MOSKWA SADOWA

Wpisy

  • wtorek, 31 marca 2015
    • Polska Rzeczpospolita Ksenofobów



      Kto w granice Rzeczpospolitej wejdzie, ten wolnym będzie” - Konstytucja 3. Maja

       

      Teza: w mediach dyletant pisze (mówi, etc.), żeby dyletanci mieli co czytać a idioci i trolle płatne czy ochotnicze co komentować. Widząc, że komentują praktycznie tylko kretyni – a przynajmniej ich komentarze oceniane są najlepiej i są najgłośniejsze – autor pierwotnego partactwa nie ma żadnej motywacji, żeby poprawiać jakość swojego produktu, nie jest przy tym oceniany za efekt swojej pracy, ale za ilość osób, które zechcą go obejrzeć. Powstaje tym samym zamknięty obieg bredni, tworzący fikcyjną rzeczywistość i rugujący z obiegu publicznego prawdziwą wiedzę, skutkiem czego także decyzje w najważniejszych dla Polski sprawach podejmowane są na podstawie kłamliwych wyobrażeń i lęków (posłowie też czerpią wiedzę z tych źródeł, a rząd karmiony jest raportami wcale nie lepszymi od bredni powszechnej), które nie mają żadnego oparcia w faktach.

       

      Rzeczywistość niewidzialna w mediach i polityce

       

      Doskonałym przykładem tego procederu są publikacje na temat imigracji do Polski (mechanizm ten jednak dotyczy praktycznie każdej dziedziny), w których albo roi się od błędów rzeczowych - autorzy pojęcia nie mają o tym, jakie jest prawo i jak interpretować dane - albo też odbiorcę pozostawia się bez wytłumaczenia kontekstu, którego zresztą nie rozumie i sam wytwórca informacji. Ta tematyka nie doczekała się niestety swojej redaktor Bianki Mikołajewskiej, która zna się na SKOK-ach doskonale i na ich ten temat wie chyba więcej od kogokolwiek w Polsce.

      Kiedy zajmowałem się jako „pozarządowiec” imigracją, współpracowałem z wieloma dziennikarzami (sam z zawodu jestem dziennikarzem), czasem nawet pełnymi dobrej woli profesjonalistami, ale i oni nie mieli ani woli, ani czasu, żeby ogarnąć całość zagadnienia. Nawet gdy przeprowadzali ze mną wywiady, nie bardzo potrafili wyjść poza standardowy zestaw pytań: widzieli drzewa, lasu zaś wcale (były wyjątki, rzadkie).

      Kilka lat temu postanowiłem dać sobie spokój z działaniem na rzecz Polski (media nazywały to – to jeden z dowodów na niezrozumienie sprawy – działaniem na rzecz imigrantów), bo zdechłbym z głodu albo dostał wcześniej apopleksji.

      Zniechęciła mnie ostatecznie moja osobista porażka (którą wiele organizacji pozarządowych uważa za swój sukces), czyli kształt trzeciej abolicji dla cudzoziemców, która weszła w życie w 2012 roku i skończyła się największym sukcesem z dotychczasowych trzech.

      Faktem jest, że przed wprowadzeniem tej abolicji środowiska pozarządowe ostro w jej sprawie naciskały i ciężko pracowały, w żaden sposób nie chcę tego deprecjonować, ale bardzo nieskromnie powiem, że byłem pierwszym w Polsce człowiekiem, który powiedział publicznie o konieczności wprowadzenia trzeciej abolicji jeszcze podczas trwania drugiej (2007 r.). Trzeba było wtedy widzieć minę szefostwa Fundacji Helsińskiej – bezcenne. Patrzono na mnie i osoby (bardziej znane i fachowe ode mnie), które podjęły walkę w tej sprawie jak na jakieś dziwolągi. Mimo to, pracując ciężko i darmo przez kilka lat, doprowadziliśmy do tego, że rzeczywistość zaczęła docierać do mediów i polityków, które to środowiska, wraz z opinią publiczną, żyły w słodkiej nieświadomości, że w Polsce mamy problem z nielegalnymi imigrantami. To myśmy „knuli” z tymi, którzy postanowili rzecz wprowadzić w życie i mieli tę możliwość.

      Wyszło i nie wyszło – jak to w życiu. Abolicja pozwoliła zalegalizować pobyt kilku tysiącom osób (więcej niż dwie poprzednie razem), ale jednocześnie kilkuset tysiącom na to nie dała szansy – jedna poprawka do naszego pierwotnego postulatu spowodowała, że zamiast raz a dobrze na kilka lat załatwić problem, spokojnie możemy walczyć o abolicję nr 4 (na którą obecnie polityczne szanse są żadne).

       

      Mity i fakty

       

      Publiczne podniesienie problemu imigracji, wprowadzenie go do dyskursu publicznego, nałożyło się na kryzys i wzrost nastrojów antyimigranckich (nie tylko u nas). O ile 7-8 lat temu musiałem tłumaczyć ówczesnemu Ministerstwu Spraw Wewnętrznych i Administracji, że nieprawdą jest rozpowszechniany przez nich pogląd, że największą grupą imigrantów są Wietnamczycy, których jest 30-40 tysięcy, bo samych Ukraińców jest 10 razy więcej (to było dla ministerstwa zaskoczenie!), o tyle teraz niektóre publikatory straszą, że w Polsce mamy milion nielegalnych imigrantów (circa 175 tysięcy legalnych – to są twarde dane). Tu bardzo ważna uwaga: w Polsce imigrant nielegalny staje się nim z powodu przepisów i kosztów, wjeżdża do Polski legalnie, dopiero potem popada, przy współudziale pracodawcy najczęściej, w nielegalność.

      Zdradzę Czytelnikom pewną tajemnicę: prawie wszystkie dane na temat nielegalnych imigrantów padające w mediach są wzięte absolutnie z sufitu. Nikt nie wie, ilu ich jest, Ani rząd, ani organizacje pozarządowe. Wszyscy poruszamy się po omacku. Z tym że rząd (każdy) zawsze zaniża, a NGO-sy przeważnie zawyżają. Nikt nie ma pewnych danych, bo nie ma ich skąd wziąć.

      Wszczynając kampanię na rzecz abolicji, mówiliśmy o 300-500 tysiącach, zapewne przesadzaliśmy, ale już po paru latach, na podstawie danych Straży Granicznej, MSWiA i MSZ, dawało się obliczyć, że od 2007 do 2010/11 mogło ich przybyć ponad 200 tysięcy.

      Rzecz jasna są to imigranci przede wszystkim z Ukrainy, nie ma się co oszukiwać. Ukraina od kryzysu lat 90. żyje dzięki milionom emigrantów zarobkowych, stałych (Zachód i USA) i czasowych (przede wszystkim Rosja i... Polska). Brednie o jakiejś islamizacji i napływie imigrantów czy uchodźców z krajów islamskich nie znajdują żadnego uzasadnienia w liczbach. Do Polski napływ nielegalnych imigrantów z takich krajów praktycznie nie ma miejsca, a liczby potencjalnych „azylantów” są śmiesznie niskie, 99% procent z nich zresztą jest wydalanych i często wraca wprost pod bomby, w łapy terrorystów lub politycznych policji, które ładują ich do więzień i obozów (dzieci nikogo nie wzruszają, dzielą los rodziców, chyba że media zrobią aferę, co jednak zdarza się coraz rzadziej). Nasza „Lampedusa” jest systemowa i praktycznie się o niej nie mówi, dlatego nikogo na co dzień nie boli (z wyjątkiem ofiar) i jej nie widać.

      Polska od wielu lat prowadzi świadomą politykę antyimigrancką, wbrew swoim żywotnym interesom, racji stanu i potrzebom swych własnych obywateli. Dla utrzymania homogenicznego społeczeństwa starców, w imię jakiegoś wcale nie skrywanego nacjonalizmu i rasizmu, imigrantów się odstrasza, utrudnia im życie, a uchodźców zwyczajnie deportuje. Tymczasem od początku wieku praktycznie Rządowa (!) Rada Ludnościowa apeluje o poluzowanie przepisów imigracyjnych i wskazuje na katastrofalne skutki demograficzne sytuacji, w której z Polski wyjechało ponad 2 mln ludzi.

      Imigranci do Polski przybywają po pracę, jeśli jej nie dostają, wyjeżdżają, bo nie ma u nas żadnego socjalu ( pomoc na krótko otrzymują uchodźcy, to jest ułamek świadczeń zachodnich). Zastępują Polaków, którzy wyjechali na Zachód, niektóre branże gospodarki (budownictwo, rolnictwo, usługi typu opieka nad dziećmi, osobami chorymi czy starszymi lub sprzątanie) bez imigrantów załamałyby się z dnia na dzień. Imigrant nie odbiera pracy Polakom, bo Polak nie chce lub nie może pracować na jego stanowisku, ewentualnie robi to samo, ale za granicą – za większe pieniądze.

      Dość powiedzieć, że oprócz wszystkich aspektów humanitarnych, politycznych i kulturowych, utrzymywanie armii niezalegalizowanych ludzi, którzy dla systemu nie istnieją, powoduje, że tracimy setki milionów złotych rocznie na samo ich leczenie (długi są nieściągalne – każdy dyrektor szpitala w Polsce o tym wie). Kiedyś gdzieś czytałem, że deportacja nielegalnego imigranta z Wielkiej Brytanii to rząd 10 tysięcy funtów, natomiast w Polsce zysk z legalizacji jednego to kilkanaście tysięcy złotych przez pierwszy rok legalnego pobytu.

      Legalni w Polsce zresztą też nie mają za dobrze, bo jeśli przebywają na pobytach czasowych (od roku do 3, po 5 można się starać o stały pobyt, ale skutecznie udaje się to jednostkom), o ile nie są małżonkami polskich obywateli, nie mogą zakładać choćby indywidualnej działalności gospodarczej, czego wprowadzenie byłoby ciosem w „szarą strefę”.

       

      Czas ksenofobów

       

      Powyższe uwagi służyły przede wszystkim do objaśnienia Czytelnikom, dlaczego moją irytację, wściekłość wręcz, budzą nie tylko coraz częstsze przejawy nienawiści wobec imigrantów w ogóle, a Ukraińców w szczególności ostatnimi czasy, ale i niechlujne informacje na temat tej dziedziny w mediach, które właśnie tą „niechlujnością” przyczyniają się moim zdaniem do szerzenia nieporozumień i wzmagają ksenofobiczne nastroje (w każdym razie zupełnie ich nie zwalczają).

      Dziś ukazały się dwa krótkie teksty, których zawartość sprowadza się do tego, że w ubiegłym roku liczba osób przebywających w Polsce z prawem czasowego pobytu (czyli takich, którzy pracują legalnie, płaca podatki i ubezpieczenie) wzrosła ze 125 tysięcy do 175. Proponuję zapoznać się z nimi i przeczytać choćby te obłąkane komentarze (pisownia oryginalna) spod tych tekstów, które przytoczyłem, a potem wytłumaczę w czym rzecz.

      http://wiadomosci.onet.pl/kraj/dziennik-gazeta-prawna-emigranci-znalezli-dom-w-polsce/d1g3k0

      http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Ukraincy-znalezli-przystan-nad-Wisla,wid,17408788,wiadomosc.html?ticaid=1149ab



      Polski rzad chce zastapic polakow ktorzy wyjechali do Angli, Niemiec i innych krajow ukraincami. Ukrainiec ktory otrzyma staly pobyt w Polsce dostaje mieszkanie oraz prace. Dostaje tez zasilek w zaleznosc jak duza jest rodzina. W polsce eksmituje sie samotne matki z malymi dziecmi, bezrobocie przekroczylo 17% . Jak tu nie kochac Polski. Zielona wyspa. Dla Ukraincow.

      Bandycki rzad ktory wygania swoich za granice aby tam szukali chleba a karmi banderowcow !!!!!!!!!! HANBA !!!

      Tym sposobem rośnie V banderowska kolumna w Polsce i na świecie. Są ukraińskie organizacje w Polsce, Kanadzie, USA. Wszystkie szkodzą Polsce tak samo jak polski rząd. Powstają nowe ukraińskie historyczne książki, w których Kopernik to ukraiński uczony, a Kraków to ukraińskie miasto. Wg. ukraińskiego prowydu, Ukraińcy mają być klasą rządzącą w Polsce. Naród polski jest zobojętniały i otumaniony, nie wiem jak do tych ludzi dotrzeć. Obudzą się z nożem w plecach

      emigranci to agenci obcych państw

      Ukraińcy przenikają przez najsłabsze struktury...Najwięcej ukraińców jest w urzędach miejskich odzyskanych...Zmonopolizowali Wrocław i otoczenie Dutkiewicza...patrząc po tabliczkach na drzwiach urzędu miasta ale i województwa włosy się jeżą z przerażenia

      Poruszam sie komunikacja miejska. We Wroclawiu na kazdym kroku slychac jezyk ukrrainski. Od znajomych slysze, ze sciagaja tu calymi rodzinami. Mysle, ze przewrot byl przygotowywany latami i nic nie jest przypadkowe, nawet to, ze przed ok 8 laty obcieto wszystkie stypendia dla dzieci polskiego pochodzenia z innych krajow, niz wschodnie, a w praktyce masowo zaczeto wydawac tzw karte Polaka dla obywateli z Ukkrainy. Okresleni ludzie i struktury pod ich dyktando tworzyli grunt i zaplecze dla Majjdan

       

      O co chodzi

       

      Nie zamierzam nawet przez sekundę „polemizować” z tym stekiem ohydnych bredni i kłamstw autorstwa rodzimych frustratów i – co dobrze widać – rosyjskich trolli. Po prostu poinformuję Czytelników o stanie faktycznym.

