastwa i grubym słowem odpowie, co mu potem będą wypominać do końca życia i po ci sami, którzy obrzucają go karczemnymi wyzwiskami i kłamstwami made in UB na okrągło.

       

      W dodatku wyrosły nowe pokolenia, które mają swoje krzywdy i bóle, lecz formę ich wyrażania przejęły od nas. Kibole też krzyczą: „Gestapo!” do policji (która święta nie jest, ale do gestapo jej daleko), a „prawica” demonstruje pod hasłem „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!” przeciwko... PO czy prezydentowi Komorowskiemu.

       

      W 1989 roku każdy w Polsce na coś takiego powiedziałby: wariactwo albo ubecka prowokacja. A teraz to norma. Norma sankcjonowana przez media, których „prawicowa” część formułuje swój przekaz językiem komentarzy pisanych na forach internetowych, czyli czystym hejtem, co nie przeszkadza im w ogóle w przedstawianiu się jako „ofiary” nienawiści! To ten klimat doprowadza do powstawania publikacji typu „Resortowe dzieci”, które są kalką ubeckich „wrzut”, z ducha bolszewickiego wywodzących się – przepraszam za brzydkie słowo - wprost.

       

      Menażeria Putina

       

      Nie jest moim zamiarem żadne dawanie recepty na tę chorobę, bo jestem wobec niej bezradny, lecz zwrócenie uwagi na skutki, jakie płyną z tego dla Polski w konkretnej sytuacji, czyli agresji informacyjnej Rosji Putina.

       

      W Polsce nikt nie został ukarany za publiczne rzucanie oszczerstw, za fałszywe oskarżenia, transparenty „Tusk, Komoruski – zdrajcy i mordercy” trzymali ludzie, którzy nie ponieśli za to żadnych konsekwencji. Krzyki „Złodzieje!” nikogo nawet nie poruszają, wiadomo – demonstracja pod jakimś ministerstwem czy Sejmem, to tak krzyczą. Masowy oszczerca Antoni M. jest dla wielu bohaterem. Podobnie jak eksperci od parówek autorytetami w dziedzinie lotnictwa.

       

      W takim stanie bezprawia i upadku dobrych obyczajów dopadł nas najazd putinowskiej V kolumny, w której zwarcie maszerują dostępne ogólnie rosyjskie telewizje, politycy z pierwszych stron gazet, partie polityczne mniejsze czy większe, tysiące frustratów na własny rachunek plujących jadem na forach internetowych popularnych mediów i jakichś jawnie efesbowskich portalikach, a także dywizja płatnych propagandzistów (wiele już media razy to opisywały).

       

      Leszek Miller mówi w mediach publicznych z miedzianym czołem to samo, ale grzeczniej, co Żyrinowski, Korwin również , a Anna Grodzka nazywa wysyłanie broni broniącej się Ukrainie czymś „niemoralnym” (!?) - w dzień po upadku Debalcewa!

       

      Publiczne pochwalanie zbrodni wojennej przez niejakiego profesora Pazia nie jest powodem do błyskawicznego postawiania go w stan oskarżenia i skazania za czyn, za który kodeks karny przewiduje od 3 miesięcy do 5 lat więzienia, lecz otwiera dyskusję o... wolności słowa!

      Profesor na swoim profilu na Facebooku zamieścił film, na którym rosyjscy terroryści poniżają i biją ukraińskich jeńców i bezczeszczą ich zwłoki. „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło! I jak tu nie kochać Ruskich ?” - pisze degenerat, bo tak jedynie można określić wielbiciela sadystycznego znęcania się nad ludźmi, a cała masa poważnych ludzi zaczyna mówić o „wolności słowa”!

      Do analizy tych słów i filmu nie trzeba żadnych biegłych, prokurator akt oskarżenia mógłby napisać w jeden dzień. Tymczasem nic się nie dzieje. To znaczy: trwa postępowanie. Ręce opadają.

       

      Takich „paziów” Putina są setki, zasypują internet codziennie potokiem kłamstw, insynuacji i zwykłego hejtu, 80% tego szlamu łamie kodeks karny, ale nie ściga się nikogo. Moderatorzy co przyzwoitszych mediów usuwają tego raz mniej, raz więcej, ale – i to jest groźne – nie tykają ewidentnych kłamstw, jeśli tylko nie są pisane wulgarnym językiem. Zatem „jebać pierdolonych żydobanderowców!” w miarę szybko zniknie (ale nie zewsząd i nie zawsze szybko), ale już „Banderowcy z takiego a takiego batalionu weszli do sklepu tam i tam i zgwałcili kobietę, a potem ją zabili” nie zniknie nigdy, choć nic takiego się nie wydarzyło nigdy i nigdzie i jest to od a do z wyssane z palca, czasem nawet nie jest to powtarzanie łgarstw mediów rosyjskich, lecz twórczość samodzielna jakiegoś idioty lub trolla, który po prostu zmyśla na poczekaniu. Ale jego „informacja” widnieje pod depeszą agencyjną i nikt z tym nic nie robi, bo... wolność słowa.

