MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • czwartek, 25 czerwca 2015
  • poniedziałek, 22 czerwca 2015
    • Na Worobiowych Wzgórzach

       

      Burza przeminęła już bez śladu i przerzucona łukiem ponad całą Warszawę trwała na niebie wielobarwna tęcza (zaraz ją zdemontują), piła wodę z rzeki Wisły. Wysoko na wzgórzu, między Biedronką a całodobowym monopolowym, widać było dwie ciemne sylwetki. Autor i Behemot, absolutnie bez żadnych tam czarnych rumaków, jeden w butach od Deichmanna, a drugi boso (kot w butach to bajka), patrzyli na rozpościerające się nad rzeką miasto, całe w rozpryskach słońca, pobłyskującego w tysiącach zwróconych ku zachodowi okien, na piernikową basztę Pałacu Kultury i Nauki.

       

      Nie było z nimi Wolanda, Korowiowa, Azazella, tym bardziej Mistrza i Małgorzaty, którzy całkiem zwyczajnie nie istnieli. To zresztą nie ostatnia niesprawiedliwość na tym świecie, z którą trzeba się pogodzić, choć nie zaakceptować.

      Autor pobiegł na skraj wzgórza, nie wlókł się za nim po ziemi żaden czarny płaszcz, bo go zwyczajnie nie miał. W pierwszej chwili zakradł się do jego serca smutek i żal, ale niebawem ustąpiły one słodkiemu niepokojowi, cygańskiemu podnieceniu włóczęgi.

       

      Nic nie jest na zawsze!... Zrozumże to – wyszeptał autor i oblizał suche, spękane wargi. Zaczął uważnie przysłuchiwać się temu wszystkiemu, co działo się w jego duszy. Wydało mu się, że podniecenie minęło, przekształciło się w poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, ale i ono było nietrwałe, przeminęło, zastąpiła je nie wiedzieć czemu wyniosła obojętność, a tę z kolei – przeczucie wiekuistego spokoju.

       

      Przerwał to znudzony Behemot: Pozwól mi, autorze, gwizdnąć na pożegnanie przed jazdą.

       

      Jako się rzekło, nie było żadnego Wolanda, który by się temu sprzeciwił, ani Małgorzaty, która by się wstawiła za kotem. Autor zaś po prostu machnął ręką, mając w pamięci słowa tej, której nie ma: Pozwól mu, niech gwizdnie. Ogarnął mnie smutek przed daleką drogą. Prawda, messer, że taki smutek jest czymś naturalnym nawet wtedy, kiedy człowiek wie, że u kresu tej drogi czeka go szczęście? Niech on nas rozśmieszy...

       

      Behemot włożył łapę do ust, odął policzki i gwizdnął.

       

      I tu zachodzi następna niezgodność z oryginałem Bułhakowa, ponieważ żaden koń nie stanął dęba, w zaroślach nie osypały się z drzew suche gałązki, w powietrze nie wzbiły się stada wron i wróbli (te to już całkiem serio nie istniały), żaden słup kurzu nie ruszył w kierunku rzeki, a tym samym żadnemu z pasażerów tramwaju rzecznego nie spadła ani jedna czapka.

       

      To był gwizd, nie przeczę – protekcjonalnie powiedział autor – przyznaję, że to był gwizd, ale jeśli mam być obiektywny, gwizd to był bardzo przeciętny.

       

      Nie jestem przecież niszowym blogerem – godnie odparł napuszony Behemot i niespodziewanie puścił oko do Czytelnika.

       

      Ano, spróbuję i ja, zobaczymy, czy jeszcze umiem – powiedział autor, zatarł ręce, podmuchał w palce.

       

      Ale uważaj, uważaj - rozległ się z fikcji surowy głos Wolanda – bez numerów z uszkodzeniem ciała.

       

      Messer, proszę mi wierzyć – powiedział do fikcji autor i położył rękę na sercu – dla żartu, wyłącznie dla żartu...

       

      Nagle wyciągnął się jakby był z gumy, ułożył wymyślnie palce prawej dłoni, skręcił się jak śruba, a potem rozkręcił i gwizdnął.

       

      Tego gwizdu Małgorzata nie usłyszała. Podobnie jak 99% słuchaczy i widzów:)

       

       

       

      P.S.

      Autor rzecz jasna w sposób autodepresyjny i patetyczny przerobił w tym wpisie rozdział „Mistrza i Małgorzaty” Bułhakowa. W ten sposób przygotowuje się do "Epoki ryb";) i pragnie podziękować publiczności - za cierpliwość. Napisów nie będzie.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (37) Pokaż komentarze do wpisu „Na Worobiowych Wzgórzach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 czerwca 2015 18:30
  • niedziela, 21 czerwca 2015
    • Zdążyć przed Stonogą

       

      Na Sadowej autor dzielił się nowościami z internetu z kotem:

      Pan Stonoga zapowiedział, że jeszcze w niedzielę wieczorem ujawni taśmy, które wysadzą w powietrze dziennikarzy z Warszawki. Lis wyłysieje, Żakowski osiwieje, Michnik przestanie się jąkać, bo zaniemówi, a Olejnik ucieknie do Rosji...

       

      http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,138764,18177806,Zbigniew_Stonoga_w_Opolu_zapowiedzial_wybuch_bomby.html?lokale=local#BoxNewsImg)

       

      ...To trochę, kocie kochany, niesprawiedliwe, że mnie nawet pies z kulawą nogą nie nagrał, chociaż tak się starałem, nawet byłem u Sowy na krzywy ryj! - autor jedynie własnemu kotu Behemotu [ ;) ] był w stanie zwierzyć się szczerze z nurtującego go jak swędzenie hemoroidów pragnienia sławy i popularności.

       

      Pies może i nie, ale kot... - wtrącił Behemot z niewinną minką.

       

      Co masz na myśli, czarna bestio? Gadaj natychmiast! - autor zadrżał z niezdrowego podniecenia.

       

      Autorze mój ci jedyny, wielki szafarzu dorsza i rzadziej łososia, chrupkodawco łaskawy, przecież ja dla ciebie wszystko i zawsze, choćby za to. że zmieniasz żwirek w kuwecie! - kot perorował ewidentnie parodiując swego dwunoga. - Widziałem, jak cierpisz, bo nikt cię nie nagrywa i nigdzie niczego nie publikuje. Czujesz się przez to niedoceniony i pominięty, a w skrytości ducha chciałbyś, żeby pokazano cię w telewizji, choćby jako bohatera listu gończego...

       

      Nie przesadzajmy, aż tak to jeszcze nie mam – nieszczerze zaprotestował autor z krzywym uśmieszkiem hipokryty.