      Polska ma razem z Rumunią najmniejszy w Europie odsetek cudzoziemców na tysiąc mieszkańców, przez długie lata ich liczba przewyższała nieznacznie sto tysięcy, ale to są tylko dane obejmujące osoby z prawem pobytu, nie obejmują tych, którzy wjeżdżają do nas na podstawie wizy i mogą pracować – takich od 2007 roku jest u nas ponad 200 tysięcy rocznie, oczywiście – są to przede wszystkim Ukraińcy, nie obejmują też nielegalnych imigrantów – bo system ich nie widzi.

      Czy zatem w związku z wojną na Ukrainie mamy do czynienia z „najazdem” Ukraińców na Polskę?

      I tak, i nie. Z moich informacji wynika, że przez ostatni mniej więcej rok nastąpił istotnie szturm na Wojewódzkie Wydziały do Spraw Cudzoziemców (one wydają zgody na pobyt czasowy) i rzeczywiście większość z wniosków złożyli obywatele Ukrainy. Podobno jest tego 150 tysięcy. Można wysnuć wniosek, że przynajmniej jedna trzecia z nich została rozpatrzona pozytywnie.

      Reszta wniosków została odrzucona bądź nie jest rozpatrzona do tej pory, bo system się zatkał – biurokracja w Polsce nie jest w stanie przerobić takiej ilości wniosków. Kolejki pod urzędami – czego nie było w najgorszych czasach – ustawiają się w południe dnia poprzedzającego dzień złożenia papierów (!). Etatów nie przybywa, więc urzędnicy starają się ograniczyć kolejki żądając składania dokumentów pocztą (co tylko teoretycznie zmniejsza kolejki i likwiduje dantejskie sceny na ul. Długiej w Warszawie, bo wnioski wysłane pocztą pełne są błędów, które i tak trzeba potem osobiście usunąć, a składając je osobiście można zrobić to od razu). Zatkało się nie tylko w Polsce, ale i w polskich konsulatach na Ukrainie (a wniosków złożono tam jedynie o 50 tysięcy więcej niż zwykle). Sposób składania wniosków w sprawie wiz jest zresztą osobną historią, wartą osobnego wpisu.

      Te 50 tysięcy więcej wniosków wizowych jest liczbą bardzo ważną, gdyż, wbrew histerycznym głosom, pokazuje realny wzrost liczby Ukraińców przyjeżdżających do Polski.

      Tak że można wysnuć z dużym prawdopodobieństwem wniosek, że znakomitą część z tych 150 tysięcy wniosków o pobyt czasowy, które zatkały polską administrację, pochodzi od Ukraińców, którzy do tej pory przebywali u nas na podstawie wiz. Oni po prostu chcą zmienić formę pobytu na bardziej bezpieczną i dającą w perspektywie prawo do ubiegania się o status rezydenta UE (pobyt stały u nas itp.).

      Do tego trzeba doliczyć ponad 2 tysiące wniosków złożonych przez uchodźców ukraińskich z Donbasu i Krymu przede wszystkim ( w tym roku złożono kolejnych 800) – żaden z nich – ANI JEDEN – nie został rozpatrzony pozytywnie. Polska haniebnie udaje, że uchodźcy ci mogą znaleźć dobre warunki i bezpieczeństwo na terenie Ukrainy – taka jest przyczyna 100% odmów. To jakby mówić powodzianom, żeby we własnym zakresie przenieśli się w Tatry, bo tam jest lepiej – namioty proszę sobie zorganizować we własnym zakresie. Jeszcze wiosną ubiegłego roku polski rząd deklarował, że gotowi jesteśmy przyjąć 10 tysięcy uchodźców, nie napłynęła nawet jedna trzecia z tej liczby, a ochrony i pomocy nie otrzymał – powtarzam – ANI JEDEN.

      Osobiście nie odróżniam w żaden sposób Ukraińców od Ukraińców polskiego pochodzenia, ale polskie prawo i „opinia publiczna” rozróżniają jak najbardziej. Stąd w mediach serial pod tytułem „Ewakuacja Polaków z Donbasu”. Niecałe 180 osób sprowadzaliśmy przez prawie rok z szumem takim, jakby chodziło 100 tysięcy. W końcu trafili do Polski i są wdzięcznym tematem dla mediów oraz bałamutnym dowodem na to, że polski rząd „przyjmuje uchodźców z Ukrainy”.

      Gówno prawda, Szanowni Państwo. To nie są żadni uchodźcy. Przeważnie są to posiadacze „karty Polaka”, czyli udowodnili swoje polskie pochodzenie i nie obejmuje ich procedura uchodźcza – przysługuje im tak zwane „osiedlenie konstytucyjne”, czyli ubieganie się o stały pobyt z powodu polskiego pochodzenia (o obywatelstwo muszą starać się osobno).

      Posiadaczy „karty Polaka” o pobyt w Polsce ubiega się więcej i nie zawsze ich wnioski są weryfikowane pozytywnie, sama karta niczego nie gwarantuje tak naprawdę, zresztą nie wydano ich, jak straszono, milionom, lecz 200 tysiącom (trudno udowodnić pochodzenie, ludzie nie mają dokumentów albo ich nie stać na usługi oszustów). Ci ludzie w znakomitej większości się do nas nie pchają. Co jednak nie zmienia kuriozalnego faktu, że dzięki przepisom dorobiliśmy się w Polsce pokaźniej ilości nielegalnych Polaków, których w razie wpadki nasze służby deportuję na Ukrainę czy gdzie tam uważają.

      To chyba powinno dać nam wszystkim do myślenia. Myślenie – jak twierdził już w latach 50. Studencki Teatr Satyryków – ma kolosalną przyszłość.



      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Polska Rzeczpospolita Ksenofobów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 marca 2015 17:53
  • niedziela, 29 marca 2015
    • Kłótnia kochanków

       

      Na Sadowej świeciło wiosenne słoneczko, Behemot wracał z porannego szlajanka. Sposobił się właśnie do skoku z mizernej ubiegłorocznej trawki na pseudo drabinkę prowadzącą na parapet, gdy z mieszkania zajmowanego przez niego i udostępnianego z łaski autorowi & innym doszły go podniesione głosy – męski i damski. Pierwszy niewątpliwie należał do autora, ale drugi do jakiejś nieznanej kotu kobiety.

      - Co to znowu za baba? - zastrzygł uszami zdziwiony kocur – Co oni się tak drą w niedzielę jak przekupy na targu?

      Na wszelki wypadek postanowił na razie nie ujawniać się i rozeznać w sytuacji, czyli przyczaić się pod oknem i podsłuchać „osochozi”.

       

      Życie wewnętrzne

       

      Trzeba tu obiektywnie pochwalić rozwagę i wyczucie Behemota, bo wchodzenie przez okno do mieszkania, gdzie trwa awantura, gorsze jest od wpieprzania się między wódkę a zakąskę na imprezie, na którą nas nie proszono. Odrobina kultury nikomu poza tym jeszcze nie zaszkodziła, nawet kotu wracającemu ze śmietnika.

      Tym bardziej, że posłuchać było czego. Podobnie chyba myślał sąsiad z piętra wyżej, który wyległ z kocią mordą na balkon i wisiał omal na barierce, żeby słowa nie uronić...

       

      Ona: Ty mnie już chyba nie kochasz!

       

      On: Mogę to samo powiedzieć o tobie!

       

      Ona: Zawsze ci wybaczałam wszystkie romanse, nawet to, że ożeniłeś się z inną, młodszą!

       

      On: Czy ja ci wypominam, że puszczasz się z jakimiś starymi kawalerami w typie Jarosława Kaczyńskiego? Albo te tłumy ogolonych na łyso kretynów, wyciętych jak z „marszu Niepodległości”, które lezą do ciebie jak muchy do... miodu? Kręcą cię takie bezmózgie mięśniaki? Dawno ustaliliśmy, że żyjemy w wolnym związku! Staramy się nie ograniczać wzajemnie! Tyle że uważałem, że masz lepszy gust!

       

      Ona: Cham. Głupi bydlak. Nie masz pojęcia o dobrym guście, wielbicielu ruskich „towarów”! A o twojej muskulaturze lepiej nie rozmawiajmy... nie ma o czym.

       

      On: Jaki cham? Dorośli jesteśmy, możemy mówić szczerze. Powiedziałem nieprawdę?

       

      Ona: Czuję się taka samotna. Nudzę się. Tak rzadko jesteśmy razem.

       

      Argumenty nierogacizny

       

      On: Jak mamy być częściej razem, skoro ty w każdej wolnej chwili walisz do kościoła? Wtórna dewocja cię przed menopauzą dopadła? To nieznośne...

       

      Ona: Świnia. Takich rzeczy się nie mówi!

       

      On: Dobra, przepraszam, ale sama przyznaj, że kiedyś byłaś inna: dało się z tobą pogadać na każdy temat, może i byłaś wierząca, ale nie dewotka!

       

      Ona (gorzko): A co mi w mojej sytuacji zostało? Samotna stara panna się ze mnie robi. Mogę się tylko modlić... wszyscy lepsi mnie porzucają. Ci dobrzy, którzy niby zostają, prawie w ogóle o mnie nie myślą. Czuję porzucona i niechciana!

       

      On: To jeszcze nie powód, żeby pchać się w takie towarzystwo! Zresztą, sama tu nawijasz o różnych innych, a mi moje romanse wypominasz. Kobieca logika! Jeszcze powiedz, że ci się Andrzej Duda podoba, bo mówi prawie po polsku i wykształcony!

       

      Ona: Nic ci do tego!

       

      On: Wszystko mi do tego!

       

      Ona: Dobrego słowa o ciebie od lat nie usłyszałam! Złamanego komplementu nawet! Kiedy ty mi jakieś kwiaty dałeś? Kiedy mieliśmy choćby jeden dzień tylko dla siebie?

       

      On: Codziennie patrzę na to, co robisz. Jesteś mi bliska, ale wiesz, że mam masę obowiązków... Nie mogę stale być tylko z tobą. Nie jesteś jedyna na tym świecie! Nie umiesz się w tym wieku zająć sama sobą? Jesteś jak dziecko! Jak stary marudny bachor, który domaga się uwagi wszystkich, bo inaczej jest nieszczęśliwy i zapłakany!

       

      Ona: Potrzebuję miłości! Żeby ktoś się o mnie starał! Żeby o mnie dbał!

       

      On: Kocham cię, ale nie mogę żyć tylko tobą!

       

      Ona: Też mnie zostawisz! Jak inni! Wyjedziesz! Już jesteś emigrant, na razie wewnętrzny!

       

      On (wściekle): Żebyś wiedziała, że chwilami mam na to ochotę! Rzucić to wszystko i wyjechać!

       

      Ona: Płacze.


      Słychać pośpieszny stukot obcasów i jebnięcie drzwiami. Następnie autor przeklina chwilę i milknie.

       

      Cisza po burzy

       

      Przedstawienie wydawało się być skończone. Sąsiad na balkonie pokręcił głową i wrócił zdać relację rodzinie. Behemot odczekał jeszcze minutkę i wskoczył na parapet.

      Autor siedział w fotelu z niezbyt szczęśliwą miną.

       

      - Przyznam, że mnie jeszcze potrafisz zaskoczyć, autorku! Pojęcia nie miałem, że masz jakąś kochankę! Żona się nie ucieszy! - Behemot wpakował się bezceremonialnie na autorskie kolana i mruczał przymilnie acz interesownie.

      - Jaka kochanka, głupolu!? - żachnęło się zniechęcone autorzysko.

       

      - No to kto to był? - mruczenie przeszło w rejestr „umrę z ciekawości, jak mi nie powiesz”.

       

      - To była Polska, koci baranie, Polska! - westchnął rzekomy „kochanek”.

       

      - Polska? - Behemot miauknął zaskoczony – Do diabła! I tak sobie poszła? Pozwoliłeś jej wyjść? Co będzie, jeśli nie wróci?

       

      - Wróci, wróci. Zawsze wraca. Albo ja do niej – stwierdził kategorycznie zmęczony autor.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (69) Pokaż komentarze do wpisu „Kłótnia kochanków”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 marca 2015 13:46
  • piątek, 27 marca 2015
    • Rekonstrukcja

       

      Na Sadowej różne osoby pojawiały się i cały czas pojawiają, więc autor nie był specjalnie zdziwiony, gdy po otworzeniu drzwi stwierdził , że stoi za nimi kurierka pocztowa w stroju łączniczki AK z Powstania Warszawskiego.

      Zawadiacko przekrzywiony czarny berecik, panterka i biało-czerwona opaska, nawet skórzana torba z epoki – wypisz, wymaluj Danuta Szaflarska z „Zakazanych piosenek”. Po włożeniu okularów autor odwołał jedynie Szaflarską, ale przez grzeczność zagaił: Bardzo ma pani gustowny strój...

      - Dziękuję, panie adresacie! Należę do grupy rekonstruktorów historycznych „Poczta Polska '39”. Rekonstruujemy patriotyczne tradycje. Młodzież uczymy, starszych wzruszamy – wyjaśniła kurierka-łączniczka.

       

      - Ja myślę, rachunki z pani rączek łatwiej przełknąć emerytowi, chyba że to emeryt „resortowy” – zażartował „pan adresat”, biorąc kopertę i machając podpis, zastanawiał się jednocześnie: Jezu, kto im tak kazał mówić do ludzi? „Pan adresat”?! Te korporacje są żałosne!

      Dziewczyna uśmiechnęła się,stuknęła obcasami, zasalutowała i odmeldowała się: Ku chwale ojczyzny!

       

      Autor poszedł klapnąć w fotelu, gdyż ani jeść, ani czytać nie lubił na stojąco. No i dobrze, że usiadł przed lekturą, bo po nie mógł przez chwilę ani wstać, ani powietrza złapać – to nie była konfuzja czy poczucie, że ktoś nas robi właśnie w balona na bezczelnego, to było przerażające, irracjonalne przeczucie, że to może nie być żaden żart.