       

      Internet jest dla Plaków drugim po telewizji źródłem informacji o otaczającym świecie. Polacy leczą się w internecie, politykują i szukają miłości. Dlatego tak ważne jest, aby przynajmniej z mediów mainstreamu (także „prawicowego”) usunąć treści ewidentnie pochodzące od służb specjalnych Federacji Rosyjskiej.

       

      „Patriot Act”? Broń Boże!

       

      Nie potrafiliśmy uporać się z naszym polskim hejtem, na który nakłada się od roku (Majdan) hejt rosyjski i prorosyjski (do hejtu zaliczam nachalną i kłamliwą propagandę). Ten drugi już opanował niektóre miejsca w sieci, a obecny jest wszędzie. Nie w głowie mi w tej paskudnej sytuacji pomysły ograniczenia swobód obywatelskich, podobne do amerykańskich, choć czyny Putina to nic innego jak międzynarodowy terroryzm. Ale coś z tym, do cholery ciężkiej, najwyższa pora zrobić.

       

      Nie wystarczy jednak dyskretna kontrola służb specjalnych, którą zapewne roztaczają nad agenturą Kremla i domorosłymi fanami Putina. Trzeba jakiejś zorganizowanej reakcji państwa i społeczeństwa. Czytelnej i konsekwentnej.

       

      Ostatnio dużo myślałem o konieczności wprowadzenia przepisów zakazujących tej propagandy nienawiści. Ale pacnąłem się w czoło, bo zrozumiałem, że nie trzeba wprowadzać żadnych nowych, specjalnych praw. Wszystkie narzędzia znajdują się już gotowe w obowiązującym kodeksie karnym. Problemem jest tylko to, że nikt z nich nie chce korzystać.

       

      Pochwalanie zbrodni wojennych i w ogóle przestępstw jest zakazane, propagowanie ustrojów totalitarnych też, nawoływanie do i wzniecanie nienawiści na tle rasowym i etnicznym takoż!

      Nawet mamy niesławny przepis „papieski”, zakazujący znieważania głów państw obcych – a na Poroszenkę wylewa się w sieci całe wiadra obelg. Tylko nikt z tym nic nie robi.

       

      Nie sposób oczywiście ścigać wszystkich bandytów grasujących w internecie, ale obecnie nie ściga się nikogo. Dlaczego?

      Bo przywykliśmy? Bo się nie opłaca? Bo za dużo roboty?

      Wystarczyłoby kilkadziesiąt skutecznych śledztw i szybkich procesów, żeby choć ostudzić zapały agresorów, nie mówiąc już o tym, że takie śledztwo pokazałoby nam, z kim mamy do czynienia i jak to działa czarno na białym.

       

      Obawiam się jednak, że w Polsce nikt "nie da się przekonać, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

       

      Bezradni wobec naszej wzajemnej nienawiści, nie mamy sił i woli walczyć z nienawiścią dostarczaną nam przez specjalistów od tworzenia „ludowych republik”, które w naszych czasach zawsze zaczynają się w internecie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (56) Pokaż komentarze do wpisu „Antysemici do gazu...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lutego 2015 01:23
  • sobota, 21 lutego 2015
    • Trzepak

       

      Za moimi oknami stoi umierający trzepak. Coraz bardziej opuszczony, samotny i smutny.

       

      Za mego dzieciństwa, które przypadało na lata 70., każdy trzepak był centrum życia towarzyskiego bachorów do wieku, w którym zawiązywały się bliższe relacje męsko-damskie, wymagające co najmniej jakiejś dyskretnej ławeczki czy wolnej chaty w bardziej zaawansowanych stadiach. Jednak mniej więcej do 12 roku życia podwórkowy trzepak był dla nas, dzieci PRL-u, rzeczywistym centrum wszechświata.

      Na nim uprawiało się zwisy, przewrotki, cuda wianki gimnastyczne, wiodąc przy tym poważne rozmowy o resorowcach, kolejkach Piko, żuło się gumę „Donald” (nikt pojęcia nie miał, że to będzie imię jakiegoś premiera, na które niektórzy z nas w dorosłym życiu będą reagować bardzo różnie) i grało w piłę, wykorzystując go jako bramkę. Dowolny rodzić dowolnego dziecka z naszych bloków bez żadnych „dżipiesów” i komórek wiedział, gdzie jego pociecha przebywa w dowolnym momencie – była to oczywista, że tak powiem, oczywistość.

       

      Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, szanujący się młody człowiek udawał się obowiązkowo socjalizować się na trzepak. Kogo tam nie było, ten ryzykował wypadniecie poza nawias, stanie się wykluczonym społecznie – trzepak był tym, czym teraz internet z jego „tłiterami” i „fejsbukami”.

