MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • poniedziałek, 20 kwietnia 2015
    • Ajpod srajpod*

       

      … czyli autor w obronie Macierewicza

       

      Proszę państwa, tak nie można. Dajcie człowiekowi żyć. Pan Antoni stał się obiektem żartów tak powszechnym, że niedługo wygryzie z dowcipów babę, która przychodzi do lekarza. Baba na bezrobociu, a Macierewicz byczy się w szpitalu – nie o taką Polskę walczyłem. Apeluję: odpieprzcie się od pana Antoniego, nie chodźcie na łatwiznę, spróbujcie iść na przekór trendom i pośmiać się z tych, którzy śmieją się z niego. Na pochyłe drzewo każda mainstreamowa koza skacze, ale spójrzmy kozie głęboko w oczy i zapytajmy: czy to ładnie, kozo, tak skakać? Co masz, kochana kozo, za uszkami? Pamiętajmy, że skakała kózka, skakała, dopóki jej ucha nie urwali – czy jakoś tak. W kontekście zamachu na smoleńską katastrofę nie wystarczy powiedzieć: wysoki jak brzoza, a głupi jak koza, bo to nie jest żaden argument. Dlaczego pan Antoni ma się znać na katastrofach lotniczych? na wybuchach? na brzozach satelitarnych? Gdyby się na tym wszystkim znał, zatrudniliby go w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, a przecież tam nie pracuje. Więc o co te pretensje?

       

      „Nutki wolą...

       

      … tańczyć solo, ale wiedzą do re mi fa sol la si, że to pachnie samowolą i że chór najlepiej brzmi” - pisał Wysocki, a jego diagnoza jest ciągle aktualna. Dopadła mnie ta melodia przy lekturze felietonów i komentarzy na temat smoleński. Rocznica + rok wyborczy + nowy odczyt nagrań z kokpitu spowodowały, że piszą o tym wszyscy. Jak wszyscy, to ja nie – generalnie mam taką ambicję, bo szkoda mi czasu na wałkowanie oczywistości. Dwieście pięćdziesiąty tekst na temat Smoleńska, nawet jeśli pisany jest z zapałem i świeżością Hartmana (świeżością stosunkowo świeżo upieczonego felietonisty, który ma rzadką i dobrą manierę nazywania rzeczy po imieniu), jest potrzebny jak wspomnianej kozie Tupolew. Ale czasem tematu powszechnego uniknąć się nie da.

       Tu w komentarzach pojawiły się ostatnio insynuacje, że ja jestem dobrym człowiekiem. Jakże się mylisz, droga @ju-li1! To pozór, w istocie jestem jak zły żul, który wyczekuje pod monopolowym sklepem z wysokoprocentowymi tekstami, żeby natłuc jakiegoś Bogu ducha winnego autora, który ośmiela się wystawiać swe produkty w oknie na widok publiczny. Przy czym, jako zawodowy banderowsko-żydowsko-cyklistyczny degenerat, nie rzucam się na silniejszych (jeszcze taki odda), ale na słabszych – słabsi mnie osobliwie pociągają. Niemniej minimum jakiejś przyzwoitości posiadam, dlatego rzadko bijam tych chorych na "niepokorność" z „prawicy”, najbardziej lubię lać „swoich”. To z wyrachowania, bo ja leję w celach leczniczych, a u pierwszych na kurację za późno, dla drugich jest jeszcze nadzieja.

       

      Zatem stoję ci ja dziś pod tym sklepem, rozglądam się w poszukiwaniu ofiary, ziewam jak Smok Wawelski na uroczystościach rocznicowych, tracę już nadzieję na rozrywkę, aż tu patrzę – idzie redaktor Jacek Krywko z „Gazety Wyborczej”. Idzie i głośno boleje nad swym losem...

       

      http://wyborcza.pl/1,75968,17778235,Jak_posel_Macierewicz_wciagnal_mnie_w_smolenska_mgle.html

       

      Bolejący nad swym losem głośno – spytajcie wiktymologów – sami pchają się na ofiary. Grzech nie skorzystać.

       

      Dziecko nowych technologii we mgle

       

      Nad czym tak redaktor K. boleje? Ano nad tym, ze Macierewicz wciągnął go w smoleńską mgłę. Niecny czyn ten nastąpił z powodu tego, że poseł nie pojmuje tekstu i na podstawie mylnej interpretacji skierował doniesienie do prokuratury, że biegli, którzy sporządzili uzupełniony stenogram z wiadomego kokpitu, popełnili fałszerstwo. Wiadomo – nikt zdrowy na umyśle nie chciałby się znaleźć w jednej, tym bardziej smoleńskiej, mgle z posłem M. sam na sam, więc Krywko się opiera. Usiłuje się wyrwać z mgły i rąk posła. Wyrywa się tak desperacko, że w obronie, jego zdaniem, koniecznej chwyta się brzydko, żeby nie powiedzieć: jak hipokryta oraz źle wychowany nieuk.

       

      Wyjaśnijmy, że inkryminowany materiał był wywiadem ze światowej sławy specjalistą w dziedzinie akustyki, który ukazał się tuż po publikacji uzupełnionych stenogramów i dotyczył w sumie szczegółów technicznych metod badawczych, nie odnosił się w żaden sposób do treści stenogramów i jej nie podważał, lecz został opatrzony na internetowej stronie „GW” wyjątkowo niefortunną zajawką, na widok której każdy fan zamachu czuł przyjemne mrowienie w odpowiednich strefach ciała. Po co K. ten wywiad zrobił? Pewnie czuł jakiś przymus moralny, a może i odpowiedzialność za kraj. Jak wszyscy o nagraniach, to on też, ale profesjonalnie i technicznie. Tymczasem wyszła – za przeproszeniem – kolejna rozgotowana parówka, którą zespół Antka połknął i przetrawił na ente doniesienie do prokuratury.

       

      K. dziwi się temu niepomiernie. Tłumaczy, że nie to miał na myśli i nie to napisał, a już zupełnie się nie spodziewał, że z niego zrobią parówkę. Czyli – rżenie głupa.

      Prześledźmy ten proces dokładnie, pokonajmy cały przewód pokarmowy od wejścia do wyjścia, a nawet – idźmy kawałek dalej śladami parówki.

       

      Krywko zaznacza, że obce mu są polityczne wojny starych dziadów, że należy do pokolenia, które za PRL-u chodziło do przedszkola i że na pierwszą komunię dostał komputer, a nie rower. Pierwsze ma go uniewinnić od ewentualnych zarzutów współpracy z SB, drugie zaś pokazać, że 66-letni Macierewicz jest człowiekiem zacofanym technologicznie, dziadygą z epoki rowerów i zegarków „Pobieda”. Nieporadność redaktora, polegająca na tym, że myśli, iż przedszkole go uchroni przed zarzutami o resortowe pochodzenie, rozczuliłaby chyba samą redaktor Kanię, gdyby miała okazję go „zlustrować” po swojemu. Z kolei budowanie związku między znajomością techniki a wiekiem obraża wielu noblistów starszych od Macierewicza, żeby nie wspomnieć o takim zwykłym profesorze Żyliczu, rocznik 1923, który na temat katastrofy wypowiada się nad wyraz kompetentnie. Krótko mówiąc: 31-letni gówniarz suponuje bezczelnie, że ludzie po 60. nie mają pojęcia o czymś bardziej technicznie skomplikowanym od roweru. Co to jest za argument? To nie jest żaden argument. A ściślej: przejaw bezczelnego poczucia wyższości gówniarza nad staruchami.

       

      Dlatego właśnie red. K. otrzymuje ode mnie rysunek Mleczki, z którego pochodzi tytuł mojego wpisu, na ten temat:

      * http://vignette3.wikia.nocookie.net/wykopedia/images/2/24/Ajpod.jpg/revision/latest?cb=20090707064850&path-prefix=pl (sorki, czemuś nie łapie, trzeba kopiować albo "ajpod srajpod" wpisać w wyszukiwarkę)

       

      Dzieckiem w kolebce czytywał „New York Timesa”

       

      Pokrzywdzony przez M. tak mocno zaznacza swoją młodość i to, że absolutnie nie uczestniczy w sporach „ojców i dziadów”, że aż popada w śmieszność. Z jednej strony wypomina Macierewiczowi czarno-biały podział świata, gdzie TVN i „GW” to samo zło, z drugiej strony pisze, że dla niego wzorem profesjonalizmu jest „New York Times”. Rozumiem zatem, że jego własna gazeta nie jest godna przywoływania jako wzór, a przyszły redaktor, po otrzymaniu na pierwszą komunię komputera, oddawał się lekturze „NYT” i „Washington Post”. Kto wie – może i tak było, redaktorze Krywko, ale gdyby pan był nieco bardziej zorientowany w historii, która działa się już za pańskiego życia, a od której tak się pan „odcina”, to wiedziałby pan, że takie oświadczenia bywają zabawne, choćby przez skojarzenie z słowami Wałęsy, który przysięgał, że wychował się na paryskiej „Kulturze”.

       

      Wykorzystany brutalnie, niewinny i zdziwiony Krywko deklaruje, że rozumie i popiera ideę zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, że „nie widzi w niej niczego szalonego” (w tych jego słowach nie ma ironii). I tego już święty, a ja święty nie jestem, by nie wytrzymał. Ja już nie wspomnę o tym, że postać Antoniego Macierewicza, co najmniej od chwili przedstawienia swojej oszczerczej wobec tysięcy niewinnych „listy agentów” w 1992 roku, jest symbolem fanatyka, który fakty ma za nic oraz dobro państwa i jednostek zawsze poświęca dla korzyści politycznych – to mogło pierwszej naiwnej Krywce umknąć, gdyż w „NYT” o tym pewnie nie pisali. Ale przez pięć ostatnich lat redaktor chyba był w Polsce i śledził „dokonania” poselskiego zespołu? Jeśli tak, to chyba sobie zdaje sprawę z tego, że nie chodzi jego twórcom i uczestnikom o żadną prawdę, lecz o to, by mieć machinę do miotania pocisków w politycznych wrogów. Pociski te robią: Piijiii, bziuuu!”, co brzmi równie wiarygodnie jak dziecinne tłumaczenia Krywki, że on tylko napisał, a wiadomo, że „redaktor pisze, a diabeł teksty nosi” (do prokuratury).

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (43) Pokaż komentarze do wpisu „Ajpod srajpod*”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 kwietnia 2015 16:59
  • niedziela, 19 kwietnia 2015
    • Europa myśli po rosyjsku

       

      Wolny świat przegrywa wojnę propagandową z Rosją. Co więcej – nie widzę żadnych realnych szans na zwycięstwo. Mimo pozornego ożywienia w kwestii zwalczania kremlowskiej propagandy totalnej, brniemy od klęski taktycznej do katastrofy historycznej. To nie retoryczna przesada, bo stawką w tym konflikcie są dusze Europejczyków, jest kształt polityczny, gospodarczy i kulturowy kontynentu, a właściwie świata. Taką wartość ma Ukraina, najważniejszy obecnie teatr „wojny cywilizacji”, ważniejszy strategicznie, twierdzę z głębokim przekonaniem, od efemerycznych kalifatów czy innych Korei Północnych, będących w gruncie rzeczy, patrząc obiektywnie, członkami tej samej wielkiej koalicji antywolnościowej, godzącej w sens i osiągnięcia cywilizacji Zachodu, ale słabszymi od autorytarnej, atomowej i imperialnej Rosji Putina (oczywiście w perspektywie historycznej nie słaba i anachroniczna Rosja może być zwycięzcą, lecz Chiny i ich „way of life”, ale na razie mniejsza o to).

       

      Farsa zmienia się w dramat

       

      Od listopada 2013 roku (początek Majdanu) trwa ofensywa rosyjska we wszystkich rodzajach mediów, która ma narzucić kremlowski punkt widzenia, zohydzić Ukrainę i dezawuować oraz zastraszać każdego przeciwnika Putina. Służą temu oficjalne media rosyjskie, sponsorowane politycznie i finansowo media zachodnie i legiony trolli publicystycznych, politycznych oraz piszących komentarze na forach internetowych.

      Rosyjski przekaz, płynący do zachodniej opinii publicznej, w odróżnieniu od przekazu wolnych mediów, jest spójny i jasny. Jego atrakcyjność polega na tym, że odwołuje się do prostej jak cep zasady: Nasza jest dobra, wasza być gejonaziżyd. Jego twórcy nie dzielą włosa na czworo i nie przejmują się faktami, każda bzdura jest dobra, ilość informacji przechodzi w jakość (bo innych nie ma). Na forach zaś dąży się do wyeliminowania wszelkimi sposobami opinii przeciwników, choćby poprzez właśnie ilość komentarzy prorosyjskich (wprost lub obiektywnie) – na wielu polskich po prostu nie ma już innych postów, są tylko takie.

      Jak powszechnie wiadomo, stoją za tym istne „fabryki trolli”, zajmują się tym przemysłowo tysiące opłacanych przez Kreml mieszkańców Rosji i Europy, a dorzucić do tego trzeba masę ochotników – pożytecznych idiotów i wielbicieli zamordyzmu, którzy w sieci są nadreprezentowani i aktywniejsi od „normalnych”.

      Na początku było to nawet zabawne – wysyp wielbicieli Armii Czerwonej i Stalina, szczególnie w Polsce, był zjawiskiem tak absurdalnym, że aż śmiesznym. Rozsądek podpowiadał – to się u nas nie może udać, to za prymitywne i zbyt oderwane od historii, od faktycznego nastawienia opinii publicznej. Tymczasem podobnym językiem nagle zaczęli mówić politycy, jedni w wersji „soft”, czyli „nie bądźmy rusofobami, bądźmy realistami i pilnujmy własnych interesów”, albo „hard”, czyli „Putin ma rację” lub „Ukraina najbardziej nienawidzi Polski, to nasz wróg” (absurd, kłamstwo i ohyda, wypowiedziane głośno przez JKM, ale i inni to mówią, prawie nikt z tym nie polemizuje).

       

      Osobnym nurtem jest „ruch na rzecz pokoju i niezaangażowania”, spełniający rolę podobną do sponsorowanych przez Sowiecję inicjatyw „antywojennych” z czasów zimnej wojny. Działanie tego typu ułatwia powszechne trwanie kłamstwa na temat konfliktów typu Korea czy Wietnam, gdzie w pamięci przeciętnego odbiorcy to USA były agresorem, a nie ZSRR (to wielki sukces propagandy sowieckiej, teraz mamy powtórkę z rozrywki – na tej samej zasadzie przerabia się konflikty współczesne, z ukraińskim na czele). Tymczasem było dokładnie odwrotnie, ale to już trzeba wiedzieć, wiedza zaś to towar okrutnie deficytowy, w dodatku i tak ma mało amatorów.