       

      Rekwizycja Behemota

       

      Nadawcą pisma był: Wydział Wojny Rządu Narodowego Cywilnego (w rekonstrukcji), a jakiś dyrektor Wysocki (grupa rekonstruktorów „1863”) zwracał się z „uprzejmym żądaniem udostępnienia rosyjskojęzycznego kota bojowego „Behemot” na potrzeby rekonstrukcji Powstania Styczniowego” (w marcu? - aut. ).

      W wypadku odmowy „dyrektor” straszył rekwizycją i komornikiem, powołując się na pół strony przepisów i grożąc grzywną z zamianą na areszt.

      Jednocześnie pisał, że „obywatel Autor” powinien zrozumieć, że „rekonstrukcje patriotycznych wydarzeń wzmagają patriotyzm, a patriotyzm wymaga od świadomych, patriotycznych obywateli ofiar na patriotycznym ołtarzu Ojczyzny”.

       

      - W życiu nie oddam kota jakimś szurniętym rekonstruktorom – rzekł czerwony z wściekłości „obywatel Autor”, którego wcale nie uspokoiły zapewnienia, że „żadne zwierzę nie ucierpi podczas rekonstrukcji scen batalistycznych ani egzekucji na stokach Cytadeli”. - Niech się w dupę pocałują!



      Potencjalny „przedmiot rekwizycji” spał tymczasem słodko w koszyczku i miał cały problem tam, gdzie autor kazał całować się „szurniętym rekonstruktorom”.


      Nie zmieniało to faktu, że coś z tym fantem trzeba było zrobić, bo dupa dupą, ale komornik to komornik – raczej w nic nie pocałuje, a ostatnie gacie z tyłka ściągnie i tak.

      Autor doczytał w piśmie, że „Dzielnicowa Delegatura Wydziału Wojny Rządu Narodowego Cywilnego” mieści się w pobliskim urzędzie dzielnicy (tam kazali przytargać kota).

      - No, sukinsyny, już ja wam pokażę! Jeszcze nie wiecie, że ja wam urządzę rekonstrukcję Stalingradu w obronie mojego „rosyjskojęzycznego kota typu Behemot” - wygrażał autor, który już wkładał buty i płaszcz, żeby natychmiast udać się do urzędu.

       

      "Jak to na wojence ładnie"...

       

      nucił po drodze i jakoś bez zaskoczenia przyjął widok obłożonego workami z piaskiem pobliskiego marketu, przy którym pętały się ekspedientki w mundurach à la Natasza Urbańska z wiekopomnego dzieła „Bitwa Warszawska 1920”. Młoda cekaemistka, w której rozpoznał sprzedawczynię odkładającą dla niego jego ulubione papierosy, gdy zaczynały się kończyć, a do dostawy brakowało kilku dni, przywołała go wesoło machając.

      - Odłożyłam dla pana trzy paczki. A może by pan do nas dołączył? Szefostwo wzmacnia nasz patriotyzm i integruje personel z klientami, będziemy rekonstruować wspólnie obronę przed bolszewikami! Można będzie postrzelać z tych karabinów do paintballa A potem promocyjny grill z piwkiem – uśmiechnęła się filuternie.

       

      - Kochana, nie mogę, „dziś do ciebie przyjść nie mogę”, do urzędu lecę, a za fajeczki dziękuję, jutro wstąpię niezawodnie – wymigał się pośpiesznie wyliniały podrywacz ekspedientek.

       

      Na skrzyżowaniu nie działały światła, ruchem kierował policjant, a dwóch innych stało na chodniku. Obok nich przystanął zastopowany autor.

      - Zaraz będą jechać! Czadersko! - rzucił tajemniczo gliniarz do gliniarza.

       

      Za chwilę wyjaśniło się, że chodziło o kolumnę amerykańskich wozów pancernych, która ukazała się na ulicy Żeromskiego i pędziła w kierunku puszczy Kampinowskiej.

      - Przepraszam, to jakaś rekonstrukcja historyczna? - zapytał autor policjanta niepewnym głosem.

       

      - Nie, nie, to na serio. Z Estonii wracają chłopaki, na manewrach byli ruskich postraszyć – wyjaśnił z odrobiną wyższości funkcjonariusz.

      Przejazd potrwał 10 minut, autor zdążył więc ochłonąć trochę z wrażenia. Tak że do urzędu wszedł bez zadyszki i z w miarę normalnym pulsem.

       

      Kolejka do właściwego stanowiska nie była długa. Stał w niej jakiś staruszek z szablą i matka z wózkiem przypominającym do złudzenia ten ze słynnej sceny na odeskich schodach w filmie „Pancernik Potiomkin” Eisensteina. Staruszek zdał szablę z uśmiechem, a matka oddając wózek klęła pod nosem, bo dziecko kręciło się jej na rękach jak mały diabełek.



      Ojczyzna tego nie zapomni

       

      Autor okazał wezwanie i oświadczył, że za Chiny kota nie odda. Oczekiwał gromów, jeśli nie wezwania ochrony, ale nic takiego się nie stało. Urzędniczka, w stroju przypominającym Marię Konopnicką, bez słowa wypisała i wręczyła mu kwit do kasy.

       

      - Ale o co chodzi? Co ja mam z tym zrobić? - zapytał zmieszany.

       

      - Jak to co? Przecież pan widzi, że to kwit do kasy, ma pan zapłacić sto złotych i przynieść mi potwierdzenie, a ja panu anuluję rekwizycję kota – wyjaśniła cierpliwie niedorozwojowi „Konopnicka” - W ten sposób zbieramy środki na rekonstrukcje historycznych wydarzeń, które to przedsięwzięcia młodych zapoznają z historią kraju i umacniają ich patriotyzm, a starszym przypominają młodość. Mamy w planach rekonstrukcję bitwy pod Kircholmem. Pan wie, ile kosztuje wyposażenie husarii?

       

      - Pojęcia nie mam, ale pewnie drogo – stęknął ogłupiały autor, który mimo ogłupienia zauważył w myśli, że nie ma już raczej nikogo, kto mógłby pamiętać z młodości bitwę pod Kircholmem.

       

      - Pewnie, że drogo, drogi panie, ale dzięki panu już na kilka piórek w skrzydłach mamy. Ojczyzna tego panu nie zapomni – zagroziła, to jest – podziękowała mu cierpliwa urzędniczka-patriotka.

      Ucieszony właściciel kota uiścił, a na wezwaniu otrzymał stempel: „anulowano”. Behemot był bezpieczny.

      - Stówa to w końcu nie tak wiele za przyjaciela! - podsumował po drodze do domu autor, rozkładając parasol, bo zaczęło kapać.

       

      Wtem rozległ się grzmot niby z dwustu armat naraz. Na szczęście nie była to żadna rekonstrukcja historyczna, lecz pierwsza tego roku wiosenna burza.





      P.S.

      Nie mam nic przeciwko rekonstrukcjom wydarzeń historycznych, ale ostatnimi czasy w Polsce  przekracza się chyba pewną granicę dobrego smaku i przyzwoitości w tych sprawach, czego przykładem była „rekonstrukcja Rzezi Wołyńskiej” - jakiś koszmarny sen wariata. Nie ma to żadnego waloru edukacyjnego, lecz stricte polityczny. Ostatnio też natknąłem się na „rekonstrukcję” rozstrzeliwania kobiety w ciąży przez ubecję – to wszystko na oczach szkolnej dziatwy. Nieprawdopodobna rzecz.

      Poza tym Jarosław Kaczyński właśnie do środowiska rekonstruktorów skierował swój apel o wstępowanie do jakiegoś „korpusu ochrony wyborów” (czy jak to się tam nazywa), mającego strzec nas przed ich fałszowaniem. Mam nadzieję, że to środowisko składa się w większości z ludzi normalnych i przyzwoitych, autentycznych pasjonatów historii i patriotów, którym nie myli się żadna partia z Ojczyzną.

      Do napisania tego żarciku natchnęła mnie ostatecznie @Jael, kiedy dzieliła się wspomnieniem widoku Konwickiego na Nowym Świecie przed laty.

      Pomyślałem sobie wtedy, na poły żartem, że warto przeprowadzić rekonstrukcję stolika w Czytelniku.

      Tylko kto by teraz zagrał jego bohaterów?


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (121) Pokaż komentarze do wpisu „Rekonstrukcja”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 27 marca 2015 00:46
  • środa, 25 marca 2015
    • Ogniomistrz Kaleń



      Czyli jak zostałem „banderowcem”

       

      Piszę o Ukrainie na blogu od samego początku, ale dopiero teraz zorientowałem się, że właściwie nigdy nie wytłumaczyłem, skąd ta moja „proukraińskość” się wzięła. Owszem: żona, podróże, wydarzenia historyczne, czyli Majdan i wojna z Rosją – to są jakieś okoliczności tłumaczące obecność tej tematyki i jej intensywność. Ale dlaczego, do ciężkiej cholery, ten autor tak przynudza o „dzikich polach”? Tego skubany do tej pory nie wyjaśnił. Uświadomiła mi to Czytelniczka (dziękuję, @zoewro). Nie pierwszy zresztą raz, że się tak demonstracyjnie podliżę, Czytelnicy są dla mnie inspiracją do wpisów. Bo blog istnieje i ma sens jedynie dzięki Wam. Nie jest monologiem autora, lecz rozmową z ludźmi. A ja z Wami lubię gadać:)

       

      Gdy tak zacząłem sobie przypominać moją „drogę do Ukrainy”, wyszło mi, że gdyby nie szereg zbiegów okoliczności, mogłem wylądować w obozie „antyukraińskim”, a przynajmniej wśród obojętnych na los naszej pięknej siostrzycy. Tymczasem stałem się jej gorącym admiratorem i stronnikiem. Na początku nic tego nie zapowiadało...

       

      Zerwikaptur w rękach banderowca

       

      Las rozświetlony jedynie blaskiem ogniska i pochodni. Zima – minus 25 stopni ciągnie sugestywnie od ekranu telewizora. Nie mam jeszcze 10 lat (jest PRL, lata 70.), kiedy patrzę na przerażającą scenę egzekucji Polaków pojmanych przez banderowców w Bieszczadach. Ścinanie głów ukazane jest jak w teatrze cieni, nie bezpośrednio, co jeszcze wzmacnia grozę. Straszny brodaty kat z tryzubem na niemieckiej czapce SS-mana będzie mi się śnił jeszcze długo.

      Katowski miecz opada kolejny raz, przerażony ogniomistrz Kaleń czeka na swą kolej. Ma związane ręce, ubrany jest jedynie w koszulę i portki, nie ma butów. Mróz okropny, lecz on spocony ze strachu. Przymyka oczy i nagle decyduje się na desperacką ucieczkę. Mogą go zastrzelić, na pewno go zastrzelą, a jak nie zastrzelą, to na pewno zamarznie, ale mus uciekać, ratować życie, świat jest piękny, życie jest piękne, szczególnie gdy patrzy się na śmierć tak potworną. Ucieka. Żyje.

      Tak zapamiętałem film „Ogniomistrz Kaleń” Petelskich, nakręcony w 1961 roku na podstawie „Łun w Bieszczadach” Gerharda. Ten obraz kształtował moje wyobrażenie o Ukraińcach w dzieciństwie.

      Rozsądek podpowiada mi, że nie było w tej scenie żadnego miecza a la Zerwikaptur Podbipięty, lecz topór. Że film był propagandowy, a powieść skłamana jak moje wspomnienie – w końcu Gerhard, człowiek niebanalny, z życiem i śmiercią dziwnymi jak na współczesne standardy nawet, piórem sprawnym, był zbrodniarzem, który nie wahał się kazać pojmanych jeńców ukraińskich rozstrzeliwać na miejscu. Gołas jednak jako ogniomistrz Kaleń z Ludowego Wojska Polskiego wzbudzał sympatię swą poczciwością i sprytem pana Zagłoby. Wszystko to był bez dwóch zdań pic na wodę. Ale to wiedza nabyta długo potem – wrażenie pierwsze, przemożne, było takie, jak opisałem: Ukrainiec to ktoś w typie współczesnych zwyrodnialców z „państwa islamskiego”.

      Ten film padł na grunt już przygotowany: na Sienkiewicza. „Ogniem i mieczem”, które moja babcia czytała mi wcześniej, nie jest wprawdzie dziełem antyukraińskim wprost, wręcz chwilami przeciwnie, ale emocje u dziecka budzi, mimo swych intencji, jednoznaczne: straszliwa czerń i my, szlachetni polscy rycerze. Bohunowi można nawet współczuć, ale w wieku lat 5 czy 6 raczej się człowiek z nim nie identyfikuje. Dzicz, zgroza, Wiśniowiecki wbijający na pal Kozaków jako trzeźwy i sprawiedliwy realista, czyli koszmarna ignorancja, głupota i naiwność. Pomieszanie z poplątaniem.

       

      Na Ukrainę? Przez Moskwę i Paryż

       

      Na szczęście moja babcia była z Wilna, nie miała żadnych przykrych doświadczeń z Ukraińcami, Rzeź Wołyńska była dla niej rzeczą znaną, ale jednak abstrakcją (dla nas liczyły się Ponary i sowieci), więc nie wzmacniała we mnie strachu przed Ukraińcami, jaki budziła we mnie sztuka, inaczej skończyłbym pewnie jak jaki Isakowicz-Zaleski (albo jeszcze gorzej).