       

      Gdy w następnej dekadzie pojawiły się pierwsze komputery zx spectrum, a myśmy już powoli przenosili się z etapu trzepaka na etap prywatek, nic jeszcze nie zwiastowało zmierzchu tej szacownej i prastarej instytucji. Kiedy już wyrosłem z trzepaka całkowicie i tylko przechodziłem mimo w pośpiechu, zawsze mogłem być pewien, że po staremu stoją przy nim dzieciaki – czy był to trzepak bydgoski, ursynowski czy praski. Trzepak trwał. A ja, prawdę powiedziawszy, patrzyłem nań coraz rzadziej, aż doszedłem do takiej chwili, że myślałem o nim już tylko jako obiekcie, na którym trzepie się dywany, a pętające się tam coraz mniej liczne dzieci tylko mi w tym przeszkadzają, Czyli spierniczałem ze szczętem.

       

      Po zamieszkaniu przy Sadowej przed 15 laty spierniczenie moje zaczęło docierać nawet do mnie. Powodowało dyskomfort i problemy emocjonalne, których nie uleczyły żadne afrykańskie ani wschodnie podróże. Trzepak tkwił za oknem jak niemy wyrzut sumienia i dźgał w oczy. Można powiedzieć, że wpadłem w nastrój, w którym spokojnie mógłbym napisać wiersz z frazą „gdzie są niegdysiejsze trzepaki?”, albo coś podobnie upiornego. W każdym razie dobrze nie było i tak, bo z dziesięć lat temu na widok dziewczynki skaczącej w gumę przy trzepaku o mało co się nie popłakałem. Nie muszę tłumaczyć, że dziewczynka wkrótce zniknęła i nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

       

      Trzepak pustoszał. Mogę policzyć na palcach jednej ręki chwile, gdy widziałem przy nim dzieci. Przez jakiś czas próbowali go wziąć w posiadanie, razem ze stojącą obok ławeczką, miejscowi amatorzy picia piwa na świeżym powietrzu, ale patrole straży miejskiej skutecznie ich przepłaszały. Dzielni strażnicy wygonili nawet dziewczęta zatrudnione w pobliskim markecie, które po wypłacie urządzały sobie tam małe piwko i papieroska Teraz trzepak ożywa już tylko w okresach przedświątecznych, gdy dokonuje się na nim egzekucji dywanów, a miarowy huk trzepaczek przyprawia mnie o palpitację serca.

       

      Dlatego kilka lat temu, porą wieczorową, powiedziałem do żony: ubieraj się, wychodzimy. Nie protestowała, bo mnie zna i wie, że jak mam taką minę, to lepiej z gościem nie zadzierać. Do koszyka włożyłem butelkę wina, korkociąg i kieliszki. Poszliśmy na trzepak, wypiliśmy flaszkę i śmialiśmy się jak dzieci. Behemot patrzył na nas z okna lekko zdziwiony i skonfundowany.

       

      Od tej pory jest mi jakby lepiej, ale trzepak mimo to chudnie w oczach. Nie wiem, który z nas zniknie pierwszy. Czas pokaże.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (47) Pokaż komentarze do wpisu „Trzepak”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 21 lutego 2015 20:42
  • czwartek, 19 lutego 2015
    • O sztuce prawienia komplementów

       

      Przyszedł do mnie mój własny kot, umościł mi się na kolanach i zaatakował znienacka jak pan Paprykarz Tuska:

      - Jak żyć, autorze? - nieszczerze miauknęła obżarta bestia, śmietnikowy wycirus i kuchenny pirat, który abordażem zdobył niejeden talerz z wędliną dla gości.

      Już miałem odpowiedzieć mu jak śp. pan prezydent Kaczyński pewnemu mieszkańcowi warszawskiej Pragi, ale coś mnie naszło i zamiast „spieprzaj, dziadu” powiedziałem: Ależ ty, kocie, piękny jesteś!

      Behemot zgłupiał i z tego zgłupienia zaczął się o mnie ocierać intensywnie oraz małpować dźwięki wydawane przez silnik diesla po obniżce cen ropy.

      Pomyślałem sobie: Eureka! Może prawiąc komplementy Putinowi w Mińsku nie ocaliłbym Ukrainy, ale pomysł wart jest zastosowania w mniejszej skali (większej po prawdzie nie było).

       

      Zacząłem, dość nieśmiało, w pobliskim sklepiku, gdzie pozwoliłem sprzedawczyni dokończyć rozmowę przez komórkę – łagodnym gestem łaskawego Cezara oznajmiłem, żeby sobie nie przeszkadzała. No to sobie nie przeszkadzała.

      Bez mała trzy minuty później, kiedy już ustawiła się za mną skromna kolejka, pani Lusia skończyła gadać i zapytała uprzejmie, czego sobie życzę.

      Wymieniwszy produkty, uderzyłem z grubej rury: Ślicznie pani dziś wygląda, pani Lusiu! Walnęła się przy wydawaniu reszty o dwa złote na swoją niekorzyść. Musiałem jednak zrezygnować z zysku, bo kobita by oprzytomniała, a ja tam robię zakupy codziennie.