      Rząd zachowuje się „politycznie”, czyli z jednej strony coś tam robi na rzecz Ukrainy (inna sprawa to realność, skuteczność i sens tych działań, w dodatku faktycznie niektóre z nich są antyukraińskie – postępowanie z uchodźcami, polityka i praktyka wizowa, dostęp do rynku pracy, regulacje dotyczące wysyĸi darów typu kamizelki czy hełmy, etc.), a z drugiej wypuszcza harcowników typu Schetyna, który prowokuje na poziomie wpisów na Onecie gadaniem o wyzwalaniu Oświęcimia przez front ukraiński, co szanującemu się szefowi MSZ nie uchodzi (w porównaniu z tym sztubackim numerem, opowieści rozbiorowe Sikorskiego miały głęboki sens i realne podstawy), z trzeciej zaś pani premier konsekwentnie małpuje pana Chamberlaina w wersji Matka Polka z XXI wieku, trując na okrągło o tym, że „pokój zawsze lepszy jest od wojny”. Ostatnio zrobiła to w Bolonii na grobach żołnierzy Andersa. Niepomna, że czasem, mimo naszych najszczerszych chęci, ktoś ma nasze pokojowe nastawienie w dupie i po prostu na nas napada. Skutkiem właśnie takiej sytuacji jest cmentarz, na którym swe szlachetne banały wypowiadała do żyjących jeszcze ofiar agresji Hitlera i Stalina, które walczyły po ucieczce z „nieludzkiej ziemi” w II korpusie. Donieccy „separatyści”, droga pani premier, grożą zajęciem tych samych ziem, które wtedy należały do II RP, a dziś do wolnej Ukrainy.

       

      Zatem mamy do czynienia z olbrzymimi sukcesem kremlowskiej „narracji”: nie mówimy właściwie o zagarnięciu Krymu, ciągle „zbieramy dowody na obecność wojsk rosyjskich w Donbasie”, gdzie „konfliktu nie można rozwiązać militarnie” (a niby dlaczego? Rosja walnie w nas rakietą? g... prawda), dozbrojenie ofiary napaści w broń służącą do obrony jest „kontrowersyjne i ryzykowne”... i tak dalej, i tak dalej w tym guście. Za to straszy się ukraińskim nacjonalizmem i UPA, co jest o tyle zabawne, że kandydat żydowskiego pochodzenia na prezydenta Ukrainy Rabinowicz zgarnął więcej głosów od naczelnych „faszystów” razem wziętych, gdyż on sam miał 2.25%, a Tiahnybok ze Swobody 1.3, natomiast szef Prawego Sektora Jarosz 0.7 - to pokazuje prawdziwą skalę „banderyzmu”, o którym bredzą na okrągło kremlowskie pacynki (Rabinowicz traktował swoją kampanię z pewnym dystansem – uruchomił stację radiową, w której opowiadał dowcipy...).

       

      Gaszenie pożaru szklanką wody

       

      Jak na to reaguje UE? Już półtora roku od rozpoczęcia wojny propagandowej, kiedy straty są właściwie nie do odrobienia, nasz Tusk zapowiada walkę na tym froncie i powołanie zespołu do spraw komunikacji, który ma dać odpór łgarstwom Putina. Jednocześnie mówi, że w ogóle nie ma mowy o utworzeniu jakiejś telewizji, która odkłamywałaby w spójny sposób te łgarstwa, a zespół będzie powstawał do czerwca br. pod kontrolą pani Mogherini, szefowej dyplomacji UE. Będę niesprawiedliwy, ale to trochę tak, jakby na czele komisji Laska, zajmującej się zwalczaniem kłamstw oszołomów smoleńskich, postawić Antka M. Pani M. nie jest może agentem Kremla, ale to gołąbek pokoju, który ma gdzieś Ukrainę, zależy jej na „normalizacji” stosunków, a nie na żadnej konfrontacji informacyjnej czy ideologicznej z putinizmem (jest Włoszką, patrzy na południe, nie na wschód). Poza tym sam sens istnienia takiego zespołu, którego bronią będę jedynie – jak można zrozumieć – komunikaty do mediów, jest wątpliwy, to samo robią ochotnicy w sieci, i to pewnie skuteczniej od biurw unijnych, a na pewno szybciej od nich i taniej.

       

      Deklaracja Tuska, że o powołaniu żadnego odpowiednika RT, czyli jakiejś Europe Today, nie ma mowy, ucina drogę do skutecznej walki UE z rosyjską propagandą nie tylko na naszym terenie, ale i w samej Rosji, gdzie ludzie stumanieni są tysiąckrotnie mocniej. O tego typu stacji marzyły, doskonale widzące jej potrzebę, kraje bałtyckie, zagrożone bezpośrednio, a także Ukraina i wielu Polaków, Rumunów czy Skandynawów. Sytuacja wygląda tak, że ci, którzy by chcieli i być może pokonali strach przed odwetem Putina, nie mają na to pieniędzy, a ci, którzy mają pieniądze, za nic nie chcą go prowokować. Wszystko więc zostaje po staremu, czyli w rękach istniejących mediów publicznych i prywatnych, dla których zwalczanie rosyjskiej propagandy nie jest żadnym priorytetem.

      Pozostaje wierzyć w zapewnienia „naszego człowieka” w Brukseli, czyli Jerzego Pomianowskiego, dyrektora Europejskiego Funduszu na rzecz Demokracji, który ostatnio zapewniał, że Unia będzie wspierać media już istniejące w walce z propagandą. Już sobie to wyobrażam: powstanie kilka filmów dokumentalnych, które zgarną może i jakieś nagrody, ale puszczane będą w godzinach nocnych na kanałach tak niszowych, że normalny człowiek w życiu ich nie zobaczy.

      Swoją drogą: Polska stworzyła Biełsat, stację walczącą z reżimem Łukaszenki, a Europa nie jest w stanie zrobić niczego nawet w takiej skali dla Rosji.

      Dwoma słowami: dupa zbita.

      Rosja może sponsorować jawnie skrajne partie polityczne, destabilizujące poszczególne kraje UE i dążące do jej osłabianie, jeśli nie wręcz likwidacji, może przy pomocy mediów szerzyć kłamstwa i wzniecać nienawiść, a my mamy grzecznie to łykać, żeby misiu się nie denerwował, bo jeszcze nas zje, robienie kupy na środku salonu mu wybaczymy - w imię pokoju jako takiego.

      To gorsze niż zbrodnia, to błąd.

       

      Ameryka pozorna

       

      W mitologii kremlowskiej zły duch to USA. Amerykanie zrobili Majdan, atakują Rosję i tylko czyhają, żeby zakazać żreć tarankę i kiszoną kapustę, zagarnąć rosyjskie bogactwa naturalne, czyli złoto, diamenty, ropę, gaz, rudy metali oraz ładne Rosjanki. Bardzo chciałbym, żeby tak było (z wyjątkiem taranki i kapusty), ale to bzdura do kwadratu. Amerykanie nigdy właściwie nie mieli żadnego planu, żeby cokolwiek robić w Rosji po upadku komuny. Najbardziej by chcieli, żeby tam było normalnie i spokojnie, żeby się przestrzenią postsowiecką nie martwić, mieć w Rosjanach rozsądnych partnerów. Żeby Rosja była silna, ale przyjazna, żeby dołączyła do państw „cywilizowanych”. Skończyło się na pobożnych życzeniach, bo działań w tym kierunku żadnych nie podjęto. I tak nadszedł rok 2008, w którym Putin na szczycie NATO w Bukareszcie pokazał kły (szantażując rozbiorem Ukrainy w przypadku jej przyjęcia do paktu), a w kilka miesięcy później dokonał faktycznego rozbioru Gruzji na stałe. Potem przyszedł Obama i „zresetował”, na co Putin zajął Krym i zaczął Donbas.

      Obama za wszelką cenę chce uniknąć konfliktu z Rosją, jego gesty poparcia dla Ukrainy są minimum przyzwoitości, w żaden sposób nie zagrażają Putinowi, wręcz ułatwiają mu rozgrywkę. W gruncie rzeczy sankcje i pomoc „militarna” to gesty dla zachowania twarzy, a nie realna i skuteczna pomoc Ukrainie. Ten problem spadł mu na głowę zupełnie niespodziewanie (nikt nie spodziewał się Majdanu, nikt – dziwne, bo przecież była zapowiadana – nie przewidział agresji rosyjskiej). Do tej pory właściwie pokutuje w USA marzenie o „finlandyzacji” Ukrainy, o czym, bez pojęcia o realiach, jeszcze rok temu gadali Kissinger z Brzezińskim (przeszło mu chyba na szczęście). Teraz już trochę na to za późno, niemniej praktyczna obstrukcja działań republikanów w tym zakresie jasno pokazuje, o co chodzi – o trzymanie się z daleka, w miarę możliwości.

       

      Jednak ktoś, kto pokłada w republikanach jakieś specjalne nadzieje w tej kwestii, nie powinien ulegać złudzeniom – zmiana polityki, obawiam się, byłaby jedynie symboliczna, nie zaś strategiczna.

      Nie ma planu amerykańskiego, tak jak nie ma unijnego.

       No to może chociaż propaganda? - zapyta ktoś obeznany z historią Wolnej Europy/Radia Swoboda, która przecież do dziś działa na ćwierć gwizdka w Pradze. Może Amerykanie odważą się zbudować medium na jej fundamentach, które będzie zdolne podjąć się pokonania neobolszewickiej sieczki, jaką robi się ludziom z mózgów w Rosji i na Zachodzie?

      Wolne żarty, a nie Wolna Europa, szanowni państwo, w Ameryce też nikt nie chce „prowokować” Rosji. Nawiasem, Zeman chyba osobiście eksmitowałby taką instytucję z Czech, gdyby zaistniała, żeby zrobić dobrze swojemu koledze Wołodii.

       

      Marzenia ściętej głowy

       

      Załóżmy optymistycznie, że UE przeznaczy jakieś fundusze na granty na walkę z kremlowską propagandą i że będą one dostępne dla mediów, twórców i NGO-sów. Wiecie na czym w Polsce polega problem z grantami unijnymi? Oprócz licznych wad samego systemu grantowego, jest i cymes w postaci „sektorowości”, czyli fundusze płynące dla organizacji zajmujących się działaniami w poszczególnych dziedzinach kontrolowane są przez odpowiednie ministerstwa. I tak: organizacja zajmująca się obroną praw człowieka przed naruszaniem ich przez państwo jest pod kontrolą państwa, które może pod tysiącem pretekstów biurokratycznych finansowanie przerwać lub opóźniać, niszcząc w ten sposób organizację. Normalnemu człowiekowi nie mieści się w głowie, że pieniądze dla obrońców praw więźniów dysponowane są przez służbę więzienną, a dla broniących praw imigrantów i uchodźców – przez straż graniczną, która stara się ich wywalić i nie nie wpuszczać – u nas to norma. Można przypuszczać, że takie granty trafiłyby pod nadzór MSZ-u, więc działania „obywatelskie” musiałby współgrać z linią aktualnego rządu, co grozi parodią. Z przykładami takich numerów mieliśmy do czynienia, gdy granty na „politykę równości płci” dostawały organizacje „walczące z genderem”.

       

      Ale dobrze, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Tyle że ilość takich środków gwarantuje, że nie da się z tym nic sensownego zdziałać – za takie grosze nie zrobi się przecież ani medium, ani think-tanku, ani tym bardziej fabryki „antytrolli”, która zwalczałaby całodobowe fabryki przeciwnika. Nie da się nawet zrobić sieci ochotników, bo do tego potrzebna jest instytucja z budżetem na lata, a nie grant wart 100 tysięcy złotych.

      Rozsądne byłoby chyba, żeby samo państwo asygnowało jakieś liczące się kwoty na obronę swoich obywateli przed wrogą propagandą – ja w każdym razie nie słyszałem, żeby ktokolwiek na ten temat choćby myślał.

      Pozostaje liczyć na pieniądze prywatne, na to, że dysponentom wielkich niepublicznych pieniędzy w rodzaju amerykańskich fundacji czy „szurniętych” miliarderów przyjedzie do głów, żeby coś z tym pasztetem zrobić, czyli sypnąć groszem. Może przy wsparciu niektórych polityków? Jakiś publicysta „Wyborczej” pół żartem pisał jakiś czas temu, żeby amerykańską broń Ukrainie dostarczał Katar, który Rosję ma w głębokim poważaniu, a my mielibyśmy „czyste ręce”. Zatem wizja Saudów czy emira Bahrajnu finansujących walkę z Putinem, prowadzoną przez niezależne organizacje, na które nie mają politycznego wpływu, jest co najmniej kusząca. Tyle że w obecnych realiach fantastyczna.

       

      Na razie pozostaje chałupniczo pisać prawdę. Ostatecznie – póki co nie wiąże się to z jakimiś strasznymi kosztami. Chyba że człowiek nazywa się przypadkiem Niemcow i po nocy szlaja się po Moskwie, ale przecież nikt nas do tego nie zmusza...

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (53) Pokaż komentarze do wpisu „Europa myśli po rosyjsku”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 kwietnia 2015 15:15
  • piątek, 17 kwietnia 2015
    • Syn Romea i Julii

       

      Im dłużej żyję, tym bardziej nabieram przekonania, że jedynym sensowną działalnością dla mnie jest to, co Gombrowicz w Dzienniku opisał na przykładzie odwracania poprzewracanych na plecy żuków, czyli ratowanie życia bezradnym żyjątkom. Gombrowicz miał problem z porzuceniem żuków, których była nieskończoność, żeby nie zginąć samemu. To dylemat każdego niosącego pomoc – proporcje. Jeśli pomaga się ludziom rozłożonym przez życie na łopatki, jak to jest w moim przypadku, bywa jeszcze gorzej, bo żuk z bliska okazuje się Gregorem Samsą z „Przemiany” Kafki. Przy czym nie chodzi tu przede wszystkim o wstręt, jaki czasem wynika z wielkości liczby poddanych przemianie (w bezradnych i potrzebujących) - wszystko bowiem w wielkich liczbach może być wstrętne, męczące i groźne, czy jest to obóz uchodźców, czy schronisko dla zwierząt pełne ślicznych piesków i kotków – lecz o bezradność. Podkreślmy – moją, a nie tych, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia, lecz o tym nie wiedzą. Oni mają nadzieją. Natomiast ja mam pewność, że są już skazani, że NIE DA SIĘ im pomóc. A już zupełnie do luftu, kiedy niby dałoby się, ale się nie daje.