      W wieku lat mniej więcej 15 zostałem tymczasem rusofilem-antykomunistą, pożarłem „Mistrza i Małgorzatę” oraz „Białą gwardię” - ta druga pozycja niewątpliwie nie przyczyniła się do poprawienia mojej opinii o Ukraińcach. W dodatku w 1984 roku zadebiutował Eustachy Rylski – jego „Stankiewicz” na długo zrobił ze mnie „białogwardzistę” rozkochanego w Armii Ochotniczej Denikina, a obraz Ukrainy jako chaosu utrwalił jeszcze mocniej. Dzięki Bogu Białych kochałem już z pewnym dystansem i krytycyzmem, który w tych sprawach zawdzięczam nie tylko genom, ale i właśnie E.R. Rusofilię natomiast wzmacniali Okudżawa z Wysockim, obecni w domu od lat skutkiem miłości do nich mojej matki.

      Krótko mówiąc: byłem na najlepszej drodze do zostania w miarę uczonym przygłupem z nie najgorszym gustem, ale bez pojęcia o historii.

      Z pomocą przyszła mi komuna, którą amatorsko zwalczałem. Za młodzieńcze harce z MO wywalili mnie w połowie lat 80. z wilczym biletem ze szkoły w B. Dzięki temu, po perypetiach jak z Mrożka, trafiłem do liceum w Warszawie, gdzie przyjęto mnie po przeczytaniu moich wierszyków – to była szkoła, w której pracowali naprawdę fajni i porządni ludzie. W dodatku zyskałem dostęp bezpośredni do wydawnictw drugiego obiegu i... paryskiej „Kultury” (w B. tylko o tym słyszałem).

      To była miłość od pierwszego wejrzenia. Na zawsze. Pochłaniałem każdy dostępny numer jakbym rzucał się na ukochaną dziewczynę (w tym wieku człowiek rzuca się z impetem na różne „tematy”).

      Jeszcze pojęcia nie miałem tak naprawdę, kim jest Łobodowski, Stempowski czy Mieroszewski (archiwalne numery czytałem znacznie później), ale uwiódł mnie Bohdan Osadczuk. To była zupełnie inna Ukraina. To był ukraiński Giedroyc. Dzięki temu zacząłem się tym „chaosem” interesować i nieco się w nim rozeznawać. Pierwszy raz w życiu zacząłem też patrzeć na świat z ukraińskiego punktu widzenia. Bardzo to było pouczające i ozdrowieńcze.

      Wtedy zrozumiałem nieco z pism Piłsudskiego i historii Polski.

      Wiele lat później rozmawiałem z Osadczukiem osobiście. Był to jeden z najbardziej wzruszających momentów w moim życiu.

      W noc z 4 na 5 czerwca 1989 roku, po zamknięciu lokali wyborczych, jeszcze nie wiedząc, czy wygramy, siedziałem w bloku przy Reymonta w Warszawie i piłem antycypującą wygraną wódkę z kumplem i właścicielką mieszkania, nieocenioną panią N., a z podwórza dobiegał śpiew nawalonych radośnie współobywateli: „A my Wilno zdobędziemy, a my Lwów odbijemy...”

      Osobiście już nie miałem takich ambicji. Byłem zdrowy na umyśle dzięki „Kulturze”. Polski kompleks miałem wyleczony. Prawie.

       

      Przemiana w teatrze

       

      Moje życzliwe i empatyczne podejście do Ukrainy doszło do takiego poziomu, że prawie złożyłbym papiery na filologię ukraińską, chociaż jeszcze nie było żadnej niepodległej Ukrainy. Ale już ją przeczuwaliśmy (my – uważni obserwatorzy).

       

      Nie odważyłem się jednak iść na te studia, za to, przygotowując się na wsiakij słuczaj, Szewczenki spore ilości wchłonąłem na pamięć (Andruchowycza czy Zabużko nikt jeszcze się nie spodziewał).

       

      Mimo to uważałem kulturę ukraińską za „niższą” od rosyjskiej. Puszkin, Achmatowa, Mandelsztam, Brodski – te sprawy.

       

      Niepodległa Ukraina? Radość i spełnienie proroctw ukochanych autorytetów. Ale ważna jest Rosja – tak myślałem. Ukraina jest środkiem do celu, nie celem – taki byłem gamoń.

       

      Nawet gdy zacząłem mieć ukraińskich przyjaciół, rozumieć ich i kochać, ciągnęło mnie – jak wiadome 3 siostry – do Moskwy.

      No i wreszcie tam na dłużej zamieszkałem. Zajęło mi to prawie 15 lat. Na przełomie 2003 i 2004 z piękną "moskwiczką" czułem, że Moskwa jest moja.

      Dziewczyna ustawiona, rosyjska inteligencja, nie biedna. Teatr Bolszoj? Nie ma sprawy! Wieczory na Arbacie? Jak najbardziej. A może „Podmoskownyje wieczera?” Dacza czeka.

      Któregoś właśnie wieczora poszliśmy do teatru przy Twerskiej na „Mistrza i Małgorzatę” (to jest fakt „autentyczny” - w moim życiu Bułhakow znaczy wiele naprawdę).

      Wtedy, po zamachu na Dubrowce i w metrze, w wejściu do teatru stali omonowcy z kałachami, bramki jak na lotnisku. Ale Moskwa nie wierzyła łzom. Towarzystwo rozbawione i bywałe. Wszyscy znają, klasyka, atmosfera rodzinna. Rosyjska inteligencja jest cudowna.

      A mnie niedobrze jakoś.

      Polaczek z komunikatywnym mniej więcej rosyjskim, ale za to „Mistrza i Małgorzatę” znam po rosyjsku prawie w całości na pamięć. Mimo to – czułem się w tym moskiewskim beau mondzie wyobcowany jak nigdy przedtem. Ki czort?



      I pojąłem co chcą zrobić ze mną tu” (Kaczmarski, „Epitafium dla Wysockiego”) - gdy do mieszkania Berlioza przyjechał wujek z Kijowa, mający apetyt na „spadek”, aktorzy przeszli na karykaturę ukraińskiego. „Behemot” robił sobie z wuja jaja, a publika pokładała się ze śmiechu. Ukraiński zawsze był dla najlepszych nawet Rosjan dialektem chłopskim z „Małorosji”, a nie językiem innego narodu.

      Nie było w tym lekko pogardliwym śmiechu żadnej jeszcze nienawiści ani zapowiedzi zajęcia Krymu, my przecież też śmiejemy się całkiem niewinnie ze Ślązaków czy Kaszubów. Mnie jednak zmroziło.



      15 marca 2004, kiedy drugi raz wybrano Putina prezydentem, wracałem do Polski. W trzy miesiące później miałem już ukraińską dziewczynę, z którą potem się ożeniłem. 21. listopada wybuchła Pomarańczowa Rewolucja – pierwszy Majdan.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (113) Pokaż komentarze do wpisu „Ogniomistrz Kaleń”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 25 marca 2015 00:48
  • poniedziałek, 23 marca 2015
    • Koci raptularz (3)

       

      Bredniowiecze

       

      Żyjemy w bredniowieczu. I wcale nie dlatego, że ludzie opowiadają teraz większe głupoty niż kiedyś. Po prostu lepiej to słychać i widać. Szczęśliwy kmieć za czasów Mieszka I pojęcia nie miał, jakie brednie opowiada jego odpowiednik w Egipcie. Teraz kretyn z Patagonii może wymieniać poglądy z idiotą z Kamczatki w czasie rzeczywistym, w dodatku przy udziale światowej publiczności i nierzadko za pieniądze.

       

      Bywały jednak zawsze środowiska, które wiedziały, że brednia jest brednią i tyle. Mniej lub bardziej udatnie starały się, aby brednia nie stawała się normą. Bo brednia jest nieodłącznym składnikiem cywilizacji, ale niebezpieczna jest dopiero jako powszechnie akceptowana norma. Są oczywiście brednie szkodliwe i mniej szkodliwe. Pogląd, że ziemia jest płaska nikomu prawie nie szkodził i nie szkodzi nadal, ale przekonanie o wyższości rasy, narodu czy religii nad innymi przetrzebia ludzkie stado cały czas.

      Dlaczego ja te oczywistości piszę tu i teraz? Bo doczekaliśmy się stosunkowo nowego dla tzw. inteligencji nurtu obrońców godności wypowiadaczy bredni, domagających się dla nich szacunku i równych praw w dyskusji (ich prawa człowieka i obywatela nie podlegają dla mnie dyskusji, ale nic ponadto). Jakiś zakichany mędrek ubolewał ostatnio na łamach „Wyborczej”, że „to bardzo źle, że coraz łatwiej mówimy o czyichś poglądach: brednia”.

      Bardzo przepraszam, ale dlaczego ja mam udawać, że traktuję z szacunkiem „poglądy” typu 2+2=5? Powiem szczerze, że o ile zwolennik takich „poglądów” ma już ukończone 7 lat i nadal je podtrzymuje, to ja i jego samego traktuję bez specjalnej atencji, a im starszy, tym bardziej mam go za debila – przykro mi, nic na to nie poradzę, taki ze mnie „cham”.

      Ten pęd do legitymizacji ignorantów w obiegu publicznym jest samobójczy i współgra między innymi z apelami jakichś pokręconych antyszczepionkowców o „rzeczową dyskusję” (jakby była z nimi możliwa), z oburzeniem antysemitów na brak tolerancji i niechęć do wymiany poglądów z nimi, gdy chcą gazować Hartmana za obrazę polskości, gdyż po zastrzeleniu mu psa przez jakiegoś gnoja napisał o polskim chamstwie, czy wreszcie kandydatów na prezydenta domagających się debat, obowiązkowo w tv publicznej, bo chcą koniecznie wszystkim powiedzieć, że natychmiast po wyborach zmienią konstytucję tak, że nie będzie bezrobocia, a nowotwory zostaną prawnie zakazane.

      Brednia wyposażona w równe prawa co wiedza wślizguje się do „mainstreamu” i zaczyna w nim dominować. Wymusza więc reakcję, komentarz, na ogół zresztą nic to nie daje, co widać na przykładzie bredni smoleńskich i reakcji w postaci zespołu Laska. Zaczynamy coraz więcej czasu tracić na odnoszenie się do bredni, zamiast zająć czymś twórczym. Co jednak począć, kiedy w imię poczucia przyzwoitości robić to trzeba...

       

      Demagogiczne pajacowanie

       

      Brednie można opowiadać na setki sposobów, jednym z nich jest „Ja się na tym nie znam, ale...” (jak się nie znasz, to po co gadasz?), czyli na kokieteryjnego chłopka-roztropka – tu rewelacyjnym przykładem jest Jan Tomaszewski, były poseł PiS, obecnie klub PO, i jego wywiad na temat sytuacji na Ukrainie:

      http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/jan-tomaszewski-krym-jest-rosji-czy-ukrainy-ja-nie-wiem/mssrc5

       

      Modelowo pan Jan zastrzega się najpierw, że pojęcia nie ma o polityce zagranicznej i sytuacji na Ukrainie, żeby potem zacząć rzekomo usprawiedliwione tą ekspiacją brednie w typie:

      a) „Przyczyną zaboru Krymu i wojny na Ukrainie jest Majdan” - jasne, panie pośle, wedle tej logiki III rozbiór Polski jest zrozumiały i usprawiedliwiony uchwaleniem Konstytucji 3. Maja. A II wojna światowa wybuchła, bo wredna Polska nie chciała oddać korytarza i przystąpić do Osi.

      b) „Nie wiem, czy Krym jest ukraiński, czy rosyjski” - można by z pana Jana pokpić i odesłać do Wikipedii, gdyby nie to, że mówi to poseł RP, który powinien teoretycznie rozumieć, że tą „niewiedzą” godzi w prawo międzynarodowe i w konsekwencji w bezpieczeństwo i rację stanu Polski.

      c) „Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w 2018 w Rosji nie będą promocją dla Putina” (T. jest przeciwnikiem ewentualnego bojkotu) – nie będą żadną promocją, tak jak Igrzyska w Berlinie w 1936 roku nie były żadną ważną imprezą dla świata i Hitlera, panie Janie, Jezus Maria, kończ pan i wstydu oszczędź.

       

      Dziennikarz przeprowadzający ten wywiad ma do rewelacji pana Jana stosunek wyraźnie kpiący i się z nim nie zgadza, ale po co właściwie drukować ten kolejny eksces znanego z „kontrowersyjnych” wypowiedzi ignoranta-skandalisty? Tak tylko pytam, bo pewnie trzeba dla „zgrywy”, żeby coś się działo, czyli dla kliknięć, czyli pieniędzy... A cierpliwa publika łyka i łyka.

       

      Bajkowy Miller

       

      Inny sposobem na skuteczny przemyt bredni do publicznego obiegu jest bezczelne udawanie dziecka z bajki Andersena „Nowe szaty cesarza”. Tu mistrzem ostatnio jest dla mnie Leszek Miller, aspirujący chyba do roli rzecznika Putina w Polsce, co jest jakimś ponurym żartem wobec tego, że ten facet Polskę wprowadzał do UE.

      Pan Leszek wprawdzie nie krzyknął, że król jest nagi, ale zaalarmował polską opinię publiczną w sprawie „banderowców”:

      http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,17636009,Miller__Sejm_potepia_nacjonalistow_w_Rosji__W_sprawie.html?lokale=local#BoxNewsImg


      Miller ma za złe, że potępia się w Polsce nacjonalizm rosyjski, a „milczy o ukraińskim”. Wychodzi, że Miller jest głuchy i ślepy, bo już w 2013 roku w Sejmie PiS przeforsował uchwałę o Rzezi Wołyńskiej, a media pełne były jej opisów i relacji świadków, nawet jakiś przygłup urządził gdzieś jej „rekonstrukcję historyczną” (brakuje jeszcze rekonstrukcji gazowania Żydów, cholera), a propaganda rosyjska nie daje nam nawet na sekundę zapomnieć o faktach, a raczej ich interpretacjach dokonywanych przez FSB, o których Miller pierniczy cynicznie na konferencji prasowej z miną odkrywcy Ameryki.