       

      Z rozpędu poczęstowałem panią z mięsnego komplementem bardziej ryzykownym (to było tête à tête): Pani zawsze wie lepiej od mojej żony, co mi trzeba kupić!

      I tak dostałem do spróbowania plasterek nowego pasztetu z gęsi (promocja była).

       

      Po drodze do domu spotkałem listonosza, czerwonego na mój widok jak pomidor, bo po dwóch latach znowu zaczął pracować w moim rejonie, a trzy lata temu pożyczył ode mnie książkę Mariusza Wilka i nie oddał do tej pory.

       - Niech pan się nie turbuje, miły panie! - ryknąłem, żeby cieciówa stojąca 20 metrów dalej usłyszała – Kupiłem drugi egzemplarz, smakosze dobrej literatury muszą sobie pomagać!

      Skubany docenił, bo pokraśniał jeszcze bardziej, ale jakby z zadowolenia.

       

      Listonosz jednak wyznaczył pewien nieprzekraczalny, jak się później okazało, próg zawiłości i komplikacji komplementów. Próby czynienia komplementów bardziej zawiłych całkowicie zawiodły.

       Oto bowiem napisał do mnie maila z pretensjami pewien znany dziennikarz, którego lubię i cenię, ale delikatnie skrytykowałem publicznie jeden z jego tekstów. Niesiony właśnie duchem świeżego odkrycia błogosławieństwa komplementów, odpisałem mu, że go wielbię i cenię, a to kompletna pierdoła była, niech nie zwraca na to uwagi. Odpisał, że żałuje, że musi być kulturalny w korespondencji ze mną, bo jest w pracy. I dzięki Bogu w sumie – co będzie jak go zwolnią? Nie daj Boże!

       

      Podobnie było z pewnym przyjacielem, który dzwonił do mnie i opowiadał o czymś w zapale, ale powiedziałem mu, że nie znam inteligentniejszego od niego człowieka, pod warunkiem, że jest trzeźwy. Rozłączył się.

       

      To doprowadziło mnie do sformułowania uniwersalnego prawa komplementów: Komplementy pomagają, jeśli są odpowiednio grube.

       Nie jest ważna prawdziwość wypowiadanych komplementów, ani nawet prawdopodobieństwo ich przechodzenia mimo prawdy. Ważne, żeby były zrozumiałe i nie zwierały żadnej nie daj Boże szczypty „ironicznej lojalności” wobec osoby komplementowanej.

      Twój szef jest gruby buc? Jest jak cholera! Zatem: Panie szefie, żona mi zawsze wymawia, że nie umiem dbać o sylwetkę tak jak pan!

      Żona/mąż cichaczem upodobnili się do kanapy, którą w sumie trzeba wymienić? Oj, upodobnili!

      Więc: Nic się nie zmieniłaś/eś od chwili, gdy pierwszy raz w krzakach my w tym amoku, Mazury, Solina, wiesz...

      Oprócz ogłupienia przeciwnika, z tej taktyki płynie zysk i taki: czasem możemy spotkać się z wzajemnością i ktoś bliski/daleki powie i nam dobre słowo.

       

      Komplementy pomagają każdemu przeżyć w każdym ekosystemie. Prawdę tę wyśpiewał już humanista-idealista Bułat Okudżawa w jednym ze swoich utworów : „dawajtie goworit drug drugu kompliemienty” i dopowiadając, że z nich tworzyć się mogą „szczasliwyje momienty”.

      Z drugiej strony: co taki Okudżawa wiedział o życiu, skoro był jedynie na II wojnie światowej w armii czerwonej i przeżył Związek Radziecki, a fejsa na oczy nie widział.

      Mimo to: próbujmy.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (114) Pokaż komentarze do wpisu „O sztuce prawienia komplementów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 lutego 2015 18:57
  • wtorek, 17 lutego 2015
    • Mobilizacja (migawki ukraińskie cd.)

       

      Styczniowe, anemiczne jak bezprizorne dziecko słońce wpadało do kuchni przez odsłonięte okno. Na stole do połowy opróżnione nol siem Hortycy, dwa kieliszki, chleb, marynowany pieriec, ogórki kiszone i słonina na zakąskę. Przy stole pochmielamy się z Wasylem po wczorajszym. Kobiety zostawiły nas z odrazą, jaką darzy się mężczyzn pijących wódkę the day after – wiadomo, normalne, miesiąc się nie widzieli Polak z Ukraińcem, wypić muszą, a jak wypiją, muszą poprawić, nie ma się z czego cieszyć.

       

      - Przecież nie będziemy truć się tabletkami – tłumaczył kręcącej głową żonie Wasyl, który siłą rzeczy nie poszedł do roboty, bo przecież nie będzie w tartaku piły obsługiwał w takim stanie. Szef człowiek normalny, życiowy – przyjął fakt do wiadomości.