       

      Zbieg okoliczności

       

      Oczywiście, można, może to nawet rozumne, pomagać komuś w godzinach urzędowania, żyć z rozsądnym dystansem do nieszczęść imigrantów i uchodźców, szczególnie nielegalnych, czyli najbardziej wykluczonych spośród wykluczonych. To jednak teoria. W praktyce się nie daje. Każdy ma jakiś próg wytrzymałości. Kiedy kilka lat temu mój próg został przekroczony, musiałem tę robotę rzucić, żeby nie oszaleć, nie wspominając już o tym, że wyżyć z tego trudno, chyba że jest się przy okazji rentierem.

      Pamiętam, że zaczęło się od tego, że do Polski trafiło dziecko wymagające natychmiastowego przeszczepu wątroby (na Ukrainie nie było i pewnie nadal nie ma realnej możliwości przeprowadzenia przeszczepów, jeśli nikt z rodziny nie może być dawcą). Trzeba było się śpieszyć, ale problem polegał na tym, że akurat cały kraj wzruszał się historią polskiego kilkulatka, który również potrzebował przeszczepu wątroby i całe współczucie media skierowały na niego, ludzie słali dary i pieniądze dla jego rodziny. Nie istniały zatem obiektywne warunki, aby pies z kulawą nogą wspomniał w mediach o małym Ukraińcu, który czekał na ratunek w szpitalnej sali, sąsiadującej dosłownie przez ścianę z pokojem, w którym od rana do wieczora kłębiły się ekipy telewizyjne sprawozdające omal na żywo szczęście polskiego chłopca i jego rodziców, dumę i ofiarność lekarzy, dobroć społeczeństwa. Na przeszczep dla cudzoziemca nie było po prostu pieniędzy i nijak ich zebrać w potrzebnym czasie się dało. Taki pech, nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

      Zaznaczam, że do absolutnej większości lekarzy w Polsce nie mam żadnych pretensji, bo w 9 na 10 przypadkach ratują czyjeś życie bez oglądania się na koszty i ponoszą potem tego konsekwencje.

       

      Każdy ma swoje priorytety

       

      Ale bywa i tak, jak w sprawie, po której opadły mi ręce na długie lata. Oto niedługo po historii z wątrobą zadzwonił do mnie zdesperowany konsul ukraiński i poprosił o pomoc, bo ordynator oddziału jednego z podwarszawskich szpitali powiedział mu, że jeśli natychmiast nie zapłaci 50 tysięcy złotych za pobyt nieubezpieczonej Ukrainki, to „przywiezie ją karetką i wyrzuci pod ambasadą”. Kobieta jakiś czas wcześniej została przejechana przez samochód w drodze do, jak myślała, legalnej pracy, ale pracodawca oszczędził na jej ubezpieczeniu i podatkach. Konsul, przyzwoity człowiek, był w sytuacji okropnej: z jednej strony nie chciał wywoływać skandalu, choć był na ordynatora-szantażystę wściekły, z drugiej nie miał żadnych możliwości zapłacenia za pacjentkę, ani prawnie, ani fizycznie, bo jego niewielki budżet w całości wyczerpywała wysyłka nieubezpieczonych zmarłych na Ukrainę.

      Namówiłem natychmiast ekipę telewizyjną z dużej stacji, żeby pojechała ze mną do szpitala. Dla nich taki temat to była gratka. Ordynator pobladł na widok kamery i poprosił mnie samego do gabinetu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, nie chciał zostać bohaterem wieczoru, którego cała Polska znałaby z tego, że starszą panią na wózku inwalidzkim zostawił na ulicy pod ukraińskim konsulatem. Chciał się dogadać, pytał, czego oczekuję. Wytargowałem odroczenie wyrzucenia jej ze szpitala do momentu, kiedy znajdziemy inne miejsce, gdzie mogłaby dojść do siebie. Zgodził się z ulgą. Ekipa nie była zachwycona „układem”, bo wolałaby rozerwać ordynatora na strzępy, ale przejmowałem się tym umiarkowanie. Kwestia priorytetów.

      To jednak wyczerpało mnie kompletnie, wolałem zabrać się jedynie za sprawy legislacyjne, nie mieć do czynienia z żywymi ludźmi, nie patrzeć ofiarom i ordynatorom w twarz.

      Zbieg okoliczności spowodował bardzo niedawno, że znowu musiałem zająć się pracą „na pierwszej linii”. No i mam, co chciałem. Czyli kolejną porcję życiowych historii .



      Kucharz w piekle

       

      Kiedy piszę te słowa, pewien wietnamski kucharz w średnim wieku nie może spać ze strachu przed Strażą Graniczną, która wpadła z kontrolą do baru, gdzie legalnie pracuje i zatrzymała go „do wyjaśnienia”.

      Kucharz ma papiery w porządku, zezwolenie na pracę ważne jeszcze rok, przed Wojewodą Mazowieckim toczy się właśnie postępowanie o przedłużenie jego czasowego pobytu o następny rok, firma płaci podatki i ubezpieczenie. Mimo to strażnicy, korzystając z jego strachu i nieznajomości prawa, dali mu alternatywę: albo podpisze zgodę na „dobrowolne” opuszczenie Polski w ciągu 30 dni, albo go zamkną w areszcie deportacyjnym. Podpisał. Akurat był prima aprilis, ale pieczątka zobowiązująca do wyjazdu w paszporcie Wietnamczyka jest całkowicie serio.

      Oczywiście, kiedy tylko znalazł się na wolności, zaczął szukać pomocy, a my mu napisaliśmy wszystkie stosowane odwołania i czekamy na ich efekt. Z naszego punktu widzenia sprawa jest bezdyskusyjna. Odwołanie do SG i Urzędu do spraw Cudzoziemców poszły listami poleconymi i dla przyśpieszenia tempa faksem. Bo facet jest w rozpaczy, boi się o swój los, wpatrując się w pieczątkę w paszporcie, popada w coraz głębszą depresją, jego pracodawczyni się o niego niepokoi, ale przecież potrzebuje sprawnego pracownika.

      Dlatego kilka dni temu zadzwoniłem do stosownej jednostki SG i kulturalnie poprosiłem o kontakt z osobą, która rozpatruje odwołania. Oczywiście nikt mnie z nią nie połączył, ale zapisano mój numer telefonu i obiecano, że pani, jeśli uzna za stosowne, do mnie zadzwoni. Do tej pory nie zadzwoniła, a kucharz smaży się w piekle niepewności.

       

      Granice miłości

       

      Prawdziwa miłość pokonuje wszystkie przeszkody jedynie w bajkach. W rzeczywistości niejedną miłość wykańczają na amen przepisy Unii Europejskiej, a szczególnie ich interpretacja w Polsce. Otóż jest u nas ze 30-40 tysięcy Wietnamczyków, z czego lekko licząc połowa nielegalnie. Pewien długoletni wiceminister MSWiA, który de facto tworzył i nadal tworzy w praktyce politykę imigracyjną (polegającą na tym, żeby, wbrew zaleceniom demografów, ekonomistów i uczonych innych dziedzin, nikogo do nas nie wpuszczać), ma jakąś antywietnamską fobię, którą wyraża publicznie słowami: „Żadnego małego Hanoi u nas nigdy nie będzie!” (sami Wietnamczycy nie pchają się masowo do Polski, więc gadki o jakimś Hanoi dowodzą jedynie obsesji urzędnika). Właśnie skutkiem jego działań jest, że Wietnamczycy w Polsce nie dostają praktycznie nigdy statusu uchodźcy politycznego, a jedynie ci, których tożsamości nie da się ustalić przez rok, otrzymują tzw. pobyt tolerowany. Człowiek taki nie ma żadnego dokumentu podróży, więc nigdy nigdzie nie może się z Polski ruszyć. Niewielu udaje się otrzymać ten wymarzony i przeklęty jednocześnie pobyt tolerowany, bo trzeba rok odsiedzieć w więzieniu dla uchodźców, a ich tożsamość starają się w tym czasie ustalić służby specjalne, konkretnie bezpieka komunistycznego Wietnamu, która hula po „ośrodkach dla uchodźców” za zgodą i błogosławieństwem polskiego rządu (obojętnie jakiego, PiS czy PO), wyławiając opozycjonistów.

      Pewien wietnamski Romeo nie miał o tym wszystkim pojęcia, kiedy prawie siedem lat temu wyjechał do polskiego raju, obiecując swojej dziewczynie, która akurat zaszła w ciążę, że ściągnie rodzinę, jak tylko się urządzi. Kiedy jego Julia wydawała ich syna na świat, Romeo gnił właśnie za kratami w „polskim ośrodku dla uchodźców”. Wszystko wytrzymał, dostał pobyt tolerowany, ale ze swoją dziewczyną ani synem połączyć się nie mógł w żaden sposób – nie ma żadnego paszportu, Polska nie uznała go nawet za „bezpaństwowca”. Z kolei ona nie miała szans na otrzymanie polskiej wizy. Syn rósł (teraz to śliczny 6-latek), a Julia i Romeo popadali w coraz większą desperację. W końcu ona nie wytrzymała i, nic nie mówiąc swojemu mężczyźnie, zdecydowała się na nielegalną podróż do Polski, dzieciak został u dziadków. Dziewczyna, jak każdy Wietnamczyk w takiej sytuacji, musiała skorzystać z pomocy  przestępców organizujących przerzut ludzi przez zieloną granicę (odbywa się to za zgodą opłaconych funkcjonariuszu wietnamskich, a i pewnie rosyjskich, bo bez ich współpracy rzecz jest niewykonalna, a trasa wiedzie przez Moskwę), zaciągając u nich dług, który będzie musiała spłacić. Wpadła w ręce łotewskich pograniczników i trafiła do tamtejszego ośrodka dla uchodźców. Tyle dobrego, że nie siedzi w więzieniu.

      Sytuacja jest taka: on nie może do niej pojechać na Łotwę (o jej wyprawie dowiedział się dopiero niedawno), a ona ze strachu przed gangsterami i unijnymi służbami w ogóle nie mówiła do kogo i dokąd chciała się dostać. Zatem jej wniosek o nadanie statusu uchodźcy pozbawiony jest właściwie podstaw. Dopiero w ubiegłym tygodniu via ambasada skontaktowaliśmy się z łotewskim urzędem imigracyjnym, więc nie wiemy na dobrą sprawę (odpowiedzi jeszcze nie ma), czy wezmą pod uwagę okoliczności, które podnosimy, czyli rzeczy ujęte między innymi w Konwencji Rzymskiej.

      Czy Romeo i Julia będą mogli połączyć się w Polsce? Zobaczymy. Szanse są nieco większe niż na 6 w lotto.

      Osobną kwestią jest to, czy i kiedy będą mogli połączyć się ze swoim dzieckiem.

      Wszystkich tych kłopotów można by uniknąć, gdyby polskie władze uznały wcześniej Romea za bezpaństwowca i wręczyły mu tzw. paszport genewski lub po prostu wydały wizę matce jego syna.

      Dzięki obsesji jednego człowieka w Polsce troje ludzi z jednej rodziny jest nieszczęśliwych w trzech różnych krajach, nie mogą się połączyć ze sobą, płaci za to Łotwa, a zarabiają jedynie wietnamscy gangsterzy i ubecy. Można Polsce pogratulować. 

      Aha, gdybyście nie wiedzieli - syn Romea i Julii ma na imię Gia Bao.

      Myślę, że Szekspir by się z tego ucieszył.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Syn Romea i Julii”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 17 kwietnia 2015 00:10
  • poniedziałek, 13 kwietnia 2015
    • Dudyści wszystkich krajów - łączcie się!

       

      Przemówienie kandydata na prezydenta RP Andrzeja Dudy wygłoszone na rynku w Pcimiu

       

      Ja, proszę państwa, ja, ja i potem długo nic, najwyżej okrągły, linearny krater smoleński w Katyniu i rozdarte wybuchem parówki oraz zgniecione puszki po biało-czerwonym bólu, który wrósł nam w nasze polskie serca profesora Religi!

      Nie boję się wyznać, że Was kocham. Kocham Was, drodzy państwo, wszystkich bez wyjątku. Taki już jestem krakowiaczek, który cija. I będę cijać Wam samo dobro dzień w dzień, aż mnie pokochacie tak mocno, jak ja kocham Was i prezesa.

      Tu pani z drugiego rzędu zapyta, czy ja kocham też panią premier? Pani się nie boi, ja się nie nie boję, my razem się nie boimy! W kupie, kochani, raźniej! W kupie nie wstyd! Jest nas kupa, której i Herkules nie da rady w tej stajni Augiasza, którą zwą III Rzeczpospolitą!

      Kocham panią premier! Wszyscy ją kochamy! Módlmy się o jej nawrócenie! Nigdy nie jest za późno, chyba że to Michnik!

      Jestem, jak wiecie, prawnikiem, dlatego wam obiecuję, że wszystkich ich pozamykam jako prezydent! Skok na SKOK-i nie wypali. SKOKO, SKOKO, euro koko! - gdacze kogut, który w pałacu prezydenckim nie ma jaj! A my mu na to: piej, piej, na starość torba i Kijów! Kwaśniewski czy Komorowski – to, kochani, ma być wybór?

      Nie możemy nie słyszeć krzyku zarodków wolności mrożonych w szklanym in vitro kondominacyjnej pseudodemokracji, w której nasze wybory są sfałszowane jak piosenki Kukiza!

      Jak genderowa chłopskość Jarubasa czy najnowszy produkt trującego GMO – Ogórek!

      Uwolnijmy naszą energię z polskiego węgla, niech jutrzenka swobody wzejdzie nad przeźroczystą urną wyborczą, a nasze głosy zostaną w niej nie jako popiół, ale jako dyjament – wiekuistego zwycięstwa zaranie!

      Zaśpiewajmy teraz razem Warszawiankę, która, jak wiadomo państwu, zaczyna się od słów „Krew naszą długo leją katy...”