       

      Może nie aż tak, ale prawie skrętu kiszek dostałeś z zawiści, kiedy taką jedną pokazali i takiego jednego zaprosili, a ciebie nie. Tęsknisz do czasów, gdy przynajmniej raz w tygodniu mogłeś ponarzekać, że telewizja cię pogrubia. Kota nie oszukasz. Kot, szczególnie twój kot, widzi wszystko! - kontynuował niezrażony Behemot. - Dlatego cię od ponad roku nagrywałem!

       

      Taśmy Behemota

       

      Jezus Maria – wyszeptał przerażony autor.

       

      Tymczasem kot przytargał skądś mały cyfrowy dyktafon, który wcięło jakoś tak ponad rok temu podczas remontu. Wyjaśniło się przynajmniej, że nikt go nie ukradł ani nie wyrzucił, o co autor posądzał w myślach wiele jak się okazało niewinnych osób.

       

      Zaczniemy od trzęsienia ziemi, a potem napięcie będzie rosło... – powiedział kocur i uruchomił urządzonko.

      Rozległo się równomierne, nieco przytłumione walenie czymś twardym w coś miękkiego. Po chwili ktoś głosem niewątpliwie autora wrzasnął: Auć! K... mać! Ja pier... O k...! Ale se przyj....!

       

      Co to ma być? - zapytał zdezorientowany autor.

       

      Przywaliłeś sobie tłuczkiem w palec podczas tłucznia kotletów – wyjaśnił kot. - Przeklinasz nie gorzej od Sienkiewicza i Bieńkowskiej, choć do agenta Tomka ciut ci brakuje. Kiedy pomyśleć, że używasz takiego języka w kuchni, w której mogły być niewinne dzieci... To jasno pokazuje, że jesteś zdemoralizowany jak PO. Słuchaj dalej.

       

      Ty zdziro, zabiję cię! Niech ja cię tylko dorwę! - znowu niewątpliwe autor wygrażał komuś karczemnie i bez dwóch zdań podpadał pod kodeks karny.

       

      A to co? - autor zmartwiał z przerażenia.

       

      Muchę chciałeś zabić – machną łapą kot.

       

      Nie znam żadnej Muchy! Ani posłanki, ani aktorki! - podejrzany już zaczął ściemniać.

       

      Zwykłą muchę, wleciała do mieszkania i 10 minut ją ścigałeś, dlatego się tak wściekłeś, ale zostaw te tłumaczenia dla prokuratora – Behemot machnął łapką po raz wtóry. - Może on uwierzy, ale opinię i tak będziesz miał zszarganą u obrońców praw zwierząt. Jedźmy z tym koksem.

       

      Tak, tak, rób mi tak jeszcze, mmm, cudownie, nie przerywaj! - ewidentnie podekscytowany autor dyszał z dyktafonu nieprzyzwoicie.

       

      Nie czerwień się tak, autorku, he, he! - Behemot bawił się doskonale. - Żona ci masowała chore kolano, ale brzmi jak porno ze wsi!

       

      Masz coś jeszcze w tym typie, typie? - autor poczuł się prawie jak Durczok przed publikacją we "Wprost"  (prawie, bo nie miał jego kontraktu).

       

      Znaczy, z obyczajówki? Jasne! Nagrałem cię po grochówce i mam godzinę chrapania, nie da się udowodnić, że chrapałeś na trzeźwo! A mądrość ludowa powiada, że każdy pijak to złodziej!

       

      Autorgate

       

      Zaraz cię zaj... - autor ugryzł się w język. – Co chcesz z tym zrobić, koci szantażysto?

       

      Nie obrażaj mnie. Nic od ciebie nie chcę. Chciałem dobrze. Moja wina, że na nagraniach zachowujesz się jak cham, szaleniec i erotoman? - oburzył się Behemot. - Mogłem z tym polecieć do Wprost albo do Stonogi, a nie poszedłem nawet do prokuratury! Myślałem, że jak cię nagram, to trafi się coś mądrego, coś wartego przekazania potomności! Liczyłem na ciebie! I srodze się zawiodłem!

       

      Może mam cię jeszcze za to przeprosić, kocioszpiegu jeden!??

       

      Dobrze by było! Raz zachowałbyś się jak dżentelmen – prychnął kot. - To co robimy z tym chłamem?

       

      Jak to co? Publikujemy, Behemocie! Musimy zdążyć przed Stonogą! - zdecydował autor.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Zdążyć przed Stonogą”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 czerwca 2015 18:48
  • sobota, 20 czerwca 2015
    • Prapremiera premiery

       

      Nazywam się Miś. Miś Puchatek! Mam swoje zdanie, potrafię być uparty, co nie od dziś wie Krzyś - buńczucznie oświadczył mały miś z okienka tabletu prezesa Stumilowego Lasu Smoleńskiego. I tak huknął pluszową łapką w stół, że zwierzątka w całej leśnej szopce zadrżały z podniecenia jak lajkonik po lewatywie, bo pojawiła się wreszcie nadzieja, że miodek będzie dla każdego według potrzeb, a nie tylko dla tych, co potrafią dopchać się do koryta w dziupli u Sowy.

       

      Festyn w SLS (Stumilowym Lesie Smoleńskim) uświetnił swoją obecnością nowo wybrany gajowy Krzyś. Stary gajowy Bronilas okazał się niepoważny, gdyż obiecał miodku za jedyne 35 mld szyszek, a Krzyś poszedł na całość i stwierdził, że: Z palcem w dzbanku bez kozery powiem 300!

      Kto mówi, że szyszki nie rosną na wierzbach, ten nie jest prawdziwym Leśniakiem, lecz pochodzi z wrażej WSI!

       

      Hefalumpy wprawdzie coś tam, coś tam piszczały, że Krzyś jest ekonomicznie nieletni i że na wierzbach nie tylko nie rosną szyszki, ale nawet gruszki nie uświadczysz, ale hefalumpy to hefalumpy, wiadomo – Żydzi. Królik Antoni pokazał zresztą, że nauka poszła w Stumilowy Las i że można z parówek wyhodować trotyl, a skoro tak, to dlaczego nie szyszki z niczego?

       

      Akademik Chris Łysenko nie takie rzeczy osiągnął na University of Goergia (Wyższa Szkoła Rolnicza w Gruzji – aut.). Już otrzymał brzozę z desek. W dodatku ta brzoza od razu była z powrotem ścięta i gotowa do dalszego przerobu – przekonywał królik. - Z szyszkami nie będzie więc najmniejszego problemu, niech no tylko zakwitną jabłonie, a miodku będzie po uszy...