      We wsi cisza i spokój, do polskiej granicy w linii prostej kilka kilometrów. W kuchni też cisza, bo już wszystko sto razy obgadane, sytuacja na froncie nawet dwieście razy, a kac jeszcze męczy, dobroczynny wpływ klina nie chce nadejść.

      Żeby zagłuszyć tę ciszę, Wasyl niezgrabnie gramoli się zza stołu i kładzie płytę na starym sowieckim gramofonie Elfa (przytargał go poprzedniego wieczora z podwału razem z płytami, żeby dziewczynom zrobić przyjemność). Rozlegają się trzaski i wkrótce rozchodzi się w cieple bijącym od pieca starodawnie śpiewny głos Marka Bernesa:

       

      Темная ночь, только пули свистят по степи,
      Только ветер гудит в проводах, тускло звезды мерцают.
      В темную ночь ты, любимая, знаю, не спишь,
      И у детской кроватки тайком ты слезу утираешь.

      Как я люблю глубину твоих ласковых глаз...

       

      Piosenkę przerywa nagle nieludzkie wycie. Jakby babę mordowali u sąsiadów. Podskakujemy na krzesłach, gramofon się zacina. Bernes dostaje czkawki. Wasyl też.

       

      Wybiegamy na podwórko. Za płotem stoi sąsiadka z jakąś bumagą w dłoni i wyje. Cała zasmarkana, łzy tryskają jak z prysznica.

      Przechodzimy przez furtkę w płocie. Kobieta osuwa się na ławę przed domem. Wasyl wyciąga jej papier z ręki i czyta.

      To wezwanie do wojska dla jej jedynego syna Miszy, gówniarz nie ma nawet 20 lat.

       

      - Czy ich pojebało do końca? - retorycznie czka Wasyl. W międzyczasie nadbiega jeszcze jeden zaniepokojony sąsiad, Oleg „Kurka”, pijus jakich mało, którego nieraz ratowaliśmy z zapoju, kiedy tracił przytomność i wzywaliśmy felczerkę, żeby mu zastrzyki robiła.

      - Co się stało? - Kurka zionie wódą niezgorzej od nas.

      - Miszę chcą na wojnę wysłać – informuję.

      - Suki-bladzie! Miszkę duraka? - Kurka nie może się nadziwić, podobnie jak my, że ktoś chce niepełnosprawnego intelektualnie chłopaczka, który kiedyś prosił mnie, żebym mu koniecznie przywiózł z Polski komórkę, bo widział w reklamach, że są po złotówce, brać w sołdaty.

      Matka Miszy traci siły, przestaje płakać, z zamkniętymi oczami zastyga na ławie, gluty spływają jej po brodzie.

      Wasyl zaczyna ją uspokajać:

      - Pójdziemy do sielrady, wyreklamujemy chłopaka, M. (szef rady) ma dojścia. Jak będzie trzeba, po sąsiadach zbierzemy pieniądze. Nie martw się, Oksana!

      Kobieta nie słucha.

      Wracam do kuchni, następnego dnia wracam do Polski.

       

      Po tygodniu dowiaduję się, że szczęśliwie Miszkę wyreklamowali. Nawet płacić nie trzeba było. Po prostu zaszła „ewidentna pomyłka”.

      Tylko Oleg „Kurka” poszedł na wojnę. Na ochotnika.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (60) Pokaż komentarze do wpisu „Mobilizacja (migawki ukraińskie cd.)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 lutego 2015 21:06
  • niedziela, 15 lutego 2015
    • Goryle serce...

       

      … czyli ostatnia misja Sztirlica

       

      (darujmy sobie poprawne Stierlitz, czy mniej poprawne Stirlitz, w końcu Sztirlic to Sztirlic, legendzie od tego nie ubędzie)

       

      O tym, że goryl z moskiewskiego ogrodu zoologicznego (ochrzczony przez moskwian pieszczotliwie Wsiewołodem Władimirowiczem Isajewem, bo z mordy przypominał nieco przystojnego aktora Tichonowa, który grał w serialu „17 mgnień wiosny” legendarnego szpiega Isajewa-Sztirlica) trafił do Polski, Polacy dowiedzieli się z felietonu niezawodnego Wacława Radziwinowicza. Pan Wacław przytoczył wiadomości z artykułu znanej z rzetelności i szanowanej na świecie gazety „Izwiestia”, składające się na smutną historię o zwierzątkach, których nie ma czym karmić, bo sankcje wprowadzone przez genialnego prezydenta Putina uniemożliwiają sprowadzania odpowiedniego pożywienia z zagranicy. I dlatego trzeba je wysłać na poniewierkę w dalekie kraje, żeby doma z głodu nie pomarły.

      Goryl Isajew do chwili wprowadzenia embarga żarł polskie jabłka, a potem nie chciał jeść rosyjskich, więc sympatię publiki stracił, burżujska, białopolacka jego mać. Dlatego też Rosjanie bez żalu postanowili, że pozbędą się człekokształtnego gada i wyślą go do ojczyzny owoców, za którymi przepadał. „Po ludzku żal nam się swołoczy zrobiło, a i trafiła się okazja ekonomicznie Polaczków osłabić” – tłumaczył decyzję o wydaleniu goryla dyrektor ogrodu. Polska gorylego ekspatę przyjęła z powodów, które można ogólnie określić manem humanitarnych. Tyle powiada wersja oficjalna, a co się wydarzyło naprawdę....