      Razem, kochani, spotkamy się przy urnach! Na Wawel, na Kowno, na Moskwę i na Kijów, Na Berlin, kochani byli członkowie PZPR! Nie będzie brukselczyk dzieci nam walonił ani tym bardziej flamandził! W kontekście Tuska w Brukseli jasne już, czemu TVP promuje postać mecenasa "Kaszuby"! Przypadek?

      Spoza gór i rzek, my ze spalonych miast, gdzie wioski słomiany dach...

      Nie mogę dalej, tak się wzruszyłem, że mi z nosa poleciało.





      P.S. Na portalu Karnowskich pojawił się tekst, w którym jakiś imbecyl pisze, że w kampanii Komorowskiego wykorzystuje się niezależnych blogerów. Tak mnie to wk... urzyło, że aż sam z siebie się wykorzystałem, bo dla tych dziamdziaków niezależny jest tylko ten, kto popiera Dudę.

      Nie popieram Dudy, nie kupuję podróbek, nie jeżdżę na gapę, sprzątam po moim kocie. Powinni mnie pozbawić przynajmniej czynnego prawa wyborczego, bo bierne mi nie grozi.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (100) Pokaż komentarze do wpisu „Dudyści wszystkich krajów - łączcie się!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 kwietnia 2015 13:43
  • niedziela, 12 kwietnia 2015
    • "Skok" w przyszłość

       


      Mądrości w stylu: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” są przeważnie do Nietzschego (autor, autor!), ale nie znaczy to, że nie powinniśmy wyciągać wniosków z fatalnych historii na przyszłość. Tymczasem żyjemy teraźniejszością, z infantylnie pojmowanym hasłem „carpe diem” na ustach – gdy pijany kierowca przejedzie dziecko, chcemy zmienić prawo tak, żeby zabrać mu najlepiej cały majątek i wsadzić za kraty na zawsze, kiedy komuś spadnie na łeb cegła na budowie, oprócz konsekwencji oczywistych, podnosi się VAT na cegły. Tak samo jest z aferą SKOK-ów.

      Na razie KNF, prokuratury, media i politycy żyją nią, opędzić się od tego nie można. PiS kłamie jak najęte, PO zaciera ręce (nie rozumie, że dla twardego elektoratu Kaczyńskiego tak naprawdę to nie ma znaczenia, a dla pozostałych to jeszcze nie powód, żeby dupę ruszyć do urn), a obywatele bulą miliardy na pokrycie strat. Tymczasem same SKOK-i przepieprzają nadal miliony na wytaczanie procesów dziennikarzom, którzy ujawniają prawdę. Głowę dam, że kiedy odbędą się już wszystkie tegoroczne wybory, temat spadnie z pierwszych stron gazet, ktoś tam pójdzie siedzieć, ktoś nie, coś tam zmieni się w prawie albo nie zmieni, ale generalnie nikt, do tej pory przynajmniej nie widziałem, nie zastanawia się nad tym, gdzie tkwi grzech pierworodny i czego nas cała ta afera powinna nauczyć, czyli – paradoksalnie - jakie możemy mieć z niej zyski.

       

      Amatorka to nie zawsze amatorszczyzna

       

      Zanim przejdę do „ad remu”;), muszę uprzedzić, że nie jestem żadnym ekonomistą, ale w tym wypadku to raczej zaleta, a nie wada. Nie jestem wszechwiedzącym fachowcem, ale też nie jestem jak ten ślepy koń, który, startując w Wielkiej Pardubickiej, mówi: „Nie widzę przeszkód”. Widzę je doskonale, śmiem twierdzić, że nawet więcej od ekonomistów. To mi daje jakieś prawo do wypowiadania się na ten temat. Na pewno zresztą większe niż jakiegoś prezesa K., który wyciąga w telewizji biliony z każdej kieszeni i udaje, że one istnieją (bezczelnie parodiując scenę z Wolandem i jego świtą na estradzie teatru Variétés), a publika łyka.

      Po prawdzie do zajęcia stanowiska w tej sprawie skłoniła mnie polemika Tomasza Piątka z felietonem Maziarskiego, czyli rozmowa dwóch laików na temat ekonomii, w której staję zdecydowanie po stronie Piątka, słusznie łojącego swawolnego Wojtusia, człeka przeze mnie lubianego, który jednak w sprawach ekonomicznych bywa jaskiniowcem z korwinozoiku.

      Piątek:

      http://wyborcza.pl/1,75968,17726799,Maziarski_ponizej_pasa__Profesor_mu_nie_podskoczy.html

      Maziarski:

      http://wyborcza.pl/1,75968,17721718,Wyklad_za_stowke.html

       

      Konkurencja dla lichwiarzy

       

      Idea społecznych kas (pożyczkowych), którą poznał i promował z dobrym skutkiem w końcu XIX i początkach XX wieku Franciszek Stefczyk, została przejęta prawem kaduka przez współczesne SKOK-i i doprowadzona do stanu karykaturalnej parodii, zgroza i kryminał zamiast pomocy ludziom, polityczne powiązania, pieniądze na kampanie wyborcze i media. Nie wiadomo, czy z tego kamień na kamieniu zostanie. Natomiast sama idea jest dorzeczna i jak najbardziej ludziom potrzebna. Warta tym samym ocalenia i takiego przekształcenia, aby nie tylko w przyszłości prawnie zapobiec ponownym nadużyciom, ale i twórczo ją rozwinąć.

      Jednym z grzechów SKOK-ów było to, że tzw. chwilówki, czyli pożyczki powiedzmy do 500 złotych, stanowiące gros z udzielanych przez kasy, zgodnie z prawem oprocentowane były kosmicznie, nie tak wprawdzie jak w lichwiarskich firmach, ale i tak dla klientów boleśnie.

      A właśnie walkę z lichwą kasy miały wypisane na sztandarach od samego początku. W Polsce to problem bardzo poważny, mnóstwo ludzi nie ma zdolności kredytowej i nie dostanie w banku tych kilkuset złotych, których potrzebuje natychmiast, więc idzie do lichwiarzy, pół biedy, gdy są to lichwiarze reklamujący się w telewizji (a jeden z nich to putinowski oligarcha), gorzej gdy są to bandziory z ogłoszeń na słupach czy z internetu. Raz na tydzień średnio w mediach pojawia się w materiał o staruszce, która pożyczyła 200 złotych i jej potem zabrali mieszkanie, a ona ląduje na bruku, a do spłacenia ma jeszcze 100 tysięcy. To jest masowy zabór mienia w majestacie prawa. Bezwzględność, skala i szkodliwość społeczna tego procederu wołają o pomstę do nieba.

      Państwo, pojmowane przez właściwie całą klasę polityczną jako liberalny nadzorca, którego kompetencje regulatora powinny być w kwestiach ekonomicznych jak najmniejsze (spadek po szaleństwie neoliberalizmu, trwającym właściwie do dziś), reaguje post factum albo wcale. Ale nie tylko państwo jest tu winne, winni są także obywatele.

      Państwo nie tworzy warunków dla powstania prawdziwej społecznej konkurencji dla lichwiarzy, a obywatelom nie przychodzi do głowy, aby ją stworzyć. Nie ma co w tej sytuacji narzekać na opór wszechwładnego lobby bankowego i tępotę władz, skoro nie ma woli społecznej, żeby się im skutecznie przeciwstawić.

       

      Nanopożyczki

       

      Twórca mikrokredytów, założyciel bangladeskiego Grameen Bank Muhammad Yunus, dostał za swój wynalazek Pokojową Nagrodę Nobla (2006). Instytucje funkcjonujące w oparciu o jego pomysł sprawdzają się doskonale w krajach III świata i udzieliły milionów niewielkich pożyczek. Istotą tego pomysłu jest to, żeby dawać kredyty przede wszystkim bezrobotnym kobietom na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Działalność Yunusa et consortes wcale nie jest charytatywna, odsetki są spore, warunki otrzymania pożyczki często wyśrubowane (ma to zrównoważyć brak zabezpieczeń), ale per saldo setkom tysięcy ludzi pozwoliła wyjść z beznadziei. Nie stali się bogaczami, ale nie trafili między żebraków.

      Oczywiście 100 dolarów w Polsce nie wystarczy na rozpoczęcie biznesu, ale wcale nie o to chodzi. Polska specyfika polega na czym innym, mianowicie na tym, aby wykluczonym z ubiegania się o pożyczki bankowe dać możliwość uniknięcia łap bandytów, którzy z powodu kilkuset złotych wyzują ich i ich rodziny z całego majątku. A zaczyna się przeważnie od tego, że ktoś ma konieczny wydatek rzędy kilkuset złotych (leki, podręczniki dla dzieci, popsuty sprzęt AGD – nie mówimy o „rozbuchanej konsumpcji” i patologiach społecznych), który stawia go przed alternatywą: czynsz albo to, leki albo jedzenie itp.

      Człowiek samotny lub zwyczajnie biedny w obecnych realiach, jeśli chce się utrzymać na powierzchni „normalnego życia”, zmuszony jest do skorzystania z oferty lichwiarskiej, która może w konsekwencji doprowadzić go pod most. Przy czym u nas (nie tylko u nas) dawno istnieje zjawisko ludzi biednych, którzy harują od świtu do nocy, a na życie im nie wystarcza. Nikogo to instytucjonalnie nie obchodzi – mamy wolny rynek zdychania z głodu. Solidarność społeczna jest pojęciem bądź wyśmiewanym jako relikt komuny, bądź skurwionym przez populistów o zapędach co najmniej autorytarnych, albo opędzana wrzuceniem kaski Owsiakowi do puszki, korwinoidy zaś mają innych w dupie oficjalnie i jeszcze się tym szczycą – niepomne, że im w razie czego pisany los ich ofiar.

      Gdyby zaś owa, przytoczona przeze mnie, medialna staruszka pożyczyła 200 złotych i miała szansę je oddać (bo u lichwiarza bandyty nie ma takiej szansy, a lichwiarz „uczciwy” nierzadko doprowadza ją do konieczności wzięcia następnej pożyczki i także pod most)? Gdyby nie musiała oddawać długu z oprocentowaniem 1350% w skali rocznej (to wcale nie maksimum)? Czy od tego zwaliłby się wolny rynek? Kapitalizm zmieniłby się w komunę? Na pewno nie.

      Brakuje zatem prawdziwie uczciwej konkurencji dla bandytów lub żądnych niebotycznych zysków skurwieli, rujnujących dla abstrakcyjnych w gruncie rzeczy wskaźników realne ludzkie byty, niszczących tkankę społeczną, przerabiających zaufanie społeczne na stosunki rodem z wielkiego konsumpcyjnego łagru (jakże słusznie i przesadnie wściekał się na to taki Ezra Pound, który jedynie winnych szukał nie tam, gdzie trzeba). Konkurencji działającej najlepiej non-profit, pro publico bono. Pozostaje pytanie: skąd ją wziąć i jak miałaby działać?

      Rzeczpospolita solidarnych obywateli

       

      Pojechałem z tym śródtytułem? No nie? Już widzę te uśmieszki: utopista bierze się za Science Fiction. Owszem, z własnego doświadczenia wiem, że generalnie to, co zaraz napiszę, to utopia. Ale, wbrew innym utopistom, nie zamierzam jej nikomu narzucać ani zmuszać pod karabinem do wstąpienia w szeregi wyznawców, nawet nie bardzo będę ewangelizował, Szanowni. Wiecie czemu? Bo mam wrażenie, że niedługo już pewne elementy tej „utopii” staną się oczywiste i pożądane dla wszystkich. Alternatywa dla niej już jest niewesoła. Wskazuję jedynie kierunek. Nie w głowie mi zakładanie kościoła pod wezwaniem św. Jacka Kuronia.

      Nie namawiam do wyrzeczeń ponad miarę, do tego, żeby przesiadać się z SUV-a do jakiejś micry, żeby nie żreć tuńczyka czy opłakiwać losy robotnic szyjących ciuchy po ciemku w chińskich obozach pracy. W tych sprawach jest mnóstwo lepszych ode mnie. Mówię jedynie, żebyśmy sprawy w naszym najbliższym sąsiedztwie (dosłownie) chcieli wziąć we własne ręce.

      A moje namawianie w tej kwestii widzę czarno, bo już się sparzyłem w dziedzinie mi bliskiej, czyli, co wiedzą Czytelnicy z pewnym stażem, imigrantach.

      Przed laty moim marzeniem było doprowadzenie do tego, aby sami się zorganizowali. Wiadomo – chodziło mi z powodów rodzinno-osobistych przede wszystkim o Ukraińców. Żeby walczyli o swoje prawa, mówili głośno i w pewnych sprawach jednym głosem. Nie wyszło, w podziałach i egoizmie przypominają dokładnie nas – Polaków. Mniejsza o to, chodzi o pewne doświadczenie finansowe z tych czasów. Otóż polskie urzędy wymagają od np. studentów spoza UE, którzy chcą otrzymać na czas nauki kartę pobytu, żeby przedstawili wyciąg z konta z sumą, która wystarcza na utrzymanie na cały rok szkolny (urzędy czynią to bezprawnie, w ustawie nie ma o tym mowy, ale trudno kopać się z koniem). Oczywiście 99% ludzi na koncie nie ma takiej sumy (a imigranci-studenci nie mają nawet kont), ale potrzeba matką wynalazków. Jeden miał, więc „pożyczał” znajomym na dzień-dwa, czasem byli to całkiem dalecy znajomi, robiło się to na gębę, tylko po to, żeby przedstawić w urzędzie wydruk z konta z potrzebną sumą – jedne 9 tysięcy przelatywało przez konta kilkunastu osób. Urząd wiedział, że to fikcja, ale był zadowolony. Studenci dostawali realną kasę na życie z domu co miesiąc, ale nie przez bank, bo tak taniej.

      Skoro ci „nieużyci” Ukraińcy potrafili tak sobie zaufać, to może i my byśmy spróbowali?

      Są do tego podstawy: w takim banku wspomnianego Yunusa jedynie 5% kredytów jest trefnych.

      Dlaczego by nie spróbować pomóc tej staruszce-sąsiadce, która potrzebuje tych dwóch stów na leki? Tej matce samotnej, która musi kupić dzieciom książki albo zwyczajnie zrobić święta w miarę godne? Temu bidakowi, który ma pracę w ochronie, nie pije, ale ma dwoje dzieci i nijak z 1500 złotych nie stać go na pralkę nową, a stara mu się popsuła?