       

      Gdy Krzyś został gajowym elektem, obiecał również, że Leśniaki to wspólnota, w której drwal wiewiórce bratem, wiewiórka zaś siostrą wypalaczom węgla drzewnego. Miłowanie powszechne objęło cały las, do tego stopnia, że niektóre korniki i dzięcioły poparły część postulatów drwali. Krótko mówiąc – amok, ruja powszechna. Dziki zaczęły zakopywać żołędzie, łasice zaś wysiadywać jajka ptaszkom. Ptaszki zaś przestały jeść stonogi, żeby wszystkim żyło się jak w raju.

       

      Prezes SLS doskonale rozumiał, że ten festiwal miłości wszystkich do wszystkich długo trwać nie może, ale wiedział też, że nie może jawnie głosić jedynego właściwego planu uzdrowienia całego Lasu, czyli wycinki drzew i odstrzału paskudnych hefalumpów, które bezczelnie promują obce ekosystemowi gatunki (ośmiorniczki na ten przykład).

      Dlatego w nadchodzących wyborach do zooparlamentu postanowił postawić na Puchatka.

      Uznał, że lepiej schować się do worka, z którego będzie na razie wystawać Miś, a dopiero potem wyjdzie z niego prawdziwe szydło.

      Festyn trwał w najlepsze, festyniarze bawili się jak w bajce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (69) Pokaż komentarze do wpisu „Prapremiera premiery”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 20 czerwca 2015 18:07
  • piątek, 19 czerwca 2015
    • Rozkosze wieku średniego

       

      Świat ogarnięty jest manią robienia rankingów. Top listy przebojów mnożą się w każdej dziedzinie. Ponieważ wlokę się jak zwykle w ogonie i za żadną modą nie nadążam, postanowiłem przynajmniej w tej kwestii podbiec w kierunku peletonu i stworzyłem osobistą, a więc subiektywną do bólu, listę najbardziej pożądanych przyjemności wieku średniego. Sporządzałem ją z łezką w oku, świadom, że już wkrótce będę musiał się z niektórymi pożegnać lub przynajmniej ograniczyć oddawanie się im, gdyż w nieuchronny sposób zmierzam w kierunku starodziadostwa (nieżyczliwi powiadają, że tkwię w nim już co najmniej jedną nogą:)

       

      1. drapanie po plecach/dobra książka

       

      To jakże symboliczne ex aequo świadczy o toczącej się we mnie do tej pory walce między niepohamowaną lubieżnością a potrzebami duchowymi. Ideałem, istną orgią zmysłowo-intelektualną byłaby dla mnie sytuacja, w której czytam dobrą książkę i jestem jednocześnie drapany po plecach. Niestety, książek jest na świecie coraz więcej, ale paradoksalnie jakby mniej dobrych, a drapanie coraz trudniej mi od otoczenia egzekwować. Poza tym obawiam się, że już po 5 minutach lektury bez oparcia, kręgosłup zacząłby mnie tak łupać, że o żadnej rozkoszy nie ma mowy.

       

      2. głaskanie kota/ukochanej osoby

       

      Nie powiem, bardzo lubię, ale coraz szybciej się męczę – kłopoty z krążeniem to raz, dwa – kot i osoba nie są ze mną w tej materii zsynchronizowani. Krótko mówiąc: kiedy ja chcę głaskać, oni mają akurat coś innego do roboty, a kiedy chcą być głaskani, to ja jestem zajęty czym innym. Bywają też nieporozumienia gorsze, kiedy wszyscy chcą być głaskani jednocześnie, a nikt nie chce głaskać. Znacznie rzadziej, ciekawostka, wszyscy pragną w tej samej chwili głaskać innych.

       

      3. dobre jedzenie/picie

       

      Powoli zmierzam do punktu, w którym dobre jedzenie to takie, którego ja nie przyrządzam, dobre trunki zaś to te, za które nie płacę. Dlatego cieszę się już z góry na wizytę przyjaciela, który ma wkrótce wpaść do nas na kilka dni, a który dobrze gotuje i jeszcze to lubi, a i na napitek nie skąpi.

       

      4. rozmowa z ciekawymi ludźmi

       

      Uwielbiam rozmawiać z ciekawymi ludźmi. Pod pewnymi wszakże warunkami: że nie są za bardzo ciekawi mnie i nie trwa to do rana, bo potem nie tylko ziewam cały dzień, ale i głowa boli, a tabletki trują i kosztują.

       

      5. kąpiel w morzu

       

      Ostatnio ograniczam. Trochę z lenistwa czekam, kiedy globalne ocieplenie spowoduje, że będę miał z Warszawy bliżej nad morze.

       

      6. leżenie pod drzewem na dowolnie wybranym boku

       

      Tu się nie hamuję. Leżę przy każdej okazji. Niestety to również wiąże się z koniecznością wyjazdu z miasta, gdyż na miejscu, wbrew obyczajom światowym, widok leżącego pod drzewem człowieka budzi u nas niezdrowe zainteresowanie policji i straży miejskiej. Poza tym trochę ogranicza mnie klimat: zimą w parku... ech! Mam swoje ulubione drzewo na Ukrainie, nad rzeczką, niedaleko małego "wodopadu"...

       

      7.  święty spokój

       

      Ten błogostan powinien oczywiście znajdować się na pierwszym miejscu listy, ale bądźmy realistami – to tak rzadki rarytas, że prędzej ludzie w lotka wygrywają, niż go osiągają. Niemniej: nie należy ustawać w dążeniu do jego osiągnięcia.

       

       

      Na pewno innym przyjemność sprawia masa innych rzeczy, ale ja pozostaję przy moich siedmiu cudach, bo przynajmniej część z nich jest dla mnie osiągalna, a bardzo nie lubię gonić za marzeniami niemożliwymi do spełnienia. Wychodzę z założenia, że - szczególnie w pogoni za przyjemnościami - zamiary trzeba mierzyć podług sił i możliwości;)

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (80) Pokaż komentarze do wpisu „Rozkosze wieku średniego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 19 czerwca 2015 16:09
  • czwartek, 18 czerwca 2015
    • Prezes, czyli hydrozagadka

       

      Dziś urodziny Jarosława Kaczyńskiego – 66. Dokładnie za 219 dni prezes wszystkich prawdziwych Polaków będzie miał 66,6 lat. Nie żebym się czepiał, ale trzy szóstki razem nie cieszą się w krajach chrześcijańskich dobrą reputacją, odkąd św. Jan w swej czadowej Apokalipsie nazwał takie połączenie liczbą bestii. Jeśli odrzucić jednak głupie zabobony i spojrzeć na prezesa bez uprzedzeń, okaże się, że to baranek, w którym – jak sam o sobie mówił – jest samo dobro i doprawdy trudno zrozumieć, dlaczego go jeszcze z hukiem z PiS nie wywalili za poglądy.