       

      Uprzejme zielone zwierzątka

       

      Genialny pomysł GRU, żeby Krym opanować pokojową inwazją militarną przy pomocy „uprzejmych zielonych ludzików” oddelegowanych z armii rosyjskiej, zaczął załamywać się nieco w Donbasie, gdzie poprzebierani za operetkowych kozaków komandosi przestali być uprzejmi, gdyż spotkali się z tradycyjną ukraińska niegościnnością (Ukraińcy nie chcieli im nic oddać po dobroci, co wkurzyłoby każdego uprzejmego człowieka). No i zrobiła się taka chryja, że wszystkie sprawne czołgi z trzech okręgów wojskowych trzeba było wysłać w gości, a i tak nie dało się wleźć dalej jak do przedpokoju. Potem było już tylko gorzej, bo nawet w głupiej Mołdawii nikt nie chciał żadnych uprzejmości i pogonili mołdawskich patriotów z Władywostoku zanim jeszcze zdążyli buty zdjąć w Kiszyniowie.

      Cele były ambitne, ale rzeczywistość zaczynała skrzeczeć. Ogólnie metoda wydawała się dobra, tylko nieskuteczna. Ale od czego są w końcu fachowcy? Dalsze podboje postanowiono przeprowadzać pod większą, mniej naiwną maskirowką. Durny Zachód bardziej szanuje prawa zwierząt niż ludzi, prędzej wzruszą się głodną foką niż ukraińskimi chłopami – kombinowali planiści. I tak wpadli na pomysł, żeby dywersantów zamieniać w sympatyczne zwierzaki, które po jakimś czasie w ogrodach zoologicznych utworzą „Zoologiczne Republiki Ludowe” i wezwą na pomoc „uprzejmych obrońców zwierząt”

       

      Spytacie: jak to możliwe? Ech, niedowiarki, nauka radziecka ma nie takie osiągnięcia. Wystarczy czytać Bułhakowa i mieć nieco wyobraźni. Kluczową postacią w rosyjskim planie był profesor medycyny Nikołaj Trofimowicz Probrażeński, wnuk opisanego przez Michaiła Afanasjewicza w noweli „Psie serce” profesora Preobrażeńskiego, który przeszczepiwszy ludzką przysadkę mózgową bezdomnemu psu, ku utrapieniu moskwian i całego świata, stworzył nowego sowieckiego człowieka, czyli chama, prostaka i bydlaka, jakim niewątpliwie był Poligraf Poligrafowicz, którego na szczęście udało się zamienić z powrotem w poczciwego kundla. Niestety, szczęście nie trwa nigdy zbyt długo i potomek profesora wyspecjalizował się w masowej produkcji podobnych indywiduów na potrzeby swych mecenasów, którzy zapewnili mu niewiarygodnie nowoczesne laboratorium w Jaseniewie (siedziba FSB) i nieograniczone fundusze. Wyrodny wnuk nie tylko usprawnił metodę dziadka, ale i potrafił wzmocnić jej skutki - ze zwierząt czyniąc osobniki o cechach wybitnie ludzkich, co można uznać za zbrodnię nie tylko przeciwko ludzkości, ale i przede wszystkim faunie.

       

      Goryl pochodzenia polskiego

       

      Wielbiciel polskich jabłek goryl Wsiewołod od początku był brany pod uwagę do wykorzystania „na kierunku polskim”. Namówiony przez kolegów z wywiadu prezydent Putin zgodził się wprowadzić embargo na ukochany małpi rarytas, a zwierzak trafił w łapy szelmy Preobrażeńskiego, który wszczepił mu przysadkę mózgową majora Aleksego Józefowicza Władimirowa. Dlaczego wybrano akurat tego majora? Bo on, podobnie jak faustowski Preobrażeński, również był wnukiem znanego człowieka – bohaterskiego agenta Wsiewowłoda Władimirowicza Władimirowa, znanego szerzej jako SS-Standartenführer Max Otto von Stierlitz, czyli słynny Sztirlic.

      Dodajmy, że Władimirow po usunięci przysadki wrócił na służbę, a przełożeni ani rodzina nie dostrzegli w nim jakichś niepokojących zmian – wszystkie swoje obowiązki wypełniał nadal wzorowo, a wódkę pił jak przedtem po ludzku – znaczy: bez zakąski i całymi szklankami.