      Jest kilka możliwości, z których w takiej sytuacji mogą skorzystać odpowiedzialni i solidarni obywatele (nie rozważmy w tej chwili minusów tych pomysłów, bo za mało miejsca, lista zagrożeń i tak jest długa).

      Mogą tworzyć nieformalne sąsiedzkie grupy (na przykład w oparciu o parafie), składające się najlepiej z osób, które same pożyczek nie potrzebują, ale stać je na to, aby wyłożyć po 100 złotych i udzielić na ogólnie przyjętych zasadach pożyczki potrzebującemu sąsiadowi, który za to zapłaci nie jakiś płynny procent, ale stałą kwotę od sta, na przykład 10 złotych od stu za miesiąc, w ciągu którego te sto ma oddać. Rzecz nie w konkretnych sumach, ale w tym, że są mniejsze od ofert lichwiarzy. Okresy spłaty, w zależności od pożyczki (najlepiej maksymalnie 500 zł na dorosłą osobę w rodzinie), krótkie, do trzech miesięcy na przykład, żeby między kolejnymi sytuacjami, które wymagają pożyczki, spłacić już zaciągniętą (wyprawka szkolna – święta). „Zysk” przeznaczony byłby na spłatę zobowiązań podatkowych wynikających z dochodu oraz na podwyższenie „kapitału”. Ponieważ pożyczki udzielano by w kręgu sąsiedzkim, nie otrzymywałby jej osoby niegodne zaufania. Do tego nie trzeba tworzyć żadnej nawet „instytucji”, a i jest pewna gwarancja, że ktoś nieuczciwy z tysiącem złotych nie pryśnie na Bahamy. Opracowanie systemu „gwarancji” jest kwestią otwartą, zawsze w razie czego można odwołać się do sądu, choć zwykle potępienie ze strony środowiska jest wystarczającym zagrożeniem dla ewentualnie nieuczciwego dłużnika.

      Przy większym zasięgu, lokalnym na miarę wsi, miasteczka, osiedla w wielkim mieście, etc., musiałaby istnieć możliwość nadania takiemu przedsięwzięciu osobowości prawnej, jako organizacji non-profit, która, nie tak jak SKOK-i, nie może dawać zarabiać krewnym i znajomym królika – trzeba by wypracować listę zakazów dla takiej instytucji. Skala nie może być zbyt wielka, pieniądze nie za duże, bo ich nadmiar zawsze przyciąga nieuczciwość.

      Inną drogą jest otworzenie przez państwo szansy dla ewentualnych darczyńców, którzy chcieliby sami charytatywnie działać w tym sektorze lub asygnowanie przez państwo własnych funduszy na ten cel – dlaczego sektor NGO nie miałby zająć się dystrybucją takich pieniędzy? To byłaby swoista inwestycja, kto wie, czy nie lepsza od wydatków na opiekę socjalną dla ofiar lichwiarzy?

      Nie wiem, czy moja „utopia” kogoś zachęci do myślenia, że o działaniu nie wspomnę. Wiem jedno: najwyższy czas na to, żebyśmy stali się solidarnymi obywatelami. To nasza osobista racja stanu.

      Tak sobie pomarzyłem na wiosnę:)



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (96) Pokaż komentarze do wpisu „"Skok" w przyszłość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 kwietnia 2015 18:13
  • piątek, 10 kwietnia 2015
    • Nowe Ateny



      W rocznicę katastrofy smoleńskiej mam ochotę schować się do mysiej dziury, ale nie mogę tego zrobić z 11 powodów, po pierwsze: nie mam myszy. Z kolei Behemot nie chce wpuścić mnie pod swój kocyk, pod którym ukrywa się przed oskarżycielskim spojrzeniem Jarosława Kaczyńskiego w swojej kociej kołysce, bo mówi, że mam swoją „kordłę” i pod nią mogę uniknąć widoku kandydata Dudy składającego na Wawelu wieniec z szarfą „kandydat na prezydenta Andrzej Duda” (brakuje tylko listy sponsorów) i sierotki Martusi, która najpierw na Dudę się za to boczy, by za moment stanąć z nim do żałobnej słitfoci wraz z przychówkiem, ale bez męża, gdyż ten podpadł Chazanowi, jako pełnomocnik jego ofiary, i jest dla PiS niefotogeniczny. Gdzie mam się ukryć przed Macierewiczem Antonim, mówiącym jakby nadużywał nitrogliceryny, która jest słodkawa w smaku i dostępna jako 1% roztwór w etanolu? Nitrogliceryna Antoniego M. źle działa mi na serce, a sam etanol to nie rozwiązanie: następnego ranka może skończyć się kacastrofą. Choć kac i tak jest lepszy i tańszy od tupolewomanii, bo szybciej mija i jednak wódka jest tańsza od pomników, których przymus stawiania wszędzie odczuwa chory z urojenia.

      Zatem: dokąd uciekać? Jak zawsze – w lekturę. Skryć się można choćby w internecie.

       

      Chwała Wikipedii!

       

      Pamiętacie, że „Mistrzu i Małgorzacie” dyrektor finansowy teatru Variétés Grigorij Daniłowicz Rimski zawdzięczał ratunek przed przerobieniem na wampira przez Hellę pianiu koguta? Nie darmo tytuł rozdziału temu poświęconego brzmi: Chwała kogutowi! Podobnie autor, któremu nie mierzyć się z Autorem, chce pochwalić Wikipedię, matkę wszystkich prawie erudytów ery internetu, ratującą go w ten dzień przed obłędem. Wikipedia jest dziś odpowiednikiem wiekopomnego dzieła księdza Chmielowskiego, na którego stronie tytułowej widnieją znane słowa:

      Nowe Ateny albo Akademia wszelkiey scyencyi pełna, na różne tytuły, iák ná classes podzielona, mądrym dla memoryału, idiotom dla náuki, politykom dla práktyki, melancholikom dla rozrywki erigowana”

       

      Za mną więc, Czytelniku! Dajmy nura w hasło „10 kwietnia”, całkowicie pomijając słowo „Smoleńsk”, nie bądźmy idiotami, ruszajmy – byle dalej od ziemi przeklętej!



      Wydarzenia w Polsce:

       

      Pies z kulawą nogą nie wspomniał dziś w mediach, że tego dnia w 1525 roku książę Albrecht Hohenzollern złożył na rynku w Krakowie hołd lenny Zygmuntowi I Staremu, a przecież każdy Polak zna słynną kolorową fotkę, stylizowaną na obraz, Jana Matejki „Hołd pruski”, którą reporter krakowskiego „Czasu” przytomnie strzelił ajfonem.

       

      W 1921 roku Piłsudski za bohaterską obronę przed bolszewikami odznaczył miasto Płock Krzyżem Walecznych. Jak się o tym dowiedzą w agencjach reklamowych, na pewno zobaczymy efekt w postaci nowego logo Orlenu, bo przecież Płock to gniazdo koncernu.

       

      W 1999 roku odsłonięto w Łodzi przy Piotrkowskiej 104 rzeźbę „Ławeczka Tuwima”, która – tu zero zaskoczenia – przedstawia Tuwima na ławeczce. Autor rzeźby, Wojciech Gryniewicz, naraził tym samym poetę na to, że każdy się może do niego przysiąść i z nim napić, nie mówiąc o zrobieniu słitfoci, co chyba nie do końca mu w smak, bo to „... mezalians byłby dla psa”.

       

      Na świecie:

       

      W 1633 roku w Londynie w sprzedaży po raz pierwszy pojawiły się banany. Parafrazując słowa nieocenionego księdza Benedykta Chmielowskiego o koniu: Banan jaki jest, każdy widzi. Współcześnie zresztą częściej widujemy banany niż konie. Ale, ale... Wiecie, że banany mają z końmi sporo wspólnego? Nie wiecie? To wam powiem: jedne i drugie wydzielają dwutlenek węgla.

      (Mam nadzieję, że jakimś szurniętym urzędnikom UE i ekologom nie przyjdzie do głowy nakaz redukcji koni i zakaz spożycia bananów)

       

      10 IV 1816 raczył wybuchnąć indonezyjski wulkan Tambora, a dupnął tak, że na całej półkuli północnej nastąpił „rok bez lata” (temperatura latem spadała miejscami w ciągu kilku godzin do minus 30 stopni), co normalnym ludziom przyniosło rozruchy głodowe, śmierć lub konieczność migracji. Natomiast lord Byron i Mary Shelley, wkurzeni nieustannymi deszczami w Anglii, pojechali do Szwajcarii, gdzie Maryśka z nudów napisała „Frankensteina”.

      Z kolei wielki malarz angielski William Turner został w Anglii i namalował dzięki anomaliom pogodowym rewelacyjne widoki w typie „Chichester Canal”, nad których kolorami, będącymi wynikiem wulkanicznych anomalii, głowili się potem znawcy malarstwa. Gdyby Turner był mniej leniwy, pojechałby do Włoch i wtedy impresjonizm powstałby o wiele wcześniej, bo tam akurat padał czerwony śnieg.

       

      Żeby nie było za słodko: w 1821 roku w Stambule Turcy powiesili greckiego patriarchę Konstantynopola Grzegorza V, a jego ciało wydali – a jakże – Żydom (zasada divide et impera jest wieczna). Patriarcha to zresztą postać mało sympatyczna, nie tylko nie poparł Greków walczących w tym czasie o niepodległość i nazwał ich buntownikami, ale i był tępym reakcjonistą, jedna z jego encyklik nosiła tytuł „Oświecenie jako przykład antyreligii” (aż dziwne, że nie ma w Polsce swojej ulicy). Grecy mają cerkiew podobną do polskiego kościoła: mimo tego, że to właściwie zdrajca i na pewno kolaborant, ogłosili go w Helladzie świętym. No i amen.

       

      Coś ze wschodu: w 1925 roku właśnie 10 kwietnia przemianowano Carycyn na na Stalingrad. Wiadomo jak to się skończyło, więc teraz miasto nazywa się Wołgograd. A moim zdaniem nie będzie normalnie, póki nie nazwą go „Wrangelogradem”, ponieważ właśnie od Wrangla w Carycynie Stalin brał baty podczas wojny domowej.



      Urodzili się 10 IV:



      W 1517 Jan Bernard Bonifacio, markiz, humanista i emigrant, który ufundował bibliotekę rady miejskiej w Gdańsku. Z Włoch musiał uciekać, bo był zwolennikiem reformacji. A że pojechał do Polski, to już się nie czepiajmy – jak pisze poeta Stanisław Staszewski: „z tylu różnych dróg przez życie każdy ma prawo wybrać źle”. Trochę Bonifacia tłumaczy, że mu się jego żaglowiec rozpieprzył właśnie w gdańskim porcie.



      W 1920 roku Maciej Słomczyński, genialny tłumacz z angielskiego i dobry pisarz. Jego przekłady Miltona, Chaucera czy Blake'a, żeby nie wspomnieć o „Alicji w krainie czarów” - to majstersztyk.

      Poza tym każdy chyba czytał kryminały Joe Alexa.

       

      Dziś obchodzi urodziny Mariusz Trynkiewicz, który przyszedł na świat w Piotrkowie Trybunalskim w 1962 roku. Morderca czterech chłopców, którego przypadek spowodował po latach największą hańbę polskiego prawodawstwa - „ustawę o bestiach”, czyli absolutne pożegnanie się z podstawami prawa rzymskiego, które mówi o tym, że nie można karać za czyny, których ktoś nie popełnił.

       

      W 1966 urodził się ksiądz Mateusz, ups, Artur Żmijewski, którego bardzo nie lubię, bo jest dobry i przystojny:) (to w ogóle dzień urodzajny w urodziny aktorów, obchodzą je tego dnia także Max von Sydow i Omar Sharif)



      Zmarli tego dnia:

       

      2004 - Wielki polski poeta Jacek Kaczmarski.





      Tak że, Szanowni i Kochani, 10 kwietnia można oderwać się od wiadomej rocznicy. Mam nadzieję, że Wam się udało, podobnie jak autorowi.



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (61) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe Ateny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 10 kwietnia 2015 21:51
  • środa, 08 kwietnia 2015
    • Autello i Desdekota



      Na Sadowej autor & Behemot wracali właśnie od weterynarza do domu. Ściśle: autor niósł lektykę, w której podróżował kot (B. nie cierpi słowa „klatka”, poza tym stosowanie nazwy „lektyka”, jak powiada, stanowi niewielką rekompensatę za „wieki wykorzystywania kotów przez ludzi” oraz „pozwala właściwie interpretować sytuację”). Gdy tragarz przystanął, żeby poprawić wiązanie sznurowadła (tak naprawdę, żeby ciut odsapnąć), zaczepiła ich Piękna Pani.

      - Jaki piękny kot! - zachwyciła się. Behemot rzucił zdyszanemu tragarzowi spojrzenie w typie: I co, frajerze, gdyby nie ja, na pewno by się do ciebie nie odezwała.

      Autor wiedział to i bez wymownego spojrzenia napuszonego kocura, ale nie wypadało nie odpowiedzieć – może i był brzydszy, ale za to flirt „na kota” był dla niego jak sonata Schuberta dla skrzypka Hercowicza, czyli jak zgrana talia kart dla Wielkiego Szu.

      - Piękny komplement od pięknej kobiety to jest to, co piękne koty lubią najbardziej – zamruczał w swoim mniemaniu uwodzicielsko, wciągając przy okazji brzuch i prostując plecy (aua). Behemot kichnął ze śmiechu na takie dictum, ale Piękna Pani, wydaję się, łyknęła.

       

      Who is who

       

      - Hi, hi! Komplemenciarz z pana. Ale on naprawdę jest przecudowny, taki milusi, te oczy! Jakby wszystko rozumiał! Kici, kici, śliczności! To kocurek?

       

      - Ma na imię Behemot – uprzedził następne pytanie autor, myśląc jednocześnie: kici-kici, śliczności! (przedstawiony skomentował autorską myśl miną „ty stary durniu”). - A my name is Autorowicz. Autor Autorowicz... - głos autora nie bardzo przypominał brzmieniem Seana Connery z Bonda, podobnie jak sam autor aktora.

      Ale działało. Magia Behemota ani chybi. A może smog.

       

      - Jestem Piękną Panią z Telewizji – przedstawiła się Piękna Pani z uroczym uśmiechem.