       

      Elektorat i sam PiS to kwintesencja polskości, zdrowy polski nacjonalizm to rdzeń i kręgosłup tej partii – polskość jako taka nie schodzi im z ust, odmieniana jest przez wszystkie przypadki i osoby. Można powiedzieć, że polszczą od rana do wieczora - ja polszczę, ty polszczysz, on/ona polszczy, my polszczymy, wy polszczycie, oni/one polszczą – wszędzie i bez obciachu, w kinie i przy dziewczynie, w Kłaju i na Synaju. Polskie jest dobre, bo dobre jest polskie – jak z tanimi winami, które, jak wiadomo, są dobre, bo są dobre i tanie.

      Nie tylko przyszłość ma w PiS na imię Polska, ale i przeszłość wraz z teraźniejszością, obudźcie w środku nocy posłankę Pawłowicz, a zlana potem złapie się za głowę i zakrzyknie: Co z tą Polską!?

       

      Tymczasem prezes-heretyk mówi tak:

       

      Klęska nacjonalizmu, polityczna i moralna, to był nie tylko mocny antysemityzm, ale też kompletna nieumiejętność rozwiązania problemów mniejszości narodowych. Nacjonalizm, który przechodził z jednej strony w ubóstwienie, a z drugiej w jakieś nieracjonalne myślenie, które przypisywało Polsce możliwości eschatologiczne, prowadziło do popadania w mistycyzm narodowy. Wszystko to było oderwane od jakichkolwiek realiów. Nie miało empirycznego sensu. Dlatego określam to jako porażkę intelektualną, polityczną i moralną.

       

      Nasuwa się pytanie: czy wyborcy prezesa oraz działacze PiS w ogóle go słuchają? Może nie mają Wikipedii (stamtąd wszystkie cytaty)? A może ktoś ukrywa przed nimi jego wypowiedzi i dopiero teraz Szydło wychodzi z worka? Przecież niemożliwe, żeby zdrowi na umyśle prawdziwi patrioci, którzy mają okrągły stół i Magdalenkę za zdradę założycielską kondominium rosyjsko-brukselsko-żydowsko-niemieckiego, popierali gościa, który sadzi takie kawałki:

       

      Czy ja (…) mówię, że umowa Okrągłego Stołu była zła? Przecież ja siedziałem przy Okrągłym Stole. (…) Dla mnie Okrągły Stół był uzasadniony dlatego, że na jesieni 1988 r., w oparciu o tak zwane komitety założycielskie, nie udało się odtworzyć Solidarności w warunkach nielegalności; czyli, krótko mówiąc, nie udało się stworzyć dużej siły politycznej bez jej legalizacji.

       

      Tu Kaczyński przyznaje się nie tylko do udziału w „narodowej zdradzie”, ale i ją najwyraźniej popiera. On nie tylko stał tam, gdzie ZOMO, on razem z ZOMO siedział przy jednym stole!

       

      Z kim on się bratał i kogo popierał? O demonie PO (na dobranoc straszą nim niegrzeczne pisiątka), czyli Stefanie Niesiołowskim, który agresywnie nie chciał dać sobie wybić zębów obiektywem kamery Ewy Stankiewicz oraz używa określeń typu „szpara oralna”, Kaczyński mówił:

       

      Co do pana Niesiołowskiego, to jest to bardzo wybitny przedstawiciel polskiej prawicy, świetny mówca, nawet jego najzacieklejsi przeciwnicy twierdzą, że najlepszy w tym dawnym sejmie. Ja sądzę, że w tym byłby jeszcze bardziej najlepszy niż w tamtym. Krótko mówiąc, to jest człowiek mający świetny życiorys. Walkę z komunizmem zaczął jeszcze w latach, kiedy naprawdę niewielu ludzi o tym myślało, kiedy była „mała stabilizacja” i wielka cisza. Krótko mówiąc, określenie go jako „strasznej postaci” jest pewnym nieporozumieniem.

       

      Zdrada, zdrada, zdrada, podstępne, zimne oczy gada! - jakoś tak śpiewała w takich sytuacjach mainstreamowa Kora.

       

      Jasno widać tę zdradę w wypowiedzi do mieszkańców Pisza (5 maja 2009):

       

      Jeśli poprzecie Platformę Obywatelską, pomożecie sobie, pomożecie Polsce.

       

      Pomyłka czy chwila szczerości? Jak wtedy, gdy prezes wyraźnie oświadczył, iż liczy na to, że PiS nie dostrzeże tego, co on sam wygaduje:

       

      Żadne krzyki i płacze nie przekonają nas, że białe jest białe, a czarne jest czarne!

      

      J.K. potrafi obrażać Polskę i Naród wprost:

       

      Nie ma już ułańskiej Polski. Nie można kierować się w polityce mitami, nawet gdy jest to piękny mit Polski bohaterskiej. Polska jest społeczeństwem postkomunistycznym, chłopskim, zastrachanym i biernym.

       

      Jak Brudziński może podawać rękę człowiekowi, który wygaduje takie rzeczy? Jak Karnowscy mogą wywiadować w pozycji kucznej takiego farbowanego jak nie przymierzając jaki lis „zbawcę Polski”?

       

      Prezes nie potrafi też powstrzymać się przed publicznym zdradzaniem tajników kampanii wyborczych PiS:

       

      W dzisiejszej Polsce stosuje się powszechnie goebbelsowską metodę „Kłam, kłam, a coś z tego zostanie”. Jest to zasada groźna dla demokracji, bowiem tam, gdzie niknie związek między słowem a rzeczywistością, tam i demokracja zaczyna działać źle.

       

      Taka „głasnost” może się dla PiS skończyć tym, czym Gorbaczow dla ZSRR!

       

      Aktyw pisowski musi odsunąć od władzy w PiS swojego prezesa jak najszybciej, bo inaczej czeka go katastrofa. Polecam z całego serca zamach. Oczywiście stanu, i to bezkrwawy.

       

      Pozostaje pytanie: jakim cudem taki osobnik tak długo mógł utrzymywać się na stanowisku prezesa PiS i robić wodę z mózgu tak wielu wybitnym prawdziwym Polakom patriotom, podczas gdy jego przekonania kwalifikują go raczej na przywódcę Platformy Obywatelskiej?

      To właśnie tytułowa hydrozagadka. 

       

      Serdeczne podziękowania dla @KMI za przypomnienie mi, że dziś mamy urodziny prezesa, co mię natchnęło:)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (63) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes, czyli hydrozagadka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 czerwca 2015 17:19
  • środa, 17 czerwca 2015
    • Popiół z diamentu

       

      Dziś 11. rocznica śmierci Jacka Kuronia, a Daniela Olbrychskiego załapali po pijaku za kierownicą. Rzadko kiedy internetowa tłuszcza hejterska ma aż takie używanie – istny dzień szakala. Uciekłem z netu z obrzydzeniem w lekturę najnowszej papierowej „Polityki”. A tam wpadłem na tekst „Popiół” Elżbiety Turlej. No i okazało się, że od polskiej nienawiści uciec nie można.