      U goryla, który otrzymał oczywiście kryptonim „Sztirlic”, zaobserwowano natomiast skutki uboczne w postaci wzrostu pociągu do napojów wyskokowych i apetytu na kiszoną kapustę, ale uznano to za nieistotne, bo przecież dywersant nie będzie miał dostępu do alkoholu zamknięty w klatce w polskim zoo (o, naiwni!), to samo z kiszoną kapustą. Poza tymi drobiazgami Sztirlic gotów był do rozpoczęcia misji. Wtedy właśnie FSB zainspirowało przeciek do prasy, którym zainspirował się redaktor Radziwinowicz.

      Wzruszeni losem małpki Polacy przyjęli ją z otwartymi ramionami, tym bardziej, że GRU podrzuciło im jeszcze jedną fałszywkę, czyli spreparowane dokumenty dowodzące, że goryl ma polskie korzenie. Według „legendy” Wsiewołod miał pochodzić wprost od niewinnej gorylicy Mimi, którą w puszczach Ugandy w początkach XX wieku dopadł pijany polski młodzian, niejaki Tomasz Wilmowski (znany szerzej pod ksywą „Tomek na czarnym lądzie”), co miały potwierdzać zeznania naocznych świadków – Stasia i Nel.

       

      Napoleon vs. Sztirlic

       

      Nie piszemy tu żadnych kryminałów, tylko świętą prawdę (i to więcej niż jakieś tam „ziarno”), a więc możemy nieco uprzedzić fakty: misja Sztirlica z góry była skazana na niepowodzenie.

      Dzielna, przewidująca i profesjonalna polska ABW od początku wzięła goryla z GRU pod lupę. Jego smartfon był podsłuchiwany, klatka wyposażona w mikrofony i kamery, a dodatkowo podrzucono mu do niej aparaturę do pędzenia bimbru z jabłek, co miało osłabić figuranta psychicznie, moralnie i fizycznie.

      Rozpoczęła się żmudna obserwacja szpiega, zbieranie dowodów i szukanie słabych stron, żeby ewentualnie go przewerbować i wykorzystać przeciwko Rosji. Niestety dzielni dowódcy operacji – kapitan Żbik i porucznik Borewicz nie przewidzieli, że okoliczności obiektywne doprowadzą tak szybko do całkowitego załamania się psychicznego agenta i uczynią go bezużytecznym nawet do dezinformacji przeciwnika.

      Sztirlic trafił bowiem do ogrodu zoologicznego w Poznaniu, osławionego tym, że pisowska radna Dudziak wymogła na dyrekcji rozdzielnie pary osiołków, które kopulując „urażały wartości chrześcijańskie” zwiedzających ogród matek i dzieci. Dyrekcja w ramach pokuty za uległość wobec radnej przegięła pałę w drugą stronę i na noc zwierzęta puszczała samopas po całym zoo, co skutkowało tym, że każdy z każdym i bez żadnych zabezpieczeń, czyli ruja i porubstwo oraz ze dwa kotopsy dingo i co najmniej jeden słoń w paski.

       Co tu dużo ściemniać: gdy Sztirlic upił się pierwszą partią wyprodukowanego przez siebie bimbru z jabłek i zasnął, dopadł go niewyżyty osiołek Napoleon i wykorzystał. Najgorsze z punktu widzenia obu nadzorujących goryla wywiadów było to, że Sztirlicowi się to spodobało i wkrótce zaprzestał jakiejkolwiek działalności wywrotowej. Dodatkowym stresem, który wpędził go w ciężką depresję, było to, że radna Dudziak zobaczyła go kiedyś w akcji z Napoleonem i zażądała kastracji obu.

      W zaistniałych okolicznościach dyrekcja zoo postawiła się stanowczo ABW oraz radnej i zwolniła goryla z ogrodu, a pracownicy wymogli na władzach przyznanie mu prawa pobytu w Polsce jako uchodźcy politycznemu i seksualnemu.

      Sztirlic wprawdzie musiał rozstać się z osłem, ale wkrótce się pocieszył, bo stwierdził, że na wolności jest ich nawet więcej niż w zamknięciu. Utrzymuje się zaś ze śpiewania w duecie z Aloszą Awdiejewem*. Ich wspólne wykonanie hitu „Podmoskownyje wieczera” ma już ponad milion wyświetleń na YouTube.

       

      *Pomysł połączenia ruskiego goryla i Awdiejewa (moim zdaniem świetny) jest autorstwa znanego z forum wyborcza.pl @de_liryka, czyli byłego @saint_justa, co podkreślam i za co dziękuję.

       

       

       

       

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Goryle serce...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 lutego 2015 16:40
  • czwartek, 12 lutego 2015
    • Mińsk na gorąco

       

      Piszę te słowa na gorąco, gdy w doniesieniach ze szczytu w Mińsku brak kluczowych dla zrozumienia szczegółów, mimo to można moim zdaniem pokusić się o pewną interpretację porozumienia zawartego między Niemcami, Francją, Ukrainą i Rosją.