       

      - A ja biednym autorem z internetu! - odparł autor, zastanawiając się, czy z Telewizji jest częścią nazwiska po mężu, czy to de domo.

       

      - Niech pan nie żartuje, ma pan w rękach żyłę złota! Taki kot to majątek! Proszę pana, skoro jest pan z internetu, to pewnie pan czytał o tej kotce, która grając w reklamach zarobiła dla właściciela 3 miliony euro!

      Autor z wrażenia zapomniał na sekundę o wciąganiu brzucha, a uszczęśliwiony Behemot – niewiarygodny aktor i podrywacz tysiąc razy lepszy od swojego „właściciela” - przewrócił się w lektyce na plecki i delikatnie łapką trącił przystawiony do kratki paluszek Pięknej Pani z Telewizji, w tym samym czasie zginając wdzięcznie drugą łapkę na brzuszku o wiele mniejszym od autorskiego. - Miauuuu... - rozkoszniś nie miał za grosz wstydu.

      - Jaki słodki! - ryba brała aż miło. - A dobrze się pana słucha? (Tu Behemot zakrył pyszczek łapką z brzuszka, żeby ukryć uśmiech, ale drugą twardo trzymał przy ślicznym paluszku)

       

      - Wie pani, z tym to różnie bywa, ale ogólnie jest doskonale wytresowany, jak na kota – autor uśmiechnął się w zamierzeniu rozbrajająco, a kot nie odrywał łapki od pyszczka.

       

      - Doskonale, świetnie! Niech mi pan da swoją wizytówkę. Proszę, oto moja! - zachwycała się Piękna Pani z Telewizji. - Jak tylko trafi się okazja, obiecuję, ale pan wie: don't call us, we'll call you...

       

      - Ach? Aha! - autor wygrzebał swoją wizytówkę, z pewną taką nieśmiałością, bo kiedyś pewien lekarz pogotowia powiedział mu na jej widok: widywałem lepsze.

      Piękna Pani z Telewizji posłała całusa Behemotowi, pomachała autorowi i tyle ją widzieli.

       

      Podłość ludzka nie zna granic

       

      W domu kot dostał kota: zaczął roztaczać wizje swojej kariery i zysków z niej wynikających.

      - Najpierw reklama, potem okładki kolorówek, „tokszoły” i sesje na Seszelach, cykady na Cykladach, miliony na koncie! Kanapa nowa, myszy w czekoladzie! Co ja gadam? W szprotkach! Podaj mi mleczka! - Behemot zachowywał się już jak gwiazda, nie czekając na żadne „we'll call you”. - Tu mnie drap! Kupię ci futro...

       

      - Futro to ja ci mogę na razie przetrzepać, niedoszły celebrytokocie, won z fotela! Zjedz lepiej kurczaczka, bo zdechniesz z głodu oczekując na te myszy w czekoladzie - autor usiłował przywrócić Behemota do rzeczywistości, ale z kiepskim skutkiem.

       

      - Podłość ludzka nie zna granic! Ty mi po prostu zazdrościsz! Błysku fleszy, sławy, wywiadów! Na pewno pokocha mnie jakaś milionerka! - rozkręcał się kocur. - Założę fundację na rzecz kotów! Będę ambasadorem ONZ jak Angelina Jolie, mój ty osiedlowy Bradzie Pitt!

       

      - Ty matołku, opiszą cię najwyżej w dziale „bezdomne koty”, jak mnie będziesz denerwował – autora rojenia kota zaczęły wkurzać. - Ona nawet nie zadzwoni, a ja ci dam na bilet i droga wolna! Tu masz jej numer! Dzwoń sobie, niewdzięczna bestio! Ciekawe, czy odbierze? Spieprzaj do milionerki, bo ci tu chyba niedobrze.

       

      - Ty stary grubasie! Ty nawet Otello nie jesteś, z ciebie taki Jago z remizy! Żeby z zazdrości o mnie posuwać się do takich gróźb? Nie masz klasy! - Behemot przybrał minę kota, który dostał nieświeżą pasztetową, ale z fotela zlazł.

       

      - Grubas? Ty pod ogonem niemyty łachudro! Spróbuj wleźć mi dziś do łóżka! Tak cię kopnę, że będziesz pierwszym kotem na księżycu!

       

      - Imbecyl! - powiedział zimno Behemot.

       

      - Debil! - lodowato odparł autor.

       

      Ciche dni


      Bystry Czytelnik na pewno wywnioskuje z powyższego dialogu, że między kotem a autorem nastały ciche dni, podczas których mijali się bez słowa, z minami obrażonymi i zadartymi ogonami (uściślijmy: autor miał ogon zadarty metaforycznie). Prawdę powiedziawszy, nie były to zresztą dni, ale dnia półtora. Półtora, bowiem dokładnie półtora dnia później zadzwoniła Piękna Pani z Telewizji.

      - Masz, gnoju, sam z nią gadaj! - autor, rozpoznawszy numer, dał komórkę kotu do łapy i ostentacyjnie poszedł do kuchni.

       

      - A widzisz, gnoju, jednak zadzwoniła! - skomentował Behemot, uśmiechając się mściwie.

       

      - Mam cię w dupie! - dobiegło z kuchni.

       

      - Lepiej zrób mi coś do jedzenia, byle dobrego – kocur nie odpuszczał. - Bo jeszcze zmienię agenta!


      W pięć minut później do siedzącego na kuchennym taborecie i z wkurwienia obierającego ziemniaki smutnego autora podbiegł lekkim truchtem czarny kot. Raźno trącił go nosem w dłoń.


      - Odłóż ten nóż, bo chcę ci wskoczyć na kolana – powiedział. - Ziemniaka też odstaw.

       

      - A po co?

       

      - Bo miałeś rację, chcę przeprosić, kocham cię! - Behemot, jak to kot, bezczelnie patrzył w oczy, a w jego wzroku nie było ni krzty wstydu.

       

      - Teraz mi to mówisz...

       

      - To chyba dobry moment!



      - A co się właściwie stało?



      - No, nie chcę być żadną gwiazdą, wolę, żeby było po staremu.



      - Tak? A dlaczego? Miliona euro nie dała czy nie dostałeś głównej roli? - kpił prawie udobruchany autor.

       

      - Eee, nie o to chodzi! - machnął łapą kot.

       

      - A o co?

       

      - Program mi nie odpowiadał...

       

      - A co to miało być?

       

      - „Rolnik szuka kota” - wyobraź sobie.

       

      - Aha – pojął autor.




      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (61) Pokaż komentarze do wpisu „Autello i Desdekota”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 08 kwietnia 2015 21:50
  • poniedziałek, 06 kwietnia 2015
    • Pomnik Polaka



      Polska to jedne wielkie imieniny u cioci dewotki, gdzie nawet trzeźwi gadają jak pijani, żeby od tła nie odstawać. W Wielki Piątek nie puszcza się w telewizji „Szkła kontaktowego”, ale w niedzielę wielkanocną wieczorkiem na innym kanale leci porno – taki narodowy kompromis. Wszystko podane w sosie z Mickiewiczowskiego „Kochajmy się!” i Fredrowskiej „Zgody”! Aż chce się puścić bąka i grubym słowem rzucić, żeby te polskie trupy z telewizora – imitacje z „umarłych klas” - ożywić i powiedzieć, że „Zgoda” - owszem, ale nie na wszystko i nie ze wszystkimi.

      W lany poniedziałek wodę z każdego medium leje w liście przeznaczonym chyba dla gimnazjalistów rektor KUL, ks. prof. Antoni Dębiński:

      Cywilizację europejską stworzyli chrześcijanie, którzy z zagłady starożytnego świata ocalili filozofię oraz prawo i tchnęli w antyczną spuściznę ducha wolności, braterstwa i miłości. (…)

      Chrześcijanie przejęli od Greków racjonalną wizję świata i człowieka, metody racjonalnego poznawania, przeciwstawiając je barbarzyńskim zabobonom. Natomiast od Rzymian przejęli idee ładu społecznego, zasady współżycia międzyludzkiego, metody rozwiązywania sporów, przeciwstawiając je prawu silniejszego. (...)

      Chrześcijanie nie tylko przenieśli ideały Greków i Rzymian przez okres wędrówki ludów, ale również przyswoili te ideały, dogłębnie je przetworzyli i udoskonalili, dając początek prawdziwemu humanizmowi. To właśnie chrześcijanie tchnęli w antyczną spuściznę ducha wolności, braterstwa i miłości, które stały się znakiem rozpoznawczym ich cywilizacji."

      Chciałoby się te bajędy księdza profesora zbić innymi słowami z „Zemsty” hrabiego Aleksandra: „Idź, serdeńko, bo cię trzepnę”, co powinno obrazić szacownego rektora podwójnie, bo rejent wypowiada je do mularza, a mularz to niechybnie jaki mason, ale to jeszcze za mało. Chrześcijaństwo ocaliło starożytną cywilizację w równym stopniu, co Amerykanie Indian – zamykając ich w rezerwatach i mordując tak czy inaczej większość. Teraz zaś zachwyt budzą zabytki kultury i historia „ocalonych”. Żeby o tym wiedzieć, nie trzeba od razu sięgać po „Kryminalną historię chrześcijaństwa” Deschnera, wystarczą do tego książki czytane przez studentów KUL czy choćby pisma Ojców Kościoła w oryginale, znane rektorowi niewątpliwie.

      Na pewnym poziomie kompromis z takimi poglądami jest niemożliwy, dlatego „czapkę przedam, pas zastawię” (znowu Fredro), a zgody nijakiej nie będzie. I o tym będzie dzisiejszy żarcik.



      Konsultuj się, kto w Boga wierzy!

       

      Na Sadowej i po okolicach poszedł hyr, że mają przeprowadzać konsultacje społeczne w sprawie pomnika, jaki ma stanąć na trawniczku przed osiedlowym centrum handlowym, a który uczcić ma Polaka. Ci, którzy mogli, wyjechali za miasto, a reszta w większości pochowała się po domach, żeby nie wpaść w ręce strażników miejskich rozdających ulotki informujące o tej sprawie. Niestety, strażnicy byli uparci i sumienni, bo pogoda w miarę ładna, a z domu każdy musi kiedyś wyjść, dodatkowo stosowne plakaty zawisły w każdej klatce schodowej, więc nie można było powiedzieć, że władza nie skomunikowała się ze społeczeństwem.

       

      O konsultacjach wiedział każdy prawie emeryt i wyrostek, każda matka i każdy podlotek. Ich temat, czyli pomnik Polaka, stał się tematem ogólnoosiedlowym. I każdy miał w tej kwestii zdanie, co oczywiście nie przekładało się na to, że zjawił się osobiście w osiedlowym domu kultury, gdzie konsultacje miały się odbyć. Tam stawiła się świadoma obywatelska mniejszość, w którą przez zupełny przypadek wplątał się podszywający się pod świadomego obywatela autor (podszywający się z początku zupełnie nieświadomie, bo szukał punktu usługowego zegarmistrza, który podobno się tam przeniósł, i został przypadkowo wciągnięty przez tłumek do sali, w której miano omawiać ideę pomnika).

      Autor przycupnął grzecznie na krzesełku w pobliżu zbitych w grupkę matek z dziećmi, których wózki zastawiły pół hallu, szukając stosownej chwili, by czmychnąć po angielsku. Spodziewał się przytomnie, że raczej prędzej niż później dzieci coś wytną, uwaga obecnych skupi się na nich, a jego ucieczka pozostanie niezauważona.

      Za stołem prezydialnym zasiadał wiceburmistrz dzielnicy z jakimiś przydupasami, szef komitetu społecznego budowy pomnika artysta-rzeźbiarz Trąbalski (tak widniało na kartoniku ustawionym przed nim) oraz ze trzy dziady dekoracyjne, które zawsze pojawiają się przy takich okazjach. Frekwencja za stołem nie przekraczała tej na sali, ale nie jakoś przytłaczająco.

       

      Vox populi, vox Dei

       

      Zagaił wiceburmistrz, który dziękował zebranym za liczne przybycie (?), które umacnia lokalną demokrację, jest dowodem na siłę i dojrzałość lokalnej społeczności oraz stwierdził, że naszej dzielnicy pomnik bezwzględnie się należy, bo, w porównaniu do innych, jesteśmy w pomniki ubodzy, a to nie uchodzi w Polsce w XXI wieku.

      Następnie głos zabrał artysta Trąbalski, który przekonywał, że: „Jeśli już pomnik, to koniecznie pomnik Polaka, bo to pomnik ponad podziałami, wspólny, apolityczny, pomnik, można powiedzieć, dla każdego”.

      - Pod tym pomnikiem zjednoczymy się na co dzień i od święta - pierniczył szef komitetu społecznego budowy pomnika, grożąc jednocześnie, że chce, żeby mieszkańcy mieli decydujący głos w sprawie ostatecznego kształtu dzieła, bo „vox populi, vox Dei”, a on już ten vox Dei wyrzeźbi tanio i profesjonalnie w swojej pracowni.

      Pierwszy vox populi odezwał się metr od autora, który aż podskoczył z wrażenia na krzesełku.

      - Dlaczego to ma być pomnik Polaka? Dlaczego nie Polki? - zapytała agresywnie młoda kobieta z dzieckiem na ręku. Wyglądała na prekariacką "feminazistkę", która całymi dniami potrafi przesiedzieć w lokalu Krytyki Politycznej, a przy przypływie gotówki pewnie chadza i na „Pożar w burdelu”.

      - Satanistka! - wysyczała głośno emerytka siedząca z prawej strony księdza proboszcza. - To dziecko pewnie z in vitro!

      - Proszę pani, ja nie przesądzam płci pomnika, po to dyskutujemy... Curie-Skłodowska, prawda, Emilia Plater... - Trąbalski usiłował gasić potencjalny konflikt w zarodku. Ale mu nie wyszło.

      - Nie wpuścimy gendera na cokoły w naszej dzielnicy! - zakrzyknęła tym razem lewoskrzydłowa proboszcza, też emerytka, ale energiczniejsza od swej towarzyszki. - Lesbijki niech siedzą w domach!

      Tu proboszcz Pieniążek (rozmiar półtora Kalisza) uznał za stosowne przyjść z pomocą organizatorom i wkroczył ze swoim wielkim autorytetem.