       

      Nie, nie – p. E. Turlej nie ma nic na sumieniu, nie o to chodzi – jej delikatność jest nawet nieco zabawna: nigdzie w tekście nie wymienia imion ani nazwisk bohaterów. Oczywiście w tytule i leadzie daje jasny komunikat, że chodzi o wdowę po Zbigniewie Cybulskim i ich syna. Po co zatem ta maskarada? Niezawodny La Rochefoucauld mawiał wprawdzie, że hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek, ale wierzę, że pani E.T. miała autentyczny dylemat i wybrnęła z niego tak, jak umiała najlepiej. Inni dziennikarze aż tyle taktu nie mieli.

       

      Wdowa po legendzie polskiego kina wytoczyła swojemu i legendy synowi sprawę o znęcanie się i doprowadziła do eksmisji jego i jego partnerki ze wspólnego mieszkania. Miała dość awantur i alkoholizmu obojga. Tekst w „Polityce” jest prawie wyważony, z lekkim przechyłem na stronę umęczonej wdowy i matki, która znieść nie mogła okropnego façon de vivre 54-letniego syna, który wprawdzie jej fizycznie krzywdy nie robił, ale żyć pod jednym dachem to już się z nim nie dało. Syn z kolei obarcza winą za konflikt matkę, choć do swych wad i nałogów przyznaje się otwarcie. Samo życie.

       

      To, że Zbyszek Cybulski był mężem do luftu, widać z tekstu jak na dłoni. To, że jego syn - C. zginął, gdy mały miał 7 lat - dzieciństwo miał do luftu i z ojcem, i bez ojca – widać równie świetnie. Dobrze się chłopak zapowiadał, a skończyło się na cykliniarzu z problemem alkoholowym.

       

      Zatem mamy historię upadku syna wielkiej gwiazdy bez nadmiernego pastwienia się. Autorka rozmawia z obiema stronami i stara się je zrozumieć. Oczywiście takich historii są tysiące i gdyby nie to, że chodzi o Cybulskich, pies z kulawą nogą by się tym nie zajął, ale takie są media.

       

      Maciek

       

      Zastanowiło mnie jednak, dlaczego dziennikarka, doskonale zorientowana w sprawie, daje do zrozumienia, że matka ani ona sama nie wiedzą, co się stało z Maćkiem po eksmisji, dokąd trafił i dlaczego nie stawił się na kolejną rozprawę w procesie o znęcanie się. Po kolei:

       

      Piszę „Maciek”, ponieważ syn Cybulskiego występuje w rozmowach z innymi mediami pod pełnym imieniem i nazwiskiem. Jego bez wątpienia trudną sytuację dziennikarze tabloidów wykorzystują do tego, żeby – mamiąc go wizją pomocy – opisywać ją bez żadnych skrupułów. Poza tym tak się składa, że go poznałem i jesteśmy po imieniu. Przy czym zastrzegam, że w żaden sposób ta znajomość nie wpływa na moją ocenę konfliktu między nim a matką. W ogóle nie chodzi mi o ten konflikt, raczej o jego konsekwencje.

       

      Na tej samej ulicy co słynna restauracja „Sowa i przyjaciele”, ale pięć minut spacerkiem w stronę stadionu Legii Warszawa, mieści się knajpka „Małgorzatka”, gdzie dają jeść taniej, szybciej i wcale nie gorzej – cynaderki jadałem tam swego czasu nałogowo przy każdej okazji. Bliskość Legii, ceny i wielki telewizor zapewne powodują, że klientela składa się głównie z kibiców, ale spokojnych, starszych. W maleńkim pomieszczeniu 10 osób to już tłok, ale na szczęście rzadko się zdarza, żeby było tam aż tyle. Właśnie tam poznałem Maćka C., który wpadał na piwo i którego chyba nie tylko z racji słynnego ojca lubił właściciel. M. wiedział, że jestem dziennikarzem, ale nasza znajomość była prywatno-knajpiana, więc dwa-trzy razy napiliśmy się i pogadaliśmy od serca. Odniosłem wrażenie, że Maciek w sposób naturalny za młodu buntował się przeciwko przytłaczającemu mitowi ojca, który urządził go już nie najlepiej na samym starcie, kiedy obarczył go imieniem bohatera swojego najsłynniejszego filmu, czyli „Popiołu i diamentu”.

      Użeranie się z legendą Maćka Chełmickiego sporo Maćka C. kosztowało. Właściwie robił wszystko, żeby się od tego odciąć, a potem dopiero zauważył, że przy okazji wylądował na aucie. Sprawiał wrażenie wrażliwego i dobrego człowieka, który kompletnie nie panuje nad swoim życiem, strawionym na walce z czymś, co ktoś inny miałby za wielki atut, a on odczuwał jako przekleństwo. Z nieżyjącym ojcem „pogodził się” dopiero po 40. Miał pełną i gorzką świadomość swojej sytuacji. Do dziś mam jego wizytówkę – był dumny z tego, że ma fach i firmę w ręku. To go trzymało w pionie.

       

      Sonda „Faktu”

       

      Przeczytawszy tekst  E. Turlej, w pierwszym odruchu zacząłem szukać tej wizytówki, ale uświadomiłem sobie, że spoczywa w którymś z kilku worów z papierami, wyniesionych do piwnicy po remoncie, zwyciężyła więc wyszukiwarka w internecie. I tam natrafiłem na dalszy ciąg historii, która tak dziwnie urwała się w „Polityce”.

       

      Oczywiście „Fakt” nie patyczkuje się i pisze po nazwiskach. M. wraz ze swoją partnerką wylądowali po eksmisji w różnych noclegowniach. Maciek jest jak zwykle głupio szczery i nie kryje swoich wad i swojej rozpaczy. Upokorzony i bezdomny, chwyta się jak tonący brzytwy legendy ojca i choćby ze względu na nią prosi, żeby miasto przydzieliło im jakąś kwaterunkową kawalerkę (bo uważa, że sam nie jest tego wart). Chce mieć gdzie mieszkać i trzymać swoją maszynerię cykliniarską, chce pracować i się leczyć (Takie zapewne były intencje Maćka, który dał się wciągnąć w rozmowę z reporterem – co z tego upichcił „Fakt”? Można znaleźć, wyjątkowo z obrzydzenia nie podam linku).

       

      Tymczasem tabloid ujmuje to tak: M.C. jest roszczeniowy i żąda od państwa kawalerki za zasługi ojca. Judzi też czytelników sondą z pytaniem: Czy Maciej Cybulski powinien otrzymać kawalerkę od państwa?