      Prezydent Poroszenko ustanowił „Dzień Obrońcy Ojczyzny” w dniu utworzenia UPA – grzmi M. No ustanowił. I co z tego? Po pierwsze – szczególnie w obecnej sytuacji, UPA na Ukrainie jest symbolem walki z sowiecką Rosją, która wymordowała miliony Ukraińców, dlatego przeciętny Ukrainiec nie popiera zbrodniczej ideologii UPA (zresztą, przeciętny Ukrainiec w ogóle ma złe zdanie o UPA), ale rozumie tyle, że bili Ruskich, a o zbrodniach tej organizacji na Polakach pojęcia nie ma – przecież nie dowiedział się o żadnych Polakach na Wołyniu ze szkół za ZSRR, a i potem nie miał skąd takiej wiedzy czerpać. „Polityka historyczna” na Ukrainie nie budzi tak masowego zainteresowania jak w Polsce czy w Rosji. Ludzi to po prawdzie nie obchodzi. „Polocentryczny” punkt widzenia jest tam po prostu dla większości zupełnie niezrozumiały, bo nikt nie wie, o co tym Polakom właściwie się „rozchodzi”.

      Po drugie - nie słyszałem oburzonego Millera zwołującego konferencję prasową, gdy uchwalano u nas święto „Żołnierzy Wyklętych”, do których, oprócz bohaterów, zaliczono morderców i bandziorów o jak najbardziej faszyzujących poglądach.

       

      Grzechy „mainstreamu”

       

      Miller od dawna zachowuje się skandalicznie – zaczął od usprawiedliwiania Putina, który – jego zdaniem – postępuje wobec Ukrainy w sposób zrozumiały i akceptowalny. Pamiętam, że jeden bodaj Czuchnowski odważył się publicznie nazwać wypowiedź byłego premiera po imieniu, czyli hańbą. Reszta mediów buzie w ciup i zero komentarza – przekaz „obiektywny” jak korniszonek doktoryzowany z historii herezji katolickiej dzwoniący na Kreml.

      Jednak gdy Zbigniew Bujak powiedział, że Polacy powinni czynnie pomóc Ukrainie, to mało go co nie zagryźli wszyscy – to był temat jak najbardziej godny komentarzy (przypominam tę sprawę kolejny raz, bo reakcja na Bujaka była symptomatyczna). Osobiście z B. się nie zgadzam (na razie się nie zgadzam, co będzie za jakiś czas – diabli wiedzą), ale nie widzę powodu, aby za swoje słowa stał się ofiarą pogardliwej nagonki i prawie linczu, bo – gdy się przyjrzeć sprawie bez uprzedzeń – B. po prostu mówi uproszczonym Piłsudskim, który zdecydował się na wyprawę kijowską z powodów prostych: może się uda, a warto spróbować, choćby z tego względu, że wojna z bolszewikami pewna, więc lepiej prowadzić ją – tak, tak – daleko od Polski.

      Sytuacja moim zdaniem różni się co najmniej tym, że Putin nie ma wobec nas żadnych terytorialnych ambicji, ale to nie powinno nikogo pocieszać, gdyż ma wielkie ambicje polityczne – władać Polską lub ją zneutralizować można i bez żadnych zaborów.

      W ogóle z niejakim zdziwieniem konstatuję, że pełno w „mainstreamie” w sprawie Ukrainy analogii do Monachium i Hitlera, a nikt jakoś nie dostrzega, że Ukraina znajduje się w sytuacji bardzo podobnej do Polski w 1920 roku. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, także wewnętrznymi.

      Za to serwuje nam się w coraz większych dawkach występy demagogicznych pajaców lub retransmisję kremlowskiej propagandy, co trzeba mozolnie odkłamywać punkt po punkcie, aż człowiekowi ręce i nogi opadają, bo wiadomo: Man kann singen, man kann tanzen, aber niemals mit zasrancen:)



      P.S. Dowiedziałem się z netu (ale jeszcze nie przeczytałem), że w dzisiejszej (wtorkowej) "Wyborczej" także Maciej Stasiński słusznie potępia Millera w tekście "Miller głosem Kremla".

      Hm. Przypadek? - zapyta ruski troll:)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Koci raptularz (3)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 marca 2015 21:01
  • sobota, 21 marca 2015
    • Mała apokalipsa 2015



      Nim opowiastka się zacznie

       

      Ilekroć zabieram się do parodii prawdziwych dzieł literackich na użytek bloga (który przecież sam jest rodzajem parodii „Mistrza i Małgorzaty”), wpadam w lekki popłoch. Z jeden strony: intencje mam zbożne; z drugiej: czuję się nieco jak Behemot tłumaczący Wolandowi po spaleniu domu Gribojedowa, skąd ma „landszafcik w pozłacanej ramie i całego łososia w skórze i z ogonem” (w oryginale zresztą nie ma żadnego łososia ;), lecz jest popularna w Rosji i – moim zdaniem – smaczniejsza siomga, ryba wprawdzie łososiowata jak cholera, kolor mięsa podobny, ale różnica jest, poza tym „siomga” oznacza także waginę), czyli nieco jak kuglarz-szabrownik.

      Biblioteka Aleksandryjska wprawdzie jeszcze nie płonie (niedaleko Sadowej spłonął nie tak dawno jedynie sklep monopolowy, obeszło się bez ofiar – jakie czasy, takie tragedie), ale ja cichcem wynoszę z niej cenne zwoje i przerabiam (usiłuję) na zabawne historie. Żartuję czasami, że w wyniku jakiegoś koszmarnego numeru opatrzności, nie ostaną się wielkie dzieła pierwotne, a jedynie ich karykatury czy bryki – tworzone przez marnych, mnie podobnych epigonów (może być jeszcze gorzej: w wyniku katastrofy zniknie wszystko oprócz roczników tygodnika „wSieci” i archeolodzy za tysiąc lat czerpać będą wiedzę o nas z Karnowskich:). Z tejże śmiesznej, irracjonalnej obawy, a nie z jakiejś pychy, muszę tytułem wstępu dwa słowa o „Małej apokalipsie” skrobnąć.

      Konwickiego kocham miłością wielką, nie tylko za dzieło, rogaty charakter i intelekt, ale i z powodu jego polskiej litewskości, czy też litewskiej polskości, bo sam do czegoś takiego się poczuwam. Przez jakiś czas często zachodziłem na ulicy Górskiego do pewnej instytucji, która mieściła się w bramie kamienicy „Pana Tadeusza” i lżej mi się na sercu robiło, gdy widziałem jego sylwetkę na balkonie czy chodniku (kłaniałem się pociesznie gorliwie na widok pisarza). Jeszcze w zeszłym roku roiliśmy z przyjacielem, który znał go dobrze osobiście, że namówimy K. do napisania czegoś do gazety, którą chcieliśmy tworzyć. Z gazety, jak zwykle, nic nie wyszło, a Konwicki umarł.

      „Mała apokalipsa” jest szkolną lekturą, co wydaje mi się niezbyt dla niej przyjemnym losem, gdyż powątpiewam w możliwość jej pełnej recepcji przez licealistów. Ale trudno, nie o to chodzi. Jak wiadomo, rzecz w skrócie polega na tym, że bohater namówiony przez dwóch opozycjonistów ma dokonać samospalenia przed gmachem KC PZPR w proteście przeciwko przyłączeniu Polski do ZSRR. Żeby nie zanudzać, wspomnę jeno, że pierwowzorami owych namawiaczy do czynu byli podobno Wiktor Woroszylski i Jacek Kuroń, który trzeźwym sportretowaniem opozycji i Polski końcówki lat 70. był zachwycony (nie było w nim żadnej małości).

      Bohater, jak to u Konwickiego, zamiast pójść od razu i zrobić swoje, cały dzień łazi po mieście i na koniec nie wiadomo, czy postanowienie zrealizował. Ta pysznie opisana wędrówka małego-wielkiego człowieka to oczywiście sam cymes. Najsłynniejszym chyba cytatem z książki są ostatnie słowa: Ludzie, dodajcie mi sił. Ludzie, dodajcie sił każdemu na świecie, kto o tej porze idzie ze mną na całopalenie. Ludzie, dodajcie sił. Ludzie...

      Ale nie zapominajmy i o tych:

      Mój rachunek sumienia. Mój akt skruchy. Żal za grzechy. Moja biografia w kolorze przeciętności. Najpierw tej przeciętności nienawidziłem, pogardzałem nią, a na koniec w niej się zadomowiłem. Wielkość w przeciętności. Przeciętność jako najwyższa forma arystokratyzmu. Przeciętność jako asceza, jako dumne osamotnienie w pospolitości, szary habit pysznego mnicha. Przeciętność ostatnim stadium wywyższenia.

      Dlatego pomyślałem, że bohaterem parodii powinienem uczynić „narodowca z niepokornych”, którzy obecny czas widzą jako „Nowy Babilon”, a sami mają się za nowych „żołnierzy wyklętych”, czyli nie mają poczucia własnej śmieszności. Dla odrobiny pieprzu, wbrew manierze Konwickiego, bohater otrzyma również imię, a będzie ono „44”.

      Do zabawy, Szanowni!



      Mała apokalipsa



      Dżesika odchodziła od zmysłów przez ostatnie dni, odkąd jej chłopak-bohater znalazł się w szpitalu, bo nie miała z miłością żadnego kontaktu. Personel nie chciał jej do niego dopuścić (była pewna, że wszystko to poprzebierani agenci WSI, bo szpital był przecież wojskowy). Koledzy i koleżanki z Mazowieckiej Brygady Młodzieży Wielkiej Polski „Ruchu Jedynie Prawdziwych Wielkich Polaków” - Frakcja Umiarkowana (czyli współpracująca z PiS) pocieszali ją jak mogli i codziennie urządzali pod szpitalem demonstracje w obronie uwięzionego przez system rannego przyjaciela, ale polskojęzyczne media nawet już o tym nie wspominały. Rodzice chłopaka z kolei nie chcieli z nią gadać, ale to jej nie dziwiło, bo sam 44 jej mówił, że to dewianci, którzy głosowali na Komorowskiego.

      Dopiero czwartego dnia po tragedii popłakała się ze szczęścia, gdy na poczcie znalazła e-mail od ukochanego:

       

      Kochana Dżejsiko!

       

      Pisze do Ciebie tego imejla ze szpitala na Szaserów, gdzie leże na opażeniuwce. Jedna siostra mi dała smartfona. Nie moge muwić, dlatego nie dzwonie, zresztom komurka mi się zjarała. Podobno na Ojomie leżałem trzy dni niepszytomny. Dobrze mnie tu traktują. Lekaż muwi że jutro możesz przyjść do mnie tu. Nie martf się o mnie, nie wiem, nie pamientam jak sobie ten jenzyk opażyłem, ale z twarzom wszystko okej – wyglondam normalnie, tylko z tyłu niehalo, ale do naszego wesele się zagoji.

      Tensknie bardzo za Tobom i Brygadom, pozdrów ich odemnie!

      Twuj 44

      (tu wyjaśnimy, że pseudonim bohatera nie wziął się z Mickiewicza, lecz nadali mu go kumple z organizacji, gdy podczas obozu szkoleniowego przed „Marszem Niepodległości” wypił 44 browary i bez pomocy trafił do łóżka)

       

      Porzućmy uszczęśliwioną Dżesikę, która właśnie zaczęła odpisywać ukochanemu i cofnijmy się o te cztery dni, aby wyjaśnić, co się właściwie stało.

       

      Dziś do ciebie przyjść nie mogę

       

      Przyszli do niego o 7.00 rano. Znał ich z telewizji. Kojarzył, że to swoi. Przedstawili się pseudonimami, wiadomo – konspiracja. Pierwszy, młodszy, powiedział: mów mi „Profesor Tablet”; drugi, dziadyga okropny, ale z ogniem w oczach, kazał nazywać się „Poeta z Milanówka”.

      - Obserwujemy cię od dawna. Jesteśmy z ciebie dumni. Jesteś prawdziwym patriotą. Dlatego wybraliśmy cię na współczesnego Rejtana! – perorował od progu dziadyga – Przejdziesz dzięki temu do historii, a Polska będzie uratowana!

      Nie bardzo załapał z tym Rejtanem, co chyba zauważył „Profesor”, który zaczął tłumaczyć mu jaśniej. Opowiedział, że sam prezes chwalił go za udział w wielu akcjach małego sabotażu, polegających na malowaniu haseł patriotycznych i gwiazd Dawida na szubienicy na murach, a wyczyn z obsikaniem w nocy pomnika księcia Józefa przed pałacem prezydenckim to cały klub PiS na youtube oglądał z podziwem (44 Bogu dziękował, że nie wiedzieli o wpadce, kiedy na Marszałkowskiej przykopał w tyłek kobiecie w stroju – jak myślał - muzułmańskim, a okazało się od przodu, że to zakonnica).

      - I dlatego, bracie, Tajny Centralny Komitet Oporu wyznaczył cię do akcji, która zostanie pokazana w telewizji na całym świecie i zniszczy lewactwo w tym kraju – zdecydowanie język "Tableta" był zrozumialszy od Rejtanów "Poety".

       

      - Ale konkretnie to o co chodzi? – 44 podrapał się po nieogolonej brodzie w zamyśleniu.

       

      - Spalisz Baumana! - z oczu „Poety” trysnęły wesołe iskierki.

      - To znaczy kukłę Baumana, tego żydowskiego mordercy patriotów, co to ukrywa się w Anglii pod przykryciem słynnego filozofa – pośpieszył jak zwykle w porę z wyjaśnieniem „Tablet”.

       

      - I zrobisz to w samym symbolicznym i realnym sercu wrogów Ojczyzny – na Czerskiej, pod redakcją „Koszernej” - „Poeta” zachichotał.

       

      - Ale ja na bilet nie mam... - 44 nie potrafił się zachować przy ludziach z podziemnego salonu, zresztą, prawdę powiedziawszy, z żadnego salonu.