      - Pax, pax! Ależ spokojnie, kochane moje parafianki! A pani – kiwnął paluszkiem jak pęto zwyczajnej w kierunku feminazistki – niech lepiej nie prowokuje, trochę kultury!

      Proboszcz miał sporo szczęścia, bo rwącą się do ręcznej riposty feminazistkę przytrzymała koleżanka.

      - A dlaczego w ogóle Polak, a nie na przykład Kubuś Puchatek? - z zamieszania, żeby wtrącić swoje trzy gorsze, skorzystał młody człowiek, wyglądający jak praktykujący działacz „Wolnych konopi”.

      - Puchatek to cwel! – wykrzyknął na to pan z fizys przypominający przebywającego na zwolnieniu warunkowym recydywistę, który przyszedł na konsultacje, żeby nie pić pod sklepem i nie podpaść kuratorowi.

      - Puchatek to ani Polak, ani Polka! - poparł recydywistę dziadek w mundurze oficera wojska polskiego. - Marszałek byłby najlepszy...

      - Dla ciebie chyba marszałek Rola-Żymierski, stary komuchu! - skomentował ze śmiechem chyba jakiś znajomy oficera. - Niech będzie prawdziwy Polak – o rysach Dmowskiego!

       

      Autor wrobiony w członka

       
      Burdel zaczynał się robić typowo polski, więc wiceburmistrz postanowił nieco, w swoim mniemaniu, załagodzić sytuację.

      - Kochani, przecież są postacie, które nas łączą, a nie dzielą. Na przykład Mickiewicz.

      - Nie dość, że Żyd, to jeszcze Litwin! - lustrator oficera nie przepuścił takiej okazji.

      - Niech pan nie przesadza! - proboszcz Pieniążek uciszył go władczym spojrzeniem, zyskując wdzięczność wiceburmistrza.

       

      W tym momencie wstała energicznie kierowniczka domu kultury i zaproponowała, żeby wybrać komisję społeczną do spraw kształtu pomnika, bo za 15 minut w sali ma zacząć się próba osiedlowego chóru dziecięcego „Zajączki”, a tu końca dyskusji nie widać.

      Trąbalski w lot podchwycił myśl kierowniczki i zachęcił zebranych do przedstawienia kandydatur na członków obywatelskiego ciała, które wypracowałoby ostateczny projekt. Trzeba lojalnie przyznać, że zaproponowany przez salę skład grona dość wiernie odzwierciedlał całą gamę postaw i poglądów – od proboszcza po feminazistkę, włączając w to oficera i jego lustratora oraz naćpanego młodzieńca. Jednak, ku zdumieniu autora, który nie miał okazji do ucieczki, lewoskrzydłowa proboszcza zgłosiła i jego kandydaturę.

      - Ten pan jest obiektywny, bo nic nie mówi. Ja go znam, to porządny człowiek, ma kota – argumentowała.

      I tak za sprawą klerykałki z demencją (w życiu wcześniej tej baby na oczy nie widziałem – aut.) autor został wybrany członkiem komisji do spraw pomnika Polaka.

       

      Komisja pracowała intensywnie dwa razy w tygodniu po dwie godziny przez dwa miesiące w udostępnionej przez kierowniczkę domu kultury kanciapie. W jej skład weszły jeszcze dwa dziady dekoracyjne zza stołu prezydialnego, jeden z przydupasów wiceburmistrza (łącznik z urzędem) oraz, rzecz jasna, artysta Trąbalski, który nie tylko był w pewnym sensie najbardziej zainteresowany, ale też był jedynym człowiekiem, który mógł pomysły tej zgrai amatorów przenieść na papier, czyli „zwizualizować” wszystkie sprzeczności, łącząc je w jedną całość.

       

      Recenzja Behemota

       

      Trzeba zauważyć, że miesiące społecznej pracy nad projektem pomnika Polaka niekorzystnie odbiły się na kondycji intelektualnej i psychicznej autora, co z lękiem obserwowali jego bliscy. Obawiali się po prostu, że jeśli potrwa to odrobinę dłużej, biedak zgłupieje całkowicie. Sygnały były niepokojące, bo nie tylko zaczął czytać komentarze na onet.pl, żeby – jak twierdził - „wczuć się w głos ludu”, ale i raz czy dwa kupił „Gazetę Warszawską”, którą przeczytał bez jednego nawet uśmiechu (przedtem śmiał się i rwał do pisania doniesień do prokuratury na „tę antysemicką gadzinówkę”). Krótko mówiąc – wszyscy odetchnęli, gdy któregoś wieczora stanął w drzwiach z rulonem w garści i oznajmił: Skończyliśmy!

      - Chwała Bogu! Diabli nadali ten cały pomnik z tą cholerną komisją! - z ulgą powiedział Behemot. - Ten rulon to pewnie projekt? Pokaż no to cudo...

      Wyczerpany i blady autor bezwładnie opadł na kanapę i dał sobie bez protestu wyjąć z ręki rzeczony rulon. Kot rozwinął go i jego oczom ukazało się dzieło komisji społecznej, nad którym głowiła się dwa miesiące, tworząc demokratycznie sztukę.

      Rysunek ukazywał długowłosego mężczyznę, podobnego nieco do Biedronia, ale z wąsami Wałęsy lub Piłsudskiego czy Witosa, siedzącego w spódniczce na koniu. Z pleców „Biedronia” wystawały husarskie skrzydła, na głowie miał maciejówkę z pawim piórem, na ramieniu biało-czerwoną opaskę z napisem „NSZ-LWP-bracia”, z szyi zwisał mu krzyż z umieszczonym na nim portretem Jana Pawła II. Jeździec w jednej ręce trzymał kosę postawioną na sztorc, w drugiej reklamówkę z zakupami z Biedronki (sponsor przeforsował). Koń miał napierśnik z logo niemieckiej firmy samochodowej (znowu sponsor) i Matką Boską Częstochowską, na siodle udało się jeszcze zmieścić flagę UE i informację o tym, że dzieło powstało także z funduszu wspierania demokracji lokalnej. Obok konia znajdował się dziecięcy wózek z bliźniętami w wieku niemowlęcym; czy byli to Karnowscy, czy Kaczyńscy (a może siostry "Sisters"?) – tego nie dawało się na pierwszy rzut oka stwierdzić. W każdym razie do cokołu przymocowana była tablica, na której wyryto następujące słowa: Polakowi/Polce wdzięczni Rodacy!

      - Ale gówno! - parsknął absolutnie zdegustowany i przerażony Behemot.

      - To nie gówno. To kompromis – wyszeptał autor.



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (48) Pokaż komentarze do wpisu „Pomnik Polaka”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 kwietnia 2015 20:44
  • sobota, 04 kwietnia 2015
    • Czy baranek zjadł różę?

       

      To fundamentalne pytanie pada niemal na końcu „Małego Księcia” i pozostaje bez odpowiedzi, a przecież baranek jest obecny w książce od samego początku i w ogóle cała ziemska część intrygi zawiązuje się właśnie wokół niego. Mimo to zauważyłem, że postać ta, szczególnie w czas Wielkiejnocy nabierająca wielu znaczeń na wyrost lub wcale nie na wyrost (Agnus Dei – etc.), jest przez Czytelników Antoine'a de Saint-Exupéry'ego traktowana nieco po macoszemu, jako drugoplanowa, mniej ważna od Lisa, Żmii czy nawet Pijaka. O ile każdy chyba pamięta rysunek węża boa z zeżartym słoniem w środku, to również narysowany (choć ostatecznie jedynie w skrzynce-pudełku) jak najbardziej baranek bieży gdzieś z zielonym badylkiem młodego baobabu po manowcach marginesu dzieła, samotny i prawie zapomniany. Tak nie uchodzi. Brak dalszego ciągu tej historii to skandaliczne zaniedbanie. Ponieważ Autor zdradził już co nieco z dalszych losów Małego Księcia (wszystkie potrzebne linki na końcu tekstu), przyszła pora i na baranka.



      Dla zasmuconej Wiadomo Kim Jael



      Konfucjusz po polsku

       

      Na Sadowej autor z ostatnimi świątecznymi siatami zmierzał korytarzem do drzwi mieszkania, jedną z nich trzymał w zębach, aby wolną ręką znaleźć w kieszeni klucze, kiedy nagle potknął się o coś niespodziewanie i bardzo boleśnie. Do głowy przyszła mu myśl Konfucjusza: „Człowiek potyka się nie o góry, a o kretowiska”, ale na głos wykrzyknął: „Kurwa mać!” (co chyba trafnie oddawało intencje i nastrój mistrza Konga).


      Cudem uniknąwszy wywalenia się na zbitą mordę, złapawszy oddech, autor mógł zabrać się za zebranie rozsypanych zakupów i przyjrzenie się przyczynie potknięcia. Bynajmniej nie był to żaden kopiec kreta, lecz niewielkie kartonowe pudełko z trzema otworami z boku.

      Skąd się to wzięło przed drzwiami do mieszkania? Kto to przyniósł i po jakie licho? Co jest w środku? Pytania mnożyły się wściekle jak króliki i przestraszony taką ich ilością i zajadłością autor znowu przypomniał sobie słowa chińskiego mędrca: „Prawdziwa wiedza to świadomość rozmiarów własnej ignorancji”. Jednak jako człowiek Zachodu, poczuł się niczym Sokrates formułujący słynne: „Wiem, że nic nie wiem”. Z ust wydobyło mu się natomiast zwyczajne: „Co to, cholera, jest?”

      Jakby w odpowiedzi pudełko cichutko zabeczało: bee, bee.


      Na to autor nie znalazł w pamięci żadnej myśli żadnego filozofa, po prostu: „ani be, ani me, ani kukuryku”. Są przecież na świecie rzeczy, które nie śniły się żadnym filozofom i do nich, jak się okazało po otwarciu pudełka, należał baranek podrzucony pod drzwi autora w Wielką Sobotę.

      Atoli właśnie słowa Mistrza Konga: „Człowiek szlachetny kieruje się sprawiedliwością. Człowiek mały – korzyścią” pozwoliły mu rozstrzygnąć dylemat: wnieść baranka do mieszkania czy nie wnieść? Uznał bowiem, że sprawiedliwie jest nie zostawiać go na pastwę losu (czyli sąsiadów), a korzyści nie spodziewał się żadnych, raczej kłopotów.

       

      Tajemnica baranka

       

      I rzeczywiście, kłopoty pojawiły się praktycznie natychmiast po wyciągnięciu z pudełka i postawieniu go na podłodze: zwierzątko niepewnie czuło się na śliskim parkiecie i ze strachu narobiło nań od razu (narobiło jedno i drugie).

      Autor westchnął, a Behemot zeskoczył z kanapy i podszedł do gościa, o którym pędzący po narzędzia do sprzątania autor zdążył tylko powiedzieć, że ktoś go podrzucił pod drzwi.

      - Cześć! Nie bój się! W tym roku nie planujemy jagnięciny na święta! - przywitało się wredne kocisko, które nieufnie odnosiło się do ewentualnej konkurencji zwierzątkowej.

       

      - Be? - baranek nie wyglądał na uspokojonego.

       

      - Przestań go straszyć! - ofuknął kota autor. - Bo sam będziesz po nim sprzątał! Czyj ty jesteś, maluchu? Skąd się wziąłeś?

       

      - Be! - odpowiedział nieco raźniej baranek, co jednak wiele nie wyjaśniło.

       

      - Ha, autorze, od dziś będę mówił ci „mój drogi Watsonie”, a ty masz się do mnie zwracać „drogi Holmesie” - napuszyło się kocisko.

       

      - Niby czemu, baranie straszący baranki?

       

      - Bo odgadłem, czyj on jest i kto nam go podrzucił!

       

      - Nie wystawiaj mej cierpliwości na próbę, „drogi Holmesie”, bo jeszcze z ciekawości posikam się jak on!

       

      - Mały Książę! - oznajmił tryumfalnie Behemot Holmes.

       

      - Bee, bee! - radośnie potwierdził baranek.

       

      - Faktycznie, możesz mieć rację! Spotkałeś przecież Małego Księcia, a jego sytuacja ekonomiczna pozwala wnioskować, że nie stać go na utrzymanie zwierzątka!

       

      - Na pewno mam rację! - odpowiedział kocur, który wygrzebał w międzyczasie z szafy kapelusz i podał go autorowi. - Włóż go i powiedz mi to...

       

      - Chapeau bas! - skłonił się autor.

       

      Tymczasem baranek

       

      Tymczasem baranek opanował sztukę chodzenia po parkiecie i nabrał chyba nieco śmiałości, bo podszedł do Behemota i zaczął się o niego przyjaźnie i ufnie ocierać.

      - Do kroćset myszy! - zdziwił się kot, ale nie odepchnął nachała. Wyglądał nawet na lekko wzruszonego. Po chwili tych pieszczot wymruczał: Chodź, pokażę ci moje zabawki.


      Autor ucieszył się, że chwilowo może zająć się sprzątaniem, a nie opieką nad barankiem. Przed nim był huk świątecznych przygotowań, a czasu coraz mniej. Wkrótce do kuchni, w której ugrzązł, zaczęły dochodzić odgłosy wesołej zabawy. Zwierzątka wpadły do niego tylko na chwilę zziajane, żeby napić się wody i popędziły z powrotem do salonu.

      W głowie autora panowało zadowolenie przemieszane z niepokojem, bo radość z obecności baranka wiązała się z całą masą problemów logistycznych: czy on jest w wieku mlecznym, czy już trawożerny? czy jeszcze co otwarte, żeby więcej mleka kupić? skąd wziąć trawę w razie czego? gdzie go położyć spać? jak przyuczyć do kuwety? Znowu te pytania!

      Wtem z rozmyślań wyrwał go dźwięk powstający zwykle przy rozbijaniu wazonu, przestraszony miauk i jeszcze bardziej wystraszone beczenie.


      Okazało się, że baranek chciał zjeść bazie tkwiące w wazonie na stole, co skończyło się w sposób dla wazonu tragiczny. Przynajmniej jedno się wyjaśniło – baranek był już roślinożerny.

      Autor zamiótł skorupy i wyciągnął spod stołu obu wystraszonych winowajców. Klepnął uspokajająco kocura, a sam usiadł w fotelu z baziożercą na kolanach. Głaskał go rytmicznie, bicie serca zwierzątka powoli wracało do normy.

      - Nie bój się, głuptasie, nic ci nie zrobię! - autor starał się mruczeć prawie jak kot. - Tylko co my właściwie mamy zrobić?