      Oczywiście na tak zadane pytanie 90% (8612 osób) odpowiada NIE. Komentarze pod tekstem można sobie wyobrazić.

       

      Ta nieskrywana, bezinteresowna pogarda i zła wola, jakie biją z tego tekstu, komentarzy i sondy, są przerażające. M. z „wyroku opinii publicznej” ma zostać wdeptany w dno, na którym się znalazł i nigdy nie mieć żadnej szansy na to, żeby żyć jak człowiek.

      Często vox populi brzmi jak vox diaboli.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (54) Pokaż komentarze do wpisu „Popiół z diamentu”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 17 czerwca 2015 21:55
  • wtorek, 16 czerwca 2015
    • Polska, kraina cudów

       

      Poradnik dla turysty na rok 2018

       

      W cyklu „Tak daleko, tak blisko”, w którym opisujemy dzikie zakątki Europy, zajmiemy się dziś Polska, krajem dla turystów odważnych i wytrzymałych, dokąd docierają nieliczni, ale każdy mówi, że podróż była warta największych nawet wyrzeczeń, bo czegoś takiego nie ma nigdzie indziej na świecie...

       

      Polska – tajemnicza kraina tysiąca jezior i 200 tysięcy kościołów, pół miliona pomników wąsatego wodza pradawnych Polanie, miliona pomników papieża Polaka oraz największego na świecie pomnika wąsatego Chrystusa z samolotem odrzutowym w dłoni (w Warszawa, stolicy Polska, wysokość 244 metry, wjazd na taras widokowy w nozdrzach ok. 10 eurocentów) – już dla tych choćby atrakcji warto tam pojechać.

       

      Zacznijmy od podstaw. Gdzie leży Polska? Niedaleko Transylwania, między Ocean Lodowaty a Sowacja, od której oddzielają ją Góry Tantry, od Bohemia dojazd niemożliwy, odkąd śniegiem zawaliło drogi w Sudetenland, z kolei od Niemcy oddziela je słynny Mur (jeden ze światowych cudów architektury drewnianej, szukaj: Wielki Biskupin), wybudowany przez Polacy.

       

      Odkąd Polska wystąpiła z UE, można do niej dotrzeć jedynie drogą lądową lub morską, gdyż latanie jest tam zakazane – to narodowy przesąd, który ma źródła w katastrofie lotniczej, jakiej uległ kiedyś wódz Polska. Tu ważna uwaga: gdy będziesz w Polska, nie mów „katastrofa”, lecz „zamach” - to jedno z tabu zapisanych w tamtejszej konstytucji, za którego naruszenie grozi surowa kara.

       

      W drogę, wio!

       

      Do Polska nie ma co jechać samochodem, gdyż nie można tam dostać benzyny (auto najlepiej zostawić na parkingu w porcie lub przy granicy). Gospodarka Polska oparta jest bowiem na węglu i Polacy poruszają się wehikułami parowymi lub pojazdami konnymi. Wynajęcie parochodu lub dorożki jest tanie, choć można korzystać z publicznych dyliżansów parowych lub konnych (bilety warto rezerwować przez internet, wychodzi taniej) – od granicy ze Sowacja podróż do Warszawa zabiera jakieś trzy dni. Warto nocować po drodze w licznych przydrożnych zajazdach dla pielgrzymów (tak nazywa się turystów), gdzie zakonnicy podają znakomite i tanie dania narodowe: pirogi i bigoes. W związku ze smogiem zalegającym nad całym krajem, w każdym przydrożnym sklepie można nabyć maski przeciwgazowe, które tubylcy noszą na co dzień (cudzoziemcy płacą za nie, a także za wymianę filtrów, dla Polacy są refundowane przez państwo).

       

      Polacy zajmują się przede wszystkim górnictwem, rolnictwem oraz budownictwem sakralnym. Górnicy wydobywają węgiel i są elitą narodu, rolnicy zaś sprzątają przede wszystkim pył węglowy z pól, reszta buduje kościoły i pomniki, w wolnych chwilach pielgrzymując po kraju, żeby obejrzeć inne pomniki i kościoły.

       

      Warto zobaczyć!

       

      Fanom sportów zimowych polecamy szczególnie wizytę w górskim kurorcie Zakichane, gdzie można oddać się białemu szaleństwu na jedynym w świecie czarnym śniegu i obejrzeć największe na świecie stada czarnych owiec. Z kolei amatorzy pływania na desce powinni być zachwyceni czarnymi plażami niedaleko Danzig i widokiem czarnych fal na Zatoka Danzig.

       

      W Lichen (duchowa stolica Polska) znajduje się największe religijne sanktuarium (10 razy większe od Bazyliki św. Piotra w Rzym) oraz największe na świecie centrum handlowe z dewocjonaliami, tamtejszą atrakcją jest też wielki aquapark, w którym można wykąpać się w wodzie święconej.

       

      Ktoś, kto przebywa w Polska dłużej niż tydzień, na pewno ma szansę na ujrzenie niesamowitego widowiska, jakim są publiczne egzorcyzmy czarownic i czarowników, czyli osób opętanych zdaniem Polacy przez Gender (tak określa się w Polska szatana), podczas których kapłani wypędzają z ofiar złego ducha, a jeśli im się nie powiedzie, palą je na stosie. To lepsze nawet od kamienowania w Kalifacie, a nigdzie indziej w Europie nie można już tego zobaczyć.

       

      Porady praktyczne

       

      Do Polska nie wolno wwozić: prezerwatyw, tabletek antykoncepcyjnych oraz „dzień po”, pornografii (za pornografię uchodzą tu nawet zdjęcia Madonny na scenie), Kapitału (książka Marksa), Koranu, wina i ośmiorniczek, a także sprzętu służącego do nagrywania i narkotyków (w Polska można pić tylko alkohol vodka, wino jest wyłącznie krajowe i  dla księży).

       

      Oficjalną walutą jest zloty (jedno euro to mniej więcej 1200 zloty), kantory wymiany walut znajdują się na każdej ulicy, choć trzeba powiedzieć, że na wsi preferuje się handel wymienny (dziewczęta i chłopcy zrobią wiele za gumę do żucia lub czekoladę, jednak trzeba pamiętać, że za seksturystykę grożą minimum trzy lata w klasztorze, podczas których mnisi wykorzystują więźniów jak chcą).

       

      Turystki wybierające się do Polska muszą pamiętać, żeby zakryć włosy chustką i włożyć spódnicę do kostek, gdyż inaczej nie otrzymają wizy.

       

      Czy warto jechać do Polska? Oczywiście, trzy dni w Polska to jak podróż piechotą na księżyc! Niezapomniane widoki, mili ludzie, ciekawe obyczaje i prawdziwa duchowość!

       

      Zatem jeszcze dziś pakuj plecak! Bon voyage! Polska czeka!