       

      - Nic się nie martw, wszystkie koszty pokrywamy – „Profesor Tablet" wręczył mu dwieście złotych – Kupisz w sex shopie na Jana Pawła taką dmuchaną lalę. Pamiętaj, że ma być platynowa blondyna, musisz powyrywać jej trochę kudłów, bo Bauman jest siwy, ale już łysieje. W kiosku dostaniesz flamaster i napiszesz jej na cyckach: BAUMAN ŻYD i MORDERCA POLAKÓW (masz tu na kartce ten tekst, żebyś jakiegoś błędu nie zrobił). Z tymi cyckami, rozumiesz, to jeszcze w ideologię gender uderzymy, nie tylko w czerwoną hołotę. Na stacji nalejesz sobie benzyny do butelki. Potem – na Czerską!

      - Czy to ma... - zaczął 44.

       

      - Sens? Nie wiem, czy to ma sens, ale jest mus – tak mówił Traugutt - „Poeta z Milanówka” wpierdzielił się znowu między wódkę a zakąskę.

       

      - … być dzisiaj? - dokończył 44, myśląc jednocześnie: Kurwa, jaki znowu Traugutt? Jakiś Rejtan następny? Ledwo tego Baumana skojarzyłem!

       

      - Dzisiaj, dzisiaj, w samo południe, bracie! - "Profesor" znowu ratował sytuację – Na 12.00 zamówiliśmy tv Republika i tv Trwam, w ogóle wszystkie nasze media przyjdą. Ich gadzinówy też. Ściągniemy mainstream! Żeby patrzyli na swój upadek, żeby sami go spowodowali, kiedy pokażą twoje bohaterstwo, a Polska się obudzi!

      44 zgodził się uratować Polskę. Obiecał wykonać rozkaz. Konspiratorzy opuścili lokal, a on wykąpał się i zjadł śniadanie. Była prawie 9.00., kiedy wpadł do kuchni po reklamówkę, żeby mieć w co wsadzić lalę i flaszkę po occie na benzynę. Przy zlewie leżał jeszcze zapomniany mentos, którego wsadził do kieszeni na zaś. Zbiegając po schodach, napisał esemesa do swojej ukochanej Dżesiki: Dziś do ciebie przyjść nie mogem... - był to cytat z jego ulubionej partyzanckiej pieśni.

       

      Per aspera ad astra

       

      Wiecie jak trudno prawdziwemu Polakowi wejść do sex shopu? Może i wiecie, ale na pewno nie próbowaliście robić tam zakupów z wytatuowaną na czole płaczącą Matką Boską i napisem „Zawsze Polska”, a 44, bardzo dumny ze swojego tatuażu, nie tylko spróbował, ale i kupił co trzeba. Kontrolnie jeszcze towar w sklepie kazał nadmuchać sprzedawcy, żeby nie było wtopy na miejscu akcji. W gratisie dostał małą pompkę.

      Lekko nie było, bo jakieś przygodne pedały chichrały się niemożliwie z dziwnego klienta, który na miejscu wyrywał włosy z głowy seksowej laluni, ale nie takie rzeczy znosi się dla sprawy. Jednak 44 z ulgą wyrwał się wreszcie z tego przybytku zgnilizny po flamaster.

      Kolejna porcja upokorzeń i docinków spotkała go na stacji benzynowej, kiedy nalewał paliwo z dystrybutora do butelki po occie.

      - Patrz, kurwa, jaki frajer, pewnie modelarz w dupę jebany, leci na zlot do Smoleńska! – komentował trudności z napełnieniem flaszki dres przy beemce, a jego blachara śmiała się jak Doda po lobotomii.

      Ręce drżały bohaterowi z wściekłości, ale wiedział, że ma do wykonania zadanie, więc się opanował. W innych okolicznościach zglanowałby dresa razem z jego blacharą i beemką. Z tego wszystkiego musiał zapłacić za litr benzyny, mimo że nie napełnił do końca półlitrowej flaszki – sporo się rozlało.

      Pod „Wyborczą” dotarł dobrą godzinę przed czasem.

      W pobliskim markecie kupił piwko i zlustrował bystrym okiem starego zadymiarza okolicę. Zapowiadało się superancko. Market od szklanego potwora centrum lewactwa oddzielały jakieś krzaczorki i murek, na którym można było sobie usiąść, a w pieprzonym klombie ukryć nadmuchaną dyskretnie i opisaną lalę. Pod redakcją panował nieustanny ruch, lewaki wlewały się do środka i wylewały na zewnątrz, jedne ruszały na miasto, inne stawały zajarać przy wielkiej popielniczce. W tym chaosie nikt nie zwracał na niego uwagi. Nawet mimo jego tatuażu i puszki piwa w ręce.

      - Degeneraci – pomyślał – W dodatku zero czujności! Debile!

       

      Na tyłach budynku przygotował lalkę do spalenia, po czym ukrył ją w klombie. Butelkę z benzyną w reklamówce postawił na murku. Sam usiadł obok i wypił piwo. Czas płynął powoli.

      Zapalił z nerwów. Dopiero 11.30.

       

      Żywa pochodnia

       

      - Ale będzie czad! Spalę tego Baumana na oczach Michnika samego, cała Polska mnie zobaczy! Dżejsika się posika! - marzył 44 – I te wywiady, ale lajków nazbieram na fejsie!

       

      Przy wywiadach skonstatował, że trochę głupio będzie ich udzielać zionąc piwskiem, sięgnął więc do kieszeni po zabranego z domu mentosa i rozgryzł go od razu po włożeniu do ust.

      No i się zaczęło.

       

      Biedny, podniecony od rana wizytą ważnych ludzi i zadaniem ratowania Polski 44 kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że poprzedniego wieczora przy zlewie położył tabletkę środka czyszczącego do zmywarek, żeby przetkać zatkane czymś ustrojstwo, bo nie miał zwykłego „Kreta”, ale potem, zmulony nieco piwkiem, zapomniał o tym całkowicie. Rankiem zaś wziął w pośpiechu truciznę za mentosa.

      Teraz, gdy żrący środek zaczął mu wypalać jamę ustną, rzecz przypomniała mu się błyskawicznie i z bolesną jasnością.

      Piana płynęła mu obficie z pyska, zaczął pluć i wymiotować, miotał się jak oszalały i skakał w jakimś przedziwnym tańcu, przy którymś podskoku zawadził połą skórzanego płaszcza o butelkę z benzyną i ją rozbił, siadał i wstawał, cały tyłek umoczył sobie w benzynie, szkło wbijało się w płaszcz, papieros wypadł z dłoni... pożar gotowy.

      Po ułamku sekundy dupa 44 stanęła w płomieniach. Zaczął wyć ze strachu, i to mimo płomieni w gębie.

       

      Z okien stołówki na parterze tragedię pierwszy zauważył Seweryn Blumsztajn, który przyszedł tam na drugie śniadanie. Natychmiast rzucił się na ratunek, po drodze zabrał gaśnicę z recepcji i ochroniarzy do pomocy. Po dosłownie trzech minutach niedoszłego demonstranta udało się ugasić. 44 stracił z bólu przytomność, ale jego życiu, jak stwierdził przybyły po 10 minutach lekarz pogotowia, nie zagrażało niebezpieczeństwo.

      Ekipy tv Republika i tv Trwam przybyły za piętnaście dwunasta, ale i tak zdążyły sfilmować jedynie pakowanie noszy do karetki.

      Zresztą nikt nie wiedział, o co tak naprawdę chodzi, bo nie doszło do żadnego palenia Baumana, a lala z wiadomym napisem na cyckach leżała niezauważona przez nikogo w klombie.

       

      Happy end

       

      Jedyne nagranie całego zajścia, jakiego dokonał telefonem jeden z ochroniarzy, kupili za stówę bracia Karnowscy i puścili na swoim portalu wraz ze stekiem bzdur, że młodego patriotę na Czerskiej ktoś oblał benzyną (stąd potem te żenujące zajścia pod szpitalem). „Agora” podała ich za to do sądu, więc za jakieś pięć lat sprostują. Generalnie sprawa przeszła prawie bez echa. Jedynie wtajemniczeni wiedzieli, jakim 44 mógłby zostać bohaterem, gdyby nie podły los. W konspiracji wręczono mu w kilka miesięcy później konspiracyjny „Krzyż Powstańczy”, sam Błaszczak go dekorował na polanie w Kampinosie.

      Do tego jeszcze było jednak daleko, a sam 44 leżał na brzuchu na szpitalnym łóżku (tyłek w bandażach prawie nie dokuczał, dostawał silne środki przeciwbólowe) i szczęśliwy jak nigdy w życiu do tej pory wpatrywał się w e-mail od Dżesiki:

      Koham cie muj bochateże!





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (81) Pokaż komentarze do wpisu „Mała apokalipsa 2015”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      sobota, 21 marca 2015 23:23
  • piątek, 20 marca 2015
    • Pochwała nieba

       

      Dialog w dniu zaćmienia słońca



      Behemot:

      Autorze, autorze, zaćmienie słońca dzisiaj! Już się zaczęło, zobacz – ciemniej się zrobiło!

       

      Autor:

      A przedtem to niby było jaśniej? A potem niby jak będzie?

       

      B.:

      Zrzęda.

       

      A.:

      Realista metaforyczny.

       

      B.:

      Marudny, depresyjny, pozujący na starca, leniwy miś koala.

       

      A.:

      A w łeb chcesz?

       

      B. :

      Nie bujaj, wiem, że jako Popperowski humanista humanitarysta mnie nie tkniesz. Takie kitowate groźby to se możesz na blogu wstawiać. Jeszcze kto uwierzy – ha, ha!

       

      A.:

      Na przykład kapciem... Nie przyszło ci do tego łba, w który cię walnę lub nie (mam wolną wolę), że nikt nie uwierzy w kota, który gada o Popperze?

       

      B.:

      Jak widzę, masz też własne, wewnętrzne zaćmienie...

      Jesteśmy, proszę autora, na Sadowej. Tu to normalka.

       

      A.:

      Kot-psycholog, kot-logik! Żenada, proszę publiczności, to chyba gorsze nawet od kota-astronoma!

      Koń by się uśmiał!

       

      B.:

      Przestań się odgryzać jak na jakimś forum, chłopie, tu jest Sadowa! Coś cię dręczy? Przyznaj się!

       

      A.:

      Wszytko mnie dręczy.

       

      B.:

      Coś szczególnie?

       

      A.:

      Szczególnie wszystko!

       

      B.:

      Ech, toż zachęcam od samego początku, baranie, słuchaj kota-astronoma i lekarza w jednym!

      Lekarstwem jest spojrzenie w niebo!

       

      A.:

      W sensie metaforycznym?

       

      B.:

      Nie, dosłownym.

       

      A. :

      Niby dlaczego?

       

      B.:

      Bo jest piękne. Zapomniałeś?







      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (69) Pokaż komentarze do wpisu „Pochwała nieba”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      piątek, 20 marca 2015 11:57
  • czwartek, 19 marca 2015
    • Koci raptularz (2)

       

      „Powszechna historia nikczemności”



      Postaci w tej księdze przybywa codziennie, a akcja toczy się wartko, ale Waldemar Łysiak nie ustaje w próbach wybicia się na pierwszy plan. Ostatnio czyni to na łamach czegoś, co nazywa się „Myśl Polska” (choć to podobno przedruk z „Do Rzeczy”, wierzyć się nie chce...), prowadzonego przez towarzystwo wielbicieli agenta NKWD Bolesława Piaseckiego (osławiony generał Sierow mówił o nim „genialnyj malczik”, sformułowanie „agent NKWD” zaczerpnięte jest z tekstu: http://wiadomosci.wp.pl/gid,17218971,gpage,5,img,17220062,kat,1342,title,Tajemnice-Boleslawa-Piaseckiego,galeria.html?ticaid=11488e


      Łysiak powiela słowo w słowo kłamstwa i wrzuty propagandy FSB w sprawie Ukrainy, które nie wytrzymują konfrontacji nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, faktami, ale nawet Wikipedią.

      Ponieważ nigdzie do tej pory nie znalazłem tekstu, w którym łgarstwa te zostałyby zdemaskowane, poczuwam się do obowiązku zajęcia choćby kilkoma z nich, aby dać odpór podłości.



      1.  Ł. „mówi Kremlem”, że snajperzy na Majdanie to „banderowcy” (chodzi o zabójstwo ponad 80 osób w lutym ubiegłego roku).

      Śledztwo w sprawie strzelania do demonstrantów i milicjantów wykazało, że Janukowycz w ramach częściowo przeprowadzonych siłowych operacji „Fala” i „Bumerang” chciał Majdan utopić we krwi, ale żołnierze i milicjanci odmawiali wykonywania rozkazów. Przypomnijmy, że siepacze Janukowycza i rosyjscy agenci zabili nie tylko tych ponad sto ofiar zaliczonych do „Niebiańskiej sotni”, ale i mnóstwo innych osób, które zginęły na prowincji.

      Strzelali do tłumu wybrani członkowie „Berkutu” (osławiona formacja „gwardyjska” Janukowycza, zbrodniarze z niej uciekli potem na Krym i do Donbasu, gdzie otrzymali rosyjskie obywatelstwo i dalej popełniają zbrodnie, jednak część z nich udało się zatrzymać na Ukrainie) i członkowie trzech grup FSB, które przybyły do Kijowa jeszcze w grudniu 2013 r. (zeznawali o tym członkowie specjalnej jednostki ukraińskiej „Alfa”, a tożsamość niektórych z agentów-snajperów FSB została potwierdzona przez wywiad NATO).