       

      Warto na wstępie zaznaczyć, że dzisiejsze spotkanie w Mińsku miało doprowadzić strony konfliktu do przestrzegania zawartego tam wcześniej porozumienia. Kto go nie przestrzegał? Wystarczy spojrzeć na mapy, z których wynika, że powolna ofensywa rosyjsko-terrorystyczna przyniosła stosunkowo spore zdobycze terytorialne. Ta ofensywa trwa od ubiegłego roku, przerywana ukraińskimi kontratakami.

       

      Gra na czas

       

      Deklaracje polityczne w sprawie zmiany ukraińskiej Konstytucji i przyznania (właściwie powtórnego) „specjalnego statusu” Donbasowi na pierwszy rzut oka stanowią porażkę Ukrainy, bo w istocie to zgoda na federalizację, która de facto część wschodnich obwodów oddaje pod polityczną władzę Rosji.

       

      I byłaby to strategiczna klęska, gdyby nie to, że moim zdaniem całe to porozumienie ma jedynie wartość taktyczną. To zwykła gra na czas, a nie żaden trwały pokój, z czego obie strony zdają sobie doskonale sprawę.

       

      Co o tym świadczy? Uzgodniono wprawdzie zawieszenie broni od 15 lutego oraz wycofanie artylerii, ale kwestia kontroli nad granicą ukraińsko-rosyjską opanowaną przez „separatystów” nie została rozstrzygnięta, postulat rosyjski, aby kontrolowała ją misja OBWE jest zabawny, bo mimo dotychczasowych działań tej misji napływa sprzętu, zaopatrzenia i żołnierzy z Rosji trwał nieprzerwanie. Kontyngent międzynarodowy z prawdziwego zdarzenia mógłby oczywiście to utrudnić, ale go nie będzie. Realnie jedynie przywrócenie kontroli Ukrainie mogłoby naprawdę zakończyć wojnę. Sami zaś Rosjanie jak ognia unikają wzięcia odpowiedzialności za szczelność granicy, bo wtedy straciliby możliwość opowiadania bajek, że czołgi rosyjskie spadają w Donbasie z nieba.

       

      Brak rozwiązania tego problemu oznacza, że nic się faktycznie nie zmieni. Putin ma wolne ręce.

       

      Nie wiadomo do chwili obecnej, jaka ma być właściwie „linia demarkacyjna” - czy ma obowiązywać ta z września ubiegłego roku, czy też ma przebiegać zgodnie z dzisiejszym stanem frontu? To właściwie nawet kwestia drugorzędna militarnie, gdyby nie worek debalcewski i wymowa propagandowa – czyli ewentualne sankcjonowanie kolejnych zdobyczy agresora.

       

      Kto na tym skorzysta?

       

      Niestety raczej Putin. Niby okazał dobrą wolę, zobowiązał się nawet do uwolnienia Nadii Sawczenko, która jest zakładniczką porwaną przez rosyjskie służby specjalne (swoją drogą – uwierzę w to uwolnienie, gdy ona znajdzie się bezpiecznie w Kijowie), ale po prawdzie zyskał prawne podstawy do wtrącania się w wewnętrzne sprawy Ukrainy poprzez podniesienie i uznanie kwestii ukraińskiej konstytucji za sprawę międzynarodową. Tego się cofnąć nie da. A przy okazji realnie zachował możliwości kontynuowania agresji.

       W kontekście rosyjskiej inwazji na Krym i wcielenia go bezprawnie do Federacji Rosyjskiej informacja, że w Mińsku Niemcy, Francja i Rosja zobowiązały się do "zapewnienie integralności terytorialnej Ukrainy" brzmi jak podobne deklaracje zaborców Polski, którzy przecież rozbiory przeprowadzali dla dobra "rozbieranych". To naprawdę cynizm niebywały, hipokryzja godna Katarzyny Wielkiej.

       

      Putin nigdy nie przestrzegał poprzednich porozumień i nie miał nawet takiego zamiaru. Teraz jego „pretensje” zyskały w pewien sposób mandat, na który nie omieszka się w razie czego powołać, kłamiąc jak zwykle, że „Ukraina nie przestrzega porozumień”. To bardzo źle wróży.

       

      A Ukraina? Być może zyskała chwilę oddechu. Musi to być naprawdę oddech głęboki, żeby wystarczył na nadchodzące miesiące, podczas których ewentualna cisza na froncie spowoduje, że Zachód będzie miał alibi dla odpuszczenia sobie kwestii pomocy militarnej.

       

      Poza tym - „Na wschodzie bez zmian”. Czego najlepszym dowodem jest to, że już po podpisaniu porozumień na Ukrainę wkroczyła kolejna kolumna pancerna wojsk rosyjskich. Atrament z pióra Putina nie zdążył zaschnąć.

       P.S. Wyborcza podała właśnie pełen tekst porozumienia - z istotnych rzeczy mowa tam między innymi o tym, że jednak granica ma być kontrolowana przez Ukrainę, ale... po wyborach w Donbasie. Jest więc szansa, że dowiemy się, kiedy wypadają greckie kalendy.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (45) Pokaż komentarze do wpisu „Mińsk na gorąco”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 lutego 2015 12:24