       

      (artykuł sponsorowany przez Stowarzyszenie Turystyki Ekstremalnej)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (74) Pokaż komentarze do wpisu „Polska, kraina cudów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 czerwca 2015 17:33
  • poniedziałek, 15 czerwca 2015
    • Duda, Syn Boży

       

      Osobiście nie jestem katolikiem, ale jako człowiek wychowany w kulturze chrześcijańskiej, który kocha bliźniego swego jak siebie samego, muszę stanowczo zaprotestować przeciwko chamskiemu obrażaniu uczuć religijnych 98% narodu. Ryszardzie Nowaku z komitetu obrony przed sektami, dlaczego jeszcze nie złożyłeś doniesienia do prokuratury w sprawie bluźnierczych enuncjacji rodziców prezydenta elekta? Gdzie jesteś i dlaczego nie grzmisz, Tomaszu Terlikowski - czyżbyś był Tomaszem niewiernym?

       

      Wychodzi na to, że jestem ostatnim prawdziwym obrońcą katolicyzmu w tym kraju, bo nawet Fronda.pl nie zauważa rozgrywającego się na naszych oczach dramatu i woli czepiać się Urbana rozrzucającego coś białego z naczynia do lodów czy galaretek na podłogę w największym pomieszczeniu redakcji NIE, gdzie się można normalnie napić w dobrym towarzystwie i nikt tak nie bałagani jak rozbrykany redaktor U.;)  Rzekome hostie tak wzburzyły Frondę, że nie widzi, że się daje robić w, powiedzmy, konia. Gdyby przyjrzała się im bez amoku, dostrzegłaby, że to takie hostie, jak z Urbana biskup (chyba że biskupi chodzą w różowych dresach, jak U. niedawno w Polsacie; co wkurzyło Frondę - na filmik w okienku: http://nie.com.pl/). Mniejsza o to, bo standardowym wyrzekaniem na Urbana frondziaki mydlą oczy reszcie Polski, przykrywając tym, aferę Dudy, bluźnierstwo stulecia!

       

      Czwórca święta... albo zamach

       

      Na naszych oczach rzekomo prawowierni katolicy demolują bowiem dogmaty swej religii. Najpierw któryś z braci Karnowskich stwierdził, że w wyborach prezydenckich przeważył głos Ducha Świętego, który spłynął na Polskę. To jest sugestia dla DŚ podwójnie obraźliwa, gdyż albo Karnowski czepia się, że wagarował podczas pierwszej tury, albo twierdzi, że mocy wystarczyło mu tylko na ten procent z kawałkiem, którym Duda pokonał Komorowskiego.

      Wątek Ducha Świętego podchwycili jednak rodzice elekta, cytuję za telewizją Republika:

       

      Mam nadzieję, że powiew Ducha Świętego, jaki przeszedł nad Polską, będzie trwał dalej (…) - mówił Jan Duda, ojciec. A mama Janina dodawała: Kandydowanie Andrzeja uznaliśmy za wielkie wyróżnienie i misję, zawierzyliśmy wszystko Opatrzności. Nie prosiliśmy o zwycięstwo, ale by Pan Bóg dał najlepsze rozwiązanie. Wierzymy, że syn sobie poradzi, a wiara góry przenosi. Fakt, że u nas „bez Boga ani do proga”.

       

      I tak od Ducha Świętego przechodzimy do drugiej osoby w Trójcy Świętej, czyli Pana Boga, czyli Ojca, który według ojca A. Dudy: Pan Bóg wskazał na naszego syna.

       

      Symptomatyczne, że nikt nie wspomina o trzeciej osobie TŚ, czyli Synu. Jezusa Chrystusa nikt na razie do wyboru Andrzeja Dudy na prezydenta nie miesza. Niepokojąco w tych okolicznościach zaczyna brzmieć kolejne oświadczenie Janiny Dudy: Pan Jarosław Kaczyński jest politycznym ojcem mojego syna.

       

      To odważne oświadczenie matki, która przynajmniej politycznego ojcostwa nie przypisała Duchowi Świętemu, rodzi jednak pewne wątpliwości natury teologicznej. Kim jest właściwie zesłany przez DŚ i wskazany przez Pana Boga Andrzej D.? I jaką rolę pełni tu prezes?

      Na logikę: albo prezesa dokooptowali do TŚ, albo kogoś z niej wysiudali (wiadomo kogo). Choć jest i trzecia możliwość: elekt jest Synem Bożym. To raczej nie jest koncepcja, którą poparliby prawdziwi katolicy, a jednak w tej sprawie milczą.

       

      Królestwo z tego świata

       

      Uprzedzam, że ja się na tym nie znam, ale Andrzej D. na pierwszy rzut oka nie wygląda mi na zbawiciela. Na przykład pierwowzór marudził, że jego królestwo nie jest z tego świata, a D. obiecał wszystkim wszystko i to na przyszły tydzień.

       

      Ale ja jestem niedowiarek. Nie ze mną te numery, Mateusz: Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

      Widzę bowiem dobrze i za cholerę nie wierzę.

      Poza tym dobrze wiem, kim jest princeps huius mundi (książę tego świata) i jakże piękne może przybierać oblicze.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (105) Pokaż komentarze do wpisu „Duda, Syn Boży”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 czerwca 2015 17:37
  • niedziela, 14 czerwca 2015
    • „Czterej pancerni wyklęci” i „Pies kleryka”

       

      Są niestety jeszcze w naszej ojczyźnie Polacy, których z ręką na sercu nie możemy nazwać prawdziwymi patriotami. Ich patriotyzm jest wątły i oklapły, nie wpłynęła nań pobudzająco nawet elekcja nowego pana prezydenta. Tak być nie może: żeby Polska była Polską, podkreślmy, Polską zadowoloną i dumną z Polaków, a nie jakimś tam kondominium, patriotyzm musi być wielki, gorący i twardy.

       

      O ile starsze pokolenia nie mają z tym raczej problemów, pewne obawy budzą młodsi, którym często – jak to mówią – wszystko wisi. O nich musimy zadbać przede wszystkiem, im ruszyć na pomoc, patriotyzm w nich wzniecając, wzmagając i podniecając. Lewactwo, pornografia i gender pustoszą młode umysły, serca i organizmy, trzeba walczyć z tym wszystkimi możliwymi sposobami, a same piosenki Kukiza i łuk triumfalnie napięty między brzegami Wisły autorstwa Jana Pietrzaka mogą nie wystarczyć. Musimy rzucić na rynek medialny patriotyczny odpowiednik viagry, biało-czerwone lekarstwo na tumiwisizm kosmopolitów i obojętność zabłąkanych, chorych i przez to niewydolnych patriotycznie baranków i owieczek.