      Słynne nagranie rozmowy Ashton z szefem MSZ Estonii, wrzucone przez FSB do sieci, gdzie mowa, że krąży po Kijowie plotka o tym, że „opozycja wynajęła snajperów” stanowi właściwie dowód na to, że Zachód pojęcia nie miał, co się na Majdanie dzieje i po prostu mówił to, co puszczali w tłum prowokatorzy przeinaczający słowa Bohomolec. Propagandyści z Łubianki nie rozumieją, że to nagranie wykazuje, iż UE nie miała nic wspólnego z obaleniem Janukowycza, choć może raczej są mądrzy i wiedzą, że ich dzieła trafiają do kretynów, którzy nie myślą i nie wnioskują, panie Łysiak.

      Ukraińcy w rok po Majdanie sugerują, że ze strony rosyjskiej operację nadzorował osobiście Surkow, czyli specjalista Putina między innymi od tworzenia bojówek napadających na opozycjonistów i związków z nacjonalistami, którzy zamordowali 10 przeciwników władzy. Surkow (po ojcu Dudajew) to sojusznik Kadyrowa, którego ludzi samo FSB oskarża teraz o zabicie Niemcowa.



      2.  Ł. powtarza stały motyw "radia Łubianka", co zaświadcza jedynie o jego poziomie intelektualnym i moralnym, bowiem twierdzenie, że „Nakręcili (Majdan- aut.) go agenci USA, bo Obama, którego Putin ograł w Syrii jak przedszkolaka, chciał się zemścić” świadczy jedynie o jego wyobrażeniu o polityce USA, a nie o tej polityce.

      W roli demona-Żyda, czyli macek amerykańskich w Kijowie, Ł. obsadza Wiktorię Nuland (w nawiasie podając „żydowską” wersję jej nazwiska – w Polsce, szczególnie w marcu, praktyka ta przywodzi na myśl ubeckie paszkwile z '68),  powołuje się na nieistniejące raporty i podaje wyssaną z palca kwotę 5 mln $ wydaną przez nią rzekomo na organizację rewolucji – robi to całkowicie bezwstydnie. Nie jest w stanie podać nawet źródeł tych kłamstw (zrozummy człowieka, przytoczenie „źródeł” byłoby kompromitacją;)

      Nb. znowuż następna słynna wrzuta FSB, czyli nagranie rozmowy N. z podsekretarzem stanu USA na temat sytuacji na Ukrainie całkowicie zaprzecza tym zmyśleniom.

       

      3. Ł. rozpowszechnia kłamstwo-mit o „żydobanderowcach”, pisząc o „batalionie sił zbrojnych Izraela poprzebieranym za demonstrantów na Majdanie”.

      U źródeł tych bredni leży postać „Delty”, ukraińskiego patrioty żydowskiego pochodzenia, który dowodził grupą nazywaną „Błękitnymi hełmami”. Było ich około 35 (Ukraińców, także kobiety), w tym Żydów-reemigrantów z Izraela po obowiązkowej służbie w armii 5 (batalion!). „Błękitne hełmy” współdziałały z Prawym Sektorem w walce z Berkutem, ale ich najsłynniejszym wyczynem było niedopuszczenie do linczu na oblężonych w jednym z budynków milicjantach – dlatego właśnie zostali nazwani „Błękitnymi hełmami”.

       

      4. Ł. nie widzi nic zdrożnego w tym, żeby tuż po kłamstwach o „żydowskim batalionie” przejść do robienia z Ukraińców nazistów. Rozpisuje się bowiem o faszystowskich inklinacjach batalionów ochotniczych Ajdar i Azow (ten ostatni rzeczywiście odwołuje się do ideologii rasistowskiej, posługuje się symboliką bliską nazizmowi, ale służy w nim mnóstwo ochotników, którzy trafili tam z chęci walki, a nie głupot wygadywanych przez jego dowódcę – Andrija Biłeckiego, po prostu Azow realnie odnosi sukcesy w walce terrorystami rosyjskimi, mimo braku ciężkiego uzbrojenia; w pierwszym i drugim służy mnóstwo ROSYJSKOJĘZYCZNYCH Ukraińców ze wschodu Ukrainy).

      Kłamstwa o „nazistach banderowcach” abstrahują od tego, że batalionów ochotniczych jest kilkadziesiąt, a wspomniane dwa plus Prawy Sektor to ich ułamek. To jakby twierdzić, że polska armia, Polska cała, jest nazistowska, bo służy w niej 30 kiboli-faszystów.

      Bataliony ochotnicze, ich skład, rolę w systemie obrony Ukrainy, pozytywy i negatywy, dość dobrze i bez histerii opisuje się tu:

      http://www.defence24.pl/analiza_ukrainskie-bataliony-ochotnicze-w-donbasie-organizacja-wyszkolenie-uzbrojenie


      Poza tym niektóre są opisane szczegółowo nawet w Wikipedii.



      5. Ł. kłamie w żywe oczy: Salon przemilcza też okrucieństwo armii ukraińskiej walczącej z „separatystami”. Antoni Mak: „Oddziały ukraińskie z premedytacją ostrzeliwują rakietami dzielnice mieszkalne, powodując ciężkie straty ludności cywilnej, i używają cywilnych mieszkańców jako żywych tarcz”.


      To już jest nie retransmisja RT, ale transmisja na żywo z Jasieniewa (tam w Moskwie znajduje się główny kompleks FSB). Abstrahując od tego, że każdy ostrzał dzielnic mieszkaniowych Doniecka czy innego miasta we władaniu terrorystów putlerowskich jest natychmiast odnotowywany i szeroko komentowany przez cały „mainstream”, a o „żywych tarczach” wstydzą się nawet mówić co porządniejsze media rosyjskie, to dziwnym trafem każdy taki przypadek następuje po ostrzelaniu cywilnych obiektów rosyjskimi gradami (kilkadziesiąt ofiar w ostatnich miesiącach, choćby trafiony autobus i bombardowanie Mariupola – co do tych spraw nawet niekumate OBWE nie ma żadnych wątpliwości, że winni „separatyści”).

      Byłoby naiwnością sądzić, że wojska ukraińskie nie zabiły ani jednego cywila, ale to terroryści ustawiają stanowiska ogniowe artylerii na terenie dzielnic mieszkaniowych i potem „ubolewają” z powodu ofiar cywilnych.

      W dodatku większość tych przypadków to ich własne dzieło – twarde dowody na to dawno już tkwią między innymi tu:

      http://ukraineatwar.blogspot.com/



      Kuriozalny pokaz Łysiak kończy finałem:

       

      " P. Gursztyn zaczął swój artykuł od groźby (pewnie jakaś polemika z Ł. - aut), twierdząc, że każdy kto jest dziś antyukrainistą — „jest albo pożytecznym idiotą, albo poputczikiem, albo agentem wpływu, albo zdrajcą”. Identycznie perorował już po naszej (prawej) stronie Marcin Wolski. Panowie — nie dacie rady zastraszyć mnie takimi hasełkami! Wy widzicie polską rację stanu w pomaganiu nacji, która nienawidzi Polaków bardziej niż ktokolwiek inny jak świat długi i szeroki (może tylko z wyjątkiem post-ponarskich Litwinów), a w moim sercu kołacze się wobec tych zwyrodnialców krótka fraza mówiąca wszystko: pieprzyć Ukrainę! Nie ma zgody na zakazy nazywania Zła złem, czyli piętnowania Ukraińców, podobne do salonowych zakazów piętnowania wszelakich dewiantów — sprzeciwiam się dławieniu wolnej patriotycznej myśli, panowie! "


      Nasuwają się następujące uwagi

      a) Gursztyn z Wolskim w pewnych kwestiach są ludźmi przytomnymi i przyzwoitymi (że mi coś takiego przez klawiaturę przechodzi:)

      b) Słowa Łysiaka o Ukraińcach to jest maligna nienawistnika, moim zdaniem podpadająca pod paragraf o wzniecaniu nienawiści na tle etnicznym i narodowościowym, znieważająca w dodatku oba narody.



      W internecie tekst Łysiaka funkcjonuje pod knajackim tytułem „Pieprzyć Ukrainę” (w „Do Rzeczy", jak podaje portal „MP”– na papierze nie widziałem – nosi tytuł „Liberum veto!").

      Prostym zabiegiem byłoby więc zatytułowanie odpowiedzi: „Pieprzyć Łysiaka”.

      Ale to byłaby łatwizna, poza tym, panie Łysiak, na pieszczoty to sobie trzeba zasłużyć.

      Inna sprawa, że gdyby słusznie skończył pan za ów tekst w kryminale, mógłby pan takowych doczekać się błyskawicznie.





      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (53) Pokaż komentarze do wpisu „Koci raptularz (2)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 marca 2015 17:34
  • środa, 18 marca 2015
    • Koci raptularz (1)

       

      W związku z wypędzeniem mnie przez terrorystę-psychopatę z forum wyborcza.pl (tzn. faktycznym zignorowaniem moich protestów w tej sprawie przez moderację), nie mogę dać ujścia mojemu komentatorskiemu temperamentowi, czyli cierpię katusze (prenumerata „GW” skończyła mi się wczoraj, ale oczywiście kupuję „papier”, poza tym trochę tekstów, łaskawcy skubani, udostępniają za darmo w sieci).

       

      Żeby sobie ulżyć troszku, postanowiłem wprowadzić nowy cykl na blogu, który byłby jakimś ekwiwalentem postów pisanych przeze mnie przez lata całe prawie codziennie, a które cieszyły w wyżej wzmiankowanym medium stosunkowym powodzeniem. Nie chcę Szanownych Czytelników zamęczać „bieżączką” nadmiernie i popadać w jakąś „publicystykę” codzienną (to mógłby być upadek Sadowej), ale są po prostu wydarzenia i teksty, które wzbudzają moją reakcję – wartą być może przedstawienia szerszemu niż Behemot i inni domownicy gronu;)

       

      Jeśli zaś nazwałem to już „raptularzem”, to formę postaram utrzymać w ryzach i dążyć w uwagach do otrzymania esencji, a nie lać wodę – w razie zauważenia takich tendencji, proszę o oblanie mnie, może nie od razu kubłem, ale szklanką zimnej wody (kwestię wody i jej występowania w przyrodzie poruszę już dziś:)

      Oczywiście „Koci raptularz” nie zastąpi „normalnych” wpisów na blogu, ma być ino ich uzupełnieniem.

       

       

      Gorycz Kowaliowa

       

      Daje dziś „Wyborcza” wywiad z Siergiejem Kowaliowem, słynnym obrońcą praw człowieka, jednym z prawdziwych „rosyjskich świętych”, czyli krystalicznie moralnych, odważnych i mądrych ludzi, którzy nie boją się mówić prawdy.

      W lutym br. K. napisał „list otwarty do Zachodu”, w którym analizuje i potępia rosyjski imperializm, demaskuje kłamstwa i totalitarną istotę kryminalnego putleryzmu oraz wzywa Zachód do pomocy Ukrainie, na koniec konkluduje:

       

      „Dzisiaj przeciwstawienie się "imperium zła" wymaga maksymalnego wysiłku. Pojutrze może już być za późno.”

       

      W dzisiaj opublikowanym wywiadzie Kowaliow nie jest w stanie ukryć goryczy dotychczasowym postępowaniem Zachodu wobec agresji Rosji. Wytyka nam bezczynność, czyli współodpowiedzialność za to, co dzieje w Rosji i na Ukrainie. Mówi wprost, że powinniśmy się tego wstydzić. Trudno nie przyznać mu racji. Obawiam się jednak, że – szczególnie Polacy – zamiast zrozumieć intencje K., zaczną prychać na jego bezpośredniość i to, że nie owija w bawełnę uzasadnionych wyrzutów.

      ( Nikt na świecie nie obraża się tak łatwo jak my, co najlepiej ujął chyba Stanisław Staszewski w piosence „Bal kreślarzy”: Któż umie tak jak Polak mówiąc milczeć, milcząc pić. Tak szumieć, tak o słowo jedno zaraz w mordę bić …)

       

      K. już w pierwszych prawie słowach rzuca prawdziwą bombę, bo analizuje potencjalną reakcję na ewentualne zrzucenie „małej bomby jądrowej na Bydgoszcz” przez Rosję. Oczywiście domniemywa, że Zachód nie odważyłby się adekwatnie odpowiedzieć i dążyłby nadal do „porozumienia”.

       

      O wariancie „małej bomby jądrowej” myślę od kwietnia ubiegłego roku, kiedy to dowiedziałem się od dopuszczonego do działań podjętych przez polski rząd wobec wojny na Ukrainie przyjaciela, że polskie władze serio obawiają się takiej możliwości, bo Rosjanie sami intensywnie puszczają takie plotki.

       

      Podkreślam, że ja, podobnie jak Kowaliow, nie uważam tego za prawdopodobne, bo to raczej element szeroko zakrojonego blefu, niż realna groźba.

       

      Nie zmienia to faktu, że raptem kilka dni temu, podczas „nieobecności” Putina, moja mieszkająca w Bydgoszczy (znajduje się tam natowski ośrodek dowodzenia) matka powiedziała mi w strachu: Jeśli oni teraz zrzucą bombę, to na Bydgoszcz („pocieszałem” ją, że prędzej na „moją” Warszawę, żartując przekornie).

       

      Taki zbieg okoliczności.

       

      (Oberbandyta donieckich terrorystów Zacharczenko obiecuje tymczasem ofensywę aż na Lwów i obozy koncentracyjne dla „wrogów”)

       

      Keine grenzen

       

      Odkąd PiS i „niepokorni” uznali stadionowych bandytów za nowych „żołnierzy wyklętych”, nie dziwi nic. „Patriotyczne” kibolstwo, zajmujące się w wolnych od wzajemnego naparzania się chwilach handlem narkotykami i inną działalnością gospodarczą, stało się stałym elementem „sceny politycznej”.