       

      - Bee? - po swojemu zapytał baranek.

       

      - Po prostu zastanawiam się, czy będzie ci tutaj dobrze? Czy to są odpowiednie dla ciebie warunki? Czy małe baranki powinny gnieździć się w blokach, czy raczej lepiej byłoby im na jakichś łąkach, na wsi, w gospodarstwie u dobrych ludzi? Tylko jak to załatwić? - myślał na głos autor.

       

      - Autorze, on jest taki fajny, nie planuj pozbycia się go tylko z powodu rozbitego wazonu! - zaprotestował Behemot.

       

      - Drogi Holmesie, jeśli mam tak do ciebie nadal mówić, to wydedukuj, baraniono kocia, że myślę o jego dobru, a nie żałuję wazonu! - obruszył się autor i kombinował dalej. - Może zawieziemy go na wieś na Ukrainę? Tylko co z przekroczeniem granicy?

       

      Baranek odchodzi

       

      Baranek jakby zrozumiał, że zastanawiają się nad jego osobą i zabeczał radośnie, usiłował wstać i łebkiem wskazywał ścianę naprzeciwko.


      - O co chodzi? Co się stało? Co ty tam widzisz? - usiłował dojść autor.


      - Bee! Bee! - tłumaczył baranek jak komu mądremu.


      Na przeciwległej ścianie wisiała reprodukcja akwatinty (wyglądająca jak akwarela) Henry'ego Salta* z 1809 roku, zatytułowana „Mountains of Samayut”, przedstawiająca arkadyjski krajobraz etiopskiej wsi u stóp niezbyt typowej amby**.

      - Zielone pastwiska, mnóstwo miejsca do biegania i rzeka! - autora oświeciło jak przedtem Behemota. - Już rozumiem!

       

      Poczochrał zwierzaka przyjaźnie i wstał z fotela. Podszedł z rwącym się do biegu niecierpliwcem do obrazu. Baranek hycnął na pierwszy plan i odwrócił się z radosnym beczeniem. Po chwili śmignął na górskie łąki.

      - Chyba go tam nie zeżrą od razu – zmartwił się kot, który nie był zbyt rad, gdyż stracił wdzięcznego towarzysza zabaw.


      - Spokojnie, Behemocie, bardziej martwiłbym się o te krowy w oddali. Etiopczycy gustują w wołowinie, na ogół zresztą bardzo świeżej – autor nie wyjaśnił do końca, co miał na myśli, żeby nie denerwować kota opowieściami o wykrawaniu befsztyków na żywca, modnym w Abisynii w czasach, gdy Salt tworzył swe dzieło.


      - Tak w ogóle, autorze, to nie powiedzieliśmy, co z różą, a to, mój drogi, było pytanie jakby tytułowe – zauważył kocur wpatrzony w oddalającego się na akwatincie w podskokach baranka.

       

      - Zostawmy to innym, kochany kocie, jest jeszcze na świecie mnóstwo róż i mnóstwo autorów, nie musimy opowiadać do końca każdej historii ani odpowiadać na wszystkie pytania – niech i oni coś mają z życia – zaśmiał się autor.



      ________________________________________________________________________________



      Co autor pisał o Małym Księciu:

      http://moskwasadowa.blox.pl/2014/02/Behemot-i-Maly-Ksiaze.html



      Akwatinta wisząca na ścianie autora:

      http://www.amazon.com/The-Mountains-of-Samayut/dp/B00DYZDO2Y



      Oryginał „Małego Księcia” w całości:

      http://www.odaha.com/antoine-de-saint-exupery/maly-princ/maly-ksiaze



      * http://en.wikipedia.org/wiki/Henry_Salt_%28Egyptologist%29

      ** amby – etiopskie góry o specyficznym tarasowym układzie, z płaskim wierzchołkami

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Czy baranek zjadł różę?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 04 kwietnia 2015 23:27
  • czwartek, 02 kwietnia 2015
    • Koci raptularz (4)



      Secunda aprilis

       

      Pod jednym względem na pewno jestem „prawdziwym Polakiem” - stale narzekam. Ale jak tu nie narzekać, gdy rzeczywistość z dnia na dzień otacza mnie coraz ciaśniej, zaciskając swe łapska na mym gardle? Nie da się nie narzekać, mili moi, za diabła się da – przynajmniej póki człek może jako tako oddychać.

      Na co można narzekać w Polsce drugiego kwietnia? Na prima aprilis rzecz jasna. A ściślej: na poziom żartów medialnych, jakie serwuje się nam przy okazji. Żadnego nie zapamiętałem – musi mizeria była. Być może dlatego, że trudno odróżnić je od informacji „poważnych”, które podawane są na okrągło cały rok? Te prawdziwe są o wiele śmieszniejsze od wymęczonych konceptów z okazji dnia żartu. Zresztą, ich śmieszność jest niezdrowa na ogół. Jak się już odbiorca przemoże i zacznie śmiać (nie każdy w końcu kocha czarny humor i pure nonsense), to trudno przestać. Śmiech to zdrowie? Wolne żarty! Po godzinie nieustannego śmiechu zejdzie i najtwardszy ponurak, a rodzina ma kłopot: co zrobić tą fortuną z zasiłku pogrzebowego?

      Dlatego, w trosce o zdrowie i dobrobyt obywateli, występuję z apelem o ustanowienie „Dnia Powagi”, czyli takiego, w którym żadnych „żartów” nie wypadałoby publikować To da nam możliwość regeneracji, odpoczynku i dojścia do siebie. „Secunda aprilis” jako remedium na całoroczny prima aprilis – tak sobie wykombinowałem.

      A tu przykłady informacji, które takiego dnia nie powinny ukazywać się w mediach:

       

      Gównem w obronie wiary

       

      Na kolejną gwiazdę na prawicowym firmamencie wyrasta kolejna małoletnia Marysia, tym razem - Jezus Maria! - Kołakowska. Córka radnej PiS z Gdańska w małej salce, gdzie odbywało się czytanie sztuki „Golgota Picnic” dla zainteresowanych, rozpyliła dezodorant o zapachu gówna. Została za to skazana na prace społeczne, ale apeluje od wyroku, bo:

      Nie przyznaję się do winy, broniłam wartości narodowych i moich uczuć religijnych. Harcerze także, walcząc z niemiecką propagandą, wchodzili np. do kin i wrzucali śmierdzące gazy czy płyny, żeby wyprosić publiczność. Ta sztuka obraża Chrystusa.”

      A jej mamusia, pani Anna K., dorzuca, że mała patriotka nie zasłużyła na karę, lecz na Krzyż Walecznych (opisałem to proroczo w „Małej apokalipsie 2015”, gdyż nie znałem wtedy tej wypowiedzi pani radnej, a bohatera-idiotę odznaczyłem tym właśnie orderem).

      Starsza z pań K. na swojej stronie na FB pisze: „Śmierć wrogom ojczyzny” pod znakiem faszystowskiej ONR „Falangi”, a w realu walczy z genderem, czyli chce wywalić z miejskiego lokalu organizację pomagającą ofiarom przemocy domowej.

      Jeśli więc coś wam nagle i niespodziewanie zajedzie gównem, uważajcie – to może być krucjata dziecięca PiS w obronie religii.

      Mętny nurt sadomasochistyczny w mainstreamie

       

      Niepokorni” nazywają normalne media „mediami mętnego nurtu” i nie sposób się z nimi czasem nie zgodzić. Redaktorzy „mainstreamu” znajdują bowiem dziwną przyjemność w zapraszaniu skompromitowanego posądzeniami o drobne stosunkowo złodziejstwo Adama Hofmana, którego PiS nawet odstawił na bok(taktycznie i czasowo), ale media bez niego nie mogą się obyć. Dziennikarze więc masochistycznie po staremu wypytują pana Adama o byle co, a pan Adam, korzystając z okazji, rozpyla to samo co Marysia K. - co jest z kolei sadyzmem wobec odbiorców informacji.

      Idący na dno pan Adam brzydko się chwyta (inaczej nie umie) i usiłuje punktować u byłego pryncypała, dokopując prezydentowi Komorowskiemu. Zaproszony nie wiadomo po co przez redaktor Olejnik Hofman w „Kropce nad i” „zapytał”, czy w wyborczym komitecie honorowym prezydenta zasiada przestępca ze SKOK-u Wołomin, za co w trybie wyborczym został skazany przez sąd (dziś ostatecznie).

      H. demonstracyjnie zakleił sobie taśmą usta w proteście przeciwko „kneblowaniu wolności słowa”. W kontekście ostatnich doniesień o zaklejaniu ust dzieciom w przedszkolach, gest ten nabiera wymiaru jak z piaskownicy.

      Żeby jednak nie narażać się na zarzut, że nie potrafię rozmawiać z dziećmi, wytłumaczę panu H., dlaczego pewnych pytań kulturalni ludzie nie zadają (tym bardziej, że pewne rzeczy można sprawdzić w internecie przed ich zadaniem) – wyobraźmy sobie, że to mnie zaprasza Olejnik (wiem, to trudne) i ja na oczach miliona telewidzów pytam:

      Jak często pan H. bija żonę?

       

      SKOK kota odwracanego ogonem

       

      Skoro zeszło na byłego pryncypała Hofmana, trzeba koniecznie zaalarmować odpowiednie służby w sprawie dręczenia przez niego zwierząt na oczach całej Polski.

      Prezes Kaczyński, rzekomo wielbiciel kotów, odwraca bowiem kota afery SKOK-ów ogonem, żeby nie powiedzieć, że go wykręca, twierdząc, że PiS nie ma ze SKOK-ami nic wspólnego. Część opinii publicznej od miauków dręczonego kota dostaje kociokwiku i zaczyna wierzyć, że senator Bierecki jest z PO, a prawicowe media finansują nie SKOK-i, lecz WSI.

      Publicyści mainstreamu, w tym redaktorzy Wielowieyska i Żakowski, ubolewają, że PiS tak łatwo robi ludziom wodę z mózgów. Obserwując ich męczarnie, dam z dobrego serca radę: nie ubolewajcie po próżnicy, lecz dzwońcie po policję – kot już ledwie zipie.

       

      Bohater na odwyku

       

      Żeby walczyć z żydowsko-rosyjsko-niemieckim kondominium, nie trzeba sięgać po gówno w sprayu. Większość patriotów ogranicza się do wpisów w internecie. Jeden z nich jednak nie znał ograniczeń w tym ograniczeniu i wypisywał takie hejty i zniewagi, że aż trafił za to dwukrotnie pod sąd (to w Polsce niestety rzadkość).

      Bezrobotny nauczyciel z technikum najpierw dostał 10 miesięcy w zawiasach, a policja zarekwirowała mu komputer. Patriota kupił nowy (bezrobotni patrioci w Polsce mają za dobrze;) i hejtował dalej, więc dostał kolejny rok w zawieszeniu.

      Przy okazji sąd skierował go na odwyk. Niestety, w tekście na ten temat w gazecie.pl autor nie odpowiada na pytanie podstawowe: od czego ma odwyknąć skazany?

      Możemy tylko domniemywać, że chodzi o wódę, gdyż posty autorstwa „męczennika za wolność słowa” nie wyglądały na pisane po wodzie sodowej.

      Los tego biednego nauczyciela niech nam posłuży za memento: jeśli stracisz pracę, nie pij, a jak już pijesz, to nie pisz w internecie.

       

      Kukiza wypędzili z Polski

       

      Kandydujący na prezydenta Paweł Kukiz wybiera się prowadzić swoją kampanię wyborczą wśród polskiej emigracji. Te dwa z górą miliony szczęśliwców, którzy urządzili się w ostatnich latach dobrze na Zachodzie, kandydat Kukiz nazywa „wypędzonymi”.

      Jakiś emigrant napisał mu wprawdzie na forum, żeby się w dupę pocałował, bo on osobiście czuje się doskonale i Bogu dziękuje, że żyje w bardziej od naszych cywilizowanych warunkach, ale to raczej na „narrację” kandydata nie będzie miało wpływu.

      Swoją drogą, jakimże trzeba być idiotą, żeby nazywać naszych dzielnych emigrantów ekonomicznych i cywilizacyjnych „wypędzonymi” i opluwać te 16 mld złotych, które co roku przysyłają swoim rodzinom w Polsce? O wolność wyjazdu między innymi i wolność decydowania, gdzie się chce mieszkać, walczyły całe pokolenia Polaków, dla których Kukiz nie ma żadnego szacunku.

      Wypędzony czasowo Kukiz wróci do nas na pewno, a mnie przy okazji jego wyjazdu przypomniało się o wyjeździe milionkrotnie większej od pana Pawła postaci, czyli Tadeusza Kościuszki, który po klęsce insurekcji ostatecznie wylądował w Szwajcarii. Gdy emigrował czasowo jeszcze przed powstaniem, w 1792 roku powstał słynny „Pożegnalny polonez” ze słowami „Patrz, Kościuszko, na nas z nieba...”

      Pointę dopisał doń po 142 latach K.I. Gałczyński:


      Na pewnego Polaka

      - Patrz, Kościuszko, na nas z nieba! -
      raz Polak skandował
      i popatrzył nań Kościuszko,
      i się zwymiotował.
      ________________________________________________________________________________



      Tak że, mili moi, po przetrawieniu tych wszystkich prawdziwych informacji, pamiętajmy, że trzeba zacisnąć zęby i nie śmiać się ani trochę, przynajmniej drugiego kwietnia, bo śmiech w zbyt dużych dawkach może nawet zabić.

      A przecież: „...kiedy my żyjemy”.

       

      P.S. Mój żart został natychmiast skontrowany przez rzeczywistość:

      7 IV miał odbyć się w Moskwie koncert poświęcony pamięci zamordowanego Borysa Niemcowa. Organizatorzy nie znaleźli żadnego miejsca, w którym muzycy mogliby zagrać. Nikt nie ośmielił się wynająć im sali, strach przed Putinem zwyciężył.

      Ale nie do końca.

      Koncert odbędzie się w tv Dożd, ostatniej niezależnej telewizji w Rosji ( http://tvrain.ru/ ).

      Wystąpią między innymi, mianowani ostatnio przez kremlowską propagandę wrogami ludu, Jurij Szewczuk (DDT) i Andriej Makarewicz (Maszyna Wremieni)


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (50) Pokaż komentarze do wpisu „Koci raptularz (4)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 kwietnia 2015 15:39