       

      Lansuj, kto w Boga wierzy!

       

      O tym, że patriotyzm jest trendy, musimy przekonywać na co dzień w każdej dziedzinie życia: w modzie, literaturze, filmie, telewizji, motoryzacji, kuchni, etc., itp. Polskie nie tylko jest lepsze od innego, ale i od innego inniejsze, czyli ciekawsze, a przy tym mądre, bo tradycyjne i naturalne, a jak naturalne, to naturalnie zgodne z prawem naturalnym! Polska powinna dostać Nobla, Pulitzera i wygrać Eurowizję za samą polskość! Taki pogląd powinni wśród narodu upowszechniać ambasadorowie polskości, najlepsi z najlepszych, prawdziwe autorytety. Ryba naprawia się od głowy, więc przykład musi iść z góry. Dlatego proponuję, żeby nowa polska klasa polityczna ubierała się po polsku, a nie w jakieś zachodnie badziewie.

       

      Niech prezydent-elekt nosi strój polski i szlachecki: żupan, kontusz (pas kontuszowy nie słucki, bo to teraz Białoruś, ale cóż za problem odtworzyć słynną manufakturę w Kobyłce w ramach reindustrializacji państwa?), hajdawery lub szarawary, na głowie kołpak z czaplimi piórami, do boku karabela! Na widok takiego prezydenta Putin przypomni sobie Polaków na Kremlu i zmięknie mu rura (choćby z gazem). Za prezydentem jak za panią matką posłowie i rząd, premier może być w sukmanie, aby zaznaczyć łączność z ludem – taki Kościuszko. Dyplomaci koniecznie w strojach husarskich, zbroje ze skrzydłami powinny zrobić furorę, szczególnie w ONZ. Armię ubrać jak naszych pod Grunwaldem – zrenacjonalizowane polskie huty muszą mieć zamówienia, kawaleria pancerna pozwoli nam uniezależnić się od jakichś tam francuskich karakanów.

      Polski strój wśród młodzieży mogłaby propagować pierwsza córka RP – w jupce i kołpaczku zakasowałaby na jutubie Baśkę Wołodyjowskiego, nie mówiąc o tej miernej szafiarce od Tuska.

       

      Polak Polakowi po polsku

       

      Nie wystarczy pokazywać, że taki Sikorski na obcych nam kulturowo ośmiorniczkach wyszedł jak Zabłocki na równie obcym nam mydle, trzeba przykładów pozytywnych. Bułka z bigosem zamiast hamburgera i barszcz zamiast pedalskiej coli w sieci restauracji McKowalski – ambasadorem polskiej diety będzie Marian Kowalski z Ruchu Narodowego, po nim widać od razu, że po naszym jadle można być pięknym i inteligentnym.

       

      Inne nasze powiedzenie mówi, że jak się baby nie bije, to jej wątroba gnije – żywym dowodem na to może być asystentka prezydenta Dudy, piękna pani Magda Żuraw rozumie bowiem surowe islamskie prawo, które skazuje na kamienowanie niewierne żony. Działaczka PiS mogłaby być twarzą kampanii, która zatarłaby w pamięci narodu niesławną lewacką prowokację z billboardami, na których widniała jakaś lesba z podbitym okiem, która przesoliła zupę i dostała za swoje. Plakaty z panią Magdą opatrzone byłyby polskim hasłem: Dostałam wpierdol od swojego chłopa – jestem szczęśliwa! Polecam!

       

      Można to połączyć z kampanią promującą wielodzietność, w której zamiast diabelskiego in vitro każdy chętny mógłby adoptować kolejne dziecko JKM, a Terlikowska mówiłaby w reklamie telewizyjnej o mężu : Mój ci on, króliczek! Profesor Chazan z kolei z uśmiechem zapewniałby młode matki: ze mną wszystko urodzisz (muzyczka z Rosemary's Baby)!

       

      Wśród rolników głosujących na Dudę i Kukiza należy natomiast lansować staropolską modę na płacenie kościołowi dziesięciny – w końcu domagali się zmiany. I niech Bogu dziękują, że dostaną tylko taką, bo dla innych przywróci się pańszczyznę – trzy dni w tygodniu czyn społeczny na rzecz państwa (lub dzierżawcy), dwa dla plebana.

       

      Kultura i sztuka, głupcze!

       

      Pozytywny obraz Polaka i polskości musi przedrzeć się do masowego odbiorcy przez zachodnie miazmaty. Nie znaczy to jednak, że w propagandzie polskości nie powinniśmy korzystać z judejsko-amerykańskich patentów – cel uświęca środki. Pokonamy wroga jego własną bronią. Twórcy naszych komiksów muszą stworzyć sarmackiego supermana – SuperPolaka, który w stroju krakowiaka i górala zwalczałby zło, czyli lewactwo, pokonując w każdym odcinku demoniczną Conchitę Wurst-Michnik, wcielenie Gendera.

       

      Kręcone za PRL-u „polskie” seriale, które do tej pory mieszają Polakom w głowach, trzeba nakręcić od nowa: niech powstaną „Czterej Pancerni Wyklęci” oraz „Pies Kleryka”(zamiast komunistycznego Cywila), „Podróż za jedną modlitwę” i budująca „Kariera Andrzeja Dudy”, która zastąpiłaby demoralizującą i antypolską „Karierę Nikodema Dyzmy”.

       

      Niech Wajda odkupi swoje winy i dokręci szczęśliwe zakończenie „Kanału”, przemontuje „Ziemię obiecaną”, żeby nie było tam tylu Żydów i Niemców, może zasłuży tym, żeby roznosić kawę na planie filmu o zamachu w Smoleńsku!

       

      Dlaczego książka naszego noblisty Sienkiewicza, opowiadająca o losach polskiego rycerza i tryumfie polskiego oręża, do tej pory nosi tytuł „Krzyżacy”? Przecież z sensem powinno być „Polacy”!

       

      Czyż „Polsko, ojczyzno moja...” nie brzmi normalniej od jakiejś Litwy? Czy kapitan Kloss nie powinien chodzić w polskim mundurze? Czy pan Twardowski nie był pierwszy na księżycu?

       

      Tak, tak, Polsko. Mamy się czym pochwalić, tylko jesteśmy nieśmiali. Trzeba nam przywrócić ducha szwoleżerów spod Somosierry, gdzie do dziś rosną czerwone maki na mogile Jasieńka, który padł widząc wioski słomiany dach, a koledzy go nie żałują, jeszcze końmi go tratują!

      Tak że do roboty! Niech wszyscy złapią bakcyla patriotyzmu! Słodko jest głupieć dla ojczyzny.

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (87) Pokaż komentarze do wpisu „„Czterej pancerni wyklęci” i „Pies kleryka””
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 czerwca 2015 20:38