      W roku wyborczym następuje jednak wyraźna eskalacja poparcia „opozycji” dla bandytyzmu, po wdarciu się oszołomów do PKW były protesty górników, do których podłączyli się właśnie kibole i jacyś „narodowcy”, z kolei po neutralizacji przez policję poszukiwanego listem gończym (w dodatku wysłanego wcześniej przez sąd na przymusową obserwację do psychiatryka – tak donoszą media) człowieka, który prezydenta Komorowskiego chciał wzorem agenta Tomka je... krzesłem, korwinowcy masowo wylegli na ulicę z krzesłami, aby protestować przeciwko duszeniu „wolności słowa”. W jaki sposób krzesło ma się do wspomnianej wolności? - tego nie potrafię wytłumaczyć.

       

      Kolejną granicę przekroczyli Korwin wraz z Wiplerem, gdy wzięli udział w „manifestacji” przeciwko legionowskim policjantom, którzy rzekomo przyczynili się do śmierci młodego człowieka (podczas zatrzymania usiłował połknąć woreczek z marihuaną i się nim udławił).

      Manifestacja przerodziła się w burdy i obrzucanie komendy kamieniami, nastrój na portalach podgrzewali ludzie, którzy wzywali do rozprawienia się z policjantami i szturmu na komisariat.

       

      Podobne wydarzenia odbywają się właśnie w Sosnowcu z podobnych przyczyn.

       

      Nikt nie wmówi mi, że policja w Polsce jest święta i niewinna, bo media często opisują jej skandaliczne nadużycia, brutalność i bezkarność, ale usiłowanie przejęcia buntu (czasem słusznego, nie przesądzam, czy akurat w tych wypadkach) przez polityków to nie jest nawet igranie z ogniem, lecz próba zamachu stanu de facto.

       

      Inną rzeczą jest to, że ze strony rządzących obserwujemy zatrważającą tolerancję dla przestępczych niejednokrotnie działań służb (w niektórych przypadkach wypowiedzi polityków PO można nawet interpretować jako zachętę do tego, żeby policja nadto „nie szczypała się”), co jest co najmniej równie szkodliwe jak wyczyny „opozycjonistów”.

       

      Kwestia wody w Mińsku Mazowieckim

       

      Jak zwykle pełen cudownych obietnic Dudabus w ramach kampanii wyborczej zawitał wraz zawartością tym razem do Mińska Mazowieckiego, gdzie na wiecu odbyło się rytualne potępienie Komorowskiego, a następnie Daudakandydat tradycyjnie robił ludziom wodę z mózgów, plotąc androny na temat tego, co nawyczynia jako elekt.

       

      Dziś w gazecie.pl opis tych wiekopomnych wydarzeń, skądinąd dość wyważony, bez nadmiernych emocji. Znajdujemy w nim taki passus:

       „Publiczność szybko się rozchodzi, na placu zostaje tylko kilka grup starszych ludzi. - Wreszcie coś ruszy - mówi jedna z emerytek. Razem z trzema koleżankami od lat głosują na PiS. Komorowski - Człowiek nie panuje nad tym, co mówi. W niedzielę mówił, że z wody mózg się robi. Czy tak się mówi? I on chce zostać prezydentem? - pyta kobieta. - Dość tych kłamstw - dorzuca druga.”

       

      Jak widać, elektorat nie jest świadomy, że ludzki mózg składa się circa z 78% wody. Obawiam się, że są w Polsce miejsca, gdzie udział wody w mózgach zbliża się już do stu procent, szczególnie na trasie CudaDudabusa.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Koci raptularz (1)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      środa, 18 marca 2015 12:53
  • poniedziałek, 16 marca 2015
    • Bękarty pana Cogito

       

      czyli ciąg dalszy „Zdrady klerków”

       

      Marzec plus kot równa się otwieranie i zamykanie okna. Behemot chciałby się połajdaczyć, ale koty luzem w okolicy Sadowej to już rzadkość, wraca więc sfrustrowany. Na domiar złego – brudny. A brudny kot to jest coś, co godzi w porządek świata. Brudne koty, proszę państwa, nie istnieją, a na pewno – nie powinny.

       

      Bierze zatem autor okulary (w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego przybyło pół dioptrii) i kontroluje, czym się kocisko uświniło. Łapki umazane w enuncjacjach Terlikowskiego, na ogonie żółta zaschnięta plama – fragment felietonu Ziemkiewicza, brzuszek uwalany w przemówieniu posłanki Pawłowicz, do mordki przykleił się Tekieli pomieszany z ks. Oko – zgroza potencjalnej epidemii!

       

      - Gdzieś ty się tak utytłał, łajdusie? Do sanepidu cię oddam! Nigdzie cię już nie wypuszczę! - grozi histerycznie i nielogicznie ślepawy nerwus, żyjący, jak my wszyscy, pod terrorem języka, a w tym konkretnie wypadku związku frazeologicznego „wiosenne porządki”.

       

      Umywszy wystraszonego kocura, rozwścieczony autor szuka odruchowo jeszcze czegoś do umycia czy wysprzątania. A że jest leniwy jak sto Behemotów, domu nie ruszy, lecz dobiera się do własnej głowy i zaczyna ją porządkować, wyrzucając do kosza stare lektury, pokryte kurzem rażącym szczególnie w słoneczny czas przed zmartwychwstaniem Pańskim.

       

      - Nie wystarczy umyć się z głupoty, trzeba wytrzeć się też z mądrości do czysta, bo mądrość bywa durna! Im mądrzej, tym głupiej – słusznie powiada Gombrowicz. Nowe spojrzenie, czyste i jasne, tego mi trzeba! - mamrocze pod nosem ortodoksyjny sprzątacz-neofita, który okien jeszcze w chałupie nie umył, ale widok chciałby mieć kryształowy - Jakże ja mam wierzyć, skoro nie wierzę, a nie wierzę, bo dobrze widzę! – zrzędzi tak, poprawiając odruchowo okulary.

      I dalejże, hajże, hejże! - że tak powiem, poczyna sprzątać jako pułkownik Kmicic w Wołmontowiczach, co przekłada się w nowszej polszczyźnie na: robi Sajgon.

       

      Klerkowie przeklęci

       

      Wielki Sandor Marai, który nie tylko nie był antysemitą, ale i Żydów ratował osobiście z narażeniem życia w czasach, gdy trwał Holokaust na Węgrzech, zapisuje w swym Dzienniku (wygłosiwszy przedtem pean na cześć roli mordowanych w węgierskiej kulturze):

      Ale do tłumów przemawiała prasa, która była taka, jaka była, i w której żydowskie Jaśki i Kacpry poprzebierane w kapelusze z ostnicą (rodzaj trawy ozdobnej, można to uznać za odpowiednik naszego pawiego pióra – aut.) , z przypiętymi do kubraków kokardami w narodowych kolorach warzyły dla klasy średniej tę pożywną papkę, ten groch z kapustą, od którego gładko głupiał każdy, kto się nim karmił. (…)

      Przeto Żydzi nie powinni się dziwić, że to społeczeństwo, które w niemałej części z powodu ich handlowej chciwości i niskich wymogów umysłowych – a dokładniej: pesudoumysłowych – znalazło się się w stanie upadku kultury, popełniło te wszystkie grzechy, których skutkiem była śmierć mas żydowskich i w końcu zguba całego narodu węgierskiego.

      Bo oświecenie to nie tylko bohaterstwo; oświecenie jest też moralnością.

       

      Te twierdzenia M. są nie do obrony, bo ich autor abstrahuje od tego, że „Jaśki i Kacpry” są zjawiskiem ponadnarodowym, a „Jaśki i Kacpry” żydowskie w wielkiej liczbie zajmowały się tym, czym zajmowały, ponieważ inne drogi awansu były przed nimi w Europie (nie tylko) zamknięte przez antysemityzm ustawowy i "obyczajowy". Wielkiego humanistę M. tłumaczy nieco to, że w kilka dni później dokonuje wpisu: Niewykluczone, że bez alkoholu w tych tygodniach już popełniłbym samobójstwo. Morfinę mam, wystarczy dla uśpienia na wieki kilku osób.

       

      Wkrótce Budapeszt opanowany przez hordy strzałokrzyżowców miały oblegać hordy bolszewików. Sytuacja apokaliptyczna, więc można chwilę zamroczenia szlachetnemu patrycjuszowi wybaczyć.

       

      Zresztą, ratuje się on sam i dźwiga na szczyt tym ostatnim zdaniem: Bo oświecenie to nie tylko bohaterstwo; oświecenie jest też moralnością.

       

      Co zrobić, aby i resztę uczynić użyteczną? Zamienić Żydów na klerków (w rozumieniu naszej inteligencji). Wtedy całość zyskuje wygląd sensownej diagnozy.

       

      Klerkowie warzący papkę dla mas, nie żadną tam komunistyczną ani nazistowską nawet, ale tę codzienną, apolityczną niby, kształtującą gust i objaśniającą świat. Tę cholerną truciznę, która nie tylko naród węgierski zgubiła, ale i inne, a która trwa w najlepsze, która w pewnym sensie zastąpiła totalizmy, dla których zdaniem Juliena Bendy klerkowie popełnili swą wielką zdradę („Zdrada klerków”, napisana w latach 20. XX wieku, wydana została nie tak dawno przez Krytykę Polityczną), czyniąc je mniej dostrzegalnymi, mniej groźnymi, bo przesuniętymi w rejon popkultury właśnie, czyli czegoś powszechnego, zamiast czynić z nich tabu.

       

      W ten sposób masowe zbrodnie stały się elementem masowej wyobraźni, a dr Mengele czy Dzierżyński postaciami jak Myszka Miki czy inny Nosferatu.

       

      Dlaczego klerk na służbie Papki jest groźniejszy moim zdaniem od klerka-zdrajcy, czyli klerka na służbie ideologii? Bo z ideologią można polemizować i zwalczać skutecznie, natomiast nie sposób polemizować z powszechną estetyką i zwalczać powszechny gust. Łatwiej rozprawić się z „Mein Kampf”, niż zwalczyć telewizję śniadaniową. Odkąd „realizm socjalistyczny” zastąpiony został naprawdę masowym „realizmem kapitalistycznym”, walka ze szmirą skazana została na klęskę. A szmirowate ideologie w błyszczących kostiumach wchodzą na scenę bez żenady, zapraszane przez klerków-konferansjerów, w tłumie innych dziwolągów, między Ginger i Fredem a syjamskim rodzeństwem, które pała do się miłością kazirodczą i homoseksualną w jednym.

       

      Benda powiada: „Królestwo klerka nie jest z tego świata” - wręcz przeciwnie, zmarły dawno mędrcu, jest tylko z tego świata i tylko dla niego istnieje. Innego nie ma.

       

      Et in Arcadia Ego

       

      I ja zdradzałem w swojej mizernej skali, jako redaktor tabloidu przez kila lat (jednak było to przed powstaniem w Polsce „Faktu”, czyli jeszcze w okresie stosunkowej „niewinności” tego rodzaju prasy u nas), więc wiem o czym mówię. Tym gorzej, że od wczesnej młodości upajałem się panem Cogito i Kawafisem, jako odtrutką na „realny socjalizm”. [Gdyby nie okoliczności obiektywne, robiłbym to dalej, nie zdając sobie pewnie nawet sprawy z tego, co wyrabiam. Tak że moje biadolenie „nawróconego grzesznika” nie wynika z żadnego tam nawrócenia, lecz raczej czegoś, co Andrzejewski określał „wypadnięciem z kręgu”, choć z niego nie wypadłem, a jedynie stanąłem obok]

       

      Potwór pana Cogito ( http://www.wiersze.annet.pl/w,,13200 ) był potworem moim, to ja też czekałem na barbarzyńców opisanych przez Kawafisa ( http://poema.pl/publikacja/70335-konstandinos-kawafis-czekajac-na-barbarzyncow ). Po latach dopiero pojąłem, że obaj panowie pisali optymistyczne w sumie bukoliki w warunkach luksusu, czyli poczucia własnej siły i wartości oraz możliwości (wbrew kokieterii Herberta) dokładnego opisania i zdefiniowania przeciwnika, co jest warunkiem podstawowym do podjęcia walki (Do Kichot musi trafić na wiatrak, inaczej jest bez sensu).

      Ich następcom, zwanym przeze mnie „bękartami pana Cogito”, przyszło zmierzyć się z czymś innym, nie wiem, czy nie groźniejszym: ze świadomością, że stali się częścią potwora (a w każdym, najlepszym razie są jak Jonasz w jego wnętrzu), a barbarzyńcy to my sami.

       

      Potrzebny był wstrząs, aby wyjść z tej zapaści, z tego strachu, że w istocie nie ma „żadnej wiecznej rzymskiej republiki”, że to tylko „drżący Rzym mojej duszy” - jak mówił wygnany Owidiusz u Kaczmarskiego. W skrócie: potrzebny był jakiś kontrast.

       

      Historia przyszła mi z pomocą, podsuwając nowych, jak najbardziej autentycznych barbarzyńców. Oto są. Nadchodzą, jak zawsze prawie, ze Wschodu. Mają też wielu zwolenników wewnątrz murów – też jak zwykle.

      Gdy stoi się na tych murach, z daleka obie strony są na pozór podobne: z jednej i drugiej takie same świątynie-galerie handlowe, takie same filmy w kinach, identyczne stroje i urządzenia. Tacy sami właściwe ludzie.

      Lecz nie trzeba nawet wzroku, by wiedzieć, że te podobieństwa są złudzeniem, bowiem od strony barbarzyńców wiatr niesie ich odwieczny znak: odór strachu i służalczości.

       

      Epilog

       

      I tak autor uspokoił się, co wyrzucił, to wyciągnął z kosza z powrotem, odkurzył starannie i grzecznie odstawił na miejsce. Kota wypuścił i wpuścił z powrotem. Tym razem wrócił czysty i zadowolony.

      Postanowiliśmy także, że w sobotę myjemy okna.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Bękarty pana Cogito”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      moskwasadowa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 16 marca 2015 22:33